Archiwum

Posty oznaczone ‘błędy’

Czy kopiesz basen łopatką?

Kwiecień 11th, 2011

Dziś trochę o podejściu do realizacji celów.

Czy basen  można wykopać dziecięcą  łopatką? Zdecydowanie tak (“kopanie basenu” to np. realizacja projektu, osiąganie wyniku w biznesie, otwieranie własnej firmy etc). Wymaga to wiele czasu, sił i samozaparcia. Co zrobić, żeby wykopać go szybciej? 1 – Szybciej machać łopatką, nieprzerwanie dzień i noc. Albo 2 – wziąć drugą taką samą łopatkę i kopać „na dwie ręce”:-). Można też 3 – zebrać więcej łopatek (i więcej osób, bo przecież masz tylko dwie ręce). Koszt łopatki niewielki. Efekt szybszy i w grupie raźniej. ;-)

A co się stanie,  jeśli sąsiad wykopie szybciej i już zacznie zarabiać za każde wejście na basen :-) , a Ty nadal będziesz kopał, kopał i kopał? Nie tylko wydajesz, nie zarabiasz, ale przede wszystkim tracisz potencjalny rynek. Twój basen może zostać bez klientów. Cały wysiłek i inwestycja pójdzie na marne. Tylko muskuły wyrobione i poczucie zmarnowanej szansy. Tego nie chcesz, prawda? Wiem, zawsze korzystałeś z łopatki, od dziecka. Nauczyłeś się, że kopie się łopatką. Jak możesz to zrobić inaczej? Jakie są inne możliwości?

Jak można inaczej? Zostawić łopatkę do innych celów i poszukać skuteczniejszych rozwiązań. Przykładowo osobę z łopatką przesunąć do robienia babek z piasku jako dekoracji otoczenia i tła do zdjęć, a do wykopania basenu wynająć koparkę i operatora koparki. Żeby to zrobić, trzeba odejść od myślenia, że inwestuje się tylko w to, co już odniosło / odnosi sukces. I pamiętać, że „z próżnego i Salomon nie naleje”. Trzeba dodatkowo zaufać operatorowi koparki, że wie, co robi. Trzeba rozważnie zainwestować.  Przede wszystkim jednak, żeby zobaczyć inne możliwości, trzeba na chwilę odłożyć łopatkę i zadać sobie kilka pytań, i poszukać na nie odpowiedzi. :-)

O czym piszę? O postawie spotykanej zarówno w biznesie, jak i rozwoju własnym. O  decyzjach lub ich braku i o konsekwencjach tego.  Tak na poziomie zarządzania firmą, jak i na poziomie zarządzania sobą. Uwaga, do prac archeologicznych, wymagających wielkiej precyzji wykorzystuj jednak łopatkę i pędzelek, a nie koparkę! Tutaj najważniejszy nie jest ani czas, ani wielkość wykopanego dołu, ale to, by skarby ocalały przed zniszczeniem.

Podobnie ma się sprawa z własnym rozwojem i działaniami w różnych obszarach życia. Czy kopiesz basen łopatką? Czy dobrałeś dobrze narzędzia i taktykę do założonego celu? Czy bierzesz pod uwagę, ze oprócz znanej Ci łopatki mogą istnieć inne narzędzia i sposoby realizacji Twojego celu? Czy liczysz czas, bierzesz pod uwagę dostępne zasoby, możliwości, dostępne środki? Czy je wykorzystujesz w pełni? Czy korzystasz z doświadczeń innych? Czy szukasz innych rozwiązań?

Czy zadajesz sobie pytania typu:
- Co jest dla mnie ważne?
- Jak inaczej mogę to jeszcze zrobić?
- Co jeszcze mogę zrobić, żeby szybciej osiągnąć cel?
- Co mogę zrobić inaczej niż do tej pory?
- Czy wszyscy robią tak samo?
- Co może się zdarzyć, jeśli wybiorę inne rozwiązanie?
- Czym ryzykuję?
- Jaką inną strategię mogę obrać niż znana mi “strategia  łopatki”?

Te pytania doprowadzą Cię dalej, niż pytania  typu “Dlaczego mi nie idzie?”, “Dlaczego mi tak ciężko?”, “Dlaczego popełniłem błąd?”. Te pytania “przenoszą Cię” w przeszłość i energię skupiasz na szukaniu błędów. Te wcześniejsze (wypunktowane) otwierają przyszłość, pomagają znaleźć możliwe rozwiązania, a nie przyczyny niepowodzeń. :-) To one pozwolą szybciej znaleźć rozwiązanie i osiągnąć cel.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Niesmaczne Czekoladowe Życie

Marzec 13th, 2011

Co jakiś czas, zwykle w soboty, u mnie na osiedlu pewna kobieta zbiera jedzenie, bo sama nie jest w tej chwili w stanie utrzymać swoich dorastających córek. Bardzo skromna, pokorna, kontaktowa, życzliwie nastawiona do ludzi. Widać też, że bardzo zmęczona, a z rozmowy wiem, jak i dlaczego jest jej tak trudno. Mniejsza o szczegóły. Jakiś człowiek, jakaś konkretna rodzina potrzebuje pomocy – jedzenia.

Dziś (także w sobotę) usłyszałam o tzw. festiwalu związanym z kawą, czekoladą etc. – Telewizyjny Kurier Warszawski 12 marca 2011 – o festiwalu „Czekoladowe Życie” (ostatnia wiadomość w programie)  TUTAJ [Uwaga: teraz link działa już mam nadzieję poprawnie, poprzedni błędny był wynikiem skorzystania z opcji "prześlij link znajomym", a system przesyłał błędny link].

Co ma jedno do drugiego? To za chwilę.

