Zanim powiesz “tak” – nie tylko dla kobiet
Z małżeństwem prawie jak z biznesem…:) Nie zawsze wychodzi, wymaga zaangażowania, przygotowania, mądrości, wielu by chciało, wielu próbuje, niektórzy się boją a inni pragną, udaje się niektórym… Mamy w odniesieniu do obu określone oczekiwania, plany, motywacje, cele do zrealizowania, korzyści, ale i straty (koszty, w tym koszty utraconych możliwości). Oba wymagają określonych inwestycji (niekoniecznie finansowych). Jedno i drugie nie wyklucza miłości:) Jedno i drugie lubi zaangażowanie, czas, skupia uwagę. Rzadko kiedy się udają z samego faktu, że chcemy. Nie każdy się do tego nadaje, nie każdy tego chce, nie każdy musi… Bez tego też można dobrze żyć i być szczęśliwym, spełnionym człowiekiem.
Często zauroczone, nawet zakochane, kobiety decydują się na związek małżeński, nie zastanawiając się i nie dochodząc do tego, dlaczego, po co, jak… (nie dotyczy to tylko kobiet, jednak jako kobieta wolę w tym momencie mówić o kobietach:)
Słyszysz, że ważne, że on kocha, ważne, że ty kochasz. I taki przystojny, i na stanowisku, widać, że zaradny i że lubi dzieci, że nie pije, nie bije, szanuje ludzi, kocha zwierzęta, jest czysty, ma mieszkanie i samochód, wykształcony, ma dobrą pracę… Wszystkie ciotki, koleżanki i mama są zachwycone… Nawet jeśli miewasz wątpliwości, to słyszysz, że ideałów nie ma, że “jakoś” się ułoży, ważne, że jest miłość, że wszystkie kobiety miewają wątpliwości i obawy, to takie naturalne. Z czasem więc nabierasz przekonania, że jesteś na jedynej słusznej i najlepszej drodze do wyjątkowego i szczęśliwego życia.
Powiedzieli Ci już, że kobieta nie powinna być sama, że nie jest dobrze iść przez życie bez mężczyzny u boku, że nie ma co dłużej czekać, bo szanse maleją, że wszystkie koleżanki z twojej klasy już założyły rodziny, że Anka ma już trójkę dzieci, że Baśka popatrz jaka szczęśliwa, że Tomek, na którego nie zwracałaś uwagi, a który starał się o Twoje względy już się ożenił i “poszło ci koło nosa”, że Marysia z mężem założyli własny biznes i świetnie się im powodzi, a Ty nadal nie wiadomo czemu czekasz i wybrzydzasz, a rodzice chcieliby doczekać wnuków, że zegar biologiczny, że “na kocią łapę” to grzech, to niemoralne, że…. Za każdym razem, kiedy spotykasz się ze znajomymi, pierwszym pytaniem jest, czy wyszłaś za mąż, a Ty, nie wiedzieć dlaczego, czujesz się gorsza odpowiadając ”jeszcze nie” … Staje się niemal oczywiste, że powinnaś realizować następujący schemat: skończyć studia, wyjść za mąż, kupić mieszkanie, mieć dzieci, dopracować do emerytury (najlepiej w jednej firmie) i “godnie się zestarzeć” u boku jednego mężczyzny. Nawet reklamy bazują na tym schemacie i niektóre kampanie wyborcze utwierdzają w takim przekonaniu, nie mówiąc o serialach…
Zastanawiałaś się, czy można inaczej? Co dla Ciebie oznacza to “inaczej”? Zanim podejmiesz decyzję – zatrzymaj się i przemyśl to tak, jakbyś właśnie miała zainwestować wszystkie swoje oszczędności, środki materialne, cały swój potencjał, czas i zaangażowanie w rozruszanie własnego biznesu – “biznesu życia”. Przede wszystkim analiza strat i zysków, świadomość szans i utraconych możliwości. SWOT:). Przecież Twoje życie jest szczególnie ważne dla Ciebie, prawda?
