Archiwum

Archiwum dla Luty, 2010

Nie taki mały pikuś…

Luty 28th, 2010

Hasło reklamowe jednej z firm ubezpieczeniowych (oglądam reklamy w TV, więc wiem :-) ) brzmi:  „U nas formalności to mały pikuś. Pan Pikuś.” Obraz w spocie reklamowym emitowanym jakiś czas temu był następujący: gospodyni domowa szykuje jedzenie, krząta się po aneksie kuchennym, w tym czasie agent ubezpieczeniowy siedzi przy małym stoliku, na kanapie, a dzieci gospodyni  obsiadają go z różnych stron, wkładają mu chomika do teczki, wiążą sznurówki (pewnie się wywali, gdy wstanie), etc.; agent nie reaguje na te niecodzienne praktyki; gospodyni (robi wrażenie niezainteresowanej tematem ubezpieczenia), zwraca się do agenta (doradcy) ubezpieczeniowego, żeby się zaopiekował dziećmi, bo ona musi na chwilę wyjść, a przecież – jak mówi – „u was formalności to mały pikuś”. Widok maskotki, która zamyka spot tekstem: „Pan Pikuś”

Zwrot „mały pikuś – Pan Pikuś” się przyjął, przeszedł do codziennego języka. To marzenie wielu copywriterów. Potwierdzenie ich bardzo dobrej pracy. Czy jednak ten spot reklamowy można uznać za sukces reklamodawcy? Jak uważacie?

Moje refleksje są następujące:

- Maskotka Pikusia wykorzystana w reklamie wielu osobom się podoba, budzi szczególne zainteresowanie wśród kilkuletnich dzieci. Czy jednak to dzieci podejmują decyzję o wyborze ubezpieczyciela i dzieci odkładają kapitał na emeryturę?

- Przy wyborze ubezpieczyciela ważne są dla mnie np.: rzetelność i wypłacalność firmy, jej wiarygodność, sposób i czas realizacji roszczeń, koszty ubezpieczenia i inne szczegóły umowy, a nie to, czy formalności zajmą kilka minut więcej czy mniej, czy będą łatwe czy trudniejsze. Ważniejsze od kwestii formalnych jest dla mnie np. to, jak przebiega proces  wypłaty roszczeń, jaka jest odpowiedzialność firmy za powierzane jej pieniądze, co będzie z moimi pieniędzmi za 10-20 lat, jakie mam gwarancje etc.

- Wiem, że powszechnie uważa się (podobno są badania rynku to potwierdzające), że wyrazem największego zaufania jest powierzyć komuś własne dzieci pod opiekę. Jak sądzicie – czy w przypadku spraw finansowych, ubezpieczeniowych takie kryterium jest właściwe? Kto z Was oczekuje od maklera giełdowego, że będzie odpowiedzialny za Wasze dzieci? Kto oczekuje od pani z banku, że ona odpowiedzialnie zaopiekuje się Waszymi pociechami? Ja chcę mieć przekonanie graniczące z pewnością, że ta firma odpowiedzialnie będzie zarządzać moimi pieniędzmi! Dziećmi zajmie się opiekunka, babcia, ciocia…

- Mnie (na bazie tej reklamy) jawi się następujący wizerunek doradcy ubezpieczeniowego tej reklamującej się firmy: „sierota”, która pozwoli ze sobą zrobić wszystko, żeby tylko nie stracić okazji sprzedaży. On został w tej reklamie pozbawiony poczucia własnej wartości. Myślę o nim: czyżby był na tyle niekompetentny, że nie potrafi zainteresować tematem, produktem, nie potrafi skupić uwagi klienta na istotnych dla niego sprawach?

Firmy ubezpieczeniowe kontaktują się ze swoimi klientami głównie poprzez doradców – agentów. To oni aktywnie poszukują klientów, spotykają się z nimi, analizują potrzeby, przygotowują ofertę, sprzedają, realizują obsługę po sprzedaży.  Przypomniana reklama w moim odczuciu zamiast dodać powagi i wartości tym kluczowym pracownikom – ośmiesza ten zawód i umniejsza wartość tych ludzi.

Reklama, którą przywołuję być może przyczyniła się do znacznego zwiększenia rozpoznawalności marki, co ważne zwłaszcza przy zmianie nazwy firmy. W tym aspekcie to niewątpliwie bardzo dobra, skuteczna reklama.

Czy przyczynia się ona także do budowania pozytywnego wizerunku firmy? Tu mam poważne wątpliwości. Jak bowiem mam zaufać firmie, która w spocie reklamowym pokazuje, że przyśle do mnie doradcę – opiekunkę? W aspekcie budowania wizerunku swoich kluczowych pracowników (a przez to firmy) to nie była dobra i skuteczna reklama.

Zatem poszukam dobrego doradcy u konkurencji, wszak nie szukam opiekunki do dziecka. :-)

Ja do Pana Pikusia nic nie mam, ale wolę spotkać się z Panem Doradcą.

A jak Wy postrzegacie poruszone tutaj kwestie?

Pozdrawiam,

Ewa

ps. Rażą mnie generalnie reklamy, które deprecjonują określone wartości, ośmieszają ludzi, umniejszają wartość ludzi i odbierają im szacunek. A wszystko po to , by sprzedać jak najwięcej. Inne reklamy tej firmy  mnie bawią -  gdy żart odnosi się do sytuacji i nie umniejsza wartości człowieka. Ani klienta, ani agenta.

