Archiwum

Archiwum dla Styczeń, 2010

Zanim powiesz “tak” – nie tylko dla kobiet

Styczeń 30th, 2010

Z małżeństwem prawie jak z biznesem…:) Nie zawsze wychodzi, wymaga zaangażowania, przygotowania, mądrości, wielu by chciało, wielu próbuje, niektórzy się boją a inni pragną, udaje się niektórym… Mamy w odniesieniu do obu określone oczekiwania, plany, motywacje, cele do zrealizowania, korzyści, ale i straty (koszty, w tym koszty utraconych możliwości). Oba wymagają określonych inwestycji (niekoniecznie finansowych). Jedno i drugie nie wyklucza miłości:) Jedno i drugie lubi zaangażowanie, czas, skupia uwagę. Rzadko kiedy się udają z samego faktu, że chcemy. Nie każdy się do tego nadaje, nie każdy tego chce, nie każdy musi… Bez tego też można dobrze żyć i być szczęśliwym, spełnionym człowiekiem.

Często zauroczone, nawet zakochane, kobiety decydują się na związek małżeński, nie zastanawiając się i nie dochodząc do tego, dlaczego, po co, jak… (nie dotyczy to tylko kobiet, jednak jako kobieta wolę w tym momencie mówić o kobietach:)

Słyszysz, że ważne, że on kocha, ważne, że ty kochasz. I taki przystojny, i na stanowisku, widać, że zaradny i że lubi dzieci, że nie pije, nie bije, szanuje ludzi, kocha zwierzęta, jest czysty, ma mieszkanie i samochód, wykształcony, ma dobrą pracę… Wszystkie ciotki, koleżanki i mama są zachwycone… Nawet jeśli miewasz wątpliwości, to słyszysz, że ideałów nie ma, że “jakoś” się ułoży, ważne, że jest miłość, że wszystkie kobiety miewają wątpliwości i obawy, to takie naturalne. Z czasem więc nabierasz przekonania, że jesteś na jedynej słusznej i najlepszej drodze do wyjątkowego i szczęśliwego życia.

Powiedzieli Ci już, że kobieta nie powinna być sama, że nie jest dobrze iść przez życie bez mężczyzny u boku, że nie ma co dłużej czekać, bo szanse maleją, że wszystkie koleżanki z twojej klasy już założyły rodziny, że Anka ma już trójkę dzieci, że Baśka popatrz jaka szczęśliwa, że Tomek, na którego nie zwracałaś uwagi, a który starał się o Twoje względy już się ożenił i “poszło ci koło nosa”, że Marysia z mężem założyli własny biznes i świetnie się im powodzi, a Ty nadal nie wiadomo czemu czekasz i wybrzydzasz, a rodzice chcieliby doczekać wnuków, że zegar biologiczny, że “na kocią łapę” to grzech, to niemoralne, że…. Za każdym razem, kiedy spotykasz się ze znajomymi, pierwszym pytaniem jest, czy wyszłaś za mąż, a Ty, nie wiedzieć dlaczego, czujesz się gorsza odpowiadając ”jeszcze nie” … Staje się niemal oczywiste, że powinnaś realizować następujący schemat: skończyć studia, wyjść za mąż, kupić mieszkanie, mieć dzieci, dopracować do emerytury (najlepiej w jednej firmie) i “godnie się zestarzeć” u boku jednego mężczyzny. Nawet reklamy bazują na tym schemacie i niektóre kampanie wyborcze utwierdzają w takim przekonaniu, nie mówiąc o serialach…

Zastanawiałaś się, czy można inaczej? Co dla Ciebie oznacza to “inaczej”? Zanim  podejmiesz decyzję – zatrzymaj się i przemyśl to tak, jakbyś właśnie miała zainwestować wszystkie swoje oszczędności, środki materialne, cały swój potencjał, czas i zaangażowanie w rozruszanie własnego biznesu – “biznesu życia”. Przede wszystkim analiza strat i zysków, świadomość szans i utraconych możliwości. SWOT:). Przecież Twoje życie jest szczególnie ważne dla Ciebie, prawda?