Przyszło mi do głowy, by stworzyć listę pytań, na które warto sobie odpowiedzieć zanim stworzy się fakty w postaci małżeństwa, dzieci, wspólnego gospodarstwa domowego i wspólnoty życia “dopóki Was śmierć nie rozłączy”. Oto „zestaw startowy”:
- Czego oczekujesz od mężczyzny? Jakie są Twoje potrzeby, które ten mężczyzna ma zaspokoić? Kim on ma być w Twoim życiu (rozumiem, że mężem, ale co dla Ciebie kryje się pod tym słowem)? Czy te potrzeby rzeczywiście masz możliwość zaspokoić wyłącznie przez małżeństwo? Dlaczego? Czy znasz inne możliwości ciekawego, dobrego, godnego, szczęśliwego życia?
- Czy Twój potencjalny mąż ma świadomość Twoich potrzeb i oczekiwań? Czy on widzi to tak samo?
- Jakie jego cechy, przymioty, przekonania decydują o tym, że będzie on według Ciebie w stanie zaspokoić Twoje potrzeby? Skąd przekonanie, że będzie chciał?
- Czy akceptujesz partnera “w całości”, czy też jest coś, czego w nim nie znosisz, nie lubisz? Czy masz potrzebę zmieniania go? Dlaczego on miałby się poddać procesowi zmieniania?
- Co zrobisz, jeśli Twoje potrzeby się zmienią (wszak to naturalne jeśli się rozwijasz, dojrzewasz, zmieniasz) i on ich już nie będzie zaspokajał, małżeństwo nie będzie ich zaspokajało?
- Czy bierzesz pod uwagę rozwód? W jakiej sytuacji? Czy też decydujesz, że za wszelką cenę “utrzymasz związek”? Ile wyrzeczeń i kompromisów (jakich) jesteś w stanie wpakować do worka z napisem “za wszelką cenę”?
- Kto wybiera Twojego małżonka? Ty samodzielnie, czy ktoś z Twojego otoczenia (rodzice, rodzeństwo, koleżanki)? Innymi słowy, czy to jest jedynie Twój niezależny wybór?
- Czy wiesz od swojego potencjalnego męża (a nie tylko domyślasz się lub wydaje Ci się), jakie są jego potrzeby, które Ty masz zaspokoić? Bo o tym, że on ma swoje własne potrzeby mam nadzieję już wiesz:). Jak on sobie wyobraża Wasze wspólne życie za 5 lat, za 10 lat? Czy Twoje wyobrażenie jest podobne?
- Czy chcesz i uważasz, że będziesz potrafiła bez cierpienia, wyrzeczeń spełniać potrzeby partnera i będziesz z tego czerpać przyjemność, zadowolenie, dobrą energię?
- Czy naprawdę chcesz wziąć ślub? Dlaczego? Jakie są Twoje motywacje? Dla sukienki? Dla uroczystości? Dla mamy? Dla sąsiadów i koleżanek? Bo tak wypada? Bo jesteście ze sobą już jakiś czas, jest wam dobrze, mieszkacie razem? A jeśli nie jest tak dobrze, to czy formalizowanie tego jest dobrym rozwiązaniem? Czy ślub coś zmienia, a jeśli, to co ?
- Czy masz pomysł na szczęśliwe życie, jeśli przyjąć, że nigdy, nigdy, nigdy nie wyjdziesz za mąż? Jaki? Czy masz pomysł na szczęśliwe życie, jeśli przyjąć, że nigdy nie wyjdziesz za mąż i nigdy nie będziesz miała własnych dzieci? Jaki?
- Czy możesz przynajmniej część z tych pomysłów realizować będąc mężatką?
- Których pomysłów nie zrealizujesz, jeśli będziesz w małżeństwie? Czy to Ci pasuje?
Mam takie przekonanie, że absolutnym fundamentem jest szczere, samodzielne (!) i uczciwe określenie swoich prawdziwych potrzeb i oczekiwań oraz otwarta rozmowa z potencjalnym mężem o Jego potrzebach i oczekiwaniach oraz motywacjach.
Dla jasności: nie mam nic przeciwko dzieciom, ślubom, małżeństwom, wspólnemu życiu bez ślubu, wspólnemu życiu ze ślubem, wielodzietności i bezdzietności. Każdy ma prawo żyć tak, jak chce (z zastrzeżeniem, że nie krzywdzi innych).