Na stronie internetowej tego festiwalu jest informacja, że u 3,5-metrowe Czekoladowe Drzewo od pewnej firmy zostanie zlicytowane na szczytny cel (tego nie ma w telewizji) – to dobre działanie. Tylko jak ono  ma się do specyficznego pożegnania zimy w czasie tego samego wydarzenia? O czym konkretnie mówię? Otóż do kamery pewna zadbana i zadowolona młoda kobieta (związana z organizacją wydarzenia jak sądzę) powiedziała o tzw. czekoladowym pożegnaniu zimy: „Zamiast Marzannę topić, chcemy obrzucić  ją pysznymi kremowymi tortami”. Zatkało mnie.  Natychmiast sobie to ładne “okrągłe” zdanie przełożyłam na konkret: pełnowartościowe, pyszne jedzenie zostanie wyrzucone dla zabawy i w związku z zabawą. Będzie lądowało na kukle i spadało na podłogę a potem trafi na śmietnik. Co to za wydarzenie, co to za pomysł, co to za promocja, co to za pseudo PR?!

Wyrzucanie pełnowartościowego jedzenia czy rzucanie jedzeniem wydaje mi się niegodziwe, szczególnie w kontekście tego, co obserwuję wokół. Jak dla mnie – coś tu nie gra: z jednej strony licytacja drzewka na szczytny cel, a z drugiej – pożegnanie zimy sprowadzające się do wyrzucania jedzenia i robienia z tego widowiska.

Mamy w Polsce (w Warszawie także) niedożywione dzieci, niskie kwoty przeznaczane na posiłki dla ludzi z ośrodków opieki, szpitali, domów pomocy, domów dziecka, ośrodków dla bezdomnych, mamy emerytów żyjących na granicy ubóstwa. Mamy po drugiej stronie firmy, instytucje,organizacje wspierające ubogich, finansujące obiady dla dzieci, realizujące zbiórki żywności, mamy indywidualnych ludzi pomagających potrzebującym, czasem dzielących się po prostu tym, co mają w lodówce.

Zimę można było symbolicznie zakończyć inaczej – zaprosić dzieci, by może po raz pierwszy miały okazję skosztowania  pysznego kremowego tortu i poczuć się ważnymi, ugoszczonymi, a “Marzannę” potraktować jako wyłącznie dekorację? Albo zawieźć te torty do potrzebujących w jakimś ośrodku i dać je jako zapowiedź wiosny (nie mówcie tylko, że problemem jest tu podatek od darowizny) ? A może wystawić tę “Marzannę” i zaprosić ludzi “z ulicy” na „Marzannowe Delicje”?
Że to wszystko mniej medialne? Bzdura. Mniej widowiskowe, ale nie mniej medialne.

Mogę sobie nawet wyobrazić, ile przy tym rzucaniu tortami będzie śmiechu i zabawy. Ja jednak całkowicie pozbawiona jestem w takich sytuacjach poczucia humoru. Czy my żyjemy w kraju, w którym jedzenia wszyscy mają tyle, że możemy je wyrzucać robiąc przy tym imprezę i widowisko? Dla kogo? Po co? Żeby w kronice wydarzenia zamieścić „fantastyczne” zdjęcia obrzuconej tortami Marzanny? Żeby patron czy sponsor mógł się sfotografować jak rzuca tortem?

Niestosowne. Zgrzyta zwłaszcza, gdy się sprawdzi, kto jest organizatorem i co ma w statucie . Zgrzyta mi także, gdy wiem, kto temu patronuje (o tym, kto jest organizatorem, a kto patronem dowiedziałam się TUTAJ- na stronie Festiwalu tego nie znalazłam).

To oczywiście tylko moje zdanie, moja subiektywna opinia – każdy ma prawo mieć własny pogląd na ten temat. Ja nie mogłam tego przemilczeć. Może ktoś z ludzi organizujących różne special events przeczyta i uchroni się (i nas) przed podobnymi nie do końca przemyślanymi pomysłami i realizacjami w przyszłości…

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Co nas uskrzydla i dodaje sił?

Marzec 1st, 2011

Po dość długiej przerwie, którą pewnie większość z Czytelników tego bloga zauważyła, wracam do pisania. Tematów uzbierało się w mojej głowie sporo, czas nie pozwalał na realizację. Tak bywa. :-) W tzw. “międzyczasie” minął rok od opublikowania pierwszego postu. W ciągu tego czasu uzbierało się tutaj 48 postów i 521 komentarzy. Tyle podsumowań. Dziękuję Wam za dzielenie się swoimi uwagami, za obecność w tym dla mnie ważnym miejscu.

Jeszcze w kwietniu ubiegłego roku zapisałam w notesie poniższy cytat:
“Stanowisko nigdy nie daje ci prawa do rozkazywania. Tylko zobowiązuje cię do takiego życia, by inni ludzie mogli przyjmować twoje rozkazy, nie doznając upokorzenia.” (Dag Hammarskjold).

I zrobiona przy tym przeze mnie notatka: Nie doznawać upokorzenia to za mało! Ludzie w zespole powinni czuć swoją siłę, wartość i moc dzięki temu jak się z nimi komunikujesz, jak się do nich zwracasz, jak się o nich troszczysz. powinni wiedzieć, że jesteś razem z nimi a nie obok nich. Autorytetu nie zdobywa się siłą, nie zdobywa się poprzez okazywanie władzy, a poprzez własne kompetentne działania, dobry przykład, zaufanie i szacunek dla ludzi oraz dla ich pracy.