Przyszło mi do głowy, by stworzyć listę pytań, na które warto sobie odpowiedzieć zanim stworzy się fakty w postaci małżeństwa, dzieci, wspólnego gospodarstwa domowego i wspólnoty życia “dopóki Was śmierć nie rozłączy”. Oto „zestaw startowy”:

- Czego oczekujesz od mężczyzny? Jakie są Twoje potrzeby, które ten mężczyzna ma zaspokoić? Kim on ma być w Twoim życiu (rozumiem, że mężem, ale co dla Ciebie kryje się pod tym słowem)?  Czy te potrzeby rzeczywiście masz możliwość zaspokoić wyłącznie przez małżeństwo? Dlaczego? Czy znasz inne możliwości ciekawego, dobrego, godnego, szczęśliwego życia?
- Czy Twój potencjalny mąż ma świadomość Twoich potrzeb i oczekiwań? Czy on widzi to tak samo?
- Jakie jego cechy, przymioty, przekonania decydują o tym, że będzie on według Ciebie w stanie zaspokoić Twoje potrzeby? Skąd przekonanie, że będzie chciał?
- Czy akceptujesz partnera “w całości”, czy też jest coś, czego w nim nie znosisz, nie lubisz? Czy masz potrzebę zmieniania go? Dlaczego on miałby się poddać procesowi zmieniania?
- Co zrobisz, jeśli Twoje potrzeby się zmienią (wszak to naturalne jeśli się rozwijasz, dojrzewasz, zmieniasz) i on ich już nie będzie zaspokajał, małżeństwo nie będzie ich zaspokajało?
- Czy bierzesz pod uwagę rozwód? W jakiej sytuacji? Czy też decydujesz, że za wszelką cenę “utrzymasz związek”? Ile wyrzeczeń i kompromisów (jakich) jesteś w stanie wpakować do worka z napisem “za wszelką cenę”?
- Kto wybiera Twojego małżonka? Ty samodzielnie, czy ktoś z Twojego otoczenia (rodzice, rodzeństwo, koleżanki)? Innymi słowy, czy to jest jedynie Twój niezależny wybór?
- Czy wiesz od swojego potencjalnego męża (a nie tylko domyślasz się lub wydaje Ci się), jakie są jego potrzeby, które Ty masz zaspokoić? Bo o tym, że on ma swoje własne potrzeby mam nadzieję już wiesz:). Jak on sobie wyobraża Wasze wspólne życie za 5 lat, za 10 lat? Czy Twoje wyobrażenie jest podobne?
- Czy chcesz i uważasz, że będziesz potrafiła bez cierpienia, wyrzeczeń spełniać potrzeby partnera i będziesz z tego czerpać przyjemność, zadowolenie, dobrą energię?
- Czy naprawdę chcesz wziąć ślub? Dlaczego? Jakie są Twoje motywacje? Dla sukienki? Dla uroczystości? Dla mamy? Dla sąsiadów i koleżanek? Bo tak wypada? Bo jesteście ze sobą już jakiś czas, jest wam dobrze, mieszkacie razem? A jeśli nie jest tak dobrze, to czy formalizowanie tego jest dobrym rozwiązaniem? Czy ślub coś zmienia, a jeśli, to co ?
- Czy masz pomysł na szczęśliwe życie, jeśli przyjąć, że nigdy, nigdy, nigdy nie wyjdziesz za mąż? Jaki? Czy masz pomysł na szczęśliwe życie, jeśli przyjąć, że nigdy nie wyjdziesz za mąż i nigdy nie będziesz miała własnych dzieci?  Jaki?
- Czy możesz przynajmniej część z tych pomysłów realizować będąc mężatką?
- Których pomysłów nie zrealizujesz, jeśli będziesz w małżeństwie? Czy to Ci pasuje?

Mam takie przekonanie, że absolutnym fundamentem jest szczere, samodzielne (!) i uczciwe określenie swoich prawdziwych potrzeb i oczekiwań oraz otwarta rozmowa z potencjalnym mężem o Jego potrzebach i oczekiwaniach oraz motywacjach.

Dla jasności: nie mam nic przeciwko dzieciom, ślubom, małżeństwom, wspólnemu życiu bez ślubu, wspólnemu życiu ze ślubem, wielodzietności i bezdzietności. Każdy ma prawo żyć tak, jak chce (z zastrzeżeniem, że nie krzywdzi innych).

Jeszcze taka refleksja: Może partner nie musi wcale spełniać wszystkich twoich potrzeb i oczekiwań, a jedynie niektóre? Może wystarczy, że Ty będziesz spełniała tylko niektóre jego potrzeby i oczekiwania? Tylko jakie to są te “niektóre” – kluczowe? Może wtedy lepiej, żeby to nie było małżeństwo w sensie formalnym? Może nawet nie musicie razem mieszkać? Bądź naprawdę wolna w swoich wyborach i decyzjach. Nie twórz nieodwracalnych faktów, szczególnie gdy masz jakiekolwiek wątpliwości.

W biznesie musisz wiedzieć, czego oczekujesz, mieć wizję, strategię działania, wiedzieć na co się zgadzasz i jaką cenę jesteś w stanie zapłacić. Też warto mieć wariant B.:) Zanim zarejestrujesz firmę, wynajmiesz lokal, kupisz sprzęt i  zaciągniesz kredyt, powinnaś (powinieneś) dokładnie przemyśleć, jak to ma działać. Czy Twoje życie nie jest ważniejsze od Twojej firmy?