Jeszcze taka refleksja: Może partner nie musi wcale spełniać wszystkich twoich potrzeb i oczekiwań, a jedynie niektóre? Może wystarczy, że Ty będziesz spełniała tylko niektóre jego potrzeby i oczekiwania? Tylko jakie to są te “niektóre” – kluczowe? Może wtedy lepiej, żeby to nie było małżeństwo w sensie formalnym? Może nawet nie musicie razem mieszkać? Bądź naprawdę wolna w swoich wyborach i decyzjach. Nie twórz nieodwracalnych faktów, szczególnie gdy masz jakiekolwiek wątpliwości.
W biznesie musisz wiedzieć, czego oczekujesz, mieć wizję, strategię działania, wiedzieć na co się zgadzasz i jaką cenę jesteś w stanie zapłacić. Też warto mieć wariant B.:) Zanim zarejestrujesz firmę, wynajmiesz lokal, kupisz sprzęt i zaciągniesz kredyt, powinnaś (powinieneś) dokładnie przemyśleć, jak to ma działać. Czy Twoje życie nie jest ważniejsze od Twojej firmy?
Ciekawa jestem Waszego zdania.
Pozdrawiam, Ewa

Ewo
Mam wrażenie, że ten wpis może być niezłym “wake-up call” dla niektórych Czytelniczek (i Czytelników).
Jest taki bardzo dobry film “Up in the air” (zdaje się że do kin w Polsce wejdzie dopiero za kilka tygodni), którego główny bohater spędza większość czasu w podróży, a koncepcja posiadania stałego domu i rodziny nie bardzo przypada mu do gustu. To kolejny przykład, że można żyć inaczej i czerpać z tego życia zupełnie inne przyjemności niż te sugerowane przez babcie, ciocie i innych członków rodziny.
Pozdrawiam serdecznie
Ludwik
Ludwiku,
dzięki za Twój komentarz.
Napisałeś:”można żyć inaczej i czerpać z tego życia zupełnie inne przyjemności niż te sugerowane przez babcie, ciocie i innych członków rodziny”.
Dokładnie tak. Ja pójdę nawet dalej: można żyć inaczej i czerpać przyjemności niekiedy nawet te same, a nie ponosić przy tym wielu strat i minimalizować ryzyko, zachowując dzięki temu kawałek energii na inne, dodatkowe przyjemności i źródła satysfakcji.
pozdrawiam, Ewa
“Czego oczekujesz od mężczyzny? Jakie są Twoje potrzeby, które ten mężczyzna ma zaspokoić?”
Ewo,
A co robić jak się nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie z nawet w miarę przyzwoitym (nie mówiąc już o 100%) przekonaniem? Bycie partnerem – oczywiście, tylko co dokładnie oznacza to partnerstwo i wsparcie? Co jeszcze? Nie wiem i to mnie najbardziej martwi.
Olga
Olga,
witam serdecznie na tym blogu i dziękuję za Twój komentarz.
Pytasz “A co robić jak się nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie z nawet w miarę przyzwoitym (nie mówiąc już o 100%) przekonaniem?”
Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to “niczego nie robić” czyli nie podejmować wiążących decyzji:)To podstawa. Dopóki się nie dowiem, czego oczekuję, jak chcę żyć, co jest dla mnie ważne.
A dalej:
Zamiast używać ogólnych określeń “partnerstwo” i “wsparcie”,które dla każdego mogą oznaczać coś innego, a często są powtarzane bez głębszej refleksji – ja zadaję sobie pytanie, z czym mi jest dobrze, co sprawia mi przyjemność, co dodaje mi energii – także w odniesieniu do tego, co dostaję od konkretnego mężczyzny. I idąc po tych małych śladach, jak po tropach, dochodzę powoli do tego, że dla mnie partnerstwo to …, a wsparcie to….
Mam takie przekonanie, że odpowiedzi przychodzą same z czasem, trzeba sobie tylko zadawać takie pytanie:)
Oczywiście może być tak, że kobieta dojdzie do wniosku, że np. ani o partnerstwo ani o wsparcie mi nie chodzi, ale np. o intymność, sex, możliwość prowadzenia ciekawych rozmów i np. żeby nie przeszkadzał w moich planach? Tak przecież też może być:)
Albo że kobieta dochodzi do wniosku, że mąż tak naprawdę potrzebny jest jej do… posiadania dziecka. I wtedy ma jasność. Może zadawać kolejne pytania: czy to musi być mąż i formalny związek:)
Ważne jest przyglądanie się sobie, poznawanie siebie w relacji z mężczyzną, swojej kobiecości, swoich indywidualnych potrzeb. Tak spokojnie i z troską o siebie.