_______________________________________________________

Okiem PRowca

To bardzo wyraźny przykład, jak – według mnie – można wydać naprawdę duże pieniądze na reklamę, żeby być bardzo dobrze rozpoznawanym, a jednocześnie za te same własne pieniądze stworzyć niekorzystny wizerunek swoich  kluczowych pracowników-partnerów, odebrać im szacunek, umniejszyć ich kompetencje i …  umocnić konkurencję.
Ten przypadek potwierdza moje przekonanie, że niezwykle ważna jest współpraca komórek PR zajmujących się budowaniem wizerunku firmy (w tym i pracowników oraz partnerów) i komórek zajmujących się reklamą w firmie, konsultowanie nawet najlepszych pomysłów agencji reklamowych. Warto się też zastanowić, na ile nasza reklama i to, co przez nią komunikujemy, może stać się pożywką dla konkurencji. Warto pomyśleć o tym, czy realizując jedne cele firmy, nie osłabiamy firmy w innych ważnych obszarach.

Uncategorized , , , , , ,

Ta przygoda zaczęła się równo miesiąc temu…

Luty 26th, 2010

Witam Was serdecznie.

Dokładnie miesiąc temu, bo 26 stycznia 2010  późnym wieczorem, opublikowałam tutaj pierwsze dwa posty. Dzień później pojawił się pierwszy komentarz. Od tamtej chwili  każdego dnia z ciekawością dziecka tu wchodzę, czytam Wasze komentarze, uwagi, przeglądam statystyki. Zastanawiam się w wolnych chwilach nad kolejnymi wpisami. Życie mnie inspiruje do pisania kolejnych postów. W  “poczekalni” jest już mała kolejka.

Jednocześnie przyglądam się, jakie tematy budzą Waszą szczególną ciekawość czy zainteresowanie. Odbieram maile od Was – Czytelników. ”Inspiratorium” się rozwija. Ten wpis jest dziesiąty. Postom towarzyszy 86 komentarzy. Liczba wizyt od momentu startu bloga to 2377. I stale rośnie. :-)

Zanim opublikowałam posty na tym blogu, napisałam 2 gościnne na blogu alexba.eu zachęcona przez jego Autora. W  lutym rok temu -  “Kupowanie nieruchomości” , a w tym roku – “O dziękowaniu” . Ilość i jakość komentarzy była dla mnie sporym zaskoczeniem. Z radością patrzyłam, że mogę w ten sposób dzielić się z innymi swoim doświadczeniem i wynikającą z tego wiedzą.

Przy tej okazji – Alex, jeśli tu czasem zaglądasz – dziękuję za taką możliwość i inspirację.
Dziękuję także Ludwikowi, bez którego pomocy “Inspiratorium” nie wyglądałoby tak, jak teraz i nie działałoby sprawnie.

Ten pierwszy gościnny post był moim blogowym debiutem, pierwszą w życiu  przygodą z – nazwijmy – blogosferą!  Wtedy nawet cieniem przez głowę mi nie przeszło, że będę komunikować się z Czytelnikami właśnie tu, w “Inspiratorium” – moim miejscu w wirtualnej przestrzeni. Obawy i wątpliwości były mniejsze od chęci. :-)

Dzisiejszy dzień skłonił mnie nie tylko do tej “podroży sentymentalnej”, ale i do następującej ważnej refleksji:

Poprzez ludzi i ich podpowiedzi czy propozycje (nawet te z pozoru niewielkiej wagi), poprzez rożne z pozoru przypadkowe zdarzenia -  życie podsuwa nam rozwiązania, podpowiada kierunek, pokazuje możliwości i sposobności. Także inspiruje, pobudza, zachęca. Wyłącznie (!) od nas zależy, co z tym zrobimy. Od nas zależy, czy wyjdziemy ze swojej strefy komfortu, podejmiemy działanie i będziemy realizować nowe projekty / zadania / zmierzać ku nowym celom. Od nas zależy, czy podejmiemy wysiłek i ryzyko, odważymy się wyróżnić.  Nikt nie zrobi tego ani za nas, ani w naszym imieniu. Dlaczego? Bo nie można żyć “w czyimś imieniu” ani “za kogoś”. To wyłącznie  my sami możemy podjąć wyzwanie, “złapać haczyk”, a w efekcie “chciałabym” zamienić na “chcę” i potem na “robię”. Jak powiedział Lang Lang:  musisz ponieść odpowiedzialność.

Gdybym rok temu nie zareagowała otwartością i gotowością napisania gościnnego postu, to jest wielce prawdopodobne, że nie spotykalibyśmy się tutaj. Nie byłoby tego “tutaj”. To doświadczenie jest dla mnie ważną lekcją do zapamiętania. Ważną – dlatego dzielę się nią z Wami.

Rok temu nie miałam pojęcia, że czeka mnie taka wspaniała przygoda. :-) To Wy, Czytelnicy, potwierdzacie mi każdego dnia, że warto było uruchomić ten blog. Poprzez aktywne współtworzenie “Inspiratorium” (Wasze komentarze), pobudzacie mnie do dalszej aktywności.

Dziękuję. Pozdrawiam. Zapraszam.

Ewa

Uncategorized , , , ,

W pułapce sukcesów i porażek

Luty 24th, 2010

Twoje życie to sukcesy czy porażki? Czego  jest więcej – sukcesów czy porażek? Zadajecie sobie czasem takie pytania? A czy odpowiedzi, które uzyskujecie są dla Was wzmocnieniem, czy pogrążacie się w poczuciu, że nie jest dobrze?

Podzielę się z Wami moimi refleksjami na ten temat. Odpowiedzi na powyższe pytanie jest kilka (chodzi o możliwe kombinacje, formę, a nie treść, ilość czy przykłady). A mianowicie:
- mam sukcesy, nie mam porażek,
- mam sukcesy i mam porażki,
- mam porażki i nie mam sukcesów,
- nie mam sukcesów i nie mam porażek.

