Język, który wspiera..
Niedawno w czasie prezentacji usłyszałam zwrot: „Chciałabym dziś powiedzieć Państwu o…”. Natychmiast pomyślałam: „Chciałabyś czy powiesz o tym?”.
Zaczęłam uważnie słuchać, jakich czasowników używamy w odniesieniu do rzeczy, na których nam zależy, do decyzji, do działań, jakie planujemy, chcemy podjąć etc.
Najczęściej to niestety „miękkie” i niezobowiązujące zwroty typu:
- Chciałabym nauczyć się tego…
- Chciałbym robić to i to….
- Chciałabym mieć lepszą pracę,
- Chciałbym więcej zarabiać…
- Chciałbym powiedzieć…
To niby takie grzeczniejsze, łagodniejsze… A tak naprawdę to „chcenie” jest w takich zwrotach bardzo małe i obwarowane wieloma cichymi „nie mogę”.
Zwrot typu „chciałbym” ma zupełnie inną moc, niż zwroty typu: „chcę”, „decyduję”, „zrobię to”.
Za słowem „chciałbym” idzie marzenie, a nie decyzja, słabość, a nie pewność. Trudno więc, by taki zwrot dodawał nam sił i mobilizował. Więcej nawet – za zwrotem „chciałbym to i to” niemal automatycznie staje „ale” i prowokuje postawienie szeregu ograniczeń i niemożności wykonawczych.
Za zwrotem „Decyduję, że…” niemal automatycznie staje działanie – określenie, w jaki sposób będę realizowała swój cel, zadanie.
Jak zatem powinna się zaczynać prezentacja wspomniana na początku? Jak mówić, żeby się wspierać w działaniach i dodawać sobie energii?
Zamiast „Chciałabym dziś powiedzieć Państwu o …” powiedz: „Powiem dziś Państwu…”, a jeszcze lepiej – „Dziś dowiedzą się Państwo o …”
Zamiast „Chciałabym czytać jedna książkę tygodniowo” powiedz” Decyduję, że przeczytam jedną książkę w tygodniu i zaczynam dziś”.
Zamiast „Chciałabym mieć lepszą pracę” powiedz: „Zdecydowałam zmienić pracę. Moja nowa praca będzie taka a taka. …” I zacznij działać.
Zamiast „Chciałabym nauczyć się tego…” powiedz: „Chcę umieć to i to, a zatem decyduję uczyć się tego od dziś.” I zacznij działać.
Skup się na celach, zadaniach, a nie na niemożnościach i przeszkodach. Sposób mówienia może przybliżać do jednego lub drugiego.
Nie osłabiaj się poprzez sposób mówienia, a dodawaj sobie mocy i wspieraj w decyzjach.
Jak Wy to widzicie?
Pozdrawiam po przerwie, Ewa

Podobnie, Ewo
Jakiś czas temu zaczęłam tropić w tym co mówię i co inni ludzie mówią, sformułowania nic nie wnoszące i sformułowania mylące. To, co wspomniałaś, uważam za sformułowanie mylące, bo zakładam, że osoba rozpoczynająca prezentację chce o czymś powiedzieć i zamierza to zrobić, zaczęła już działać w tym kierunku – przygotowała się, przygotowała materiały, zgłębiła temat, przyszła, stanęła przed audytorium, zaczęła mówić i… w pierwszych słowach swojej wypowiedzi przeczy wszystkiemu, co już dokonała. Czy to nie jest mylące?
Myślę, że często ludzie nie słyszą siebie samych, nie zastanawiają się co dokładnie znaczy to, co mówią i to jest problem – trudniej ich słuchać niż tych, którzy mówią precyzyjnie, a przecież chcieliby być łatwi w odbiorze, zrozumiali. I potem zrzuca się odpowiedzialność na to, że daru się nie ma, czy talentu.. A wystarczy trochę uwagi, zaczynając od zwykłych, codziennych rozmów.
katwer,
Ja prowadzę często rożne prezentacje. Zanim wystąpię – bardzo uważnie się przygotowuje.
teraz mam możliwość nagrania siebie przed i sprawdzenia, co i jak mówię. Sama mogę wyłapać wiele błędów i rzecz jasna – robię ich coraz mniej, dla wielu, wielu osób są one niezauważalne, a ja wciąż się uczę.