Im więcej wiem o sobie, tym łatwiej mi określić, czego oczekuję od mężczyzny.
To oczywiście moje przemyślenia, a nie uniwersalne prawdy czy recepty.:-)
Pozdrawiam, Ewa
Ewo,
Dzięki. Zgadzam się z tobą, że trzeba poznać konkrety. Tylko takie konkretne cechy ja mam wyklarowane 3, może 4. I jedną z nich np jest “nie wymagać ode mnie gotowania”:) no nie lubię tego strasznie.
Mam takie wrażenie, że odpowiedź na to pytanie przychodzi z doświadczeniem – bo przecież nie ma listy wszystkich możliwych cech, z której można wybrać dla siebie najistotniejsze, które mają być i najistotniejsze, których żaden kompromis nie przeskoczy.
Na razie w moich kilku związkach się okazywało, że odkrywałam w facecie cechy, o których wcześniej nie pomyślałam w ogóle, a które jednak na dłuższą metę robiły się męczące. Patrząc z tej perspektywy, fakt że łatwo nie wchodzę w nowe związki, oznacza w dużej mierze wydłużenie procesu poznawania siebie i swoich oczekiwań.
Olga
Olgo,
Napisałaś: “nie wymagać ode mnie gotowania”.
Coś, czego nie chcesz robić, nie lubisz robić, co dobrze, by partner zaakceptował.
Co powiesz na to, by zamiast podążać za tym, czego nie lubisz, zwrócić uwagę na to, co lubisz (dostawać/ otrzymywać), co sprawia Ci przyjemność oraz co stanowi o tym, że czujesz się szanowana
Nie mam na myśli prezentów, ciuchów i kosmetyków:)
Pozdrawiam, Ewa
Ewo,
w tym temacie mam identyczne zdanie jak Ty. Coraz silniej się w takim punkcie widzenia utwierdzam. Kiedy przyszło na świat moje dziecko, padły z różnych stron pytania (a raczej stwierdzenia): “No to teraz chyba weźmiesz ślub, prawda?” Otóż NIE, i to coraz wyraźniejsze NIE. Dlaczego? Ponieważ zadaję sobie przytaczane przez ciebie pytania, a odkąd mam dziecko, stałam się bardziej świadomą i pewną siebie kobietą, która wie czego chce, a czego na pewno nie chce.
Co na to mój partner życiowy? Myślę, że pewnie mu trochę przykro, ale jeśli chce ze mną żyć, musi zaakceptować fakt, ze żadnego ślubu ani “nie opuszczę cię aż do śmierci” nie będzie.
Ewo, Agato:
Życzyłbym sobie, aby więcej było osób o takim podejściu jak Wasze. Bardzo odpowiada mi podejście “nieopapierkowywania się” czy nieuzależaniania się od konkretnych osób (tylko “ten” albo nie mam po co żyć), od konkretnego miejsca, rzeczy czy pracy
Choć akurat w tym omawianym temacie doświadczenia nie mam.
Pozdrawiam radośnie,
Orest
Agato G,
witaj na blogu. Dziękuję, że dzielisz się z Czytelnikami swoim doświadczeniem.
Orest,
ważne dla mnie jest, żeby nie odbierać mojego postu jako formy komunikowania ludziom, żeby nie wychodzili za mąż, nie żenili się, nie mieli dzieci etc. Każdy ma prawo do własnych wyborów i realizowania swojego życia w zgodzie ze sobą. I dla każdego to może być inna droga.
Szczególnie ważne jest według mnie, by każdą taką decyzję podejmować bardzo świadomie, niezależnie od otoczenia i stereotypów.
Ważne jest, żeby wiedzieć i akceptować, że można inaczej i to również jest dobre.
Pozdrawiam, Ewa
Droga Ewo,
podoba mi się Twój post.
Ludwik C. Siadlak: dziękuję za przesłanie go do mnie.
Zgadzam się z Ludwikiem, że jest to pewien wake up call…
Pamiętam, jak kiedyś ktoś, powiedział mi, że im więcej swoich pomysłów spisze się na piepierze i przeanalizuje, tym większe są szanse osiągnięcia swoich celów. Tak samo jest w sytuacji związków. Jeśli nie jesteśmy pewni swoich uczuć, partnera, to warto zrobić sobie analizę naszym możliwości i pragnień. Ciężko jest zdystansować się (jesli chodzi o uczucia), ale porównanie związku do biznesu, jest doskonałe. Związek to niekończąca się inwestycja, którą należy dobrze zarządzać, więc warto przemyśleć “wydatki” zanim zainwestuje się wszystko…
Pozdrawiam,
Edyta
Edyto,
Cieszę się, że temat Cię zainteresował.
Witaj na blogu
Dziękuję, że dzielisz się z Czytelnikami swoimi przemyśleniami.
Pozdrawiam, Ewa
Dobry wieczór Ewo.
Mam różne swoje przemyślenia odnośnie postu. Nawiasem mówiąc, bardzo dobrze się czyta. Przyjemnie, ze zrozumieniem, konkretnie.
Powiedz co Ciebie skłoniło do tych przemyśleń, do ujęcia tego w słowa?
Pozdrawiam
Agnieszko Ryczko,
Witaj na blogu.
Dziękuję za miłe słowa.
Cieszę się, że post przyczynił się do Twoich rożnych przemyśleń. Czy możesz niektórymi podzielić z Czytelnikami? Zachęcam.:-)
Co skłoniło mnie do napisania tego postu? Wieloletnie obserwacje oraz szczere rozmowy z ludźmi na rożnych etapach życia i w różnym wieku, plus własne doświadczenia. A to w połączeniu z chęcią skłonienia szczególnie młodych ludzi do samodzielnych przemyśleń i poszukiwań, co – mam nadzieję – choć czasem przyczyni się do świadomych, autonomicznych i dojrzałych wyborów.
Dobry wieczór ponownie
Otóż moje postrzeganie różni się od Twojego poniekąd, ponieważ należę do racjonalnych romantyków. Biorę pod uwagę różne okoliczności, jednak zostawiam sobie kawał wolnego miejsca w umyśle na ryzyko. Być może nie będę bardzo dobrą bizneswoman
, ale nie lubię planować uczuć od podstaw. Wole pozostawić rozbieranie na czynniki pierwsze wyborów życiowych, “biznesu” czy partnera innym. Oczywiście odpowiedzieć na przedstawione przez Ciebie pytania można, jednak to zależy od osoby, która planuje swoje życie i czy ma na tyle jasny umysł, by “musieć” o tym wszystkim myśleć. Stawiam więc na więcej luzu umysłu i opieram wybory na intuicji, która jak zwykle prowadzi do najlepszych rozwiązań
Pozdrawiam
Agnieszko,
Być może Cię zdziwię – ja także jestem “romantyczną racjonalistką”
Czasem bardziej romantyczną niż racjonalną, niekiedy odwrotnie.
Różnica może w poziomie akceptowanego ryzyka, ale z pewnością nie na poziomie planowania uczuć. Uczuć według mnie nie da się planować, ale można za nimi iść bez względu na wszystko, “w ciemno”, albo – zastanowić się, czy np. nie lepiej lekko “przystopować”, dać dojść do głosu temu, co racjonalne…
To, do czego zachęcam, to do chwili zatrzymania, refleksji, przyjrzenia się “nieco z boku”, z lekkim choćby dystansem. Na chwilę choćby.
Nie jestem specem od intuicji, więc nie będę polemizowała w tej kwestii
Wiem jednak, że można źle odczytać intuicję czy ją oszukać.
Pozdrawiam, Ewa
Ewo,
Dobry post, warto zastanowić się nad postawionymi przez Ciebie kwestiami.
Pozdrawiam,
Greg
Witaj Ewo
Mimo, że mam swoje solidne zasady odnośnie różnych kwestii, to nie mogę wyjść z podziwu, że praktycznie każda Twoja odpowiedź, obrazuje w 99% moje myśli.
