Home > Uncategorized > Ograniczające myśli i przekonania

Ograniczające myśli i przekonania

Sierpień 14th, 2010

W czerwcu dostałam informację o tegorocznych warsztatach z Victorią Schnabel. Warsztaty pod tytułem „Kompost i róże”. Z uwagą przeczytałam ich opis. W mailu było m.in. poniżej cytowane  zdanie (przetłumaczone przez organizatora na język polski):

Odrzucając myślowe ograniczenia odkrywamy, kim jeszcze możemy być, nie zamykając jednocześnie drzwi przed tym, kim do tej pory byliśmy. (Victoria Schnabel).

Ten cytowany fragment skłonił mnie do szeregu przemyśleń, którymi chcę się podzielić (zaznaczam, że są to wyłącznie moje własne przemyślenia, a nie autorki cytowanego tekstu; nie próbuję nawet zgadywać, jak Victoria rozwijałaby ten wątek).

W moim odczuciu ograniczenia myślowe to często przekonania, jakie nosimy w sobie, powtarzamy bezrefleksyjnie, a które wpływają na nasze decyzje, wybory, sposób życia. Wiele z nich “dostajemy w pakiecie” w toku wychowania od najbliższych nam osób. One też często “dziedziczą je” po swoich bliskich. Nie jesteśmy jednak na nie skazani. Gdy już zdajemy sobie z nich sprawę, gdy potrafimy nazwać, wówczas możemy na poziomie świadomym przyjąć je ponownie lub odrzucić.
W sobie w ciągu lat odkryłam wiele takich ograniczających mnie przekonań i co jakiś czas trafiam na nowe. Zauważałam je od pewnego czasu i nadal zauważam także u innych.

Przykłady? Proszę:
-  człowiek musi / powinien pokonywać własne słabości;
-  aby podróżować w ciekawe miejsca trzeba mieć dużo pieniędzy;
-  jeśli do określonego wieku (każdy może tu wpisać odpowiedni wiek) nie ma się szczególnych osiągnięć, to znaczy, że już i tak nic się nie osiągnie i trzeba się pogodzić z tym, że życie już takie po prostu jest;
- po czymś dobrym musi nastąpić coś złego;
- studia formalne są konieczne do osiągnięcia życiowego sukcesu (o tym pisałam w jednym z pierwszych postów);
- praca na etacie to bezpieczeństwo finansowe;
- pieniądze są podstawą dobrego życia.

Pewnie możecie  tę listę długo rozwijać, u każdego będzie nieco inna, choć – jak przypuszczam – znajdą się i wspólne ograniczające przekonania wynikające z kultury danego kraju czy religii. Ja też mogłabym stworzyć księgę, ale nie jest moim celem tworzenie leksykonu. Warto przyjrzeć się temu, jakie przekonania o życiu i o sobie nosimy – my sami a nie inni – i co w ślad za tym się dzieje lub nie dzieje w naszym życiu.

Są też  bardziej “osobiste” ograniczenia myślowe, które sami sobie tworzymy, niejako godząc się z sytuacją czy stanem, w jakim jesteśmy (byliśmy). Powszechnym ograniczeniem myślowym jest to wyrażające się w słowach “Nie nadaję się do tego”, “Nie dam sobie rady”, “Nie mogę”… Szczególnie bez podejmowania prób takiego działania.  To jak “Nie lubię zupy szczawiowej” na podstawie wyglądu tej zupy, a bez skosztowania.

Taka zgoda wewnętrzna na ograniczające myśli  uniemożliwia czy bardzo ogranicza nasze faktyczne możliwości rozwoju i sami skazujemy się na “tkwienie w bezruchu”, a nawet na regres. Budujemy je (te ograniczenia) m.in. w oparciu o własne doświadczenia i doświadczenia znajomych nam osób, i niesłusznie przydajemy im zbyt dużą moc, często przy tym dokonując uogólnień (np. “nie umiem występować publicznie” czy “jestem złym kochankiem”) w oparciu o jedno negatywne doświadczenie (odpowiednio: w trakcie jednej z prezentacji nie umiałeś odpowiedzieć na pytanie z sali / w relacji intymnej zdarzyło ci się nie być w dobrej kondycji) . Takim uogólnianiem sami sobie odbieramy siłę i ograniczamy się. To rodzaj czapki, która spada na oczy i nie pozwala zobaczyć więcej, niż to, co mamy pod nogami, przy samych stopach. próbował ktoś kiedyś zobaczyć niebo mając czapkę zsuniętą na oczy?  :-) To nas hamuje przed podejmowaniem kolejnych prób, ogranicza odwagę myślenia i działania, a tym samym odbiera wiele pozytywnych doświadczeń.

Jeśli określone przekonania determinowały nas w jakimkolwiek obszarze, to stwierdzamy ten fakt i … mamy po prostu więcej wiedzy na swój temat i prawdziwszy, bardziej obiektywny czy szerszy obraz siebie i świata. Możemy zostać tylko przy tym odkryciu, a możemy pójść za ta zmiana traktując ją jako ciekawy i wyzwalający początek wielkiej przygody.

Jeśli odkryjemy, jakimi przekonaniami jesteśmy nasiąknięci, możemy stopniowo i łagodnie sprawdzać je, poszukiwać siebie na nowo, zadawać pytania, budować inne przekonania, zmieniać się, odrzucać to, co do tej pory było niejako częścią nas. Zmieniając się jednocześnie i otwierając przed sobą nowe możliwości. Jeśli odrzucamy dotychczasowe przekonania i ograniczenia myślowe, to nie znaczy, że wszystko do tego momentu było w naszym życiu złe i niepotrzebne. Z łagodnością dla siebie i swoich dotychczasowych wyborów i decyzji, możemy zmieniać siebie i rozwijać się w zupełnie nowych obszarach i z nieznaną dotychczas dynamiką.

Warto przeznaczyć czas i usiąść sam na sam ze sobą i zapisać przekonania, w które wyposażono nas w toku wychowania, które sami sobie narzuciliśmy, przyjrzeć się, czy one miały wpływ na nasze dotychczasowe decyzje i wybory (które miały, które największy wpływ). Ważne według mnie jest to, by robić to bez równoczesnego oceniania siebie.