Wcześniej po prostu pisałam sobie dokładne teksty wystąpień. Analizowałam je, poprawiałam, wyłapywałam błędy.
Dyktafon jest tu bardzo pomocnym narzędziem.
Tyle o prezentacjach.
W codziennej komunikacji jest gorzej – dużo trudniej wyłapać własne błędy. Jestem jednak przekonana, że świadomość, gdzie często można popełniać błędy jest pomocna w wysłuchiwaniu własnych błędów i wysłuchiwaniu błędów u innych. To nas także uczy.
Na początku słyszałam swoje błędy post factum. Potem łapałam sie na nich w momencie mówienia. Teraz wyłapuję zanim powiem lub w wielu przypadkach doszłam do tego, ze wyeliminowałam pewne zwroty.
Kształtowanie własnego języka i jego doskonalenie to proces. Ważne, żeby zacząć
Pozdrawiam, Ewa
Witam!
Ciekawie się składa, bo kilka dni temu skończyłem czytać książkę P.Ardena “Cokolwiek myślisz, pomyśl odwrotnie”. Był tam krótki fragment o tym, że wyrażenie:
‘Chciałbym’ oznacza coś w stylu ‘czy nie było by miło, gdyby….’ a ‘Chcę’ niesie ze sobą przekaz ‘zrobię to!’.
Napisałaś Ewo “Jak Wy to widzicie?” – w moim przypadku to ja nie tyle to widzę, co wyraźnie czuję w ciele różnicę gdy zamieniam Chciałbym na Chcę lub Decyduję.
Z taką dużą zmianą odczuć w ciele i jednocześnie dopływem energii spotykam się również, gdy sam siebie złapię na tym jak mówię ‘nie mogę’ lub ‘muszę’ i zamienię to na ‘Chcę’.
Zresztą trochę o tym pisałaś w jednym ze swoich poprzednich postów
Co do prowadzenie prezentacji, to rzeczywiście bardzo dobrze robi nagranie swojej prezentacji przed kamerą i jej obejrzenie. Można wtedy nie tylko popracować nad tekstem, dykcją, tonem głosu ale też nad naszą mową ciała i gestami.
Pozdrawiam!
Michał
Michał Szen,
napisaleś “Z taką dużą zmianą odczuć w ciele i jednocześnie dopływem energii spotykam się również, gdy sam siebie złapię na tym jak mówię ‘nie mogę’ lub ‘muszę’ i zamienię to na ‘Chcę’.”.
Tym samym poruszasz ciekawy temat. Nasze cialo bardzo wiele nam mówi – podpowiada, uczy… Nasze ciało reaguje niekiedy bardzo wyraźnie na nasze stany emocjonalne, duchowe, na poziom energii.
Ja zwróciłam też uwagę kiedyś na to, że mogę pracując z własnym ciałem osiagać różne pozytywne efekty – wpływać np. na zmianę swojego nastroju etc.
Kiedy choruję, to wiem, że w większości przypadków moje cialo chce mi coś powiedzieć, np. że je nadużyłam, że nie dbam o wypoczynek, że powinnam coś istotnego zmienić.
Warto sluchać swojego ciała, tak jak warto zwracać uwagę na sposób komunikowania.
Pozdrawiam, Ewa
Ewa,
W przypadku prezentacji, w której uczestniczyłaś to raczej niegroźny językowy nawyk. Czy ta Pani zrealizuje swoje zamiary można było się przekonać w kilkanaście minut.
“Chciałbym przestać palić” to dopiero problem.
Myślę, że wiele osób po sposobie wypowiedzi ocenia rzeczywiste zamiary osoby wypowiadającej się. Na tej też podstawie podejmuje decyzje o np. ewentualnej współpracy.