Jeśli człowiek powie, że ma sukcesy, a nie ma porażek – szybko zakwalifikujemy go jako eksperta, szczęściarza lub… kłamcę :) Dostanie “metkę”.
Jeśli powie, że ma same porażki – dostanie etykietę  niedojdy, nieudacznika, niekompetentnego, słabego.
Jeśli twierdzi, że ma na swoim koncie sukcesy i porażki – no cóż, powiecie pewnie, że jest taki jak wszyscy….
A co z tym, który nie ma ani sukcesów, ani porażek? Jakiś szary i nijaki człowiek, pospolity, bez wyrazu, o nic się nie stara, nie ryzykuje, nie walczy…? A może on tylko tego nie widzi lub inaczej wartościuje?

W każdym z powyższych przypadków możemy mieć tak naprawdę do czynienia z identycznym działaniem, z identycznymi kompetencjami i z identycznymi efektami tych działań. Każde to stwierdzenie może tak samo odnosić się do Ciebie, do mnie, do niego…
Wszystko zależy od tego, jak nazwiemy to, co nas spotyka lub to, co tworzymy. Jak to zakwalifikujemy. Jakie kwantyfikatory zastosujemy. Określenia “sukces” i “porażka” nie są obiektywne. Są bardzo subiektywnie.  Wszystko zależy od naszego sposobu postrzegania siebie i świata. Od wzorców, w jakich byliśmy wychowywani, od naszego poczucia własnej wartości … I wszystko to można zmieniać wykonując kawałek pracy nad sobą.

Brak sukcesu nie jest porażką! Brak porażki nie jest sukcesem. Pomiędzy tymi dwoma biegunami jest przestrzeń na codzienne starania, pracę, działanie, uczenie się etc. Brak sukcesu jest tylko brakiem sukcesu. Pokazuje drogę, działanie, staranie.

Sukces – stan normalny – porażka.
Radość – stan zwykły (bez szczególnych emocji) – smutek.
Zimno – normalnie (dobrze) – gorąco.

Jak widać, pomiędzy skrajnościami jest przestrzeń na tzw. codzienność, normalność, spokój, dobro etc. Jeśli tak patrzę – nie odbijam się od porażki do sukcesu i nie spadam od sukcesu do porażki. Łatwiej mi o płynność w działaniu, spójność, stabilność, wewnętrzny spokój.

Gdyby każda z moich podejmowanych prób zrobienia czegoś była udana, to znaczyłoby tylko, że za każdym razem byłaby wyłącznie jedna próba! Udana albo nie. Tylko jedna. Zakończona sukcesem lub porażką. A przecież tak nie jest.

Jakże często próbujemy raz, a gdy nie wychodzi, mówimy, że ponieśliśmy porażkę. A gdy wychodzi – skaczemy z radości i rozpiera nas duma, że odnieśliśmy sukces… Wpadamy w pułapkę naszych emocji nazywając efekt sukcesem albo porażką. “Nakręcamy się”  i gonimy za kolejnym “sukcesem”, aż tchu nam brakuje, albo popadamy w zniechęcenie, rezygnację z powodu “porażki”. Żyjemy na huśtawce emocjonalnej pomiędzy jednym a drugim: góra – dół,  góra – dół….

Ile prób musi podjąć badacz, żeby uzyskać spodziewany efekt?
Ile razy upadłeś ucząc się jeździć na nartach?
Ile litrów wody wypiłeś w basenie zanim nauczyłeś się pływać?
Właśnie.

Mam takie poczucie, że za często kwalifikujemy w swoim życiu rożne zdarzenia jako porażki i jako sukcesy. Jeśli każde nałykanie się wody traktowałbyś jako porażkę, to nigdy byś się nie nauczył pływać, bo Twoja psychika by tego prawdopodobnie nie wytrzymała. Zrezygnowałbyś w poczuciu przegranej już po kilku pierwszych łykach chlorowanej wody! Warto o tym pamiętać, podejmując rożne działania zawodowe i nie tylko. Nieudana próba to tylko nieudana próba. To jednocześnie ważna lekcja. Za drugim razem zrobisz to inaczej, coś poprawisz i będziesz bliżej celu. W końcu nie będziesz pił tej wody i utrzymasz się na powierzchni, a może nawet przepłyniesz pół basenu.  Za kolejnym – będziesz jeszcze bliżej celu. Nieudana próba to tylko i aż  informacja, że trzeba coś zmienić, poprawić i spróbować ponownie. Udana próba to tylko i aż udana próba, dowód, że być może znalazłeś właściwy sposób, recepturę.… Być może, bo jest jeszcze miejsce na przypadek. Potrzebne jest wielokrotne powtórzenie udanej próby, żeby uznać efekt za będący wynikiem celowych i świadomych działań. Jeden człowiek nazwie to wtedy sukcesem, a inny tylko wykonaniem  zadania, planu,szeregu udanych prób, osiągnięciem celu. Będzie to wykonywał zgodnie z określoną procedurą i podejmował kolejne próby w innej lub podobnej dziedzinie, rozwijając się systematycznie i bez niepotrzebnej huśtawki emocji.

Jeśli dziecko uczy się wiązać sznurowadła, to nie pokazujesz mu, że odnosi porażkę, gdy but spada z nogi, a sznurówki się plączą. Namawiasz do kolejnej próby i wspierasz je w tym działaniu. Nagradzasz udaną próbę. Aż dziecko nabiera sprawności i pewności, że podejmowanie wielu prób skutkuje osiągnięciem pożądanego celu. A ile razy my o tym zapominamy i po pierwszej nieudanej próbie mówimy sobie, że to porażka, osłabiamy się, zniechęcamy, odbieramy energię…
Bywa też niekiedy, że rodzic działa inaczej -  złości się, gdy dziecku nie wychodzi, gdy but się “sam rozwiązuje” i lekceważy, i zbywa milczeniem moment, gdy dziecko poprawnie sznuruje but. Łatwo domyślić się, jaką lekcję w tym przypadku dziecko otrzymuje. Potem właśnie tak postępujemy sami ze sobą. :-(

W taki sposób nas uczono, w taki sposób my uczymy innych. Robimy to samo w stosunku do dzieci, pracowników, w stosunku do siebie samych. Czego się uczymy? Patrzeć i oceniać własne działania w kategoriach sukces-porażka i nic między tym.  Albo uczymy podejmowania wielu kolejnych prób, jako naturalnego sposobu osiągania zamierzonego celu. Dodajemy sobie energii, albo się osłabiamy. Nasz wybór.  Albo się czujemy lepiej, albo gorzej. To od nas zależy. Mamy wybór.

