Rekrutacja – casting czy transakcja handlowa
Temat rekrutacji podejmowałam już kilkakrotnie na tym blogu tutaj (kilka postów). Dziś kontynuacja tego tematu, choć ujecie może niektórych zdziwić. Zastrzegam jednak, że nie jest to uniwersalna recepta, a jedynie podpowiedź, że można inaczej.
Ostatnio w pewnym kilkunastoosobowym gronie miało miejsce ciekawe ćwiczenie: wybrane z grupy osoby miały wystąpić (indywidualnie) przed pozostałymi i przekonać ich do tego, żeby daną osobę (prezentującą się) zatrudnili u siebie.
Zanim przeczytacie dalej, spróbujcie w wyobraźni stanąć w sytuacji takiego ćwiczenia. Macie minutę na swoje wystąpienie. Jest określone, co to za branża (znacie ją dobrze i dobrze wiecie o różnych potrzebach i niedostatkach personalnych w tej branży – możecie w to miejsce wstawić swoja branżę i np. konkurencyjną firmę do tej, w której pracujecie). Jak przebiegać będzie Wasze wystąpienie? Co powiecie w ciągu tej minuty? Co może spowodować takie zainteresowanie odbiorców, żeby zechcieli kontynuować z Wami proces rekrutacji, żebyście przeszli do kolejnego etapu i nawet wygrali w tej grze?
Minuta dla Was. Teraz! (o tym ćwiczeniu też wcześniej nikt nie był uprzedzony, a w realnym życiu taka sytuacja może się zdarzyć zawsze – np. na spotkaniu towarzyskim, na bankiecie, w czasie urlopu etc)
————— tutaj jest minuta dla Was —————
I jak? A co powiedzieliście (powiedzielibyście) w tej sytuacji? Jak wykorzystaliście tę minutę na to, by przejść dalej w tym „procesie rekrutacji”?
Wiele rozmów kwalifikacyjnych sprowadza się do opowieści kandydata o tym, jakie on ma wykształcenie, doświadczenie, jakimi „zasobami” on dysponuje. Uczestnicy tego ćwiczenia (wszyscy) także przyjęli, że muszą powiedzieć o sobie i muszą to zrobić w jak najbardziej atrakcyjny, klarowny sposób.
Tak czy inaczej sprowadziło się to do kilku wystąpień, w czasie których ludzie recytowali lepsze czy gorsze wersje swojego skróconego CV. Jedni wyliczali swoje szkoły i dyplomy, inni mówili o tym, jakie wspaniałe projekty zrealizowali i jakie odnieśli sukcesy. Jeszcze inni – jakie posiadają praktyczne umiejętności, jeszcze inni mówili o tym, że dany zawód jest ich pasją i że chcą się dalej rozwijać. Podsumowując – wszyscy mówili … O SOBIE. A Ty?
Ja nie miałam okazji wystąpić przed tą grupą, niemniej wieczorem w domu poważnie się zastanawiałam, jak wyglądałoby moje wystąpienie.
Zadałam sobie kilka istotnych pytań, zanim wygłosiłam swoje kwestie przed lustrem
Oto te pytania, wraz z ramowymi odpowiedziami (ja je rozwijałam jeszcze bardziej):
- Dlaczego firma prowadzi tę rekrutację?
Odpowiedź, że dlatego, iż potrzebuje pracownika nie jest prawdziwa, tzn. nie dotyka istoty. Tak naprawdę firma ma jakiś problem lub zadania, do rozwiązania którego potrzebne jej są określone kompetencje i umiejętności, a ich nie ma. Więc ich szuka. Szuka sposobu na rozwiązanie swojego problemu. Szuka kompetencji a nie świadectw szkolnych. Szuka kompetencji, a nie człowieka. Zatem kolejne pytanie: Jakich kompetencji może potrzebować ta firma? Jakie może mieć problemy do rozwiązania?
- Czy ja jestem nośnikiem tych potrzebnych kompetencji / umiejętności/ cech osobowości? Czy ja mogę rozwiązać ten problem firmy, bo to posiadam? Co to jest szczegółowo?