Przykłady z życia wzięte
“A ugryźć gdybym chciał. Czy coś byś przeciw miała”
“Chciałabym, chciała”
W tym kontekście będąc na miejscu Olka za nic bym nie uwierzył Małgorzacie Pieńkowskiej.
Przyjaciółka do przyjaciółki:
“Jeszcze raz chciałabym pojechać do Nowego Jorku”
“Jak to!!! Kiedy byłaś?! Beze mnie?”
“Nie byłam. Raz już chciałam”
Jak my to widzimy?
My Robert na przykład widzimy to tak:
Trzeba spróbować, żeby się samodzielnie przekonać.
PS.
Odwrotna psychosomatyka jak ją nazywam to fajna sprawa. Polecam wziąć głęboki oddech żeby ramiona poszły do tyłu, przesunąć biodra do przodu i wtedy powiedzieć “chcę”. Tylko uwaga bo można przypadkowo uwierzyć.
Witam,
Na pewnym stopniu rozwoju językowego, uświadomienie sobie istnienia proaktywnego języka, języka NLP jest jak otworzenie drzwi do jasnego, ogrzanego i rozświetlonego pałacu w deszczową, ciemną noc – mamy wrażenie, że wszystkie pojęcia nabierają nowego znaczenia i zajmują swoje właściwe miejsce.
Mnie jednak ten język nie odpowiada, gdyż wymaga od nas bycia ciągle pro- i akty-, tak jakby de- i anty- nie były tak samo częścią naszego życia. Uważam, że ćwicząc się wyłącznie w stosowaniu proaktywnego języka to kim staramy się stwarzać poprzez niego traci kontakt, z całą gamą odczuć, które w nas są.
Ponadto, będąc coraz lepszym w tym języku, uzależniamy się od niego, tracimy zdolność bezinteresownego nazywania rzeczy.
Zamiast tego, polecam ogólnie pogłębiać swoje wyczucie językowe, we wszystkich kierunkach (jak ameba wyciągająca swe nibynóżki w różne strony
), choćby poprzez czytanie literatury pięknej – zdumiewa mnie, że dawni autorzy, nieznający NLP mają większą wrażliwość językową, niż niejeden współczesny “guru” od neurolingwistyki. Dobry pisarz często o wiele lepiej potrafi nazwać rzeczy i oddziaływać na wyobraźnię czytelnika, czyniąc to do tego w sposób zupełnie niezobowiązujący.
Świat języka jest przesycony całą gamą kolorów tęczy, tak jak cała nasza rzeczywistość.
Niewątpliwie prawdą jest, że język nasz sytuuje nas i określa kim jesteśmy; jeśli jednak wybieramy z języka tylko pozytywne elementy, to zawsze jest to tylko wybór, który nas w głębszej perspektywie ogranicza.
Pozdrawiam
Maćku, napisałeś:
“Na pewnym stopniu rozwoju językowego, uświadomienie sobie istnienia proaktywnego języka, języka NLP jest jak otworzenie drzwi do jasnego, ogrzanego i rozświetlonego pałacu w deszczową, ciemną noc – mamy wrażenie, że wszystkie pojęcia nabierają nowego znaczenia i zajmują swoje właściwe miejsce.”
Napisałeś “mamy”. Czy wyrażasz swój pogląd, czy jakiejś grupy?
Ja np. nie podzielam wrażenia opisanego przez Ciebie wyżej. Przede wszystkim to, o czym piszę w odniesieniu do języka nie jest nadawaniem słowom nowych znaczeń.
Napisałeś: “Niewątpliwie prawdą jest, że język nasz sytuuje nas i określa kim jesteśmy;”
Co masz na mysli pisząc “sytuuje nas”?
Nie zgodzę się z Tobą, że język określa, kim jestem. Według mnie to, kim jestem, ma wpływ na język jakiego używam. I nie jest to też stała i ścisła zależność. Także cel, jaki zamierzam osiągnąć sprawia, że używam takiego a nie innego języka. Jeśli piszę wiersz czy opowiadanie – używam innego jezyka niż wtedy, gdy prowadzę negocjacje lub prezentację. I ważne jest, by na tyle dobrze znać język i nabrać takich kompetencji, by swobodnie przechodzić z jednej opcji do drugiej, świadomie dokonując wyboru.