Kiedyś bardzo przeżywałam wszystko – emocjonowałam się, bo widziałam swoje działania wyłącznie dwubiegunowo: jeśli nie było spektakularnego sukcesu i oklasków, i nagród, i uznania – to oznaczało porażkę. I przeżywałam tę porażkę, odbierając sobie na jakiś czas silę do dalszego działania. i wycofywałam się, żeby nie narażać się na ewentualną kolejną “porażkę”. Albo – osłabiona – z trudem ruszałam dalej, niosąc sobie bardzo obciążającą obawę, że znowu mogę odnieść porażkę…. To nie pomagało mi w rozwoju. To było szkodliwe. podobnie szkodliwe jest porównywanie się do innych i wyolbrzymianie ich “sukcesów” i swoich “porażek”.

Dziś wiem i akceptuję fakt, że jedne rzeczy robię wyjątkowo dobrze, inne czasami robię rewelacyjnie, a czasami tak sobie. Akceptuję to, że popełniam błędy. I uczę się na tych błędach. To moi “nauczyciele”. Akceptuję to. Przynajmniej w większości sytuacji (nie jestem doskonała) :-) Dziś brak sukcesu nie jest dla mnie porażką. Nie czuję się przegrana, gdy po skończonej prezentacji nie słyszę: “To była wyjątkowa prezentacja, dawno takiej nie widzieliśmy”.  Nie potrzebuje tego. Dziś wiem: coś było wyjątkowo dobre, unikalne, a coś po prostu dobre albo poprawne. A czasem było złe i trzeba wyciągnąć wnioski, coś poprawić, wykorzystać to jako lekcję. Dziś (na ogół) zaczynając zadanie nie spinam się cała pod wpływem własnej presji, że musi być wzorcowo, najlepiej. To nie znaczy, że zgadzam się na “bylejakość” jako standard, ale daję sobie prawo do rożnych poziomów efektów. Nie oceniam siebie, tylko efekty swojego działania.

Sportowcy rzadko bija rekordy świata. Sportowcy rzadko biją ustanowione przez siebie rekordy. Czy to znaczy, że odnoszą porażki? Jedna z ważniejszych rzeczy, których się nauczyłam w ostatnich latach, to nienazywanie braku sukcesu porażką. Kolejną rzeczą: że nie zawsze musi być sukces, że może wystarczy czasem poprawność. A czasem wystarczy po prostu dobiec do mety. :-)

Wbrew pozorom takie zdystansowanie się do dwubiegunowego modelu “sukces – porażka”, bardzo pomaga w osiąganiu celów, a czasem nawet…. sukcesów.

Co o tym myślicie? Jak jest to u Was?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Nieprzyjemny przywilej szefa

Luty 22nd, 2010

Bycie szefem wiąże się – o czym rzadko się mówi – ze zwalnianiem pracowników. Oczywiście nie jest to podstawowe zadanie szefa. Odnoszę się tu zarówno do przypadków likwidacji stanowisk pracy (przyczyna wypowiedzenia po stronie pracodawcy), jak i tych, gdy pracownik nie pasuje do zespołu, nie realizuje zadań, etc (przyczyna wypowiedzenia po stronie pracownika). W jednym i drugim przypadku nie zamyka się to w relacji szef-zwalniany pracownik, ale ma szerszy wymiar – dotyczy relacji szef – zespół, wewnętrznych relacji w zespole, relacji szef – zarząd etc.

Bywają sytuacje, gdy zespół nie widzi problemu z jakością pracy danej osoby, a widzi to szef. Wówczas zwolnienie danej osoby budzi zrozumiały niepokój w zespole, poczucie zagrożenia, może pojawiać się brak zaufania do szefa. Jeśli natomiast zespół narzeka na jakość pracy danej osoby, widzi, że ona się męczy, że nie przystaje, ze spowalnia pracę – wówczas sytuacja jest łatwiejsza, bo zwolnienie danej osoby nie działa destrukcyjnie na zespół i relacje zespołu z przełożonym. Może nawet je umacniać, bo ludzie widzą, że działasz odpowiedzialnie, w jasny i zrozumiały dla nich sposób. Redukcja stanowisk jest według mnie najtrudniejszą sytuacją. Trzeba zwolnic x osób, bo np. zmienia się struktura działu i sposób realizacji projektów. Trzeba zwolnić ludzi, z którymi dobrze się pracuje, którzy np. z zaangażowaniem szereg miesięcy czy lat pełnili swoje obowiązki i pomagali realizować biznesowe cele firmy.

Jak to zrobić, by – niezależnie od przyczyny rozwiązania umowy o pracę - nie podcinać ludziom skrzydeł, nie umniejszać ich wartości, minimalizować straty dla danego człowieka?