- Co firma zyska, jeśli mnie zatrudni, co dostanie? Przecież nie mój dyplom ani moje marzenia, ani nawet moje doświadczenie.
Otrzyma rozwiązanie swoich problemów, a pośrednio rozwiązanie problemów swoich klientów. Jeśli zatem przekonam, że właśnie TO firma kupuje zatrudniając mnie, to firma dokona tej transakcji.
- Jak mogę się wyróżnić spośród wszystkich starających się o te pracę i co mnie tak naprawdę wyróżnia na tym rynku „produktów”?
- O czym szef mający konkretne problemy w firmie chciałby rozmawiać najchętniej i co chciałby usłyszeć? O mnie? A co go obchodzi życiorys kolejnej osoby? A może o tym, że jest rozwiązanie problemów? Każdy lubi rozmawiać o tym, co jego dotyczy. Więc dobrze, jeśli przyjdę i powiem, że mam dla niego rozwiązanie jego problemów (nie nazywając tego problemami), sposób na rozwój firmy, sposób na zwiększenie sprzedaży, etc. Firma działa dla zysku, dla pieniędzy. Czy to, co przynoszę może powiększyć zyski? Pewnie tak. PR czy dobra komunikacja też mogą przekładać się na zysk (lub zmniejszenie straty, co też jest “zyskiem”).
Uświadomienie sobie powyższych rzeczy okazało się dla mnie bardzo pomocne do przygotowania wyjątkowego i zupełnie odbiegającego od wcześniejszych wystąpienia. Ułożyłam je sobie i wygłosiłam (tak, głośno) przed lustrem i potem przed wyobrażonym audytorium. Głośne ćwiczenia są skuteczniejsze niż te dokonywane w myślach. Na początku czułam sie nieswojo, potem miałam z tego niezłą zabawę. W wolnym czasie sobie to nagram i zobaczę “okiem z zewnątrz”.
W moim minutowym wystąpieniu nie było słowa o moim wykształceniu! I nie było ani jednego słowa o moich marzeniach i chęciach rozwoju. Nie było też słowa o tym, że bardzo chcę dla nich pracować. O takie rzeczy potem taki szef dopyta, albo zna je już z cv.
Powiedziałam, co ONI zyskują zatrudniając mnie. Co dostają dla swojej firmy i dla swoich klientów poprzez fakt zatrudnienia mnie. O co wzbogaci się ich firma, o jakie kompetencje, o jakie doświadczenie, o jakie umiejętności. Mówiłam O ICH KORZYŚCIACH. Zamiast zacząć od „Ukończyłam z wyróżnieniem…” , zaczęłam „Zatrudniając mnie uzyskujecie Państwo…”. W ten sposób nawet swój wiek mogłam “sprzedać” jako coś, co dla firmy jest zyskiem, co jest dla niej wzbogacające i ważne. Nie tłumaczyłam, że “mimo wieku metrykalnego jaki mam jestem duchem młoda”.
To duży komfort i istotna różnica.
To mi potem przypomniało że na wielu dobrych szkoleniach sprzedażowych powtarza się : „Nie mów o produkcie (jego cechach), mów o korzyściach dla klienta.”. Mów językiem korzyści”. Jeśli przyjąć, że ja jestem produktem, który firma kupuje i płaci za ten produkt każdego miesiąca, to od cech tego produktu (ukończone studia, ukończone szkolenia, znajomość języków) zdecydowanie ważniejsze dla klienta są jego korzyści, jakie będzie miał z zakupu tego “produktu”.
Tak, tak, na rekrutację można spojrzeć jak na casting i autoprezentację, albo jak na… negocjacje handlowe, na proces kupna i sprzedaży. Ja jestem produktem/usługą, a moje wynagrodzenie to cena za ten produkt/usługę, jaką firma płaci. Najlepsi handlowcy wiedza, że produkt sprzedaje się, bo klient kupuje korzyści dla siebie. I trzeba często klientowi uświadomić te korzyści. Liczy się, co możesz zrobić dla TEJ firmy, a nie co zrobiłeś dla innych firm wcześniej (np. dla konkurencji:-)).