Ciekawa jestem Waszego zdania.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , ,

Życie bez „papierka”…

Styczeń 26th, 2010

Żyjemy w  kraju, w którym praktycznie każdy ma dziś “papierek” [„papierek” w znaczeniu dyplom potwierdzający ukończenie studiów]. To cytat z wypowiedzi jednego  Czytelników Blogu Alexa.

Temat wydał mi się na tyle ważny i poważny, by nie zamykać go krótkim komentarzem. Warto przyjrzeć się, czy tak jest naprawdę i odnieść się do podobnych przekonań i stereotypów. Podkreślę tutaj, że posiadanie dyplomu nie jest jednoznaczne z posiadaniem wykształcenia. Można mieć wspaniałe wykształcenie i nie mieć “papierka”, można mieć “papierek” i .. nie mieć przyzwoitego nawet wykształcenia. Wykształcenie, umiejętności i wiedza są ważne. Można je zdobywać w toku nieformalnej edukacji.

Czy naprawdę żyjemy w kraju, w którym każdy ma ”papierek” lub każdy studiuje? Poszukałam „na szybko” informacji dotyczących tematu (w niektórych przypadkach udało mi się dotrzeć do najświeższych danych) :

Według danych za 2006 rok, wyższe wykształcenie potwierdzone dyplomem, bez względu na jakość wyższej uczelni i poziom kształcenia, miało 5,5 mln Polaków, co stanowiło 16,5% społeczeństwa powyżej 13 roku życia. Dane te uwzględniają wykształcenie wyższe uzyskane  także przed 80 rokiem, zgodne z ówczesnymi programami kształcenia, jak i uzyskiwane obecnie. Dotyczą dyplomów państwowych i prywatnych uczelni, filii uczelni, seminariów duchownych, wyższych uczelni wojskowych, policyjnych, dyplomów uzyskiwanych w trybie zaocznym, wieczorowym, jak i dziennym. Uwzględniają też np. studia ukończone w Moskwie w latach 60 tych czy 70 tych na kierunkach politycznych czy związanych z wojskowością. To tak dla pełniejszego obrazu. Uwzględniają w tym osoby aktywne zawodowo, bezrobotnych z dyplomem, jak też np. emerytów posiadających dyplom. Po prostu wszystkich „z papierkiem”. Z kolei badania CBOS za 2009 rok wskazują, że 16 % wszystkich badanych uważa, że wyższe wykształcenie oznacza większy szacunek i uznanie wśród innych, co potwierdza z kolei jedynie 21% respondentów z wyższym wykształceniem. Warto mieć tę świadomość i weryfikować swoje wyobrażenia, żeby nie powielać informacji o tym, że “większość” osób w kraju studiuje i “większość” ma jakiś dyplom i że dyplom oznacza uznanie, a brak dyplomu oznacza, że się jest „nikim” i że się „nie ma szans”. Jeśli do tego co napisałam dodać fakt, że w 2009 roku odnotowano rosnący wskaźnik bezrobocia wśród absolwentów uczelni wyższych, to wątpliwym jest dla mnie przyjmowanie posiadania dyplomu jako kryterium sukcesu czy uznania oraz możliwości rozwoju. Pozostaje sobie zadać pytanie, co w takim razie o tych ostatnich decyduje, co ma na to wpływ, ale to temat na zupełnie inny post.

Środowisko, w którym ja się obracam utwierdza mnie w przekonaniu, że wielu ludzi nie posiadając dyplomu odnosi sukcesy, cieszy się szacunkiem, staje się doradcami czy nawet ekspertami w różnych dziedzinach, a dla rozsądnych pracodawców (to rosnąca liczba!) ważne jest, co umiesz, jakie masz doświadczenie, a nie to, czy legitymujesz się takim a nie innym “papierkiem”. Trzeba jednak minimum odwagi, żeby przeciwstawić się „zasysającemu” otoczeniu, które zatruwa nas wyssanymi z palca opiniami. Trzeba mieć minimum determinacji, żeby to otoczenie zamienić na inne.

Kolejne stwierdzenie to: W oczach niektórych ludzi, ukończenie studiów decyduje o tym, czy ktoś jest “kimś” .  Całe szczęście, że tylko w niektórych oczach, niektórych ludzi (co potwierdzają dane). To oznacza, że jest jeszcze bardzo duża liczba osób, dla których takie stwierdzenie wydaje się niemal „z kosmosu” lub bardziej – z minionej epoki.