Na bazie swoich doświadczeń zwracam uwagę na kilka ważnych rzeczy. Oto one:

  1. Zwalnianemu pracownikowi należy się taki sam szacunek, jak osobie właśnie zatrudnianej lub najlepszemu pracownikowi w Twoim zespole. Z tego szacunku wynikają dalsze punkty mojej listy.
  2. Ty zatrudniałeś tego człowieka, w Twoim zespole pracował – nie przerzucaj obowiązku zwolnienia go na dział personalny lub inne osoby, nie wysyłaj wypowiedzenia pocztą ani kurierem, jeśli tylko możesz – zrób to osobiście. Ten człowiek zasługuje na Twój czas i uwagę. Masz mieć tyle czasu, ile potrzebuje pracownik. To jego sprawa jest w tej chwili najważniejsza.
  3. Zadbaj, by rozmowa odbyła się w jak najbardziej komfortowych warunkach – przy wyłączonych telefonach przychodzących, z gorącą linią do działu prawnego i personalnego, aby na bieżąco móc odpowiedzieć na każde pytanie pracownika.
  4. To szczególny czas. Zagwarantuj spokój, by nikt nie wchodził w tym czasie do gabinetu i by nikt nie przeszkadzał.
  5. Zacznij od konkretów, od celu spotkania. Nie obchodź tematu dookoła, bo pracownik wyczuwa, że „coś jest na rzeczy” i tylko niepotrzebnie narasta w nim niepokój i napięcie. Przedstawienie wprost celu spotkania nie kończy jednak spotkania. To dopiero początek!
  6. Daj człowiekowi odetchnąć, oswoić tę informacje, złapać oddech. Daj czas. Inaczej może nie usłyszeć tego, co masz mu do powiedzenia, a co jest ważne.
  7. Nie wymiguj się od odpowiedzialności za tę decyzję, nie mów, że firma tak zdecydowała, że zarząd… Nawet jeśli zarząd podjął decyzję, to Ty tę decyzje przyjąłeś, zgodziłeś się z nią, a więc to Twoja decyzja. Nie rozważam sytuacji, gdy zarząd pominął Cię w tej decyzji i nie miałeś jako szef nic do powiedzenia – to inna historia i dotyczy Twoich relacji w firmie, Twojego statusu jako szefa – to temat na osobny post.
  8. Dokładnie uzasadnij przyczynę rozwiązania umowy. Jeśli leży ona po stronie pracodawcy (likwidacja stanowiska)- bardzo wyraźnie to przekaż, podkreślając, że nie ma ona nic wspólnego z jakością jego pracy i z jego postawą. Jeśli wina leży po stronie pracownika – pokaż dokładnie, dlaczego podjąłeś taką decyzje odnosząc się do faktów. Nie oceniaj człowieka tylko jego pracę! Mów o konkretach. Odnieś się do waszych wcześniejszych rozmów dotyczących jakości pracy, do rozmów, w czasie których mówiłeś, co i jak należy poprawić etc.
  9. Powiedz też, co w tym pracowniku cenisz, co było wartościowe i dobre – zawsze znajdziesz cos takiego. Rzadko tak jest, że wszystko było złe i nic nie wyszło. To bardzo ważne.
  10. Spokojnie wyjaśnij wszystkie aspekty prawne i formalne. Każdy szczegół. Nawet informacje o możliwości odwołania się do sądu pracy w ciągu 7 dni(w tym dni wolne od pracy), o możliwości skonsultowania się za darmo z prawnikiem w urzędzie pracy. Przede wszystkim jednak ze spokojem, cierpliwością i szacunkiem wyjaśnij wszystko, co dotyczy zwolnienia i nowej sytuacji pracownika.  Zapytaj, czy nie chce sobie notować.
  11. Powiedz, jak chciałbyś, żeby przekazał stanowisko pracy, albo umów się z nim na następny dzień, żeby uzgodnić szczegóły przekazania stanowiska pracy (informacje, dokumenty, narzędzia pracy etc).
  12. Patrząc w oczy, z uwagą i szacunkiem podziękuj pracownikowi za czas i pracę, jaką oddał tej firmie.

To powinno być spotkanie i rozmowa dorosłych, szanujących się ludzi, a nie stawianie człowieka przed plutonem egzekucyjnym. I zawsze warto pamiętać, że niemal każdy szef także jest pracownikiem i ma swojego szefa – nawet jeśli jest prezesem… “Nie rób drugiemu, co Tobie niemiłe”

Jeśli nie jesteś jeszcze szefem, a jesteś pracownikiem, któremu być może zdarzy się taka sytuacja w życiu – ważne, żebyś już teraz wiedział, czego się możesz domagać – skorzystaj z powyższych punktów. Jeden z kolejnych postów napiszę na ten temat w odniesieniu do zwalnianego pracownika.

Tymczasem warto byś wiedział, iż pracownika nie zwalnia się dlatego, że jest złym człowiekiem i niczego nie umie, ani do niczego się nie nadaje. Gdyby tak było – nikt by cię nie zatrudnił. :-)  Pracownika zwalnia się, gdy – ogólnie mówiąc – jego styl pracy, sposób realizacji zadań, podejście do pracy, wiedza, umiejętności nie pasują do potrzeb danej firmy. W innej firmie lub przy innych zadaniach ten sam człowiek może się świetnie sprawdzać. Słuchaj zatem uważnie, dlaczego firma rezygnuje z twoich usług, nie bój się pytać. To może niekomfortowa, ale jednak okazja, żeby się dowiedzieć, co poprawić, czego się nauczyć, albo czego nie wybierać następnym razem. :-)

Być może siedzisz w tej firmie od dawna i gdyby nie kredyt, lęk przed zmianą etc, już dawno byś sam odszedł, ale nie masz odwagi podjąć takiej decyzji –  wtedy zwolnienie potraktuj jako szansę dla siebie! Być może kiedyś podziękujesz swojemu byłemu szefowi za szansę rozwoju.  Ja miałam taką okazję w bezpośredniej rozmowie kilka lat po rozstaniu. Były szef powiedział mi, że z perspektywy lat żałuje swojej decyzji. Z pełnym przekonaniem odpowiedziałam, że ja z perspektywy kilku lat bardzo mu dziękuję za tamtą decyzję, bo w tym momencie nie spotykalibyśmy się jako partnerzy przy danym projekcie. Dzięki jego decyzji miałam szansę na intensywny rozwój i dużą pozytywną zmianę.

A jakie są Wasze doświadczenia i przemyślenia?