Jeśli zastosujemy to w rekrutacji, to z pewnością się wyróżnimy, zostaniemy zapamiętani, a jednocześnie zachęcimy do tego, by nas dopytać o różne rzeczy. I wchodzimy w dialog, co już jest niezwykle ważne, bo w rozmowie możemy przejąć przywództwo i ja poprowadzić z korzyścią dla nas. Żeby jednak móc to zrealizować, trzeba się odciąć od stereotypu, sztampy, a na swoje cv spojrzeć z zupełnie innej strony. Od strony korzyści kupującego! Warto zrobić takie ćwiczenie w domu, by (co nie jest łatwe) nazwać te korzyści, które firma będzie miała. Poszukać właściwych określeń, poszukać odpowiednich słów. A dopiero potem wskazywać na potwierdzenie tych korzyści w samym produkcie (czyli odnieść się do doświadczenia, wcześniejszych sukcesów etc.)
Nie patrz, co TY masz, tylko co z tego jest ważne i potrzebne TEJ FIRMIE i dlaczego. Czy jest coś, co będzie nowością, unikalną umiejętnością, o którą wzbogaci się TA FIRMA, gdy Cie kupi i co to dla niej oznacza.
I ważne, żeby mówić rzeczy na „tak” – że „firma uzyska” (zwracam uwagę na to, co pozytywne) – zamiast „firma nie będzie miała problemu” (podkreślam niestety negatywne). Co lepiej brzmi: „nie będziecie już mieli Państwo problemu z realizacją…” czy „Będziecie Państwo mogli skutecznie realizować…”. Niby to samo, a jednak…
Bywa, że w czasie realnych, prawdziwych spotkań rekrutacyjnych, gdy już opowiecie o sobie, rekrutująca osoba zadaje pytanie : Dlaczego mam Pana / Panią zatrudnić. I tutaj ludzie znowu często mówią o sobie ( „Bo jestem najlepszy”, „Bo wnoszę do firmy wiele swoich umiejętności”, „ Bo potrafię pracować z pasją i zaangażowaniem”, „Zawsze marzyłem o pracy w tej firmie”), zamiast mówić o firmie i rozwiązaniu jej problemów ( „bo zatrudniając mnie firma uzyskuje …”)
Każdy z Was sam podejmuje decyzje, kiedy i jak prowadzić swoje rozmowy, ja pokazuję jedną z możliwości. Nie jest to jednak recepta na każde spotkanie rekrutacyjne. Jednak może zainspiruje Was do głębszego spojrzenia w siebie i analizy swoich kompetencji pod kątem ich unikalności i korzyści dla firmy.
A dla tych, którzy pracują i nie planują zmian – żeby zadać sobie pytanie: Jakie korzyści z zakupu tego “produktu”, jakim jestem, ma moja firma. Jakie problemy firmy tak naprawdę rozwiązuję. Czy jestem unikalną i potrzebną umiejętnością/ kompetencją firmy?
Pozdrawiam, Ewa

Ewo,
Bardzo dobry post! Tego powinni uczyc w szkole, w ramach przygotowania do wejscia na rynek pracy. Wielu z moich znajomych ma (niestety) problemy z napisaniem interesujacego CV, a co dopiero zaprezentowaniu sie (sprzedaniu) w odpowiedni sposob. A od tego zalezy nasze “szczescie zawodowe” – bo potrafiac sie sprzedac, zyskuje sie duzo wiecej niz potencjalnie dobra prace (i place), zyskuje sie swobode wyboru – to ja wybieram firme w takim samym stopniu jak firma mnnie. Tak jak to swietnie okreslilas: to sa negocjacje handlowe, w zwiazku z tym obie strony biora aktywny udzial i to obie strony podejmuja decyzje o dalszej wspolpracy.
Slyszac swoich znajomych, mam czesto wrazenie ze:
- ludzie czesto szukaja pracy jak musza, a nie kiedy chca
- prace sie dostaje (albo nie), a nie wybiera sie firmy w ktorej podejmuje sie prace
Moim zdaniem, to wlasnie jest spowodowane brakiem poczucia ze jestesmy towarem i sprzedajemy swoje uslugi – i nie ma tu znaczenia jakie.
Osobiscie jestem zdania, ze zmieniajac prace nalezy odbywac duzo rozmow kwalifikacyjnych. Daje nam to przeglad rynku no i pozwala zdobyc doswiadczenie w sprzadawaniu swoich uslug.
Zmieniajac prace, odbywam co najmniej 10-15 rozmow zanim podejme ostateczna decyzje. Pozwolilo mi to wielokrotnie ominac firmy-pulapki gdzie, po blizszym przyjrzeniu sie okazywalo sie ze zwyczajnie bym sie tam meczyl, i zainteresowac sie miejscami gdzie moglem zdobyc ciekawe doswiadczenia.
Pozdrawiam,
Rafal
Chcąc wykonać to ćwiczenia pomyślałem sobie:
“Cholera! Po co miałbym mówić o sobie? To czy mnie ktoś zatrudni zależy od tego co potrzebuje ten ktoś. Musiałbym go zapytać… ale mam mówić o sobie? Nie podoba mi się to ćwiczenie!”
Ach ta pokusa czynienia założeń, że wystąpienie musi być o nas
Uśmiechy!
Orest
Bardzo ciekawy post z dużą ilością konkretów
Zgadzam się z Rafałem, że “Tego powinni uczyć w szkole, w ramach przygotowania do wejścia na rynek pracy”.
Ja niestety dość późno uświadomiłem sobie, że firmy “szukają kompetencji a nie świadectw szkolnych” bo było to w moim przypadku pod koniec studiów.
A w zeszłym tygodniu poznałem studenta 3roku, który zaimponował mi tym, że do tak dojrzałych wniosków doszedł już w liceum i jak sam mówił – postawił w swoim życiu na pracę – która daje możliwość rozwoju w kierunku który go interesuje.
Pozdrawiam
Rafał, Michał,
Cisze się, że tak odbieracie ten post.
Zgadzam się, że podobnych rzeczy i takich powinno się uczyć na rożnych poziomach edukacji,im wcześniej tym lepiej, a przynajmniej o tym rozmawiać, żeby młodzi ludzie mieli większą świadomość w tym zakresie. Skoro tego brakuje – “w zastępstwie” pojawiają się takie posty
Rafał piszesz:
“zmieniajac prace nalezy odbywac duzo rozmow kwalifikacyjnych. Daje nam to przeglad rynku no i pozwala zdobyc doswiadczenie w sprzadawaniu swoich uslug”
To bardzo cenne doświadczenie, bo pozwala nie tylko lepiej poznać siebie, ale i rynek oraz firmy, i rzeczywiście wybierać. Nie zawsze i nie w każdej sytuacji są takie możliwości. Bywa, że zaproszeń na spotkania jest bardzo mało (pomijam przyczyny, bo te mogą być wielorakie). Zawsze jednak warto wykorzystując tę wiedzę, którą m. in. się dzielę, rozmawiać z jak największą liczbą osób, nawet przyjaciół, żeby trenować. Wtedy nawet przy mniejszej liczbie spotkań można osiągnąć całkiem dobry efekt.
Michał,
zobaczenie tego o czym piszesz w wielu dwudziestu lat czy nawet trzydziestu i tak daje Ci istotną przewagę nad tymi, którzy zobaczyli to po czterdziestce, albo nie widzą nawet w dojrzalszym wieku, np. ja zdałam sobie z tego sprawę zdecydowanie później niż Ty.
Orest,
Ja spotykam się z podobnymi sytuacjami czasem w pracy i bywa, że jest to poważnym problemem.