A potem zobaczyć, czy one są naprawdę dalej dla nas aktualne, czy nadal są „nasze”. Wykreślić te, które nie są aktualne i zastąpić je albo aktualnymi, albo … niczym – przestrzeń do wypełnienia może kiedyś w życiu, a może nie. Jo to dla mnie oznacza? Czy tak jest naprawdę? Czy tak właśnie myślę?

Posłużę się pierwszym wyżej przytoczonym przykładem:

„Człowiek musi / powinien pokonywać własne słabości” => To mnie oznacza, że muszę / musisz (!) lub przynajmniej powinnam/ powinieneś pracować nad wszystkimi swoimi słabościami, żeby je wyeliminować. => Energia, myślenie, skupienie uwagi i działanie są skoncentrowane zatem wokół słabości :-(  => Pozostaje w związku z tym mało czasu, energii i zapału do rozwijania innych obszarów, które stanowią mocną stronę.

Teraz pytam: Po co mam pokonywać wszystkie słabości (tu warto je nazwać konkretnie, żeby myśleć o konkretach a nie o ogólnikach)? Czy z tymi konkretnymi (nazwane) słabościami  mogę żyć szczęśliwie i realizować siebie w różnych obszarach (nazwać je też warto)? Może warto czasem zgodzić się na niektóre słabości i przyjąć, że tak czy inaczej nie będziemy doskonali, bo to nie tylko nierealne, ale i niepotrzebne.

Zatem mogę teraz powiedzieć: „Nieprawdziwe jest przekonanie, że człowiek musi/ powinien pokonywać własne słabości i ja to przekonanie odrzucam”. Co to dla mnie oznacza? Że mogę przestać się zajmować swoimi słabościami, przynajmniej niektórymi spośród nazwanych. Jaka ulga! Tak, tak, mogę przestać się na nich koncentrować. :-) To pozwala uwolnić energię i zasoby, jakie nosimy w sobie. To oznacza, że możesz (tak samo Ty jak i ja)  np. zacząć szukać swoich mocnych stron i na ich rozwoju budować swoje dalsze „ja”. Ile pomysłów przychodzi do głowy, na temat tego, co mogę robić, jak się rozwijać, jak doładowywać baterie, etc. W efekcie słabości, które były na pierwszym planie schodzą na dalszy plan, bo swoje silne strony nie tylko zauważasz, ale i rozwijasz. I – co może wydać się dziwne – w trakcie pracy nad umacnianiem mocnych stron i w toku takiego rozwoju nie wiedząc kiedy pokonujemy niektóre z tych słabości. :-)

Zmiana przekonań jest czymś do czego mamy prawo, jest czymś naturalnym. Tutaj piszę o ograniczających przekonaniach. Nie wszystkie przekonania są takimi ograniczającymi nas. Odrzucenie ograniczających nas przekonań pozwala nam rozwijać się w kierunkach, które sami przed sobą zamknęliśmy. A to, co do momentu zmiany przeżyliśmy może stać się źródłem jeszcze większej siły. :-)

Życzę przyjemnej pracy przy odkrywaniu i odrzucaniu ograniczających Was przekonań i poszukiwaniu siebie – niezależnie od wieku, stanu i pozycji zawodowej.

Pozdrawiam, Ewa

Ewa Wytrążek Uncategorized , , , , , , , ,

  1. Antek
    Sierpień 15th, 2010 at 10:27 | #1

    Ciekawy post;)
    Ten spis ograniczających rzeczy był bardzo celny, a i jeszcze tyle można dopisać. Choć co prawda dla mnie niektóre punkty były szokujące, w rodzaju – człowiek musi / powinien pokonywać własne słabości;
    - aby podróżować w ciekawe miejsca trzeba mieć dużo pieniędzy;

    Co do słabości to mnie przekonałaś, z podróżami to do dziś nie wiem jak realizować te swoje marzenie bez pieniędzy. A tak ogólnie to sadze aby moc siąść i zanotować takie rzeczy, potrzebne jest już pewne zrozumienie w danym temacie.Aby stwierdzić ze mamy przekonanie np o tym ze musimy pokonywać własne słabości musimy na początek spotkać kogoś kto tego nie robi i o tym nam powie(nie mowie już o tym ze musimy interesować się własnym rozwojem np. czytając takie blogi:]). Tylko wtedy możemy sobie uświadomić ze myślimy inaczej.Aby zmienić lub nawet po prostu zacząć rozważać swoje zdanie co do słabości (podroży,dyplomu itd.) najlepiej zobaczyć kogoś komu się taka inna koncepcja życiowa udała. Takiego człowieka da się przeanalizować,z nim porozmawiać. Czyli właściwie uświadomienie to już naprawdę polowa pracy i za nim do tego uświadomienia dojdzie to dużo czynników musi na to wpłynąć(szeroki krąg znajomych, tolerancja dla ludzi z innym zdaniem,otwartość itd.)

    Antek

  2. Sierpień 15th, 2010 at 13:11 | #2

    Antku,
    to nie jest spis, to tylko kilka przykładów, a i warto pamiętać, że to samo, co jednego ogranicza, dla kogos innego nie bedzie problemem.

    Napisałeś: “z podróżami to do dziś nie wiem jak realizować te swoje marzenie bez pieniędzy”. Ja nie pisałam, że bez pieniędzy. Zwróć uwagę – napisałam “dużo pieniędzy”. :-) Są jednak ludzie, którym się wydaje, ze trzeba mieć bardzo dużo pieniędzy żeby podróżować i tak ograniczeni są tym przekonaniem, że nawet nie sprawdzają, jakie są możliwości. Ja tak miałam. Dokładnie tak – nawet nie sprawdzałam, nawet nie definiowałam, co to dla mnie oznacza to “dużo pieniędzy”.