“jeśli jednak wybieramy z języka tylko pozytywne elementy, to zawsze jest to tylko wybór, który nas w głębszej perspektywie ogranicza.”
Czy możesz to doprecyzować? Co to są te “tylko pozytywne elementy” i o jakim ograniczeniu mówisz?
Natomiast co do: “ćwicząc się wyłącznie w stosowaniu proaktywnego języka” – dlaczego mielibyśmy ćwiczyć się “wyłącznie” (jak napisałeś) w stosowaniu takiego języka?
Zwróć uwagę, że ja wskazuję na możliwości takiego korzystania z języka, które pozwalają na skuteczniejszą komunikację w określonych sytuacjach. To nie przeszkadza w delektowaniu się np. poezją.
Nie piszę o poetyce tekstów literackich, tylko o komunikacji w określonych codziennych i zawodowych sytuacjach, a to według mnie zasadnicza różnica. Język np. negocjacji biznesowych jest inny od języka literatury pięknej. I źle według mnie by było (inna skuteczność), gdyby w takich sytuacjach – jak piszesz – język był “przesycony całą gamą kolorów tęczy”. Przykładowo homeryckie porównania zamiast jednoznacznych stwierdzeń byłyby nie na miejscu i zostawiały zbyt wiele przestrzeni na dowolną interpretację.
To, co w literaturze może być pozytywne – nie zawsze jest pozytywne w codziennej komunikacji i w komunikacji biznesowej.
Pozdrawiam, Ewa
JimB40
Napisałeś: „W przypadku prezentacji, w której uczestniczyłaś to raczej niegroźny językowy nawyk. Czy ta Pani zrealizuje swoje zamiary można było się przekonać w kilkanaście minut.”.
Łatwiej byłoby tej pani zrealizować swoje zamiary (sprzedaż pomysłu), gdyby zaczęła inaczej
Oczywiście, że można i tak. Jednak z mojego doświadczenia przeprowadzonych naprawdę wielu prezentacji i z doświadczenia bycia słuchaczem jeszcze większej liczby prezentacji wiem, że to, jak zaczynasz oraz co i jak mówisz, ma istotny wpływ na to, jaka będzie skuteczność prezentacji. To jednak na zupełnie odrębny post (i trochę trzeba na niego będzie poczekać), bo temat jest naprawdę szeroki. W tej chwili mam dużo mniej czasu na pisanie z racji na wielość spraw zawodowych i na fakt, że przygotowuję swoje szkolenia (m.in. te dotyczące prowadzenia prezentacji i w ogóle wystąpień publicznych).
Co do „Trzeba spróbować, żeby się samodzielnie przekonać.” Pewnie. Warto. To co proponuję tu na blogu, to m.in. próbowanie czegoś nowego, innego…
Serdeczności, Ewa
PS.
Do kosza poszło ponad 10 komentarzy. Dziękuje z Twoja informację.
Co do „domorosłego pozycjonera” od zabawek – jestem bezlitosna
Dziękuję za odpowiedź
Opisałem sytuację osób (np. niegdyś swoją), które będąc zupełnie nieświadomymi istnienia języka perswazyjnego nagle dowiadują się, że wyrazy mogą być nie tylko obrazkiem czy ilustracją, ale mają też pewien potencjał oddziaływania, w zależności od sposobu ich użycia. (BTW. pisząc “mamy wrażenie” opisałem wrażenie, a nie pogląd)
Istnieje zagrożenie, że ktoś tak się zatopi w tym nowym dla siebie języku, że się w nim zamyka. Przykładowo język reklamy, który ma w założeniu zaskakiwać, staje się w pewnym momencie w swej powtarzalności zupełnie przewidywalny i banalny. Wciąż te same zwroty i formułki. Wydaje mi się, że wyłapywanie własnych błędów w języku (np. łamanie zasad neurolingwistycznej gramatyki) może być w jakimś stopniu oznaką takiego zamknięcia…
Tak samo język biznesu, mediów czy informacji, używany często poprzez powtarzanie różnych zwrotów, bez należytej świadomości językowej – staje się wg mnie w pewnym momencie z jednej strony płaski, z drugiej strony jakiś taki nadęty (jak nadmuchany balonik
). A dzieje się tak dlatego, że jak napisałem wcześniej traci swoją bezinteresowność.