Po to m.in. są takie posty jak ten, żeby ludzie mogli zobaczyć swoje reakcje i to, jak błędne potrafią przyjąć założenia mimo braku przesłanek do takich założeń. To co mamy w głowie potrafi – jak widzisz – zmienić merytoryczny przekaz, choć w nim nie było nic o mówieniu o sobie. Warto ćwiczyć umiejętność czytania taksów w taki sposób, żeby odbierać to, co jest w nich zapisane, a nie filtrować przez to, co siedzi w naszych głowach. O ile przy komunikacie pisanym można do tekstu wrócić i go raz jeszcze przeanalizować i dalej odpowiednio zweryfikować swoja reakcję, o tyle w bezpośredniej relacji, gdy komunikacja jest ustna – takiej możliwości nie ma, a skutki reagowania na to, co w nas a nie co od nadawcy komunikatu mogą być czasem niepożądane czy niekorzystne.
Piszesz: “To czy mnie ktoś zatrudni zależy od tego co potrzebuje ten ktoś. Musiałbym go zapytać…” W zdrowych firmach jest tak jak piszesz – w praktyce bywa rożnie, ja przyjęłam, że zależy nam na tych zdrowych, innymi nie warto się zajmować
.
Co do “Musiałbym zapytać” – w realnym życiu nie zawsze jest taka możliwość, stad warto gromadzić rożną wiedzę i uczyć się z doświadczeń innych, rozmawiać, poznawać rynek, etc, żeby móc jak najlepiej umieć oszacować takie potrzeby bez konieczności zapytania. Możliwość dopytania jest oczywiście bardzo komfortową sytuacja, której każdemu życzę.
Co do tej “pokusy” – nie wiem, czy to pokusa, czy po prostu zły utrwalony nawyk. W efekcie robimy to (czyli mówimy o sobie) zupełnie niekiedy bezrefleksyjnie, na “autopilocie”. Ale to już sam musisz przemyśleć.:-).
Pozdrawiam, Ewa
Witam,
dobry post – proste ale genialne.:) Skoda ze niewyprobowalem tego gdy szukalem pracy:)
a z ta minuta to po przeczytaniu calego postu,pomysleniu chwile o tym i tak trzeba przyznac ze zbyt dobrze dla mnie to sie nie udalo..;)
Antku,
nie jest ważne jak poszło Ci za pierwszym razem, ważne że spróbowałeś i możesz ćwiczyć “na sucho”, a nie w trakcie rozmowy dotyczącej zatrudnienia.
Jest takie powiedzenie “Nie od razu Kraków zbudowano”.
Zaznaczam jednak, ze nie jest to uniwersalny wzorzec, nie przy każdej rekrutacji będzie działał, ale moim zdaniem warto umieć i tak
Wtedy mamy wybór, jaką metodę zastosować.
Pozdrawiam, Ewa
Witam!
Wykonałam ćwiczenie i wpadłam w pułapkę mówienia o sobie. Niestety. Pozytywne jest to że mówiłam płynnie i nie tylko o sobie:-)
Post porusza ciekawą kwestię, wartą przemyślenia i zaadoptowania. Mam tylko wątpliwość co do sposobu wypowiadania się na temat „dlaczego firma zyska zatrudniając mnie”. Czy mówiąc o korzyściach dla firmy powinno się również podawać przykłady (niejako dowody) z tego co się wykonało w poprzedniej firmie? Na przykład czy można powiedzieć:
Zatrudniając mnie firma zyska możliwość zastosowania nowoczesnych technik zarządzania produkcją. W obecnej firmie przeprowadziłam 2 projekty polegające na X i Y i uzyskałam rezultaty A i B.
Czy może jest lepszy sposób?
@Ewa
Napisałaś:
„Zatrudniając mnie uzyskujecie Państwo…”.
Czytając to najpierw pomyślałam, że to trochę takie zadzieranie nosa i wiele osób z HR zatrudniających „starą dobrą metodą” pomyśli właśnie w ten sposób i przez to stracę ciekawe możliwości.
Potem jednak przeczytałam Twój komentarz:
„Piszesz: “To czy mnie ktoś zatrudni zależy od tego co potrzebuje ten ktoś. Musiałbym go zapytać…” W zdrowych firmach jest tak jak piszesz – w praktyce bywa rożnie, ja przyjęłam, że zależy nam na tych zdrowych, innymi nie warto się zajmować”.