W ciągu wielu lat pracy zawodowej doświadczałam i tych pozytywnych, i tych negatywnych przykładów jeśli chodzi o budowanie autorytetu i – nazwijmy to – “realizację władzy” w relacji zwierzchnik-podwładny. Bo czy tak naprawdę pracodawca, zwierzchnik może mieć nade mną władzę? Tak. Ale tylko wtedy, gdy ja mu na to pozwolę. :-) To bardzo ważne dla mnie odkrycie sprzed kilku lat co jakiś czas sobie przypominam (co znaczy też, że co jakiś czas niestety o tym zapominam – chyba wywieszę sobie to na ścianie), by ustawić różne rzeczy we właściwej kolejności i porządku – zarówno wobec siebie jako zwierzchnika, jak i podwładnego.

Zapamiętuję z reguły te dobre i staram się szybko zapominać o tych złych wzorcach i doświadczeniach, żeby przypadkiem się „nie zarazić”.  Żebym mogła w stosunku do swojego zespołu pozostawać zarówno zwierzchnikiem (w rozumieniu lidera, doradcy, wsparcia), jak i przyjaciela. Wyważenie pomiędzy koniecznością wskazania błędu, udzielenia „reprymendy” a wskazania drogi bywa niełatwe. Czasem trzeba chwile „zmarnować” na czcze gadanie i żart, żeby z większą intensywnością wrócić do właściwego zadania.

Staram się pamiętać, że na głębokim poziomie (poza powierzchownością) jesteśmy tacy sami. Dokładnie tacy sami (tak moi szefowie jak i moi podwładni) – mamy swoje lepsze i gorsze dni, swoje słabości i siły, swoje ambicje, swoje marzenia, swoje troski i smutki, swoje radości i tęsknoty, swoje umiejętności i braki, a przede wszystkim – nie jesteśmy w pracy za karę ani nie jesteśmy na nią skazani. I wobec tego lepiej pracujemy w atmosferze wzajemnego szacunku, zaufania, radości, docenienia, zauważenia. Ja reaguję pozytywnie na prośbę i rozmowę, a nie na rozkaz. Wiem, za co jestem odpowiedzialna i żadne narzucone ramy czasowe tego nie zmieniają – nie pracuje od-do, ale nad projektem, zadaniem. Wieczne kontrolowanie daje mi informacje, że przełożony nie ma do mnie zaufania (co nie zawsze jest prawdą, ale dla mnie to taki sygnał) itd. Lubię, gdy szef dziękuje mi za coś, co zostało przeze mnie dobrze wykonane, choć jest to moim obowiązkiem. Nie lubię dostawać sprzecznych poleceń. Staram się te swoje „lubienia i potrzeby” realizować w odniesieniu do mojego zespołu.  I nie zawsze mi wychodzi, nie jestem aniołem, też miewam gorsze dni. Pewnie. Pracuję tak, jakby to był mój biznes, a nie praca „u kogoś” czy „na kogoś”.  Czy to dobrze – nie wiem. Czy źle? Tego też nie wiem. Czasem jest z tym mniej wygodnie. :-)

Oprócz tego, że praca to miejsce, gdzie zarabiamy pieniądze wykonując określone zadania – to także miejsce, gdzie przebywamy sporą część świadomego życia i możemy to życie w pracy przeżywać jako pasmo pozytywnych doświadczeń, rozwijających, sprzyjających nam, a możemy po prostu tylko przetrwać. Dla mnie “przetrwać” to za mało w odniesieniu do czegoś, co zabiera mi spory kawałek życia, energii, czasu, zasobów.

A co dla Was jest ważne w relacjach między przełożonym a podwładnym? Co sprawia, że przychodzicie do pracy z radością i z pasją, a nie jak „na skazanie”? Co Was uskrzydla? A co byście chcieli, jeśli nie wszystko jest dobre i właściwe?

Podzielcie się tym – możemy się od siebie wiele dowiedzieć i nauczyć. Proponuje, by nie skupiać się na negatywach i narzekaniu, bo tego mamy aż nadto wokół. Napiszcie o pozytywach, oczekiwaniach, o tym, co Was uskrzydla, o dobrych doświadczeniach.

Pozdrawiam po długiej przerwie, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , , , , , , , ,

Po konferencji – kilka praktycznych uwag i sugestii

Październik 27th, 2010

Dziś uczestniczyłam w konferencji – prowadziłam prezentację. Nic nowego. :-) Dwa dni, wykłady wspólne dla wszystkich i te „do wyboru” – równolegle w kilku salach. Dla uczestników takie dwa dni są dużym wysiłkiem.  Szczególnie, gdy sale duszne, wykłady czy prezentacje zbyt długie i nudne. I nie chodzi o brak wartości prezentowanego produktu czy usługi, ale sposób przekazywania informacji, komunikację, formę.

Moja prezentacja (mimo innych ustaleń z organizatorem) przypadła na dzień drugi, w okolicach godziny 15.00 -  jako przedostatnia. Każdy, kto choć raz uczestniczył w takim przedsięwzięciu wie, że to moment dużego znużenia uczestników, że po posiłku najlepiej się drzemie a nie pracuje, że niektórzy już w takim momencie szykują się do wyjścia. W takiej sytuacji dynamika wystąpienia jest niezwykle ważna.  Inaczej ludzie usną (dosłownie lub w przenośni) albo wyjdą.

Wrogiem dynamiki są między innymi: monotonny sposób mówienia, zbyt dużo teksu na slajdach, rozwlekłość, zbyt wiele detali, brak jasno określonego celu wystąpienia, wielowątkowość, a nawet statyczność prezentera. Gdy uczestnik widzi na ekranie dokładnie to samo, co mówi prezenter – powoli przestaje go słuchać. Czytając wyprzedza mówcę i powoli… usypia.