Pozdrawiam, Ewa

_______________________________________________________

Okiem PRowca

Wszystko, co robimy buduje lub narusza nasz wizerunek. Sposób, w jaki firma zwalnia pracowników jest ważnym elementem budowania / umacniania wizerunku. Jeśli dana firma w przekazach do mediów i na wydarzeniach specjalnych mówi np. , że ludzie są jej najwyższą wartością, a sposób w jaki rozstaje się z pracownikami przeczy temu, to obraz staje się niespójny. Rozpad czasem zaczyna się od małej szczeliny. :-)

Sposób rozstawania się z pracownikami pokazuje, na ile rzeczywiście człowiek ma dla firmy wartość, a na ile jest tylko trybikiem w maszynie. To, jak firma zwalnia pracowników, jest bardzo ważne w tzw. PR wewnętrznym. To, jak Ty w danej firmie zwalniasz pracowników, mówi o Tobie – Twój własny PR. :-)

Wizerunek buduje się nie tylko poprzez komunikaty wysyłane do mediów, a też poprzez to, co mówią „zwykli ludzie”– w tym  pracownicy, także zwolnieni. Pracownicy mówią o swoim miejscu pracy, o swoim szefie. To, jak ich zwolnisz, będzie wpływało na to, co powiedzą o Tobie i o Twojej firmie (firmie, w której pracujesz). Wiedzieć też będą o tym ci, którzy w firmie zostali…

Uncategorized , , , , , , , , ,

Plus / minus 20…

Luty 18th, 2010

Zrobiłam mały „przegląd znajomych” pod kątem … wieku. Tak. Przyjrzałam się wiekowi ludzi, z którymi się spotykam, z przyjemnością rozmawiam o życiu, czasem filozofuję, czasem tylko wymieniam informacje. To grupa w przedziale od …. 19 do 60+. Czyli ponad 20 lat w górę i ponad 20 lat w dół. :-)

Uświadamiam sobie teraz, że dzięki tym ludziom czasem czuję się odmłodzona, a czasem dojrzewam.  To naturalne – ktoś powie. A czy naturalne jest, że dojrzewam czasem towarzystwie tych młodszych o 20 lat, a nie tych starszych? A jednak.

Przyszło mi na myśl, że dobrze jest budować relacje z ludźmi nie tylko z różnych grup zawodowych, o różnych zainteresowaniach, ale i w bardzo różnym wieku, z różnym „bagażem” doświadczeń, o różnym statusie materialnym, różnych celach życiowych, nawet o różnej – nazwijmy to – bazie  kulturowej (np. ludzie wychowani lub żyjący w innych krajach, osadzeni w innych kręgach kulturowych). Dobrze nie ograniczać się do grona rówieśników.

To, co mnie cieszy, to fakt, że swobodnie czuję się i w jednej, i w drugiej grupie wiekowej. To co mnie cieszy to także fakt, że ci ludzie czują się swobodnie ze mną, niezależnie od tego, czy są dużo starsi, czy dużo młodsi. Nie czuję się w tych relacjach ani dzieckiem, ani rodzicem, nie wchodzę w żadną z tych ról, choć – jeśli mogę i jeśli jest taka potrzeba – staram się być pomocna. To jest symetryczne.

Uczę się od młodszych przyjaciół bardzo wielu rzeczy. Zdobywam inną, nową perspektywę dla wielu codziennych i mniej codziennych spraw. I przyznam, że ja w wieku wielu młodych ludzi byłam o sto lat świetlnych do tyłu. Pod wieloma względami. Podziwiam ich za mądrość, za odwagę eksperymentowania, za odwagę poszukiwania siebie prawdziwych… Zarażam się od nich entuzjazmem, świeżością spojrzenia. Bywa też, że dzięki nim doceniam swoją sytuację, wolność, swobodę i niezależność jaką mam w wielu obszarach życia.

Od starszych  też się uczę. Korzystam z ich doświadczeń. Uczę się czasami wprost, a czasami „przez zaprzeczenie”. Bo muszę przyznać, że dużo łatwiej spotkać otwartych na świat, tolerancyjnych, mających pasje, odwagę etc. ludzi młodych, niż tych z poziomu 45+. A szkoda. Może gdyby częściej spotykali się z młodymi nie jako nauczyciele i rodzice, ale w relacjach partnerskich, nauczyliby się więcej od młodych…

Wszystkim polecam. To bardzo poszerza horyzonty i stwarza ciekawe możliwości rozwoju. Poza tym umiejętność swobodnego bycia i prowadzenia rozmów w różnych grupach wiekowych zdecydowanie ułatwia potem budowanie w dobrych, zdrowych relacji w pracy.

A jak wygląda krąg Waszych znajomych? Z jakich „źródeł” czerpiecie?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , ,

Raz się uda, a raz nie… O języku polskim cz. 2

Luty 14th, 2010

Pamiętam ze studiów, jak z sali egzaminacyjnej wychodzili szczęśliwi ludzie i podekscytowani szeptali do oczekujących przed salą:  ”Zdałam! Nie umiałam wszystkiego, ale się udało! Tobie też się uda!”, „Udało się, zdałam, dostałam łatwe pytania!”, „Zdałem, udało się! Trafiłem w pytania. A byłem przekonany, że nie zdam…”. Nie mogę natomiast przypomnieć sobie, by ktoś wyszedł i powiedział: „Byłem bardzo dobrze przygotowany i udało mi się zdać!”.

Czy zwróciliście uwagę, w jakich kontekstach i jak często mówicie lub słyszycie „Udało się”, „Udało mi się”? Ja słyszę to bardzo często, mówię znacznie rzadziej. Dlaczego? „Udało się” stosuję na ogół w sytuacjach, gdy nie miałam wpływu na efekt, gdy był on dziełem przypadku, szczęścia, a nie wynikiem moich konkretnych działań, przemyślanych, świadomych decyzji, konkretnych umiejętności. Zwrot „udało mi się” osłabia moją rolę, mój wpływ na efekt. Daje on też otoczeniu informację, że kolejny raz w podobnej sytuacji może się nie udać.