    “Aby stwierdzić ze mamy przekonanie np o tym ze musimy pokonywać własne słabości musimy na początek spotkać kogoś kto tego nie robi i o tym nam powie” – niekoniecznie. :-) czasem wystarczy się przyjrzeć sobie – co tak naprawdę robię w swoim życiu i ze swoim życiem, jakie mam silne jakie słabe strony, którymi zajmuje się bardziej? Do tego nie trzeba ludzi i przykładów z zewnątrz. To tylko usprawiedliwienie tego, by nie zapoczątkować zmiany. :-)

    Wiedząc, że myślenie może mnie ograniczać i że to ja jestem odpowiedzialna za swoje życie, usiadłam kiedyś i spisałam rzeczy, które mówiono mi w toku wychowania, które rodzice, ich znajomi lub np. nauczyciele powtarzali w rożnych sytuacjach a ja je przyjmowałam nie weryfikując – np. że aby coś osiągnąć trzeba ciężko pracować albo mieć znajomości, że trzeba być pokornym i się nie wychylać, że trzeba mieć stałą pracę na etacie… czasy się zmieniały a przekonania, którymi nasiąkałam zostały.
    Wtedy zaczęłam przyglądać się ludziom i zobaczyłam to, czego wcześniej nie widziałam. Takie były początki rożnych zmian – procesu, który trwa do dziś, czasem jest dynamiczny, szybki, czasem mozolny, snujący się, ale jest.

    Jeśli zaczynasz pytać, czy to prawda, czy tak naprawdę jest, to otwierasz się na przyjecie odpowiedzi, zaczynasz czytać na ten temat więcej, zaczynasz zauważać ludzi, którzy działają i żyją inaczej, masz okazje podpatrywać i dalej pytać, czy Ty chcesz tak, czy inaczej, szukasz własnych rozwiązań.

    “Aby zmienić lub nawet po prostu zacząć rozważać swoje zdanie co do słabości (…) najlepiej zobaczyć kogoś komu się taka inna koncepcja życiowa udała.” Po pierwsze uważałabym na słowo “udało się”, bo zwykle nie jest to kwestia szczęścia a podjętych konkretnych działań takich ludzi. :-) Po drugie – ja mam inne doświadczenie – dopóki nie zaczęłam zmieniać się sama, dopóty nie widziałam takich osób, na których doświadczeniu mogłam się oprzeć. Ci ludzie byli wokół, niektórzy nawet (widzę to z perspektywy lat) próbowali mi coś pokazać, cały mój świat był zbyt zamknięty na takie nowości.
    Zatem proponuje ruszyć samemu i zacząć od fundamentu.

    “uświadomienie to już naprawdę polowa pracy” – całkowicie się zgadzam!

    Zwracam jednak uwagę, że to są moje przemyślenia, doświadczenia, które nie są wzorcem uniwersalnym, jedynym słusznym, nie są receptą na wszystko i dla wszystkich. Jedynie inspiracja do własnych poszukiwań :-)

    Pozdrawiam, Ewa

  3. Olga
    Sierpień 15th, 2010 at 16:27 | #3

    Ewo,
    Cieszę się, że zaczęłaś znów pisać! :D
    Post porusza bardzo ważny temat. Owszem, w jakiś sposób taką pracę nad sobą podjęłam jakiś czas temu pod wpływem lektury niektórych postów Alexa. Ale to było fragmentaryczne podejście – podpatrzyłam u niego pewną rzecz/podejście burzące stereotypy i proces myślowy s tyłu głowy się zaczął. Ale nigdy nie zrobiłam takiego kompleksowego podejścia, jak ty proponujesz. Widzę w tym dla siebie jedną trudność, nie wiem jak się za to zabrać. W sensie, jak wyłapać i zauważyć takie ograniczenia, skoro one się stały już podświadomymi/ wdrukowanymi przez społeczeństwo?
    Jakieś 2 lata temu bardzo pomogła mi lektura kilku książek dla kobiet z tzw serii ‘Niegrzeczne dziewczynki’. Pomogły dlatego, że nazwały/wylistowały wiele społecznych stereotypów narzucanych kobietom typu ‘bądź miła, zawsze piękna, uśmiechnięta, grzeczna’.
    Te książki otworzyły mi oczy, mimo że wydawały się być ‘wyciąganiem pieniędzy’ z czytelniczek. Wracam do nich co jakiś czas – po roku-dwóch i widzę kolejne rzeczy, z którymi za poprzednim razem nie wiedziałam co chcę zrobić.
    Może przykład z mojego podwórka :)
    * Nie lubię gotować, tzn czasami coś ugotuję, ale jak mam na to ochotę. A niestety ochotę mam rzadko :) A społeczny przymus/stereotyp, że kobieta musi gotować, bo kto będzie męża, dzieci karmił. Wręcz spotkałam się ze stwierdzeniem (żeby nie było przez kobiety!), że jak ja chcę znaleźć faceta, to muszę coś wnieść do związku, a ja nawet! nie gotuję.
    Sama świadomość tego ciążyła na mnie i wysysała energię. Dopiero jak uświadomiłam sobie, zę nie muszę, że do związku mogę wnieść dużo innych fajnych rzeczy. Jak poznałam faceta, który nie widzi w tym problemu, bo można znaleźć inne rozwiązania. Wtedy jak ciężar spadł z barków. Taka pierdoła, a jak ogromna zmiana samopoczucia.

    Pozdrawiam,
    Olga

  4. Sierpień 15th, 2010 at 18:47 | #4

    Olgo,
    Może nie chodzi oto, by kompleksowo za jednym zamachem zrobić “generalny porządek”? Odpowiedzi czasem przychodzą wtedy, gdy jesteśmy w stanie je przyjąć. :-)
    Ja niektóre własne myślowe ograniczenia odkrywam i teraz, i pewnie jeszcze to potrwa. Może wystarczy uważnie zacząć słuchać siebie.
    Jeśli coś mnie (Ciebie) uwiera, przeszkadza, męczy – może to być sygnał, że jest tu jakieś ograniczenie.
    To tak, jak zbyt ciasny but. Wtedy zamiast oglądać rany na nodze i przyklejać kolejne plastry – warto przyjrzeć się butowi i … wywalić jeśli nie pasuje, albo naprawić jeśli możliwe. Wszak nawet bez buta jest lepiej, niż w takim, który okalecza, ogranicza, nie pozwala iść. To but jest zły, a nie noga. ;-)
    Gdy stwierdzam, że czegoś nie potrafię – a nie spróbowałam – to zadać pytanie: czy potrzebuje się tego nauczyć, czy może jest inna droga. Hmm… Może punktem wyjścia jest przyjrzenie się swoim marzeniom i zastanowienie, co tak naprawdę stoi na przeszkodzie, by je realizować, co jest we mnie, w moim sposobie myślenia, że nie realizuję marzeń. Albo przyjrzeć się samym marzeniom – czy one są naprawdę moje? Czy tylko wyrazem stereotypów i narzuconych wartości?
    Piszę “może”, bo nie mam recepty uniwersalnej. :)

    Pozdrawiam, Ewa

    ps Twój komentarz trafił do moderacji, dlatego nie ukazał się od razu.