Trafione w sedno. Myślę, że nie warto się zajmować byle jakimi firmami. Mnie zależy na zdrowych, nowoczesnych firmach.
Ewo czy mogłabyś podać kilka przykładów jak zaprezentować się przez pryzmat korzyści jakie firma będzie z nas miała? Mam na myśli konkretne zdania jakie można wypowiedzieć prezentując jednak siebie jako znakomitego przyszłego pracownika. Wykonując ćwiczenie kończę ciągle na mówieniu o sobie (przynajmniej częściowo).
Serdecznie pozdrawiam,
Marlena.
Marleno,
dziękuję za twój komentarz i zainteresowanie tematem. pozwól, ze odpiszę na Twoje pytania jutro lub za dwa dni – właśnie wróciłam do domu po bardzo intensywnym dniu i – co tu mówić – nie mam siły się skupić
pozdrawiam, Ewa
Ewo,
Bardzo fajny artykuł. Po prostu KONKRET! Ćwiczenie genialne – przyznam się: też się dałem złapać. Czytając jednak dalszą część artykułu przypomniało mi się zdanie, które umieściłem na samej górze CV podczas poszukiwania pracy w Londynie, kilka lat temu:
“Every company has room for the man who has a definite plan of action which is to the advantage of that company.” – autorem jest Napoleon Hill
Firmy nie zatrudniają pracowników, zatrudniają WARTOŚĆ jaką dany pracownik do firmy wniesie. Sam się o tym przekonałem w ciągu ostatnich lat, siedząc po tej “zatrudniającej” części stołu rekrutacyjnego.
Pozdrawiam serdecznie
Krzysztof
Witaj Krzysztofie,
dzięki za Twój komentarz i to, ze dzielisz się swoim doświadczeniem i spostrzeżeniami. Ciekawa jestem twoich doswiadczeń z tej “drugiej strony stołu” – może napiszesz coś więcej w komentarzu, a moze odrębny post gościnny?
Przy okazji: czas przerwać wakacyjne milczenie
i wrócić do pisania kolejnych postow.
Jestem już prawie gotowa.
Pozdrawiam waszystkich Czytelników,
Ewa W
Ewo, chcemy nowych postow:)
Pozdrawiam,
Antek
Antku, dziekuję za motywator:-)
Drodzy Czytalnicy,
już się budze po wakacjach, dwa posty w pisaniu, niebawem publikacja
Ewa
Ewo, jestem dość młodym managerem. Moje doświadczenia w tym polu mogą się okazać dość błahe dla managerów z większym stażem. Ciągle się uczę (chociaż przyznam, że nie trafiłem do tej pory na naprawdę dobrą książkę związaną z byciem managerem – rekrutacja, motywowanie, zarządzanie itd., a kursów w Rzeszowie czy Krakowie – najbliższa mi okolica – też jak na lekarstwo). Jednak mimo tego ciągłego głodu wiedzy nie czuję się jeszcze na siłach by dzielić się skromnym doświadczeniem pisząc artykuły w tym temacie. Mam nadzieję, że rozumiesz
)
A z zaproszenia do posta gościnnego chętnie kiedyś skorzystam, jeśli “napisze mi się” coś zbliżonego tematycznie do zagadnień jakie poruszasz na swoim blogu. Dziękuje.
Krzysztof, pewnie tak jest, że wszyscy się uczymy, niezależnie od stażu:-) Mam dużo mlodszych i wiele starszych przyjacioł i znajomych i ucze sie od nich niezależnie od wieku i stażu.
Rozumiem to, co piszesz, szanuję twoją powściągliwosć i podtrzymuję zaproszenie – jeśli kiedyś, jak to sam napisałeś – ““napisze mi się” coś zbliżonego tematycznie do zagadnień jakie poruszasz na swoim blogu.”