Z intuicją lekko przesadziłam. Po Twoim komentarzu bardziej zastanowiłam się nad sobą i wyborami i z wiekiem jestem bardziej rozważna (choć od romantyzmu nie stronię). Popieram Twoje podejście w zupełności.Intuicja* zawsze mi podpowiadała, jednak brałam i biorę pod uwagę rozsądek.
*tu intuicja jako wewnętrzny głos, pierwsza myśl-co lubimy, co kochamy-to wybieramy z małą dozą rozsądku-wybieranie sensownych rozwiązań, zgodnych z naszą naturą
Pozdrowienia z zaśnieżonego miasta
A nie można spontanicznie ? “Jest” -> tydzień chodzenia -> ślub
Marcin,
witaj na blogu.
Można. To nie jest zakazane.
W moim przekonaniu “spontaniczne” nie powinno być synonimem “bezmyślne”.
Pozdrawiam, Ewa
Dokładnie Ewo
)))
Bo “spontanicznie” nie jest synonimem “bezmyślnie” a “pogodnie” nie jest synonimem “niepoważnie”
Ale polonista taki jak TY doskonale o tym wie !
pozdrawiam
Monika
Witam w piękny zimowy poranek
Ten tekst potraktowałem lekko, to trochę jakby szukać alogrytmu na wszystko. Dobrze widzieć świat w szerszym zakresie ale jak spotyka się “tą” osobę, nawet nie potrzeba wielu słów. Porównanie bycia z kimś do pewnego rodzaju biznesu uważam za lekkie naciąganie, chyba że to 18-wieczny ślub z rozsądku. Ja mogę to jedynie porównać do relacji motocyklisty i jego rumaka – znają swoje możliwości i w pełni współpracują. Ile ludzi tyle punktów widzenia, nie mam zamiaru rozpętać wojny
jakie kiedyś zdarzały się na ircu.
Synonimy, akronimy, gramatyka… jeszcze tylko matematyka kwantowa i już “można” rozmawiać na te tematy
Pozdrawiam
Przynam, że jestem w ciężkim szoku. Podchodzenie do związku jak do biznesu – to mnie PRZERAŻA. Te wszystkie pytania, odpowiedzi, ważenie, mierzenie, kalkulowanie…. Ja bym to nazwał czystym wyrachowaniem. Dla mnie ważniejsze są chwile uniesienia, porywy szaleństwa odrobinka niepewności, nutka tęsknoty…. A wy byście wszystko pomierzyli, poważyli, wyliczyli, obłożyli wskaźnikami, trendami i jeszcze pewnie VATem. To nie dwa kompy macie konfigurować w sieć, tylko dwoje ludzi, z których na dodatek jedno to TY SAM(A)!!! Z zaskoczeniem stwierdzam, że nie jestem tak wyrozumiały i tolerancyjny jak myślałem. Dzięki! To wspaniałe i bardzo doświadczenie: poznać jedną ze swych granic….
Marcin, witaj na blogu.
Mam nadzieję, ze ten szok, o którym piszesz nie będzie długotrwały
Ciekawa jestem, gdzie w moim poście widzisz wyrachowanie? Co do podchodzenia do związku jak do biznesu – czy z uwagą przeczytałeś cały pierwszy akapit a potem post, czy tylko pierwsze zdanie?
Co jest szokującego np. w pytaniu o wzajemne potrzeby, o to, czy wyznajemy podobne wartości, czy mamy podobna wizje przyszłości, etc?
Które z pytań postawionych przeze mnie w poście według Ciebie jest wyrachowaniem i przekraczaniem granic?
Co jest złego w zadawaniu sobie takich pytań i szukaniu na nie odpowiedzi?
Czy dobrze rozumiem, że w Twoim odczuciu zadawanie sobie tego typu pytań uniemożliwia przeżywanie tęsknoty, uniesień, uczuć?
Poza tym piszesz: “A wy byście wszystko pomierzyli, poważyli, wyliczyli, obłożyli wskaźnikami” – do którego fragmentu mojej wypowiedzi się odnosisz?
Kogo masz na myśli pisząc “Wy” – ten post jest mojego autorstwa i tylko ja jestem podpisana pod jego treścią, a ja nie jestem w liczbie mnogiej
Pozdrawiam, Ewa