Przyszłam jak zawsze wcześniej, żeby oswoić salę, podłączyć sprzęt, w przerwie nawiązać kontakt z uczestnikami – wtedy lepiej prowadzi się spotkanie. Niestety w odróżnieniu od poprzednich konferencji, tym razem organizator nie zapewnił takiej możliwości. Prezentacje – jak się okazało na miejscu – odbywały się jedna po drugiej, bez nawet krótkiej przerwy na wywietrzenie sali czy małą kawę i rozmowę z osoba prowadzącą. Podobnych błędów organizacyjnych było zdecydowanie więcej.  To dla mnie lekcja, że nie wszyscy wiedzą, jak przygotować od strony organizacyjnej dużą konferencję i że powinnam pytać wcześniej o rzeczy dla mnie oczywiste i konieczne. Na dodatek na moim identyfikatorze widniał istotny błąd, co mnie zaniepokoiło. Podobnie na informacjach przy sali. Organizacyjnie to bardzo poważne niedopatrzenie, brak szacunku dla prelegentów i uczestników. Wyraz lekceważenia własnego przedsięwzięcia. Co mi po przeprosinach w takiej sytuacji? Uznałam jednak, że uczestnicy zasługują na to, bym ja ich nie lekceważyła z powodu złej organizacji. Nie wyszłam, nie odwołałam swojego wystąpienia. Miałam swój cel i zdecydowałam go osiągnąć mimo braku profesjonalizmu organizatora.

Zanim przyszedł czas na moje wystąpienie, przysłuchałam się kilku innym. Tematy ciekawe. Ale… Podstawowy błąd popełniany przez większość prezenterów, jakich mi przyszło słuchać, to prezentowanie w stylu „zrobiliśmy”, „włożyliśmy wiele wysiłku”,  „jesteśmy bardzo zadowoleni”,  „udało nam się” „robimy”, „oferujemy”, „bardzo się staramy” , „mamy świetnych ekspertów” etc. 20-30 minut czytania z ekranu i mówienia o sobie jest w stanie zanudzić i jest wrogiem dobrej energii, zabija zainteresowanie uczestników. Naprawdę trudno mi było tego słuchać. Pytanie, które ja sobie zadaję w takich chwilach jako słuchacz to: „A co to ma ze mną wspólnego”, „Co mnie obchodzi , ile pracy wykonaliście i czy jesteście zadowoleni”, „Czy naprawdę trzeba mi mówić, z czego jesteście zadowoleni”  i wreszcie – „Gdzie ja jestem w tym wszystkim jako słuchacz, potencjalny klient, użytkownik”.

Zastanówcie się: gdyby uczestnik Waszego spotkania miał zapamiętać wyłącznie 3 rzeczy z Waszej prezentacji, to co to powinno być? Przecież nie to, że jesteś zadowolony Ty czy Twoja firma :-) . Przecież nie to, jak powstawała koncepcja czy produkt…. A zatem co???  Odpowiedź na to jest jednym z pierwszych kroków do dobrej prezentacji.

Podstawa przyzwoitej prezentacji osadza się na odpowiedzi na kilka pytań w toku przygotowania: Co masz do zaoferowania klientowi / słuchaczowi? Co dla niego (a nie dla Ciebie) jest ważne, cenne, wartościowe, przydatne? Co powinien zapamiętać? Jakie działania chcesz, by podjął po spotkaniu z Tobą – prezentującym? W czym to, co prezentujesz może mu pomóc, jakie jego problemy rozwiązać? Zrób notatki i dopiero potem myśl, jak ułożyć prezentację, jakie przygotować slajdy. I pilnuj czasu. Długo nie znaczy dobrze.

Jakieś dziesięć lat temu człowiek, który uczył mnie prowadzenia prezentacji powiedział bardzo ważne zdanie, które zapamiętałam i stosuję: „Nie mów wszystkiego co wiesz, a jedynie to, co może być ważne dla słuchacza.” To była pierwsza i ważna dla mnie lekcja. Potem w ciągu lat otrzymałam kolejne, uzupełniające :-) .

Opowiadanie słuchaczom np.  „o historii’ (jak powstał produkt, jakie badania go poprzedziły, jak było trudno czy łatwo) to strata czasu i zmęczenie słuchacza. Takie kwestie nadają  się co najwyżej jako uzupełnienie gdy słuchacz o to dopyta, ewentualnie na rozmowę w przerwie przy kawie, jeśli uczestnik będzie o to pytał. A i tak wtedy (w czasie przerwy) warto przenieść punkt ciężkości na klienta i jego problemy, jego potrzeby, jego doświadczenia.

Pomyśl też w toku przygotowań, co byś powiedział i jak byś sobie poradził, gdyby w trakcie prezentacji, po pierwszych dwóch slajdach (tytułowych) zepsuł się rzutnik i laptop (?). To dobre ćwiczenie, a nie moja próba straszenia Was. :-) Wtedy nie mógłbyś przecież czytać z ekranu ani z monitora…  Nie opowiedziałbyś wykresów, szczegółowych wyników badań, statystyk, a co najwyżej przekazałbyś kilka wniosków z tego. :-) Czy bez tego Twoje wystąpienie miałoby nadal sens i wartość?