Wydaje mi się, że warto szukać językowych inspiracji, nawet w życiu zawodowym, np. do swoich prezentacji, nie tylko w poradnikach nlp ale też w choćby właśnie w literaturze (jak można inaczej, wystarczy poczytać np. język prawniczy z okresu XX-lecia międzywojennego). Można dzięki temu stworzyć bardzo korzystną tzw. różnicę.
Używanie języka np. literackiego (niekoniecznie poetyckiego) nie oznacza, że ma to być język nieprecyzyjny. I tu nie ma żadnych wątpliwości.
Język sutuuje, bo jest narzędziem świadomej lub nie autokreacji. Ja wiem, że z punktu własnego ego najpierw jesteśmy, a potem mówimy, jednak odbiorca nie widzi naszego wnętrza inaczej, niż przez m.in. filtr języka. Inaczej wyraża się bowiem człowiek biznesu, inaczej człowiek teatru, inaczej fan piłkarskich bijatyk.
“I ważne jest, by na tyle dobrze znać język i nabrać takich kompetencji, by swobodnie przechodzić z jednej opcji do drugiej, świadomie dokonując wyboru.”
Otóż to. A jeszcze lepiej mieszać konwencje. Oczywiście to jest tylko moje zdanie i nie trzeba się z nim zgadzać. Chodzi mi tylko o to, że poprzez wszechstronne pogłębianie świadomości językowej mamy większy wpływ na to narzędzie autokreacji.
PZDR
Maciek
Maćku.
każdy pewnie ma swoja historię i swój pakiet wrażeń jeśli chodzi o poznawanie języka w ogóle, a także języka perswazji. Mnie ten język ani nie zachwyca, ani nie robi szczególnego wrażenia. Jeśli potrzebuję i jeśli zarazem chcę – sięgam po to narzędzie.
Napisałeś: “Wydaje mi się, że warto szukać językowych inspiracji, nawet w życiu zawodowym, np. do swoich prezentacji, nie tylko w poradnikach nlp ale też w choćby właśnie w literaturze”.
Dlatego nie odsyłam nikogo do podręczników ani poradników nlp, a dzielę się swoimi doświadczeniami, spostrzeżeniami etc. Nie rozważam teoretycznych przypadków i odnoszę się do realiów, które znam. Zgadzam się z tym, żeby szukać językowych inspiracji nie tylko w poradnikach nlp. Dodam – oby sięganie po literaturę nie odbywało się wyłącznie w kontekście przygotowań do prezentacji.:-) Przypuszczam jednak, że ten przypadek nie dotyczy grona Czytelników tego blogu.
Ograniczenie się do czytania poradników np. nlp (niektórych w ogóle lepiej nie czytać – szkoda czasu) byłoby niczym innym jak sprowadzeniem kanonu lektur własnych do różnych instrukcji obsługi. Jeśli ktoś chce – każdy z nas jest odpowiedzialny za siebie .
Co do języka jako narzędzia autokreacji, to nie przeceniałabym jego znaczenia, chyba że np. nasz zawód sprawia, że poprzez język częściej niż inni jesteśmy postrzegani czy nawet oceniani (choćby jako dziennikarz radiowy czy – już mniej – TV).
Napisałeś: ” odbiorca nie widzi naszego wnętrza inaczej, niż przez m.in. filtr języka”. A co powiesz na to, że pierwsze wrażenie i silne wyobrażenie o kimś budujemy sobie często w czasie, gdy druga osoba jeszcze nie zdążyła powiedzieć ani jednego słowa? I co ciekawe – nawet jeśli późniejsza rozmowa nie jest spójna z tym wyobrażeniem, to proces zmiany jest długi i nie zawsze w ogóle następuje.