W zdaniu „Udało mi się poprowadzić bardzo dobrą prezentację.” przekazuję dwie informacje:

- Informacja 1 – prezentacja była bardzo dobrze poprowadzona.

- Informacja 2 – kolejny raz może się to nie powtórzyć, bo było to przypadkowe.

W zdaniu: „Poprowadziłam bardzo dobrą prezentację dzięki dobremu przygotowaniu,  moim umiejętnościom i doświadczeniu.” także przekazuję kilka informacji:

- Informacja 1 – prezentacja była bardzo dobrze poprowadzona (identycznie jak w poprzednim przypadku).

- Informacja 2 – potrafię to powtórzyć, bo jestem kompetentna, bo się przygotowuję, bo mam doświadczenie, bo mam umiejętności i jestem tego świadoma.

Wyobraźcie sobie teraz, że staracie się o dobrą pracę i na rozmowie kwalifikacyjnej na pytanie o sukcesy odpowiadacie:

- „Udało mi się osiągnąć najlepszy w regionie wynik sprzedaży…”

- „Udało mi się tak pokierować zespołem projektowym, że odniósł on sukces….”

A teraz odpowiadacie inaczej (proponuję wypowiedzieć na głos i usłyszeć te zdania):

- „Osiągnęłam najlepszy w regionie wynik sprzedaży dzięki mojemu zaangażowaniu, dobrej komunikacji i doświadczeniu…”

- „Zespół, którym kierowałam, odniósł sukces dzięki mojemu doświadczeniu i umiejętnościom kierowania złożonymi projektami…”

Widzicie różnicę? Komu chętniej pracodawca da odpowiedzialne zadanie? Kogo chętniej zatrudni? Uwaga: efekty oraz przyczyny należy podawać prawdziwe. :-)

Nie umniejszajcie swojej roli, swojej zasługi, swoich kompetencji przy użyciu pozornie niewinnego czasownika. Umacniajcie swój wizerunek. Język jest tu bardzo pomocnym narzędziem.

Zwrot „udało się” wskazuje na  efekt i jednocześnie na … przypadkowość. To tak, jakby mówić: Dziś mi się udało, ale to kwestia przypadku, zrządzenia losu, szczęście… Nie wiem, czy uda mi się następnym razem, więc … nie możesz mi ufać w tej kwestii :-)

Co o tym sądzicie? Jakie są Wasze spostrzeżenia?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , ,

Fenomen Lang Langa

Luty 9th, 2010

Wczoraj w nocy oglądałam program o wybitnym chińskim pianiście Lang Lang. Artysta ma dziś 28 lat. Prowadząc kursy mistrzowskie dla studentów w Chinach, dzielił się z nimi zarówno doświadczeniem artystycznym, jak i swoimi przemyśleniami. Moją uwagę zwróciła jego niezwykła, jak na młody wiek, dojrzałość.

Zapisywałam urywki wypowiedzi Lang Langa (podaję je tutaj kursywą).

Lang Lang zwraca uwagę, że młodzi ludzie, obserwując sukcesy innych, decydują o tym, kim chcą być. “Chcę być pianistą jak…” “Chcę być lekarzem, jak …”. Chcą być tacy sami.  “Chcę być taki sławny jak on”, “Chcę robić to, co on”, “Chce żyć tak jak on” etc. Nie zastanawiają się, kim oni sami są, co decyduje o ich wyjątkowości, jaki maja talent. Wyciągają prosty wniosek: skoro on odniósł sukces robiąc to i to, skoro ma pieniądze, jest szczęśliwy i spełniony, to ja też będę to robił i też będę szczęśliwy, bogaty i spełniony. To poważny błąd.  Nie szukają własnej drogi (i nie dotyczy to tylko drogi zawodowej, choć Lang Lang odnosił się do kariery artystycznej).

Lang Lang proponuje:

  1. Najpierw odpowiedz sobie, co kochasz.
  2. Potem – czy kochasz to co robisz.
  3. Dopiero na końcu- kim chcesz być.

To TY jesteś KLUCZEM do swojej kariery. Tylko Ty! Czuj się częścią tego, co robisz.

A zatem czas na własne przemyślenia. Mnie pomogły postawione sobie następujące pytania:

1. Co kochasz, co lubisz robić, co sprawia Ci niekłamaną przyjemność, co jest Twoją pasją?

2. Czy to co teraz robisz (zawodowo ale i nie tylko) jest tym, co kochasz. Czy kochasz to, co teraz robisz?

3. Jeśli nie – pomyśl, jak możesz to zmienić. Zacznij od myślenia takiego, jakby wszystko było możliwe. Nie ograniczaj się. Tak łatwiej znajdziesz rozwiązanie.

4. Kim chcesz być? Dokąd chcesz dojść? (jako wynik/meta robienia tego, co kochasz)

Co sądzicie o takim podejściu? Jak to jest w Waszym życiu i w odniesieniu do Waszych planów?

Każdy wiek jest właściwy na dobrą zmianę i na rozwój. :-)

Zwróciłam też uwagę na następującą historię opowiedziana przez Lang Lang: Na pianinie artysty przez lata stała maskotka – żółty piesek, nagroda pocieszenia, którą dostał za zajęcie II miejsca w konkursie pianistycznym. Miał wtedy 7 lat. Jak sam opowiadał – przez długi czas ten piesek był jego wrogiem. Nie lubił go, on przypominał o przegranej. Lang Lang obwiniał maskotkę o swoją porażkę, rzucał nim, gniótł, kopał, poniewierał… Aż zrozumiał, że piesek nie jest winien temu, że on – młodziutki pianista – nie wygrał. Piesek został na pianinie. Zmieniła się jednak jego rola: przypominał mu przez kolejne lata, że on sam musi ponieść odpowiedzialność.