Swoją dzisiejszą prezentację przygotowałam z myślą o słuchaczach, zgodnie m.in. z tym, co wyżej napisałam. Między innymi – bo trudno tu napisać wszystko o prezentacji w jednym poście – nawiasem mówiąc to bardzo aktualny temat na szkolenia w małych grupach; mimo wielu lat tradycji prowadzenia prezentacji wciąż dla wielu osób jest problemem. Większość slajdów obywała się bez tekstu, czasem to było tylko krótkie hasło. Obraz działa na wyobraźnię, przyciąga, inspiruje, pobudza zainteresowanie i słuchacz Cię słucha, a nie czyta. :-) Tekst dostarczałam ja – mówca. Większość slajdów miała ustawiony czas i zmieniały się same, żebym nie była przywiązana do laptopa i myszki (pilota) – to wymaga próby czasowej i dokładnego przemyślenia i przygotowania treści wystąpienia. To jednak zawsze daje mi możliwość wyjścia do ludzi, odejścia od stołu, skupienia się na słuchaczach, reagowania także na energię grupy. Tak łatwiej wejść w kontakt. Mówiłam „o nich” –  o tym, co oni otrzymują, jakie oni mają (mogą mieć) możliwości, jakie oni mogą mieć korzyści i ułatwienia, jak mogą korzystać z… ,  jakie działania mogą podjąć.  Dziesięć minut wystarczyło. Z reguły wystarczy 10-20 min, jeśli nie chcemy “przegadać”. Uważam, ze w takiej sytuacji zawsze lepszy jest niedosyt niż przesyt. A potem jest czas na rozmowę. Świadomie nie piszę „czas na zadawanie pytań”, bo pytania z sali są podstawą do prowadzenia rozmowy, wchodzenia w dialog, dopełniania informacji, a nie formą przesłuchania prelegenta.

Zatem jeśli przygotowujesz prezentację – nie skupiaj się na tym, co wiesz, a na tym, co chciałbyś usłyszeć, gdybyś sam był słuchaczem. Zacznij od tego, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie: Po co ten człowiek przyszedł i z czym wyjdzie. Nie skupiaj się na odpowiedzi na pytanie, po co Ty przyszedłeś. :-) Twój słuchacz będzie najlepszym kluczem do przegotowania dobrej prezentacji i do jej właściwego przeprowadzenia. On czasem ma oczekiwania, często konkretne potrzeby i problemy. Twój produkt czy usługa może być rozwiązaniem.  Czy to zauważy, czy podejmie działanie  – zależy od Ciebie.  Tak naprawdę jesteś po to, by On to zauważył, poczuł, zainteresował się, zaangażował, podjął działanie (lub decyzję, że działanie podejmie).

Pozdrawiam, Ewa

Ps. Mam wrażenie, że w kwestii prezentacji szkolne uczenie (na maturze ustnej  jest prezentacja) często szkodzi, zaszczepia złe wzorce – młodego człowieka uczy się bowiem często, że ma przedstawić w formie prezentacji swoją wiedzę, ze to jest głównym celem – by pokazać, co się wie. A potem skutki – jak wyżej. Choć są na szczęście znam i pozytywne przykłady.

Uncategorized , , , , , ,

Róże Victorii

Październik 15th, 2010

W sierpniu w poście o ograniczających przekonaniach zacytowałam Victorię Schnabel. Teraz ciąg dalszy Jej wypowiedzi:

Nasze wcześniejsze niepowodzenia, winy, wstyd mogą stać się kompostem, który pomoże naszym różom wspaniale rozkwitnąć (Victoria Schnabel).

Bardzo podoba mi się i przemawia do mnie to zdanie o kompoście. Hmm, w tym tygodniu przygotowywałam na zimę pelargonie. Nadal pięknie kwitną, ale czas było porobić szczepki na nowy sezon. Lubię kwiaty w swoim otoczeniu. Lubię, gdy kwitną. I lubię, gdy moje życie kwitnie.

Do kompostownika na działce moich rodziców trafiają niepotrzebne organiczne odpadki, chwasty, uwiędłe i zepsute owoce, by po jakimś czasie wrócić na grządki w postaci nawozu – naturalnego i bardzo wartościowego. Ten naturalny nawóz wzmacnia młode rośliny i przyczynia się do powstania dobrych, dorodnych i wartościowych owoców.

Idąc myślą za Victorią, do kompostownika od pewnego już czasu wrzucam swoje  niepowodzenia, złe lub głupie wybory czy decyzje, rzeczy, z których dumna nie jestem, ale i poczucie winy czy wstydu (któż z nas nie doświadczał… ). Mogłabym oczywiście się nimi zasłaniać i usprawiedliwiać niczego nie zmieniając w sobie i swoim sposobie życia czy działania, tkwić w tym własnym zachwaszczonym ogródku. Ale mogę też powiedzieć sobie: to nie było dobre, nie jestem z siebie dumna, ale wybaczam sobie, zostawiam za sobą. Zamiast tygodniami analizować, przywracać do życia w myślach te zdarzenia – lepiej skupić się na tym, co teraz mogę zrobić w swoim życiu. Będąc bogatsza o nowe doświadczenia –  idę dalej. Nie zamykam się na to co było, nie zatrzaskuję za tym drzwi i nie udaję, że tego nigdy nie było. Nie odcinam się od swojego życia, ale nie zamierzam żyć przyglądając się niezmiennie temu co było. Bo z takiego przyglądania się i tkwienia w przeszłości owoców nie będzie. Mówię sobie: “Teraz wiem więcej o sobie i o życiu, jestem bogatsza o wiele doświadczeń i mogę żyć i działać lepiej.” Kompost pomaga  “rozkwitać różom”. Moim różom.

Podstawą do zmiany jest stawanie w prawdzie przed samym sobą. łagodnie i z życzliwością, choć bez znieczulenia.

Każdy czas jest dobry na taką zmianę – od patrzenia w przeszłość z poczuciem niezadowolenia, do patrzenia w przyszłość i działania „pro”. Nie ma nieodpowiedniego wieku dla takiej zmiany. Nie ma ograniczenia czasowego, że zmiana musi się dokonać w określonym czasie, a jak nie, to “przegrane”. Wszystko to, czego doświadczaliśmy do tej pory może nas wspierać, może być naszym kapitałem (nawet jeśli nie zawsze widzimy to właśnie w ten sposób). Co więcej – negatywne doświadczenia mogą nas inspirować, pomagać w znalezieniu nowych ciekawych dróg.