Serdeczności, Ewa
Ewo,
Praktycznie codziennie zaglądam na twojego bloga w oczekiwaniu na nowy wpis:) to tak jako dodatkowy motywator:)
Juz pisalem ze rowniez chcem nowego posta i nie zebym chcial byc natretny ale po prostu jeszcze raz o niego poprosze aby pokazac ze rowniez tu czesto zagladam w oczekiwaniu:) Jako dodatkowy motywator:)
Gdy przeczytałem Twój post to tak jakby mnie ktoś walnął obuchem w tył głowy i krzyknął “Obudź się!”. Skupiania się na potrzebach drugiej strony uczą praktycznie wszędzie i sam czytałem i słyszałem to setki razy a w ogóle zapomniałbym o tym podczas rozmowy kwalifikacyjnej.
Twój post uświadomił mi, że sama wiedza jest mało warta jeśli nie potrafi się z niej swobodnie korzystać.
Dzięki Ewo i pozdrawiam serdecznie;)
Damian, witaj
Dlatego warto ćwiczyc w malych grupach przyjaciół i przed lustrem. Żeby oswoić własne cialo i sposób mówienia, zeby zwroty uzywane nie brzmialy sztucznie i … zeby się mniej tremować.:-)
Cieszę się, że post się przydal.
Pozdrawiam, Ewa
No, to pozwól Ewo, że jeszcze i ja dorzucę cegiełkę do stosiku zaczynających się mniej więcej od “świetny post” czy coś w tym rodzaju. Twoje ujęcie tematu to znakomity przykład wyższości wiedzy połączonej z doświadczeniem a przede wszystkim MYŚLENIA nad powielaniem kalek nie wiadomo skąd, ale zawsze “z podręcznika”. Twoje rozumowanie jest kompletne i przekonywujące – zwłaszcza patrząc ze strony szefa firmy, albo przynajmniej osoby rerutującej, ale bardzo prawidłowo identyfikującej sie z firmą. Takich właśnie rzeczy powinno się uczyć (choć zdaję sobie sprawę, że w polskim systemie nauczania nie jest to możliwe
). A jak to by było w przypadku agencji? Pytam, bo nie wiem, bo temat jest mi kompletnie nieznany, tak jak same agencje łowcogłowowe (nie krzyczcie, proszę na mnie za niezręczne słowotwórstwo, ale ja i tak zawsze będę wolał swoje nieporadne próby opisania różnych zjawisk własnymi słowami od durnego naśladownictwa za jakie uważam wszechobecne amerykanskie makaronizmy, bedące zresztą jednym z przejawów powszechnej “mcdonaldyzacji” otaczającej nas rzeczywistości, który to proces uważam za godny jedynie pożałowania i protestu).
.Dopiero po jakimś czasie zacząłem rozumieć, że w ogóle coś poszło nie tak, co poszło nie tak i dlaczego tak właśnie poszło. Wiele wody upłynęło do tamtej pory, wiele się zmieniło. Teraz mnie też zdarzyło się przeprowadzić kilka rozmów kwalifikacyjnych, ale już z drugiej strony biurka. I każda taka rozmowa, czy inne doświadczenie tematycznie pokrewne (np. Twój post) jest dla mnie następnym kamykiem w zbiorze, bo widmo tej pierwszej rozmowy wciąż nie daje mi spokoju, tym bardzej że stale dowiaduję się nowych, ważnych rzeczy o tych kilkunastu minutach sprzed ponad 10 lat………
Z jedną rzeczą jedynie mógłbym chyba polemizować: wydaje mi się że klient nie kupuje korzyści, albo przynajmniej – bardzo rzadko to robi. Jestem zdania że klient raczej kupuje marzenia. Ale to chyba osobny temat.
Twój post jest dla mnie bardzo ważny i osobisty, bo stanowi jeszcze jeden kamyk w pryźmie jaką usypuję sobie od lat. Ponad 10 lat temu odbyłem (kompletnie bez wiedzy i przygotowania) swoją pierwszą rozmowę kwalifikacyjną. Było to bardzo traumatyczne doświadczenie. Ale tak od razu to ja tego nie zrozumiałem. Żyłem w pełnej nieświadomości zjawiska
Marcin,
wprawdzie – zgadzam się – to nie istota tego postu, niemniej kilka zdań do Twojego: “Z jedną rzeczą jedynie mógłbym chyba polemizować: wydaje mi się że klient nie kupuje korzyści, albo przynajmniej – bardzo rzadko to robi. Jestem zdania że klient raczej kupuje marzenia.”.