Pomyślałam, że wielu ludzi (ja czasami także) obwinia otoczenie, okoliczności, siły zewnętrzne o swoje niepowodzenia (lub o brak powodzenia). Ja już wiem, że takie przerzucanie odpowiedzialności poza siebie nie rozwija mnie, a jedynie bywa źródłem złego nastroju. Brzmi mi w uszach wypowiedziane przez artystę “ponieś odpowiedzialność”. :-) Osobista ciekawość i odwaga, a nie środowisko decyduje o karierze.To zdanie też ma dla mnie dużą wartość.

A jak to jest u Was?

Pozdrawiam, Ewa

ps.

Jeszcze dwie myśli Lang Langa, które zdążyłam wynotować:

  • Z każdym koncertem muszę być coraz lepszy.
  • Nigdy nie odzyskam czasu, który utraciłem.

Uncategorized , , , , , , , , ,

Jakby sukces jakby specjalisty… O języku polskim cz. 1

Luty 5th, 2010

Wspominałam w jednym z postów, że przygotowuję tekst o języku polskim. Doszłam jednak do wniosku, że lepiej będzie, jeśli opublikuję kilka krótszych postów. Dziś część pierwsza. :-) Kolejne są w przygotowaniu.

Kilka dni temu oglądałam program telewizyjny, w którym wypowiadali się znani i mniej znani ludzie. Oto co wynotowałam w ciągu niespełna 15 minut:

- „Sława jakby nie zmieniła go.”
- „Jest to jakby przekraczanie barier (…)”
- „Jestem aktorką i jakby ciało jest też narzędziem (…)”
- „Jestem człowiekiem młodym, przed którym życie jakby się otwiera (…)”
- „Jakby wydaje mi się (…)”
- „(…) jakby leczenie zależało tylko ode mnie.”

Niedawno usłyszałam zwrot „jakby prezentacja”.  Powiedziała to osoba chcąca spotkać się z uznaniem słuchaczy i zaprezentować się jako ekspert. Pomyślałam natychmiast: ” To może darujmy sobie tę „jakby prezentację” i spotkajmy się, kiedy gotowa będzie prawdziwa, porządna prezentacja…” Po kilku kolejnych „jakby” nie mogłam się skupić na treści wystąpienia. Z zaciekawieniem i ze skrywanym rozbawieniem czekałam na kolejne „jakby”. O prelegencie trudno mi było myśleć jako o ekspercie.

„Jakby” osłabia sens, znaczenie słowa, do którego się odnosi. „Jakby sukces”, to coś, co przypomina sukces, ale nim nie jest. „Jakby otwarcie”, to nie to samo co otwarcie.  „Jakby życie” to nie życie. „Jakby ekspert” to nie ekspert.

„Jakby”, a robi różnicę. :-)

Specjaliści wskazują na metatekstowe funkcje owego „jakby”. Użycie tego słowa ułatwia wycofanie się z wypowiedzi, jest w pewnym sensie asekuracją:

- Powiedział Pan, że to przekraczanie barier, a ja się z tym nie zgadzam.
- Nie, ja powiedziałem „jakby przekraczanie granic”. Chodziło mi tak naprawdę nie o przekraczanie granic, ale …

Mam jednak przekonanie, że w większości przypadków używamy tego słowa całkowicie bezrefleksyjnie i nieświadomie, nawykowo. Używamy go, kiedy nie wiemy, co chcemy powiedzieć, kiedy brakuje nam słów  etc.  To rodzaj „wypełniacza”.

Przyjrzyjmy się, jak mogą brzmieć cytowane wyzej fragmenty wypowiedzi, gdy pozbawimy je owego „jakby” lub w jego miejsce wstawimy inne słowo:

- „Sława wcale go nie zmieniła.” [skorzystałam z okazji i przestawiłam też zaimek]
- „Jest to wyraźne przekraczanie barier (…)”
- „Jestem aktorką i moje ciało jest też narzędziem (…)”
- „Jestem człowiekiem młodym, przed którym życie dopiero się otwiera (…)”
- „Wydaje mi się (…)”
- „(…) Leczenie zależało tylko ode mnie.”

Czy nie brzmi to lepiej? Czy wypowiedź nie jest bardziej spójna, konkretna, zdecydowana? Wyeliminowanie tego słowa (wyeliminowanie złego nawyku językowego) polepszy nasz wizerunek. Jeśli jesteśmy specjalistami w określonej dziedzinie, to mówmy jak specjalista, a nie jak „jakby” specjalista.

Słuchajcie się nawzajem, sprawdzajcie, czy sami nie używacie słowa „jakby” w niewłaściwy sposób. Świadome i celowe używanie języka polskiego jest szczególnie ważne w czasie wystąpień publicznych, wywiadów, a także np. w czasie rozmów rekrutacyjnych. Proponuję zacząć polowanie na „jakby”. To może być dobrą zabawą.

Co o tym myślicie? Czy takie informacje są dla Was przydatne?

Czy Wasze obserwacje są podobne do moich?

Jakby pozdrawiam ;-)

Ewa

_______________________________________________________

Okiem PRowca

Zwracamy uwagę swoim wyglądem, zachowaniem oraz tym, co mówimy i w jaki sposób mówimy. Język, jakiego używamy, wiele o nas mówi. Za nas mówi:-) Ubiór znacznie łatwiej zmienić niż sposób wypowiadania się. Ważne zatem, by jak najszybciej eliminować wszelkie złe nawyki językowe. One osłabiają przekaz i tym samym osłabiają nasz wizerunek.
Jeśli zadbamy o poprawną i ładną polszczyznę, to będziemy się pozytywnie wyróżniać.
Język jest wizytówką. Ważnym elementem budowania wizerunku specjalisty, eksperta, człowieka wykształconego.

Uncategorized , , , , ,