  5. Piotr Stanek
    Sierpień 16th, 2010 at 20:12 | #5

    Olga :)
    Napisałaś:
    “taka pierdoła, a jak ogromna zmiana samopoczucia”
    Jak to doskonale, moim zdaniem, odzwierciedla prawdę.
    tak, to są pierdoły, które są nam narzucane, bierzemy je za pewnik, a jak widać to tylko “pierdoły”. Tylko, trzeba tego czegoś co spowoduje zmianę przekonań.
    pozdrawiam
    Piotr

  6. Aneta
    Sierpień 17th, 2010 at 07:02 | #6

    Witaj, Ewo!:)
    Dobrze, że wróciłaś do nas:)
    Temat, który poruszyłaś, jest według mnie fundamentalny.
    Napisałaś: “w trakcie pracy nad umacnianiem mocnych stron i w toku takiego rozwoju nie wiedząc kiedy pokonujemy niektóre z tych słabości”. Ja bym raczej nie zostawiała swoich słabości do załatwienia niejako “przy okazji”. W moim przypadku jest tak, że po prostu parę razy musiałam usiąść na cztery litery, wypisać to, co uważam za swoje słabe punkty i zdecydować w jaki sposób się z tym uporać, wykorzystując mocne strony (np.miałam problem ze spóźnianiem się, ale za to dotrzymuję danego słowa; umówiłam się więc ze sobą, że będę punktualna, bo komuś ważnemu /czyli mi/ zależy na tym). Mówiąc inaczej, trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy i wziąć byka za rogi. To było (i wciąż jest) bardzo otrzeźwiające doświadczenie, chociaż trudne. Staram się nie skupiać na swoich minusach, ale w moim przypadku poświęcenie na to trochę specjalnego czasu daje dobre efekty. Potem życie przynosi wiele okazji do ćwiczeń. To praca na lata. Ameryki nie odkryję, jeśli stwierdzę, że taka jasność w temacie mocne/słabe strony daje również odporność w przypadku trudnych, konfliktowych sytuacji.
    Olga,
    witaj w klubie!:)Również nie należę do osób, dla których gotowanie jest pasją. Moja mama twierdziła, że moja rodzina to pewnie tylko zupy z proszku będzie musiała jeść, jak wyjdę za mąż. Dziś moje dzieci od czasu do czasu z radością jedzą zupki “chińskie” i nikomu nie dzieje się krzywda (pomijając oczywiście kwestię zdrowego żywienia:). No i mój wkład w relację z mężem może nie opiera się na wykwintnych daniach, ale pozwala budować dobre, satysfakcjonujące małżeństwo już od 16 lat.
    Pozdrawiam Cię ciepło. :)

  7. Sierpień 17th, 2010 at 12:06 | #7

    Aneto,
    dziękuję za Twój komentarz i podzielenie sie swoimi doswiadczeniami i spostrzeżeniami.

    Napisałaś; “Ja bym raczej nie zostawiała swoich słabości do załatwienia niejako “przy okazji” odnosząc się do mojego tekstu: “w trakcie pracy nad umacnianiem mocnych stron i w toku takiego rozwoju nie wiedząc kiedy pokonujemy niektóre z tych słabości”. Zwróć uwagę na moje słowo “niektóre”. :-) Czyli nie mówię o tym, jako panaceum na słabosci wszelakie.
    utaj pojawia się jeszcze kwestia dodatkowa – co jest złym nawykiem, a co rzeczywiscie slabością. Spóźnianie się to według nie ewidentnie zły nawyk. :-)

  8. Magda
    Sierpień 25th, 2010 at 15:21 | #8

    Witam Cię Ewo, witam Czytelników!

    Naprawdę nie trzeba pracować nad słabościami?? To wspaniała wiadomość!! Natychmiast internalizuję tą mądrość! :)
    Nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób i zawsze miałam dłuższą listę wad do wyeliminowania, niż mocnych stron do rozwinięcia. Cóż, nigdy nie jest za późno na zmianę, prawda?
    Rzeczywiście, skupianie się na słabościach może ograniczać, a co gorsza pochłaniać ogromne zasoby energii.

    Z Olgą i Anetą chętnie wstąpię do klubu antymiłośniczek gotowania, bo pichcenie jest dla mnie zwykłym obowiązkiem do spełnienia i nie należy do przyjemności, stąd nie lubię tracić czasu w kuchni na eksperymentowanie w tej dziedzinie – mam w grafiku mnóstwo ciekawszych zajęć, którym poświęcam czas, serce i umysł. Ale również musiałam się nasłuchać o tym, jakie to niezbędne w związku, bo przecież „przez żołądek do serca”, że „jak facetowi nie ugotujesz porządnie, to odejdzie do innej”… może i odejdzie do lepszej kucharki, ale czy będzie miała wszystkie moje atuty i czy ten jeden czynnik o niebo polepszy jakość jego życia i związku? No właśnie. Nie ma się czym przejmować, każdy wnosi coś, co potrafi, co lubi – bo wtedy nawet obowiązki można z przyjemnością wypełniać.

    Dzięki za ten post i ciekawe komentarze.

    Pozdrawiam serdecznie
    Magda

  9. Sierpień 25th, 2010 at 16:05 | #9

    Magdo,
    witaj na blogu :-)

    Co do wdrażania tej “mądrosci” – czynisz to na własną odpowiedzialnosć. :-)
    I moze tylko podpowiem, ze wedlug mnie ma to sens wyłącznie w momecncie wykorzystania zwolnionej energii do pracy w innych “mocnych” obszarach.

    Serdecznosci.
    Ewa

    ps. bardzo lubię gotować i robic przetwory, piec ciasta. I robię świetne pierogi – w razie potrzeby zapraszam na nieformalny kurs. :-) Dużo radości jest przy tym. Efekty edukacji w tym zakresie poznało już kilka moich młodszych sąsiadek z osiedla. Potem siedząc na patio jedliśmy te pierogi w grupie ciekawych ludzi. heh, moze to jest pomysl, przy stolnicy i z wałkiem w ręku rozmowa o życiu, rozwoju i biznesie…. W nagrodę knedle ze śliwkami lub pierogi ruskie….

  10. Olga
    Sierpień 26th, 2010 at 16:08 | #10

    To ja się chętnie zapiszę na ten nieformalny kurs robienia pierogów ruskich:) Uwielbiam je miłością dozgonną:) a jakoś robić nie bardzo;)
    Aneto,
    nt drogi do serca mężczyzny jest taki kawał :”Jaka jest najkrótsza droga do serca mężczyzny? – Nożem przez klatkę piersiową:)”
    Zawsze masz jakąś alternatywę.

    PS. Ewo, przepraszam za tą niepoważną dygresję, nie mogłam się powstrzymać.

  11. Sierpień 27th, 2010 at 19:41 | #11

    Jeśli chodzi o inne prikazy, typu ‘powinnaś powinieneś’ to czy tamto to w większości kawałek systemu represyjnego, budowanego misternie przez stulecia i karmiącego się ludzkimi słabościami.

    Wydaje mi się, że największym błębem większości dyskusji jest brak zdefiniowania podstawywych pojęć jakimi się w niej posługujemy. W ten sposób często dochodzi do różnicy zdań wynikającej z tego, że uczestnicy dyskusji/sportu w różny sposób te pojęcia rozumieją.

    W tym wypadku wszystko zależy od tego co rozumiesz pod pojęciami ’słabość’ i ‘pokonywanie’. Jeśli w taki sposób jak ja, to w rzeczy samej jedyną drogą do doskonalenia jest pozbywanie się ww.
    W moim rozumieniu same ‘ograniczające myśli’ to jest słabość i nie byłoby najgorzej wyżej wymienioną wyeliminować (pokononać?).

    A czyż zmiana ‘ograniczających nas przekonań’ nie jest formą walki ze słabością? Bo w moim rozumieniu tego, jak świat funkcjonuje, jest to bodaj największa forma słabości człowieka i przełamanie jej otwiera drogę do naszego rozwoju.
    Ale tutaj natrafiamy na drugie pojecie, którego używasz, czyli słowo ‘walczyć’, któremu w jakiś sposób nadajesz znaczenie pejoratywne, co znowu – rozpatrując to w kontekście Twojego poprzedniego wpisu o ‘wojennym języku’ – rzeczywiście może takie znaczenie mieć.

    Mam wrażenie, że Twoje rozumienie słowa słabość, jest inne od mojego.

    Tak więc, moim skromnym zdaniem, aby dyskusja nad ‘walczeniem ze słabościami’ miała jakiś sens, trzeba by zdefiniować co rozumiemy pod pojęciem ’słabość’ i być może słowa ‘pokonywać’.

    Kolejna rzecz. Nie zawsze to co uważamy za słabości, tak naprawdę nimi jest. Przykład? W przypadku osoby X wiele osób uważa, że moją słabością jest ‘niepoważność’ i to, że za bardzo ‘lituje się’ nad ludźmi – np. dając żebrakowi pieniądze, czy nie zwalniając pracownika, który według nich powinien zostać zwlniony, pożyczając komuś pieniądze etc etc. Tutaj natykamy się na różnicę rozumienia słowa ’słabość’, bo wszystkie powyższe zabiegi nie są dla mnie słabościami ale zupełnie na odwrót.
    To samo dotyczy zaufania/ufności, która jest przez gro ludzi uważana za słabość, w przeciwieństwie do podejrzliwości, która z kolei jest dla nich cechą ze wszechmiar pozytywną. To wszystko to nieporozumienia na poziomie definicji pojęć podstawowych.

    Jeśli chodzi samo słowo ‘walczyć’ też można rozumieć na wiele sposobów. Jeśli będzie to, często wręcz obsesyjne, ’skupianie się na słabościach’ i wypominanie ich sobie, to rzeczywiście jest to czynność, która może człowiek wykończyć emocjonalnie i pogrążyć. Problem jest taki, że tak naprawdę nie jest to żadne ‘pokonywanie’. W tym wypadku jest to rozwodzenie się i rozmyślanie o słabościach.

    Jak napisał B. Tracy (a przed nim inni) – jesteśmy tym, o czym myślimy przez większość czasu.
    Jeśli będziemy myśleć przez większość czasu o tym jakie mamy problemy, staniemy się nimi.
    I – jak powiedział niejaki D. Trump (a przed nim wielu innych), nie należy myśleć o problemach ale o ich rozwiązaniach. Taka jest przypuszczalnie różnica pomiędzy ’słabymi’ a ’silnymi’. Jeden myśli o tym jak bardzo jest do d… i jak wiele ma słabości, drugi myśli o tym co i jak z tym zrobić i to robi.

    Ciekawe czy to co teraz robię jest moją ’słabością’?:)

    Pozdrawiam
    JJ

  12. Sierpień 27th, 2010 at 19:43 | #12

    ps. wybacz – miałem użyć słowa ‘pokonywać’ a nie ‘walczyć’(nie użyłaś tego słowa) (choć z drugiej strony, żeby coś pokonać trzeba powalczyć:))

  13. Sierpień 27th, 2010 at 23:13 | #13

    JJ,
    dziękuję za obszerny komentarz i Twoje zdanie.

    Co do “prikazów” typu “musisz” (wewnętrznych: muszę” , podobnie jak “powinieneś”, “powinienem”, napisałam tutaj: http://www.ewytrazek.pl/musze-chce-wybieram-slowa-moga-wiele/ , zatem nie będę się powtarzać. :-)

    Definiowanie, co jest ograniczeniem, co słaboscią, a co walką zostawię każdemu Czytelnikowi – według mnie każdy może to definiować w swój szczególny, ważny sposób.

    Wrócę natomiast do cytowanych w poście słów Victorii:
    “Odrzucając myślowe ograniczenia odkrywamy, kim jeszcze możemy być.”.

    Odrzucając, czyli nie zajmując się nimi. Nie dając im swojej szczególnej uwagi, pomijając je, wychodząc poza nie… Walka i pokonywanie oznacza według mnie jednak zajmowanie się tymi ograniczeniami i określony nakład energii, znacznie większy niż przy odrzucaniu, pomijaniu, wychodzeniu poza ramy tych ograniczeń. :-)

    Walka ze słabościami oznacza też wkładanie energii i zajmowanie się nimi, a wtedy tej energii mniej pozostaje na zajmowanie się silnymi stronami i na ich rozwój.

    Każdy oczywiście może to odczuwać czy widzieć inaczej.

    Co do Briana Trace – nie jest dla mnie szczególnym autorytetem, choć szanuję Go i to, co robi. Miałam możliwość uczestniczyć w spotkaniach z Nim, czytać jego publikacje, uczestniczyć w szkoleniach… Nie podzielam cytowanego poglądu, że “jesteśmy tym, o czym myślimy przez większość czasu”. Według mnie to, o czym myślę przez większość czasu determinuje moje zachowania i sposób działania, ale nie dotyka mojej istoty. Dla mnie to ważna różnica.

    Co do problemów – kiedyś już napisałam, że według mnie to, co nazywamy problemami, to w większości tylko sprawy, które mamy do załatwienia. Niepotrzebnie nadajemy im range problemów. Z “problemami” zdecydowanie trudniej sobie poradzić niż z załatwieniem nawet trudnych “spraw”. :-) Sprawy wymagają innej aktywności, problemy – innej. Problemy mają większy “ciężar”. Tak ja to odczuwam. To jednak temat odbiegający od postu. :-)

    Pozdrawiam, Ewa

  14. Sierpień 28th, 2010 at 01:31 | #14

    Oczywiscie ze kazdy moze definiowac pojecia w dowolny sposob i tak tez sie dzieje.
    Jedyny problem z takim podejsciem to powszechny brak zrozumienia. To znaczy rozmawiajac o jednej i tej samej rzeczy, tak naprawde rozjmijamy sie.
    Wierze, ze o to wlasnie chodzi w slawnym ‘Babilonie’ i pomieszaniu jezykow. Rozmawiamy w roznych jezykach, mowiac o pojeciach podstawywych, i w ten sposob nie mozemy sie zrozumiem.
    Kolejny problem z tego typu ‘dowolnoscia interpretacyjna’ to relatywizacja. Np. osoba A rozmawiajac z osoba B o ‘duchowosci’ bedzie miala na mysli ‘religijnosc’, druga spirytualnosc zupelnie innego rodzaju. W ten sposob osoby, ktore moga miec podobne rozumienie tych samych zjawisk wejda w zupelnie niepotrzebny spor. Na problem ten zwracalo uwage wielu psychologow i myslicieli roznej masci:) Przez brak wspolnego jezyka kazdy musi wymyslac swiat od nowa.
    Pozdrawiam Serdecznie JJ

  15. Sierpień 28th, 2010 at 08:16 | #15

    JJ, czy naprawdę tutaj “Rozmawiamy w roznych jezykach, mowiac o pojeciach podstawywych, i w ten sposób nie możemy eis zrozumiem.”?
    W moim odczuciu, nawet jesli czasem mamy nieco inne podejscie do tematu czy samej definicji, to i tak mozna zainspirowć sie np. chocby do tego, by swoja włąsna definicję sobie stworzyc, doprecyzować, etc. Nie chodzi tu przecież o akademicką dyskusję opartą na sztywnych wyznacznikaach metodologicznych.

    Jeśli okaże się, ze bardzo różnimy się w rozumieniu pojęć, to w pewnym momencie (a tak bywało) w komentarzach pojawi się dookreślenie.:-)

    Pozdrawiam, Ewa

  16. Sierpień 30th, 2010 at 16:44 | #16

    Witam wszystkich,

    pozwólcie, że się dołączę do dyskusji. Chociaż chciałbym ją skierować w trochę innym kierunku.
    Przykładów stawiania sobie samemu ograniczeń jest dookoła mnóstwo. Nie wiem jakie są Wasze wrażenia, ale ja często słyszę ludzi mówiących “mnie na to nie stać”, “ja się do tego nie nadaję”, “to nie dla mnie” czy nawet “Ty to masz fajnie, a ja muszę się męczyć”. Wszystko jakieś chore (tak myślę, że właśnie tego słowa należy użyć) przekonania. I tu właśnie coś o czym chciałbym podyskutować. Jak myślicie skąd się u ludzi te przekonania biorą?
    I drugie pytanie, czy uważacie, że można w jakiś, niezależny od samej “osoby z przekonaniem”, sposób wydrzeć ją z jej własnego przekonania? Czy może przekonania są czymś własnym/wewnętrznym, czego nie może zmienić za nas nikt inny i pierwszym krokiem zmiany sytuacji życiowej, zmiany przekonań jest SAMODZIELNE podjęcie działań w kierunku zmiany?

    Od razu powiem, że moje pierwsze pytanie wynika z ciekawości dotyczącej Waszych opinii. Drugie natomiast wynika z moich własnych przekonań :) , że:
    * po pierwsze, każda droga do sukcesu zaczyna się wewnątrz nas samych i żadne szkolenie czy super-coach nie zrobi nic “za nas”
    * po drugie, każdy jest zdolny osiągnąć wszystko co sobie postawi za cel, a wszelkie limity są tylko w naszych głowach

    Jestem niezmiernie ciekaw Waszych opinii…

    Pozdrawiam Wszystkich serdecznie

    Krzysztof

  17. Sierpień 30th, 2010 at 21:18 | #17

    Witaj Krzysztofie na blogu. :-)

    Sama jestem ciekawa opinii innych Czytelników. ;-) Zachęcam i zapraszam do włączenia się w te dyskusję.

    Zacznę od siebie.

    Odnośnie do Twoich przekonań:

    - „każdy jest zdolny osiągnąć wszystko co sobie postawi za cel, a wszelkie limity są tylko w naszych głowach” – poza niektórymi ograniczeniami czysto fizycznymi (mężczyzna nie urodzi dziecka, osoba z określonym rodzajem upośledzenia fizycznego siła rzeczy ma pewne ograniczenia, choć tutaj chęć i determinacja dotarcia do celu wiele może zdziałać – kiedyś pokonywałam tatrzańskie szczyty z kolegą poruszającym się o kulach – moje myślenie go nie blokowało, jego myślenie go nie ograniczało – robił to inaczej niż ja ale skutecznie).

    - „każda droga do sukcesu zaczyna się wewnątrz nas samych” – w pełni się zgadzam; potrzeba zmiany rodzi się w nas, choć inni mogą być tu wspaniałą inspiracją lub zachętą.

    - „żadne szkolenie czy super-coach nie zrobi nic “za nas”” – oczywiście, ale może być wspomniana inspiracja, takim wyzwalaczem potrzeby, zaczynem, na którym dojrzewa potrzeba zmiany.

    Pytasz, skąd się u ludzi te [ograniczające, niezdrowe]przekonania biorą?
    Są według mnie nabywane w drodze wychowania, w tym także religijnego lub/i jako wynik negatywnych doświadczeń uogólnianych zbyt mocno. I efektem (to się łączy) niskiego poczucia własnej wartości.
    Jeśli pójdę na randkę kilka razy i to będzie przykre doświadczenie, to mogę powiedzieć: „to nie dla mnie” lub „randki są do kitu” (uogólnienie).

    A mogę powiedzieć bez uogólnienia: te randki były do kitu (ale inne mogą być ok), sprawdzę, czy inni maja podobne odczucia, może ja mogę coś zmienić, żeby było lepiej i odnieść lepszy efekt”. Czyli albo na podstawie kilku negatywnych zdarzeń w połączeniu z niska samooceną wyciągnę fałszywe wnioski i zostanę w tym, albo poszukam innej drogi, pomocy, podpowiedzi…

    W miejsce randki można wstawić własny biznes – jeśli się nie udało dwa razy, to nie znaczy, ze ja jestem do kitu, ale pomysł był niedopracowany lub czegoś mi jeszcze w działaniu zabrakło, może wiedzy, może miałem niewłaściwe narzędzia. To nie znaczy, ze własny biznes jest do kitu.

    Idąc tą ścieżką myślenia, na Twoje pytanie „czy uważacie, że można w jakiś, niezależny od samej “osoby z przekonaniem”, sposób wydrzeć ją z jej własnego przekonania?” odpowiem, że „wydrzeć” nie, ale zainspirować do ponownej próby, pobudzić – tak. Najlepiej własnym przykładem. A czasem dając skosztować czegoś innego, co zaburzy dotychczasowy obraz świata i zachęci pozytywnym doświadczeniem do poszukiwania :-)

    Z pewnością nie zawsze to działa, ale czasem działa. :-)

    Pozdrawiam i zachęcam do dyskusji, Ewa

  18. Sierpień 31st, 2010 at 08:40 | #18

    Ewo, dziękuję za wyczerpującą odpowiedź. W 100% zgodna z moim tokiem rozumowania – tyle, że ja nie ubrałbym tego tak dobrze (i logicznie!) w słowa.
    Jedna jeszcze rzecz mi chodzi po głowie. Cały czas mam wrażenie, że to o czym tu piszemy ma zastosowanie do ludzi “rozwiniętych” lub raczej “chcących się rozwijać”. Ludzi czytających tego typu blogi, książki, od czasu do czasu uczestniczących w szkoleniach podnoszących nie tylko ich kwalifikacje zawodowe ale także wpływające na ich rozwój osobisty.

    Zastanawiam się natomiast (i stąd wypływał mój poprzedni komentarz – jednak nie chciałem uprzedzać faktów) czy da się dotrzeć jakoś do ludzi, którzy na samą wzmiankę o samorozwoju i tematów z nim związanych twierdzą, że “nie dla nich głupkowate książki o żabkach”. Ludzi, którzy gdy próbujesz z nimi rozmawiać wszystko kwitują “ty nie rozumiesz”, “ja tak nie potrafię”, “rzeczywistość jest inna” itp.

    Nie trudno zauważyć, że istnieją pewnego rodzaju dwie (główne) grupy ludzi, jeśli chodzi o tematykę okołosukcesową/samorozwojową. Jedni żądni bycia lepszym każdego dnia czytają, ćwiczą samych siebie, planują i prędzej czy później osiągają zamierzone rezultaty. Drudzy, zamknięci w świecie swoich własnych przekonań; przekonań, że nie da się zarabiać więcej niż 1300zł, że wakacje w ciekawym miejscu są nie dla nich, że jakiekolwiek próby zmienienia czegokolwiek nie mają sensu, bo oni przecież są “skazani” na przeciętność, problemy i życie od pierwszego do pierwszego.
    Myślisz… ekhem, myślicie, że do osób z tej drugiej grupy można jakoś dotrzeć? Zniszczyć ich aktualne przekonania i zastąpić nowymi, pozytywnymi? Czy wierzycie, że można to osiągnąć tymi samymi sposobami (przez własny przykład, inspirację) co w stosunku do “ludzi chcących się rozwijać”?
    Czy może zgodnie z “filozofią” Alexa Barszczewskiego (alexba.eu) lepiej nie zawracać sobie głowy wszelkiego rodzaju “hassle makerami” i dopierać sobie otoczenie tak, by żyło się NAM komfortowo?
    (zaznaczam, że bardzo szanuję Alexa i wcale nie wykluczam tego podejścia – przecież może się okazać, że wcale nie warto walić głową w mur próbując na siłę zmienić otaczający nas świat)

    Czemu o tym piszę? Bo od dawna męczy mnie uczucie, że cały “biznes rozwoju osobistego” dotyczy tylko określonej grupy ludzi. Dzięki temu Ci ludzie stają się bardziej produktywni w pracy i szczęśliwi poza nią. A co jeśliby “rozwój osobisty” zaadresować do tej drugiej grupy? Czy my wszyscy byśmy na tym nie skorzystali? I czy w ogóle się da?

    PS. z góry przepraszam, za delikatne odejście od tematu)

    PS2. jeśli temat jest “za ciężki” czy zbyt “filozoficzny”, to śmiało dajcie mi znać, że się zagalopowałem w swojej wypowiedzi :)

  19. Sierpień 31st, 2010 at 17:13 | #19

    Krzysztof, Wszyscy Czytelnicy:

    ja wypowiem się w odniesieniu do tego komentarza później, bo dziś i jutro czeka mnie bardzo duzo ważnych aktywnosci, a to wymaga skupienia.

    Zanim jednak Wy zaczniecie zgłębiać temat, proponuję (Krzysztof, co Ty na to?) żeby rozdzielić znacząco dwie rzeczy:

    jak Krzysztof pisze – “cały “biznes rozwoju osobistego”” (biznes to biznes, celem jest zysk, pieniadz,a reszta to produkt, nabywca, klient etc. (nawiasem mówiąc niekiedy oferuje się produkty kiepskiej jakości za kosmiczne ceny),
    oddzielic od “czystego” rozwoju osobistego (czyli wlasnego)
    i rozwoju innych (na ktory jedni chcą, a inni nie chcą mieć wływu).

    Rozpatrujmy to moze nie w odniesieniu do biznesu, a jako “relacje” wzgledem siebie samych i innych.

    To moja sugestia “na szybko”.

    Krzysztof, czy zgadzasz się na takie rozdzielenie?

    Serdecznosci, Ewa

    ps. A za oknem deszcz….

  20. Wrzesień 1st, 2010 at 16:14 | #20

    Ewo, jasne, że się zgadzam. Szczerze, to właśnie o to mi chodziło. Źle użyłem słowa “biznes”. Chodziło mi o całą branżę rozwoju osobistego – nie tylko jej zarobkową część; ogólnie “blogi o sukcesie” itp. również.
    Po prostu przeszło mi kiedyś przez myśl (podczas słuchania jednego z nagrań video Sebastiana Schabowskiego), że to co ludzie “od sukcesu” mówią czy piszą odnosi się, a już na pewno dotrze, tylko do wąskiej grupy ludzi. Stąd wynika mój poprzedni komentarz.
    Dziękuję za, jak zwykle, trafne doprecyzowanie.

    Pozdrawiam

  21. Wrzesień 1st, 2010 at 23:25 | #21

    Krzysztof: Tak przyglądam się tej dyskusji, więc krótko.
    Rozwój jest adresowany zasadniczo do każdego, kto chce się rozwijać. Jak ktoś nie chce, to tutaj nic nie zrobimy poza ewentualną propomocją czy zachęcaniem. A że cenię sobię swoją jakość życia to wolę tych co chcą, bo jest łatwiej :) Taki pragmatyzm mój.

    Uśmiechy!
    Orest

  22. Wrzesień 2nd, 2010 at 00:04 | #22

    Krzysztof,
    a może to jest tak jak z kamieniem wrzucanym do wody – kręgi (fale) rozchodzą się coraz dalej i dalej, choć są coraz mniejsze, to zasięg coraz większy…
    Może każdy człowiek bezpośrednio stykający się z pozytywną zmianą i rozwojem roztacza dalej kręgi poza udziałem trenera i z czasem dotknięci ta mała falą ludzie zaczną sami szukać u źródeł? Tak było ze mną, pewnie i z innymi.
    “Nauczyciel przychodzi wtedy, gdy uczeń jest gotowy.”

    Tyle na dziś. :)

    Pozdrawiam, Ewa

  23. Wrzesień 2nd, 2010 at 00:09 | #23

    Dopowiem jeszcze odnośnie tego fragmentu z wypowiedzi Krzysztofa: “Czy może zgodnie z “filozofią” Alexa Barszczewskiego (alexba.eu) lepiej nie zawracać sobie głowy wszelkiego rodzaju “hassle makerami” i dopierać sobie otoczenie tak, by żyło się NAM komfortowo?” – według mnie to nie chodzi o “żeby było nam komfortowo”, ale żeby nie wytracać swojej energii na próżno i czas wykorzystywać najbardziej efektywnie oraz żeby się nie osłabiać (ta utrata energii).

    Teraz już naprawdę dobranoc Wszystkim.

    Ewa

    ps. Krzysztof, dziękuję za Twoje dobre słowa skierowane pod moim adresem. To bardzo dla mnie miłe.

  24. Piotr Stanek
    Wrzesień 2nd, 2010 at 22:49 | #24

    będzie krótko, bo nie wysypiam się ostatnio w ogóle :)

    Ewo,
    napisałaś, że za oknem deszcz,

    Zastanawiam się jak to odczytać :) bo pamiętając ostatnie posty Alexa
    i Twoje, i własne przekonanie (może być mylne) to daleko moim zdaniem tu nawet do narzekania :)
    Deszcz potrafi być świetny, może to też rezultat moich ostatnich sukcesów ?
    - że tak odbieram deszczyk :)

    Life is so beautiful :)

    Przepraszam za off topic
    pozdrawiam
    PS

  25. Wrzesień 3rd, 2010 at 13:45 | #25

    Piotrze,

    Po pierwsze – nie jestem doskonala. :-(
    Po drugie – akurat tego pojedyńczego zdania z wielokropkiem na końcu (mial oznaczać zadumę) nie traktuję jako narzkajacego – jestem ciepłolubna i niezmotoryzowana, to moje “za oknem deszcz…” to z wyraz tęsknoty za słońcem i ciepłem, i jednocześnie odrobina nostalgii jesiennej. :-)

    Cieszę sie z Twoich sukcesów i gratuluję.

    Pozdrawiam. Ewa

    ps. Proponuję przy każdym odwolaniu do postów z innych blogów lub dyskusji w sieci czy artykulów dawać link linki – nie wszyscy czytelnicy tego miejsca sledzą te same strony, blogi, artykuly etc. Mogą nie wiedzic do czego się dany komentarz odnosi:-) – tak jak w przypadku postu o narzekaniu i moich komentarzy – www. alexba.eu :-) , do których Piotr się odnosi.

  26. Piotr Stanek
    Wrzesień 3rd, 2010 at 17:07 | #26

    Witaj Ewo

    Wyraziłem swoje przekonanie (które mogło być mylne), że raczej nie było to narzekanie, i jak widzę miałem rację :)
    Do Twojej propozycji zastosuję się.
    Dziękuję za miłe słowa

    pozdrawiam
    PS

  1. Październik 15th, 2010 at 01:45 | #1
  2. Październik 29th, 2010 at 15:24 | #2