Machina reklamowo-sprzedażowa próbuje klientom sprzedawać zamiast korzyści – marzenia. To bardzo wyraźnie widać w przypadku np. reklam mieszkań i domów – próbuje się sprzedawać marzenie i wizję wspaniałego rodzinnego życia. To według mnie manipulacja i nie wszyscy na szczęście się na nią nabierają. Wielu klientów na szczęście mimo reklamowych i sprzedażowych “sztuczek” kupuje jednak korzyści a nie marzenia.

Sprzedawcom nadal na wielu szkoleniach mówi się, że klient kupuje marzenia i iluzję, na szczęście nie na wszystkich.
To sprzedawanie korzyści i sprzedawanie marzeń wyraźnie widać w reklamach. łatwo można wyróżnić i jeden nurt i drugi. Jak ktoś próbuje mi sprzedawać marzenia – uciekam daleko. Jak korzyści – wchodzę w rozmowę i świadomie podejmuję decyzje. Coraz więcej osób z moich obserwacji i rozmów broni się przed manipulacyjnym sprzedawcą i manipulacyjnym stylem komunikacji marketingowej.
Pozdrawiam, Ewa
uzupełnienie:
Marcin,
co do nietypowych a nawet traumatyzujących rekrutacji – nieco tutaj: http://www.ewytrazek.pl/wanna-rozmowa-kwalifikacyjna-rekrutacja/
Dobrym moim doświadczeniem jest bezpośrednia rozmowa w firmie, z szefem i powiedzenie mu: tu u Ciebie chcę pracować”, a nie reaktywne działanie gdy pokaże się ogłoszenie.
O agencjach pośredniczących w zatrudnianiu pracowników – bywa żenująco, gdy osoba prowadząca rekrutację jest kompletnie niezorientowana w profilu i rzeczywistym charakterze pracy. Jednak jej celem jest zwykle przeprowadzenie kliku mniej lub bardziej sensownych i miarodajnych testów i tzw. pierwszy odsiew. Według mnie – unikać.
Witam wszystkich serdecznie
Za nim tu trafiłem dane było mi przeczytać dużo wypowiedzi Ewy i innych tu komentujących na blogu Alexa. Za, co Wam dziękuję, jest tam dużo cennych wskazówek, które warto stosować.
Ewo
Interesujący i bardzo pouczający post. Zgadzam się z tym, co napisał Damian, ważne jest aby o tym nie zapominać. Niestety ja tak zrobiłem ponosząc porażkę na rozmowie kwalifikacyjnej otrzymując tym samym cenną lekcję na przyszłość. Ważne jest wiedzieć jak najwięcej nie tylko o sobie samym, ale też o potencjalnym pracodawcy (najlepiej z różnych źródeł).
Z zagadnieniem opisanym przez Ewę spotkałem się już wcześniej w książce Dale’a Carnegie “How to win friends and influence people” (“Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi”). Moim zdaniem jest to ciekawa pozycja. Opisująca stosowanie też innych wartościowych rad i korzyści z nich wynikających. Dająca czytelnikom wiele tematów do przemyśleń i możliwości zmiany swojego postępowania.
Pozdrawiam radośnie, Artur
Artur, witaj w “Inspiratorium”
Kto z nas nie potykał się w czasie rozmów kwalifikacyjnych…
To, co według mnie jest bardzo cenne – a ty o tym piszesz – to traktowanie tego w kategoriach lekcji. A skoro lekcja “odrobiona” (przydało się, jesteś mądrzejszy o to doświadczenie), to ja mam przekonanie, ze to nie “porażka”
Nawet jeśli efekt działania w tamtej sytuacji był inny od pożądanego.
Pozdrawiam, Ewa
Dziękuję za zwrócenie uwagi na słowo “porażka”, które zazwyczaj oznacza przegraną walkę. Masz rację przecież nie straciłem w stosunku do sytuacji z przed rozmowy, a zyskałem kolejne doświadczenie.