Język według mnie jako narzędzie autokreacji stoi na zdecydowanie dalszym planie niż np. wygląd, sposób poruszania się, ubiór, wyraz twarzy etc. Poza samym słowem i sposobem wypowiadania sie – często ważniejsze od tego co i jak mówimy (znaczenie, styl) są ton głosu, tempo mówienia, barwa głosu, sposób artykulacji, etc. Ale to osobny i długi temat. Warto jednak dbać, by pierwsze wrażenie było spójne z tym, w jaki sposób komunikujemy się poprzez język.
Ważna jest też umiejętność dopasowania sposobu komunikacji do otoczenia (jeśli zależy nam na skutecznej komunikacji). Jeśli wejdę do ludzi prostych, mówiących naprawdę prostym językiem i zacznę z nimi negocjować używając pięknej polszczyzny i zwrotów dla nich niezrozumiałych, to jakie mam szanse na prawdziwy dialog?
Ja jednak pozostanę przy tym, że język to przede wszystkim narzędzie komunikacji (nie jedyne), a dopiero w dalszym planie – autokreacji.
Pozdrawiam, Ewa
Witajcie
Z zainteresowaniem czytam Waszą rozmowę i jednocześnie zastanawiam się jak ja korzystam z języka. Był taki czas w moim życiu, kiedy dość intensywnie i dużo pisałam, prowadziłam spotkania i borykałam się z ubieraniem w słowa tego, co myślę i czuję. Moje zainteresowania dotyczyły sfery, która posiada bardzo dobrze znany zestaw pojęć, które tracą już na znaczeniu – przez swoje “oklepanie” bardzo trudno im zatrzymać słuchacza i skłonić do przemyślenia problemu na nowo, swoistego “przeżycia” go.
Pamiętam, że staram się wtedy szukać nowych słów na opisanie tego, co chcę powiedzieć, starałam się pilnować, żeby nie powtarzać oklepanych formułek, chyba, że wśród nowych sformułowań synonimicznych do tych formułek. Taki bój o ożywianie języka, albo raczej o wyrażanie życia żywym językiem. To dotyczyło tak samo pozytywnych, jak negatywnych (nieprzyjemnych) aspektów tego, co myślę czy czuję, więc nie chodzi o ograniczanie własnych przeżyć tylko do tych miłych.
Obecnie zmieniłam obszar zainteresowań na dużo bardziej techniczny, o uczuciach już publicznie nie opowiadam, jednak zauważyłam pewne podobieństwo: nadal staram się unikać utartych, często powtarzanych sformułowań, a raczej podać wiedzę najpierw swoim językiem, swoimi sformułowaniami, a dopiero potem je doprecyzować przez ogólnie przyjęte formuły. W ten sposób chcę budzić wyobraźnię u słuchacza, a potem jego wyobrażenie wiązać z technicznym konkretem.
Myślę, że ten aspekt też wiąże się z myśleniem o tym JAK się mówi, a nie tylko CO.
Pozdrawiam serdecznie
Kasia
Witam wszystkich.
Z uwagą śledzę tę dyskusję, ponieważ temat jest mi bliski.Pracuję z językiem, m.in. ucząc go młodzieży.I często zmagam się z tym, co wypada,a czego nie poloniście.Często jest tak, że najlepiej treści przekazuję uczniom wtedy, gdy dostosowuję język do moich uczniów. Więcej z lekcji wynoszą, kiedy mówię, że ktoś był ćpunem, albo “strzelił sobie w łeb”, niż kiedy mówię o “problemach emocjonalnych” bohatera.Zazwyczaj dylemat jest pomiędzy kryterium estetycznym a pragmatycznym.Często wybieram to drugie, także w kontaktach z dorosłymi. W efekcie moja komunikacja jest skuteczna. W końcu po to mówimy…
Pozdrawiam. Aneta