To, o czym piszę dotyczy zarówno sfery prywatnej jak i zawodowej. Jeśli w pracy potykamy się o projekty, ludzi, relacje etc, to możemy się skupiać na niepowodzeniach i trawiąc je – energia idzie w przeszłość a nie w przyszłość. Jeśli rzucam to na kompost – będą z tego korzyści. Doświadczałam kiedyś w pracy niesprawiedliwego traktowania, zachowań mobbyingowych, doświadczałam braku szacunku i docenienia. Dziś tamte doświadczenia owocują. Pamiętam o nich w codziennej pracy ze swoim zespołem. Lubię swój zespół i szanuję za ich pracę, postawę, odwagę, czasem bezkompromisowość, za  zaangażowanie, otwartość – sporo powodów do codziennego lubienia. Moje doświadczenia nauczyły mnie, jak mogę dawać to, czego nie doświadczałam sama. Oczywiście nie jestem aniołem :-) , bywam też trudnym szefem. Ale nawet w takich momentach przychodzi do mnie refleksja – wrzucam na kompost te nowe doświadczenia – doświadczanie siebie w nowych kontekstach i bogatsza działam dalej. Nie warto skupiać się na tym, co nadaje się już tylko na kompost. Warto jednak to wykorzystać, żeby róże mogły zakwitnąć. Na pustyni kwiaty nie rosną. Zatem nasze doświadczenia, także te „kompostowe” tworzą żyzną glebę dla naszego rozwoju. Nie warto się od nich odcinać.

Masz swój kompostownik? Czas wygrabić to, co nadaje się na kompost. :-) Zbierz wszystko co nadaje się na ten kompost właśnie teraz jesienią. Nie ma sensu nosić tego ze sobą przez całą zimę. Wiosną zakwitną Twoje róże – róże Victorii. Róże zwycięstw nad własnymi słabościami, niemocą, złymi doświadczeniami, potyczkami z życiem i ze sobą.

Pozdrawiam,

Ewa

ps. Chwasty mają to do siebie, że próbują utrzymać się przy życiu (w naszym życiu). Wyłażą zatem czasem z kompostownika i wpełzają znów na grządkę. Ale jeśli już wiemy, że to tylko chwast i że jego miejsce jest w kompostowniku – możemy to opanować. :-)

Uncategorized , , , , , , , , ,

Ustaw namiot tam, gdzie jest potrzebny

Maj 29th, 2010

W  Warszawie przy stacji metra, na której często wsiadam lub wysiadam był do niedawna bazarek. Można było kupić świeże warzywa, dobrej jakości środki chemiczne, słodycze, etc. Bazarek był na trasie metro – pętla autobusowa. Rzecz jasna, było to bardzo wygodne. My – klienci – mieliśmy łatwy dostęp do towarów po drodze do autobusu, bez dodatkowej drogi, a sprzedawcy – klientów i przyzwoity utarg.  Estetyka i tzw. “zaplecze socjalne” pozostawiało wiele do życzenia.

Nagle bazarek zniknął. Jeden, drugi, kolejny dzień – nie ma…  Już uznałam, że przepadło, gdy któregoś dnia zobaczyłam na desce wypisaną informację kierującą na bazarek…

Teraz na ogrodzonym terenie stoją ładne kremowe namioty oznakowane Syrenką logo „Zakochaj się w Warszawie” . Tam mają swoje w rządku ustawione stoiska (namioty) dotychczasowi handlowcy. Tak, jest ładnie. I tylko ładnie.  :-(  Żwir nie pozwala na normalne chodzenie po bazarku w butach na obcasie. Ale to można przeżyć.  Bazarek jest kilkadziesiąt metrów od zupełnie przeciwnego niż dotychczas wyjścia z metra.  W przeciwnym kierunku niż autobusowa pętla. Nie jest oznakowany. Jest kompletnie „nie po drodze”.

Dla dotychczasowych klientów to konieczny dodatkowy czas, żeby coś kupić. A bazarek służył przede wszystkim tym, którzy jeżdżą od metra autobusem dalej. Nie dla miejscowych, bo ich prawie tam nie ma. Sprzedawcy, z którymi rozmawiałam narzekają, bo ilość klientów bardzo spadła a i utarg spadł… Ja też narzekam… Miasto nie narzeka. Kasuje czynsz i tyle. Ciekawe jak długo jeszcze…

Gdyby te same namioty ustawić w dotychczasowym miejscu – wszyscy byliby zadowoleni, a i opłaty nie stanowiłyby problemu. Miasto (w znaczeniu urzędu) nie skonsultowało pomysłu z mieszkańcami – klientami, nie brało pod uwagę interesów klientów i sprzedawców (to też klienci  urzędu). Urząd ma działać na rzecz i dla dobra mieszkańców… Jak chce to robić nie rozmawiając z mieszkańcami? Napis „Zakochaj się w Warszawie” tylko mnie tu złości, bo jak mam się zakochać w kimś, kto się ze mną nie liczy?

Każdy z nas podejmuje decyzje zarówno w odniesieniu do swoich bliskich, jak i w firmach – w odniesieniu do pracowników, do klientów, tworząc systemy obsługi, ulepszając produkty, etc.

Warto zawsze brać pod uwagę dobro i interes klienta (w tym klienta wewnętrznego).

– Potrzebę jakich zmian sygnalizuje / zgłasza klient?
– Czy opracowane przez nas zmiany są niego naprawdę korzystne? jakie są te korzyści? Czy klient widzi to tak samo?
– Czy klient je akceptuje?
– Czy ten klient tego potrzebuje?

Nawet jeśli wydaje się Wam, że wiecie, jak coś zrobić i jakich zmian dokonać – lepiej zapytać przyszłych użytkowników systemu / produktu / rozwiązania – może ich zdanie być zupełnie inne! Po co wydawać pieniądze i czas na zmiany? Przecież po to, żeby było lepiej a nie inaczej.