Oczywiście są firmy, w których podstawowym kryterium doboru kandydatów do pracy wciąż jest “papier”, ale tak samo są firmy, w których podstawowym kryterium awansu są znajomości i układy, albo i takie, w których niepisanym kryterium zatrudnienia jest orientacja polityczna i poparcie polityczne. Na szczęście taki standard nie obowiązuje wszędzie. A to z kolei oznacza, że jeśli nawet nie masz “papierka”, to nie jesteś wykluczony i możesz znaleźć swoją własną drogę, bardzo ciekawą, niekiedy znacznie ciekawszą od tej znanej i przetartej przez tzw. większość.

Polska to kraj, w którym […]nie pójście na studia to wielki “obciach” przez znajomymi, rodziną, pracodawcą… oraz że w naszym społeczeństwie dominuje pogląd, że osoba bez ukończonych studiów jest automatycznie na przegranej pozycji, tak towarzyskiej (“ludzie Cię nie będą szanować”), jak na polu zawodowym (“kto zatrudni osobę bez studiów?”). Na takie stwierdzenia pozostaje mi tylko powiedzieć:  sugeruję szybką zamianę środowiska na mniej szkodliwe. Nieprawdziwość takich opinii jest dla mnie oczywista, co pokażą przytoczone dalej historie kilku osób.

Kolejna kwestia: Z jakimi innymi wyzwaniami, niż ludzie po studiach muszą się borykać ci bez ukończonych studiów formalnych? Tego nie wiem. Pewnie każdy ma inne wyzwania, według mnie nie zależy to od posiadania dyplomu. Zwracam jednak tu uwagę na użycie słowa „borykać”. Sugeruje ono, że osoby bez dyplomu stale napotykają – w odróżnieniu od tych z dyplomami – na jakieś mega trudności do ciągłego pokonywania. Na temat używania języka polskiego przygotowuję odrębny post, bo język to narzędzie, którym możemy sobie zarówno pomagać, jak i bardzo szkodzić.

Czytelnik Blogu Alexa przytacza też konkrety przykład rozmowy i odnosi się do niej.
Przykładowa rozmowa:
Osoba A: Na jakie studia idziesz/Jakie studia ukończyłeś?
Osoba B: Nie idę na żadne studia/Nie ukończyłem żadnych studiów.
W głowie osoby A w tym momencie często powstaje obraz osoby B, która jawi się jej jako ktoś gorszy, lub w lepszym przypadku osoba A stara się na siłę przekonać osobę B, że studia to w dzisiejszych czasach podstawa i bez ich ukończenia niewiele w życiu osiągnie.

Skąd wiedza, co się dzieje w głowie osoby A? Przecież to jedynie wyobrażenie o tym, co może pomyśleć osoba A. Takie wyobrażenia budujemy na podstawie naszego obrazu świata (naszego, a nie osoby pytającej!), obrazu, w którym człowiek bez studiów jest mniej wartościowy, ma gorsze szanse, jest na przegranej pozycji towarzyskiej. Jedna możliwość – tak myśli osoba A, a druga możliwość – tak odbiera to osoba B, choć osoba A w ogóle tak nie myśli.  Warto samemu sobie zadać kilka pytań: Co ja myślę o ludziach, którzy nie skończyli studiów? Czy ich szanuję? Czy sam przypadkiem nie myślę, że są „nikim”? Czy ja uważam, że „papierek” ustawia mnie / ustawiłby mnie w innej, lepszej lidze? Skąd u mnie takie przekonania? Czy są moje, czy zaszczepione? Jaki jest mój “obraz świata”? W środowisku, w którym ja się obracam takie pytania nie mają miejsca. Bywają pytania „co robisz, czym się zajmujesz”, ale one nie mają nic wspólnego z pytaniem o wykształcenie, a tym bardziej o dyplom. Czasem w przypadkowych rozmowach okazuje się, że ktoś nie ukończył studiów formalnych i nie ma papierka. Szanuję wiedzę, mądrość, osiągnięcia tych ludzi, a nie “papier”!

Pojawiły się też ważne pytania o:

- szanse osoby bez dyplomu na ciekawe, wartościowe kontakty towarzyskie,
- szanse na satysfakcjonującą, ciekawą pracę i realizację zawodowych marzeń
- czy ludzie bez dyplomu są szanowani (cenieni) poza pracą przez społeczeństwo,
- jak te osoby wytrzymują konkurencję z osobami mającymi ukończone studia?
- branże w jakich  pracują te osoby i o konkretne zawody, jakie mogą w dzisiejszych czasach wykonywać ludzie bez dyplomu ukończenia studiów.

Czytelnik przywołuje też obecne w jego środowisku przekonanie, że pracodawca, mając do wyboru osobę, która ukończyła studia chętniej wybierze osobę z ukończonymi studiami, co według mojej wiedzy i obserwacji w wielu przypadkach jest całkowitą nieprawdą.

Zamiast przekonywać i przeciwstawiać jednym poglądom inne - przytoczę kilka historii. One pokazują, że papier nie jest warunkiem koniecznym ani uznania, ani spełnienia zawodowego, ani szacunku, ani dostępu do ciekawych ludzi. Wnioski zostawiam Czytelnikom.

Historia 1.:

Szukałam grafika do zrobienia projektów pewnej kampanii. Co zrobiłam? Wypuściłam informację, że szukam kogoś, kto zrobi mi dobre projekty. Zgłosiły się małe i duże agencje reklamowe, a także indywidualni ludzie. Jak według Was dokonywałam wyboru? Otóż poprosiłam o zrealizowane projekty, żebym mogła je obejrzeć. Wyselekcjonowałam według tego kilku potencjalnych wykonawców (były to indywidualne osoby i agencje). Rozmawiałam o terminach realizacji i o kosztach. Poprosiłam o referencje od klientów. W ogóle nie padło pytanie o studia, bo mnie to nie interesowało. To człowiek a nie jego papierek będzie dla mnie pracował.

Historia 2.:

Młodego dwudziestoparoletniego człowieka, który „robił” szkolę policealną o “żadnej” renomie, zaprosiłam do Warszawy. Miał możliwość odbycia praktyki w bardzo dobrej agencji PR (to go interesowało). Ów młody człowiek po kilku tygodniach płatnej (!) praktyki dostał propozycję pracy na etacie w tej firmie – jednej z najlepszych w swojej branży. Dostał ciekawe stanowisko, dobre jak na pierwszą pracę wynagrodzenie. Uczył się od najlepszych. Odpuścił sobie w związku z tym szkoły i w pełni zaangażował sie w pracę, bo sprawiało mu to przyjemność. Niespełna pół roku później awansował. Dwa lata później zaczął realizować zlecenia już na własny rachunek. Sama zlecałam mu prace, kiedy nie miałam czasu sama się zająć realizacją projektu. Wiedziałam, że będzie to dobrze zrobione. Teraz ów młody człowiek szykuje się na wyjazd z kraju, bo znalazł ciekawe możliwości dalszego rozwoju.

Historia 3.:

Tym razem z pokolenia obecnych czterdziestolatków plus, historia sprzed kilkunastu lat. Młoda dziewczyna w niezbyt wielkim mieście po ukończeniu szkoły plastycznej nie poszła na studia, a zdecydowała realizować swoje marzenia i zajęła się… projektowaniem odzieży i jej produkcją. Jej pracownia w krótkim czasie rozrosła się do kilkunastu szwaczek. Jej sukienki lądowały w najlepszych butikach w owym mieście, a potem trafiły do innych miast. To u niej w pracowni przy kawie spotykało się najciekawszych ludzi. To nie była zwyczajna pracownia krawiecka, To było studio mody. Chodziło się do Małgosi, a nie do krawcowej. Była blisko środowiska artystycznego i blisko środowiska biznesowego. To o niej pisywały gazety, to ona była szanowana i ceniona jako projektantka i kobieta sukcesu. Do dziś jej dom bywa pełen nietuzinkowych ludzi. Nikt nawet nie zastanawiał się nad tym, jakie ona może mieć wykształcenie.

Historia 4.:

Miałam znajomego (kontakt się urwał), który nie ukończył studiów, miał niecałe 19 lat, gdy od pewnego już czasu pracował dla firmy, w której ja też byłam zatrudniona. Przychodził i prowadził szkolenia dotyczące komputerów (mniejsza o zakres). Klienci uwielbiali z nim zajęcia. Prowadził je z pasją, dobrą energią, a udział w jego zajęciach przekładał się na konkretne korzyści klientów. Jak trafił do tej firmy? Ów młody pasjonat, z długimi do pasa włosami, w spodniach bojówkach i zwykłej koszulce bawełnianej, przyszedł do firmy i powiedział, że to i to jest jego pasją, że chce robić to i to, i ma taki pomysł, żeby to robić z tą firmą. Poprosił, żeby ta firma dała mu szansę pokazania swoich umiejętności. Pokazał, został. Był bardzo ceniony, co przekładało się także na jego zarobki. Z czasem podkupiła go inna firma. Nikt nie pytał nawet, czy ma maturę.

Jeśli chcesz żyć jak większość, to droga jest taka jak większości. Ale czy naprawdę ta większość żyje w sposób, który Ci odpowiada? A jeśli nie, to dlaczego usilnie się do nich porównywać, starać się o ich uznanie jak o kromkę chleba?

Poniżej dla dopełnienia mojej wypowiedzi zamieszczam fragment styczniowego ogłoszenia o pracę (2010 rok), jakie przypadkiem znalazłam w Internecie.:

„Serwis internetowy adresowany do mężczyzn poszukuje zaangażowanego i dyspozycyjnego Redaktora.
Mile widziane osoby z Krakowa

Redaktor serwisu dla mężczyzn

[…]
Doświadczenie i wykształcenie to sprawy drugorzędne. Przede wszystkim szukamy kogoś z pasją i motywacją. Jeśli uważasz, że potrafisz pisać i jesteś w stanie zainteresować czytelników – prześlij do nas swoją aplikację wraz z kilkoma tekstami. Liczymy na konkretne odpowiedzi od kandydatów, którzy są gotowi podjąć z nami współpracę od zaraz.”

Jeśli znacie podobne historie – proszę dopiszcie. To może być bardzo inspirujące i przydatne dla wielu osób.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Wanna z kierunkowskazami? – tzw. rozmowy kwalifikacyjne

Styczeń 26th, 2010

Niedawno prowadziłam spotkania rekrutacyjne, a jednocześnie rozmawiałam z młodymi ludźmi o ich doświadczeniach związanych z poszukiwaniem pracy. Te rozmowy przypomniały mi, jak przed wielu, wielu laty na spotkaniu „o pracę” toczyłam szczególną rozmowę z moim późniejszym dyrektorem. Wracam do tego, gdyż moje doświadczenia pokazują, jak różnie mogą przebiegać spotkania w sprawie pracy (rozmowa kwalifikacyjna). Im więcej wiemy o tym – tym łatwiej się odnaleźć w konkretnej sytuacji. To często może decydować o wygranej.
Po kilku pierwszych pytaniach, mój potencjalny szef zaskoczył mnie swoim pytaniem:
- Czy pani mieszka sama? – Zatkało mnie. Nie było to pierwsze pytanie, ale mimo wszystko mnie zatkało.
- Co to ma wspólnego z moją pracą? Naprawdę interesuje Pana z kim mieszkam? – wypaliłam spontanicznie, choć przecież nie pytał z kim, tylko czy sama (tak czy inaczej pytanie nietypowe). Dziś pewnie zapytałabym: „Dlaczego Pana to interesuje?” lub „Dlaczego Pan o to pyta”, lub „ Po co Panu ta informacja?”
- Nooo, widzę, że „nie daje sobie Pani w kaszę dmuchać” – odparł poważnie.
- Czy potrafi pani .. /tu wymienił zadanie nie mające nic wspólnego z przyszłą wykonywaną pracą…/ ?
- Tak, potrafię.
- To proszę to zaprezentować.
- Nie. – odparłam stanowczo i nawet nie drgnęłam. Zapadła cisza. Nie chciałam “popisywać się” wykonaniem zadania, które nie miało nic wspólnego z moją przyszłą pracą, a jedynie z prezentowanymi w cv umiejętnościami.
- Dlaczego nie?
- Bo praca, której dotyczy to spotkanie, nie ma nic wspólnego z wykonywaniem takich zadań. (Dziś zapytałabym, czemu to ma służyć, skoro nie ma nic wspólnego z przyszłą pracą.)

Tak dostałam (!) swoją pierwszą poważną pracę w życiu, pokonałam przy tym wielu kandydatów, choć po przebiegu rozmowy kwalifikacyjnej byłam przekonana, że nigdy, ale to „przenigdy” mnie tam nie zatrudnią…

Dlaczego o tym piszę? Wielu ludzi (nie tylko młodych) na spotkaniach z przyszłym pracodawcą zachowuje się jak na przesłuchaniu, wykonuje każde zadanie, nie pyta, czemu to ma służyć, nie podejmuje rozmowy. Odpowiada, wykonuje….  Tymczasem ja mam przekonanie, że to właśnie moja postawa nieuległości i takie właśnie odpowiedzi na niektóre pytania przyczyniły się do tamtego sukcesu (oczywiście można było poradzić sobie lepiej – to wiem dziś). Zapamiętano mnie, wyróżniłam się spośród wielu, okazałam się osobą, która się nie boi, jest odważna, zdecydowana etc. Czy działałam wtedy z taką świadomością? Nie. Działałam spontanicznie. Chciałam, żeby mnie poznali “nieudawaną”, prawdziwą. Trudno przecież potem udawać 8 godzin dziennie przez szereg miesięcy czy kilka lat.

Wiele lat później uczestniczyłam w spotkaniu, na którym okazało się, że pani od rekrutacji nie zadała sobie trudu przeczytania ze zrozumieniem mojego cv. Przerwałam spotkanie po kilkunastu minutach i kilku jej pytaniach uznając, że szkoda mojego czasu. Jeśli ktoś nie zadał sobie trudu i nie poświecił czasu dla mnie, to znaczy że mnie nie szanuje. Wyszłam, odpowiednio acz grzecznie podsumowując sytuację i zostawiając panią od rekrutacji bardzo zdziwioną. Pracy dalej nie miałam, ale jakąż miałam satysfakcję!

Te i inne doświadczenia skłoniły mnie do kilku refleksji (możecie się nimi zgodzić lub nie – to nie jest „absolutna prawda” tylko moje zdanie):

- Nie tylko firma wybiera, Ty także wybierasz. Patrz zatem w co wchodzisz, wszak będziesz tam spędzał ponad połowę swojego świadomego życia.

- Rozmowa rekrutacyjna to nie przesłuchanie! Nie stawiaj się poniżej osoby rekrutującej, ale jako partner do rozmowy. To Ci da większą swobodę. Nie tylko odpowiadaj, ale i zadawaj pytania. Masz szansę nawet przejąć przywództwo w rozmowie, co jest wielkim plusem (poza sytuacjami, gdy firma szuka trybiku do maszyny, a nie człowieka samodzielnego, gotowego do podejmowania wyzwań  etc).

- Jeśli rozmowa robi się – powiedzmy – nieprzyjemna, zaczynasz odczuwać dyskomfort lub ponosić straty (np w zakresie poczucia własnej wartości),  to możesz zmienić jej przebieg albo zrezygnować z dalszego jej prowadzenia. Nie jesteś skazany na to, by dobrnąć do końca nawet dużym kosztem własnym.

- Grzeczny nie zawsze wygrywa! Czy wiecie, że raz doświadczyłam procesu rekrutacji, w którym wygrywał ten, kto się postawił, zbuntował na przebieg rekrutacji, zapytał o co chodzi “w tym cyrku”, „strzelił drzwiami” w połowie rozmowy, a nie ten, kto grzecznie odpowiadał na pytania i wytrwał do końca? Ja wtedy grzecznie odpowiadałam… Nie miałam pojęcia, że bywaja i takie sposoby rekrutacji. Kilka miesięcy “lizałam rany” po tym spotkaniu i odbudowywałam poczucie własnej wartości. Nie warto sobie tego robić.

Rynek się zmienił? Z pewnością, ale pewne metody i sposoby rekrutacji nie. Oto przykład, jak wygląda to teraz:

Młody, dwudziestoparoletni człowiek po studiach, w czasie których pracował na etacie 2 lata dla bardzo dobrej i rozpoznawalnej marki  jako handlowiec, poszukiwał niedawno pracy. Ostatnio dzielił się ze mną swoimi uwagami na temat rozmów kwalifikacyjnych. Powiedział, że kiedyś  prowadzono z nim normalne rozmowy, a teraz uczestniczy w jakimś „wariactwie”.  Jest zapraszany na wiele spotkań, ale rzadko kiedy na tych spotkaniach ma okazję rzeczywiście rozmawiać. Po prostu odpowiada na dziwne pytania i rozwiązuje najróżniejsze testy. Rzadko ma możliwość powiedzieć o swoich doświadczeniach i umiejętnościach, usłyszeć o tym, czego oczekuje pracodawca (czasem nie wiadomo, kto jest pracodawcą, bo rekrutuje firma, która nie ujawnia informacji o zleceniodawcy), powiedzieć o swoich kompetencjach, o swoich planach zawodowych etc.

Oto sytuacje, w jakich się znalazł i pytania,  na które przyszło mu odpowiadać:

A – „Jakie ma Pan 3 największe wady?” (To pytanie pojawia się nawet w rekrutacji na wymagające dużego doświadczenia stanowiska.)
B – „Proszę wymienić 3 według Pana największe wady swojego najlepszego przyjaciela.”
C – „Proszę narysować  najpiękniejszą według Pana bryłę.” Po narysowaniu przez kandydata bryły, rekruter rysuje inną bryłę i mówi:  „Proszę mnie przekonać, że narysowana przez Pana bryła jest piękniejsza od tej, którą ja narysowałam.” (Jeśli to ma służyć przetestowaniu, jak potencjalny sprzedawca będzie się sprawdzał w relacji z klientem i przekonywał klienta,  to oznacza, że osoba rekrutująca nie ma pojęcia o procesie sprzedaży, albo w firmie stosuje się niestety techniki sprzedaży sprzed wielu, wielu lat!)
D – „Proszę sobie wyobrazić, że ja jestem Pana klientem [rozmowa z kierownikiem a nie z HRowcem], a Pan ma mi teraz sprzedać wannę z kierunkowskazami (!). Przypomniał mi się komiksowy Tytus, Romek i A’Tomek oraz wyprawa wannolotem na olimpiadę w Meksyku…

Większość osób stara się odpowiedzieć na takie pytania jak najlepiej. Gimnastykują się przed rekrutującym. Kandydat do pracy chce się za wszelka cenę okazać elokwentny, kreatywny, grzeczny. Chce dobrze wypaść, tylko… nie wie, co to znaczy “dobrze wypaść”. Nie wie, co to znaczy “dobrze odpowiedzieć na to pytanie”. Tylko sobie wyobraża… Może trzaśnięcie drzwiami wygrywa? Może celna riposta daje przewagę w tej grze? Może odmowa wykonania zadania daje przewagę? Może zadanie pytania, o cel wykonania takiego zadania jest plusem? Wyobrażacie sobie, ile razy ten HRowiec czy kierownik usłyszał to samo???

Nie trzeba być niegrzecznym, aroganckim. Ale nie trzeba też odpowiadać na każde pytanie. Rozmowa to rozmowa, a nie przesłuchanie. Mam więc prawo zadawania pytań, a nie tylko odpowiadania. „Czemu ma służyć to pytanie/ ćwiczenie?”,  „Jakie są kryteria doboru na to stanowisko?”, „Dlaczego poleca mi Pan sprzedawać sobie coś tak absurdalnego, jak wanna z kierunkowskazami? “, “Czy Państwa produkty są podobne?” (to ostatnie jest ryzykowne). Ja jako szef wolałabym kogoś, kto mi powie, że nie będzie realizował takich poleceń, bo to strata czasu. Wtedy mogłabym zacząć ciekawą rozmowę. Kandydat pokazałby mi, że “ma jaja”. Czy wyobrażacie sobie szefa, który kilka razy dziennie słucha, jak ktoś kombinuje, jak mu sprzedać wannę z kierunkowskazami? Wyróżniając się ryzykujesz, że firma Cię nie zatrudni. Ale czy odpowiadając pokornie na każde pytanie na pewno zwiększasz sobie szansę na zatrudnienie?

Warto przed rozmową kwalifikacyjną poćwiczyć w domu, samemu lub w grupie. Poćwiczyć możliwe sytuacje: od momentu wejścia, przywitania się ze spojrzeniem w oczy, aż po sposób radzenia sobie z takimi pytaniami lub odrzucania takich pytań, kontrowania, dopytywania albo nawet… wychodzenia z rozmowy kwalifikacyjnej, gdy jest ona na żenującym poziomie. Nie zawsze trzeba to wykorzystać, ale warto umieć, być przygotowanym.

Na stronach internetowych HR-owcy zamieszczają wiele pytań. Proponują także odpowiedzi. Niedawno to przestudiowałam. Nigdzie nie znalazłam informacji typu:
- Jeśli nie rozumiesz pytania, to dopytaj, a nie odpowiadaj na podstawie swoich domysłów.
- Jeśli potrzebne Ci dodatkowe dane, to dopytaj, a potem odpowiadaj.
Proponuje się ludziom przyjmowanie postawy jak na przesłuchaniu. Warto zadać sobie trud i zamiast  dać się przesłuchiwać – zacząć zadawać pytania. Bez tego nie będzie rozmowy. Będziemy się tylko tłumaczyć, a to nie jest symetryczne, nie sprzyja też utrzymywaniu poczucia własnej wartości.

Wielu czytelników spotykało się i spotyka z różnymi pytaniami na rozmowach kwalifikacyjnych, więc zapraszam i zachęcam do uzupełnienia tej listy (najlepiej z podaniem stanowiska, na jakie była prowadzona rekrutacja). Zapraszam do dzielenia się Waszymi doświadczeniami. Przyda się innym jako materiał do ćwiczeń. A może jakiś szef kiedyś przeczyta i zada pytanie swoim HRowcom, jak w jego firmie rekrutuje się ludzi? Mam takie wyobrażenie, że wspólnie możemy sobie pomóc dzieląc się doświadczeniami i wiedzą.

Jeśli wiemy, czego można się spodziewać, to łatwiej się przygotować do takiego spotkania.

Pozdrawiam, Ewa

_______________________________________________________

Okiem PRowca

Rozmowa kwalifikacyjna wiele mówi o firmie, w której ewentualnie przyszłoby nam pracować… Firma buduje swój wizerunek także poprzez sposób, w jaki prowadzi proces rekrutacji, jak traktuje kandydatów do pracy.

Komunikaty dawane do mediów, wypowiedzi o wartości zespołów i poszczególnych ludzi, reklamy powinny być spójne z codzienną praktyką.  Kandydaci to często klienci, potencjalni klienci, konsumenci produktów tej firmy… To osoby, które w swoje środowiska zaniosą własną opinię o tej firmie. Ważne jest więc, jak przebiega proces rekrutacji, komu firma powierza realizację tego procesu. Brak poszanowania człowieka, brak kultury, brak kompetencji rekrutera wcale nie są rzadkie, a są elementem wizytówki firmy.

Uncategorized , , , , , , ,