Jeśli jesteś szefem – rozmawiaj z pracownikami o zmianach systemu pracy, procedurach etc, zanim je zatwierdzisz i zaczniesz wdrażać. Pracownicy w tym przypadku są szczególnego rodzaju klientem wewnętrznym. Oni na co dzień pracują z dostawcami, partnerami biznesowymi, klientami – oni wiedzą to, czego Ty możesz się najwyżej domyślać. Oni też wiedzą, co im utrudnia pracę, a co może ją usprawnić.

  • “Nie ustawiaj namiotów” jeśli klient ich nie chce – nawet gdyby były najpiękniejsze na świecie! Najpierw przekonaj klienta!
  • “Nie ustawiaj namiotów” tam, gdzie nikt ich nie potrzebuje, ale tam, gdzie będą służyły Twoim klientom. Żeby tak było, musisz ich rozumieć. A żeby rozumieć – musisz rozmawiać.
  • “Nie ustawiaj namiotów” uszytych na Twój wymiar, ale takie, które są na wymiar Twoich klientów. Żeby tak było – musisz ich poznać!

Możesz to zrobić tylko wtedy, gdy będziesz rozmawiał z klientem i słuchał tego, co on ma do powiedzenia, zamiast słuchać tylko siebie lub naśladować innych.

Nie uszczęśliwiaj nikogo według własnego wyobrażenia szczęścia, ale według jego potrzeb i odczuć, wyobrażeń jego szczęścia. Wtedy obie strony będą zadowolone. I inwestycja nie pójdzie na marne.

W przeciwnym wypadku dotychczasowi klienci znajdą to, czego potrzebują w innym miejscu, u konkurencji. Nawet jeśli nie będzie to  lepsze – tylko po to, żeby Ci pokazać, że się nie zgadzają na to, że się z nimi nie liczysz.

To samo dotyczy relacji partnerskich i relacji z dziećmi.

Jakie są Wasze doświadczenia i spostrzeżenia w tym zakresie?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , ,

„Martwię się przez Ciebie…”

Maj 25th, 2010

Tytuł tego postu to cytat – właśnie w taki sposób mawia matka do dorosłej córki – jednej z moich znajomych. Są też inne powszechnie używane zwroty, np. „Mam przez Ciebie tyle zmartwień”, “przez Ciebie nie sypiam po nocach, bo się martwię”…

Ja zauważam dwa dość powszechnie występujące stany (sytuacje):

  1. My się martwimy (i zamartwiamy) z jakiegoś powodu,
  2. Inni martwią się o nas (lub co gorsza – przez nas, z naszego powodu).

Martwienie się jest u nas dość często spotykane. Wydaje mi się, że martwienie się to bardzo wygodna postawa wobec życia. Wygodna. :-) Tak, tak. To sposób na życie dający konkretne „korzyści”.

Co dokładnie mam na myśli?

Otóż martwienie się  jest biernym zastępnikiem działania, jest usprawiedliwieniem „nicnierobienia”.  Jest  zwolnieniem się z odpowiedzialności za własne życie. Ucieczką od tej odpowiedzialności i przerzuceniem jej na innych lub na tzw. okoliczności zewnętrzne. Wygodnie. Niesłusznie niekiedy wiąże się je z miłością, odpowiedzialnością, troską, pomocą. Martwienie się nie pomaga! To nie ma nic wspólnego z empatią!

Martwienie się dodatkowo pozwala na manipulowanie otoczeniem poprzez wywoływanie w innych poczucia winy – jak w tytułowym zwrocie – „Martwię się przez Ciebie”. To nic innego jak powiedzenie drugiej osobie: Jesteś odpowiedzialna(y) za to, że jest mi źle, za to, że nie odczuwam radości, etc …

Większość rzeczy, o które się martwimy nigdy nie następuje lub następuje w mniejszym nasileniu, niż w naszych “zamartwionych” wyobrażeniach. Martwienie się jest w takich przypadkach osłabianiem siebie, wydawaniem własnej energii na próżno. Ale jak się martwisz to masz pozory działania.

Jak często się martwisz? O co się martwisz?

  • Martwisz się o zdrowie? Nie martw się tylko zacznij o nie dbać. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, ze stracisz pracę? Nie martw się, tylko np.  podnoś swoje kwalifikacje, zabezpiecz sobie „wyjście awaryjne”,  rozmawiaj z przełożonym o Twoim rozwoju, poproś o ocenę Twojej pracy i sugestie, co powinieneś poprawić, żeby ta ocena była lepsza… Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, ze nie dostaniesz pracy? Zamiast się martwić wykonaj pracę – np. sprawdź, jakie kompetencje są wymagane, określ, czego się powinieneś nauczyć, żeby podnieść swoją atrakcyjność na rynku pracy, etc. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się o kogoś? Sprawdź, czy możesz pomóc lub czy ktoś może pomóc. I zrób to. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, bo brakuje Ci pieniędzy? A czy z martwienia się będziesz ich mieć więcej? Właśnie… Więc zastanów, jak możesz je zarobić, gdzie. Nie martw się, tylko podejmij działanie!

Z faktu martwienia się nie przybywa ani pieniędzy, ani energii do działania, ani zdrowia, ani przyjaciół…  Martwienie się dodatkowo osłabia poczucie własnej wartości. Martwienie się odbiera energię. Martwienie się łatwo może stać się przyzwyczajeniem, sposobem reagowania na trudności. Przestań się zatem martwić, a zacznij zadawać sobie pytanie: “Co mogę zrobić, żeby zmienić daną sytuację”. Stwórz plan i działaj. Szukaj rozwiązań. Rozmawiaj na ten temat. Szukaj sposobów na działanie rzeczywiste, na konstruktywne rozwiązania, a nie na działanie pozorne. Bierność i usprawiedliwienia – to właśnie niesie ze sobą martwienie się. Problemami zajmuj się wtedy, kiedy one już będą rzeczywiste. Nie zajmuj się nimi, gdy są tylko w Twojej głowie, w Twoich wyobrażeniach.

Jeśli natomiast ktoś mówi Ci, że martwi się przez Ciebie, to uciekaj daleko (!), a przynajmniej bardzo uważaj. To oznacza, że ten ktoś próbuje Tobą manipulować, przerzucać na Ciebie odpowiedzialność za swoje samopoczucie, wbijać Cię w poczucie winy i samemu ustawiać się jako skrzywdzony przez Ciebie.  To manipulacyjne i toksyczne.

Życzę, żebyście nie mieli zmartwień, tylko sprawy do załatwienia i nowe pomysły na rozwiązanie różnych spraw i nawet problemów.

To Twoja decyzja, czy będziesz się martwić, czy działać. Tylko Twoja!

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Reklama z dziurką

Kwiecień 7th, 2010

Wróciłam do domu późnym wieczorem.  Klatka schodowa jest zamykana i trzeba wpisać kod lub użyć klucza, żeby wejść. Mimo to co jakiś czas zastaję w skrzynce na listy lub na wycieraczce ulotkę reklamową. Czasem jest wsuwana w drzwi, czasem wieszana na klamce. O takich praktykach już wielokrotnie mówiono w TV i podawano w prasie, że są szkodliwe, bo informują potencjalnych złodziei o tym, kiedy wracamy do domu. Można nas “obserwować” przy wykorzystaniu ulotek wieszanych na klamce. Mówi się o tym, by w czasie naszych urlopów sąsiedzi zbierali takie ulotki i wyrzucali, by opróżniali nasze skrzynki na listy. Logiczne.

Wczoraj znowu na klamce wisiała ulotka. Gdyby to była np. reklama pasty do butów, to nie zrobiłoby to na mnie specjalnego wrażenia. Była to jednak ulotka – uwaga – pewnego towarzystwa ubezpieczeń, które specjalizuje się w – podwójna uwaga – ubezpieczeniach mieszkań i ubezpieczeniach majątkowych!!!

Tak więc firma, które chce pozyskać klienta ubezpieczeniowego, która chce zarabiać na ubezpieczeniu mojego mieszkania – swoim działaniem reklamowym naraża mnie na potencjalną szkodę.  Firma, która chce pozyskać moje zaufanie (bo ono jest podstawą decyzji ubezpieczeniowych w zakresie wyboru ubezpieczyciela)  – działa w pewnym sensie na moją szkodę i “wkracza na moje terytorium”.

Rozumiałabym jeszcze, gdyby wymyślił to agent ubezpieczeniowy i sobie wydrukował ulotki. Może nie realizuje planu sprzedaży i jest zdesperowany, może miał dobre intencje, ale nie wyszło. Ale nie! To były ulotki masowo produkowane dla wszystkich agentów tej firmy (wiem to, nie polegam tu na domysłach – sprawdziłam). Dział marketingu wyprodukował je świadomie tak, by służyły do wieszania na klamce. Mają nawet wykrojoną specjalną dziurkę ułatwiającą wieszanie na klamce.

W taki to sposób misja i komunikacja marketingowa firmy rozjechały się zupełnie. Jeśli mówisz o bezpieczeństwie i zaufaniu, a działasz bez poszanowania tych wartości – tracisz wiarygodność. Tracisz wiarygodność – tracisz klientów. Tracisz klientów – tracisz potencjalny zysk. Dlaczego? Bo ktoś w marketingu nie pomyślał. Bo ktoś w marketingu nie zadał sobie kilku podstawowych pytań. Bo ktoś w marketingu w ogóle nie wziął pod uwagę klienta. Skupił się na swoim głównym celu – zwiększeniu sprzedaży lub – co gorsza – na samym wyprodukowaniu “jakiejś” ulotki reklamowej.

Jak łatwo się domyślić – nie skorzystam z oferty tej firmy ubezpieczeniowej i dzielę się swoimi uwagami ze znajomymi, podając im pełne dane tej firmy. Na ulotce nie było żadnej klauzuli poufności. Na mojej klamce też nie.  :-)   :-)

Jaka z tego lekcja? Jeśli podejmujesz działania mające sprzyjać realizacji celów biznesowych swojej firmy, to sprawdź, czy forma, którą wybierasz jest zgodna z interesem Twoich potencjalnych klientów, czy jest przyjazna Klientom. W przeciwnym wypadku nie tylko wydasz pieniądze i nie zrealizujesz celów, ale uświadamiając potrzebę (np. posiadania ubezpieczenia mieszkania) – takim działaniem podeślesz klienta konkurencji. I jeszcze ktoś napisze niepochlebnie na blogu, tak jak ja teraz.  :-)

Jeszcze dodatkowa uwaga na marginesie: Ta lekcja w moim odczuciu dotyczy także działań ze sfery pozabiznesowej. Jeśli podejmujesz działania mające sprzyjać Twojemu rozwojowi, realizacji Twoich osobistych celów, a na Twojej drodze są obok Ciebie (przy Tobie) inni ludzie – znajomi, przyjaciele – sprawdź, czy Twoje działania nie naruszają ich dobra, czy ich nie “używasz”, czy nie przekraczasz ustalonych granic . “Używanie ludzi” to coś zupełnie innego niż korzystanie z ich pomocy. Zwracanie się o pomoc i korzystanie z pomocy jest ok. “Używanie ludzi” – nie. Warto o tym pamiętać i zwracać na to uwagę.

Jaka jest Wasza opinia na ten temat? Znacie podobne przykłady i sytuacje?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , ,