Archiwum

Posty oznaczone ‘cele’

Siła marzenia

Styczeń 22nd, 2012

„Dobrze, że ten rejs nie skończył się inaczej, bo i marzenia by się skończyły” – to komentarz dziennikarki  (usłyszany przed chwilą w TVP Info) odnośnie do informacji, że kilkunastoletnia żeglarka spełniła swoje marzenie opłynięcia świata. Wcześniej uzyskała ona w wyniku apelacji sądową zgodę na rejs, co potwierdza jej wielką determinację w dążeniu do realizacji tego marzenia. Młoda Holenderka (miała 14 lat w momencie startu) ponad 500 dni samotnie żeglowała  podejmując ryzyko i spełniając swoje wielkie młodzieńcze marzenie. Przeżyła sztormy, poznała co to znaczy bezsenność, strach, ból, ale i spełnienie, radość, niezwykłe sytuacje, widziała piękne miejsca, i obrazy, poznawała siebie w ekstremalnych sytuacjach. Młoda żeglarka  dzieli się swoją radością i szczęściem ze spełnionego marzenia, wielu ludzi jej gratuluje, inni podziwiają. Prowadząca program polska dziennikarka  robi coś zupełnie innego…

Co znaczy komentarz: „Dobrze, że ten rejs nie skończył się inaczej, bo i marzenia by się skończyły”? Że gdyby zginęła albo została kaleką, to nie mogłaby spełniać żadnych innych marzeń? He, ale zginęłaby spełniając marzenie! A kalectwo? Ono nie zabrania dalej marzyć i spełniać marzenia.  A czym jest marzenie bez choćby prób jego realizacji?

Jedno jest pewne – taki komentarz dla wielu jest jak ostrzeżenie: nie sięgaj po marzenia, bo możesz marzyć ostatni raz. Uważaj, bo Twoje śmiałe marzenia mogą skończyć się tragicznie. Czyż nie taki jest wydźwięk i znaczenie takiego komentarza?

Zamiast gratulacji, entuzjazmu, pozytywnego myślenia i zarażania ludzi wiarą, że warto się wysilić i ryzykować, by spełniać marzenia. Nawet te odległe i wymagające poświęcenia. Tak chyba może powiedzieć tylko człowiek, który sam nie ma odwagi do realizacji marzeń lub – co gorsza – nie ma marzeń….

To pokazuje, jak bardzo wiele w ludziach  ograniczeń, skostnienia,  wewnętrznie stetryczenia, jak mało pasji i zrozumienia dla pasji.

A jaki Wy dalibyście komentarz do takiej informacji o młodej Holenderce? Jak sami odbieracie jej wyczyn? Jaka jest Wasza determinacja do realizacji marzeń? Jak duży wysiłek jesteście w stanie zrobić i co zaryzykować, by spełnić marzenia?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , , , ,

Ludzie czy liczby?

Maj 8th, 2011

Długi czas minął od opublikowania ostatniego postu, jako że jestem mocno zaangażowana w poważną transformację w swoim życiu i oddaję temu zadaniu zarówno wolny po pracy czas, jak i większość swoich myśli. Tak więc dziś krótko. :-)

Kiedy w Google wpiszemy hasło „firma to przede wszystkim ludzie”, wyszukiwarka wyrzuca sporo wyników. Wiele firm, zarówno wielkich jak i kilkuosobowych podziela pogląd, że firma to przede wszystkim ludzie, że o wartości firmy stanowią zatrudnieni w nich ludzie, że ludzie zaangażowani i kompetentni stanowią wartość, majątek firmy, etc. Często czytam zdanie “największą wartością naszej firmy są ludzie”. Nawet program „Rozwój kapitału ludzkiego” i liczne realizowane projekty wskazują na wartość inwestowania w ludzi, na wartość ludzi dla rozwoju firm.

Mimo to, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, ostatnio z ust kogoś z poziomu zarządu jednej z dużych firm usłyszałam, że firma to przede wszystkim liczby. Osłupiałam, po czym – gdy już mogłam złapać oddech – powiedziałam, że ja reprezentuję “szkołę” zupełnie odmienną, mianowicie tę, według której firma to przed wszystkim ludzie, a liczby są wtórne, jako efekt pracy ludzi.

Nie jest dla mnie niczym obcym i dziwnym, że wyniki finansowe są niezwykle istotne, ich nieustanne podnoszenia a choćby i utrzymanie na stabilnym poziomie umożliwia firmom dalsze działanie i bycie na rynku, rozwój etc. Nie jest też dla mnie tajemnicą, ze zarządy firm są rozliczne ze swojej pracy na podstawie wyników finansowych. Niemniej „liczby” czyli wyniki finansowe są efektem działania ludzi, a nie odwrotnie. Im lepsi ludzie, bardziej zmotywowani, szanowani, pobudzani, uznawani, kompetentni  etc, tym lepsze wyniki (przynajmniej w znanych mi przypadkach). Bez ludzi cyfry / liczby są jedynie w kalkulatorze, a w firmie trudno o wyniki bez ludzi.

Konsekwencje takiego „liczbowego” podejścia wydają mi się „opłakane” w długoterminowym podejściu. Oznaczać to bowiem może niewypowiedziany wprost ale przejawiający się w decyzjach i działaniach  brak szacunku dla ludzi jako kluczowego „elementu” firmy, co może się przekładać na brak troski o ich rozwój, brak działań motywujących, nieumiejętność wykorzystywania kompetencji ludzi, brak pobudzania w ludziach pasji etc. W efekcie można się spodziewać stopniowego odpływu wartościowej kadry, zespół “wyrobników” jako efekt takiego podejścia, stłumienie zaangażowania ludzi itd. W efekcie – gorsze wyniki, gorsza reputacja, trudniejsze zarządzanie. To oczywiście mój pogląd.

Ciekawa jestem Waszych refleksji, opinii i doświadczeń wokół tych dwóch odmiennych postaw zarządczych (tak chyba to mogę określić, bo za poglądami idą zwykle określone działania lub ich zaniechanie).

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Czy kopiesz basen łopatką?

Kwiecień 11th, 2011

Dziś trochę o podejściu do realizacji celów.

Czy basen  można wykopać dziecięcą  łopatką? Zdecydowanie tak (“kopanie basenu” to np. realizacja projektu, osiąganie wyniku w biznesie, otwieranie własnej firmy etc). Wymaga to wiele czasu, sił i samozaparcia. Co zrobić, żeby wykopać go szybciej? 1 – Szybciej machać łopatką, nieprzerwanie dzień i noc. Albo 2 – wziąć drugą taką samą łopatkę i kopać „na dwie ręce”:-). Można też 3 – zebrać więcej łopatek (i więcej osób, bo przecież masz tylko dwie ręce). Koszt łopatki niewielki. Efekt szybszy i w grupie raźniej. ;-)

A co się stanie,  jeśli sąsiad wykopie szybciej i już zacznie zarabiać za każde wejście na basen :-) , a Ty nadal będziesz kopał, kopał i kopał? Nie tylko wydajesz, nie zarabiasz, ale przede wszystkim tracisz potencjalny rynek. Twój basen może zostać bez klientów. Cały wysiłek i inwestycja pójdzie na marne. Tylko muskuły wyrobione i poczucie zmarnowanej szansy. Tego nie chcesz, prawda? Wiem, zawsze korzystałeś z łopatki, od dziecka. Nauczyłeś się, że kopie się łopatką. Jak możesz to zrobić inaczej? Jakie są inne możliwości?

Jak można inaczej? Zostawić łopatkę do innych celów i poszukać skuteczniejszych rozwiązań. Przykładowo osobę z łopatką przesunąć do robienia babek z piasku jako dekoracji otoczenia i tła do zdjęć, a do wykopania basenu wynająć koparkę i operatora koparki. Żeby to zrobić, trzeba odejść od myślenia, że inwestuje się tylko w to, co już odniosło / odnosi sukces. I pamiętać, że „z próżnego i Salomon nie naleje”. Trzeba dodatkowo zaufać operatorowi koparki, że wie, co robi. Trzeba rozważnie zainwestować.  Przede wszystkim jednak, żeby zobaczyć inne możliwości, trzeba na chwilę odłożyć łopatkę i zadać sobie kilka pytań, i poszukać na nie odpowiedzi. :-)

O czym piszę? O postawie spotykanej zarówno w biznesie, jak i rozwoju własnym. O  decyzjach lub ich braku i o konsekwencjach tego.  Tak na poziomie zarządzania firmą, jak i na poziomie zarządzania sobą. Uwaga, do prac archeologicznych, wymagających wielkiej precyzji wykorzystuj jednak łopatkę i pędzelek, a nie koparkę! Tutaj najważniejszy nie jest ani czas, ani wielkość wykopanego dołu, ale to, by skarby ocalały przed zniszczeniem.

Podobnie ma się sprawa z własnym rozwojem i działaniami w różnych obszarach życia. Czy kopiesz basen łopatką? Czy dobrałeś dobrze narzędzia i taktykę do założonego celu? Czy bierzesz pod uwagę, ze oprócz znanej Ci łopatki mogą istnieć inne narzędzia i sposoby realizacji Twojego celu? Czy liczysz czas, bierzesz pod uwagę dostępne zasoby, możliwości, dostępne środki? Czy je wykorzystujesz w pełni? Czy korzystasz z doświadczeń innych? Czy szukasz innych rozwiązań?

Czy zadajesz sobie pytania typu:
- Co jest dla mnie ważne?
- Jak inaczej mogę to jeszcze zrobić?
- Co jeszcze mogę zrobić, żeby szybciej osiągnąć cel?
- Co mogę zrobić inaczej niż do tej pory?
- Czy wszyscy robią tak samo?
- Co może się zdarzyć, jeśli wybiorę inne rozwiązanie?
- Czym ryzykuję?
- Jaką inną strategię mogę obrać niż znana mi “strategia  łopatki”?

Te pytania doprowadzą Cię dalej, niż pytania  typu “Dlaczego mi nie idzie?”, “Dlaczego mi tak ciężko?”, “Dlaczego popełniłem błąd?”. Te pytania “przenoszą Cię” w przeszłość i energię skupiasz na szukaniu błędów. Te wcześniejsze (wypunktowane) otwierają przyszłość, pomagają znaleźć możliwe rozwiązania, a nie przyczyny niepowodzeń. :-) To one pozwolą szybciej znaleźć rozwiązanie i osiągnąć cel.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Żeby się Wam lepiej pracowało…

Marzec 20th, 2011

Mam za sobą sporo lat pracy i niemało tzw. doświadczenia życiowego, niemniej wciąż spotykam się z postawami czy sytuacjami, które mnie zaskakują.  Niekiedy bardzo pozytywnie. Dziś wracam do notatki zrobionej jakiś czas temu, by w poście podzielić się z Wami swoim pozytywnym doświadczeniem. Uznałam, że to może być inspirujące.

Po kolei może. Działy techniki, informatyki etc są takimi komórkami w organizacji, które z założenia mają służyć tzw. wewnętrznym klientom, czyli innym pracownikom / działom. Z moich obserwacji jednak nie często się zdarza, że pracownicy tych działów to rozumieją. Wielu ludziom trudno jest przyjąć postawę służby. Wewnętrzny klient często „przeszkadza w pracy”, a działania tych zespołów sprowadzają się do „gaszenia pożarów”.  Wtedy jest „niedoczas”, nerwy, zniecierpliwienie etc.

Jakiś czas temu przeżyłam wielkie pozytywne zaskoczenie. Do każdego z moich pracowników podszedł człowiek i z pogodnym nastawieniem, ciepło, spokojnie i z niekłamana życzliwością zadał pytanie: „Co możemy dla Was zrobić, żeby Wam się lepiej pracowało?”. Świetne pytanie, super postawa! Słuchał cierpliwie o problemach, o czym rzecz jasna większość z nas opowiadała językiem nietechnicznym, wskazując na objawy, a nie przyczyny. Po nitce do kłębka powstała lista rozwiązań zawierająca informacje o koniecznych i o przydatnych zmianach. To był bardzo szybki proces i skuteczny, a przy tym przyjemny, życzliwy, serdeczny.

Po tej “roboczej wizycie” została w nas bardzo dobra energia, dodatkowa wartość, której nie umiem teraz nazwać. Poczucie, że dzieją się dobre rzeczy, gdy ludzie chcą się nawzajem zauważać, szanować, wspierać – właśnie w pracy, zgodnie z dobrze rozumianym pojęciem „służby”.,

Podejście takie jak zaprezentował zespół nazwijmy to wsparcia technicznego jest według mnie świetne z kilku powodów:

- pozwala wyprzedzać problemy, a nie reagować dopiero, gdy się pojawiają i “gasić pożary”,
- jest to postawa proaktywna, a nie reaktywna, co bardzo cenię i szanuję,
- inni pracownicy doceniają takie działania i odpowiadają na to życzliwością i chęcią współpracy,
- buduje się relacja wzajemnego szacunku i uznania,
- pracownicy, którzy spotkali się z takim pozytywnym traktowaniem chcą przekazywać to dalej,
- pracownicy budują dzięki temu bardzo pozytywny wizerunek siebie i swojej pracy.

Przy okazji – taka postawa to nie wynik odbytego szkolenia. Ci ludzie po prostu zdecydowali, że chcą być pomocni i wzajemnie się zarażają takim podejściem. Dla mnie super!

To zdarzenie, z pozoru niewinne i niewielkie, uświadomiło mi, że mogę częściej pytać moich ludzi: Czy jest coś, co mogę dla Was zrobić, żeby się Wam lepiej pracowało? Czy jest coś, co mogę dla Was zrobić, żebyście mogli być bardziej skuteczni? Czy jest coś, co mogę dla Was zrobić, żebyście przychodzili tu z coraz chętniej ?

To pytanie bardzo mi przypadło do gustu, bo  w samym pytaniu ukryty jest komunikat, że jestem gotowa zrobić coś konkretnie dla Ciebie czego potrzebujesz. Zgodzicie się, że to zupełnie inaczej brzmi, niż np. „Co można zrobić, żeby się nam lepiej pracowało, żebyśmy osiągali lepsze wyniki…”?. Zdecydowanie jestem za postawą: „Co mogę dla Ciebie zrobić, żeby Ci się lepiej pracowało”.

W kontekście powyższego przyszło mi do głowy, że warto analizować swoje postępowanie/działanie: Czy jesteś strażakiem nieustannie gaszącym pożary? Czy wyprzedzasz problemy, czy tylko za nimi podążasz? Działasz reaktywnie czy proaktywnie? Czy jesteś wsparciem dla innych? Czy tak właśnie postrzegają Cię inni ludzie i inne zespoły? Czy masz poczucie służby?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , , , ,

Igrzyska, igrzyska…

Grudzień 20th, 2010

Dziś, spokojnie mieszając w garnku z kapustą, oglądałam “Wiadomości” w telewizorze :-)   Usłyszałam dwie następujące informacje – jedna po drugiej w kolejności, w jakiej przytaczam:

1.       Dziecko ciężko poparzone leży we wrocławskim szpitalu, matka nie odwiedza, ograniczone prawa rodzicielskie etc. Rany oparzeniowe dziecka szybciej i lepiej by się goiły, gdyby dziecko mogło mieć specjalne „ubranko” uciskowe. Niestety – jak informuje na antenie  lekarz prowadzący – NFZ nie refunduje takich „ubranek”, szpital też nie kupuje. zwykle kupują je rodzice. jak się łatwo domyślić – ten ostatni przypadek tutaj nie zaistnieje. Matka nie kupi. Efekt – dziecko będzie dłużej chore, co nas będzie więcej kosztowało i efekt takiego leczenia będzie gorszy etc, etc.

2.       Widowisko otwarcia Stadionu Narodowego w Warszawie będzie kosztowało10 mln zł . Trwać będzie ok. 2 godzin.

Co łączy te dwa zdarzenia? Pieniądze i słowo “odpowiedzialność”

Ile ubranek uciskowych można zamówić za 10 mln. ? Ilu chorym na np. mukowiscydozę i inne kosztowne a rzadkie choroby można pomóc?  Miesiąc leczenia chorego na mukowiscydozę to 4 tys zł. Ile badań przesiewowych można zrobić? Nie zaspokoimy tym wszystkich potrzeb, ale… Ważne, jakie są priorytety.

W poznańskim szpitalu skończyły się pieniądze na unikalny i ważny program badawczy, w efekcie którego chorzy na nowotwór skóry – czerniaka złośliwego mają przedłużone życie o wiele lat. Zaniechanie szczepienia spowoduje u nich prawdopodobnie silny atak choroby i śmierć. Ludzie są przerażeni, ale pieniądze się skończyły. Nie ma!  NFZ nie może pokrywać kosztów niezarejestrowanego leku. Heh, tak się zaprzepaszcza nie tylko pracę wielu ludzi, dotychczas wydane środki idą w błoto, a badacze – jeśli ważne jest dla nich doprowadzenie badań do końca – wyjadą z kraju. My będziemy potem płakać, ze Polski nie stać na zakup takiego leku i leczenie naszych chorych. Chorzy będą leżeć w szpitalach i będą “uzasadnionym kosztem” … Aż do śmierci.

Wiem, wiem, to inne budżety, inne regiony kraju, inne resorty, urzędy, inni ludzie, inne zakresy kompetencji etc, etc. Czy to wystarczające uzasadnienie czy usprawiedliwienie?

Tam, gdzie wydaje się pieniądze tzw. “państwowe” nie można zapominać, że to pieniądze Twoje, moje – z naszych kieszeni, przez nas wypracowane, bo z naszych podatków. Być może widowisko otwarcia będzie sfinansowane z innych środków, jednak trudno mi wewnętrznie zgodzić się z takim ich wydawaniem. Co do pieniędzy z budżetu państwa – nikt nigdy nie próbował się przed nami rozliczyć, wykazać, że dobrze gospodaruje powierzanym majątkiem i pieniędzmi – odpowiedzialnie i mądrze, czy głupio, bezrefleksyjnie, bez odpowiedzialności i niestety bez konsekwencji.

Igrzyska, igrzyska, widowiska…

Na co dzień o tym nie myślę, nie chcę, nie mam czasu – różnie. Gdy jednak słyszę takie dwie informacje w ciągu dwóch minut, to mnie to bulwersuje, gorszy, zniesmacza. I wtedy zastanawiam się, jakie jest prawdopodobieństwo, że dożyję czasów, gdy życie i zdrowie człowieka będzie ważniejsze od igrzysk i fajerwerków…. Co mogę zrobić? Nie wiem.

Ktoś powie, że wielkie otwarcie stadionu jest ważne. Ok. Czemu zatem nie może to być mega koncert charytatywny na rzecz np. zebrania środków na badania szczepionki na raka skóry (zysk z biletów), a pieniądze – te 10 mln. zamiast do agencji na zrobienie imprezy mogą trafić na leczenie chorych, doposażenie szpitala, etc.  To byłby fajerwerk, ale innej klasy…

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Po konferencji – kilka praktycznych uwag i sugestii

Październik 27th, 2010

Dziś uczestniczyłam w konferencji – prowadziłam prezentację. Nic nowego. :-) Dwa dni, wykłady wspólne dla wszystkich i te „do wyboru” – równolegle w kilku salach. Dla uczestników takie dwa dni są dużym wysiłkiem.  Szczególnie, gdy sale duszne, wykłady czy prezentacje zbyt długie i nudne. I nie chodzi o brak wartości prezentowanego produktu czy usługi, ale sposób przekazywania informacji, komunikację, formę.

Moja prezentacja (mimo innych ustaleń z organizatorem) przypadła na dzień drugi, w okolicach godziny 15.00 -  jako przedostatnia. Każdy, kto choć raz uczestniczył w takim przedsięwzięciu wie, że to moment dużego znużenia uczestników, że po posiłku najlepiej się drzemie a nie pracuje, że niektórzy już w takim momencie szykują się do wyjścia. W takiej sytuacji dynamika wystąpienia jest niezwykle ważna.  Inaczej ludzie usną (dosłownie lub w przenośni) albo wyjdą.

Wrogiem dynamiki są między innymi: monotonny sposób mówienia, zbyt dużo teksu na slajdach, rozwlekłość, zbyt wiele detali, brak jasno określonego celu wystąpienia, wielowątkowość, a nawet statyczność prezentera. Gdy uczestnik widzi na ekranie dokładnie to samo, co mówi prezenter – powoli przestaje go słuchać. Czytając wyprzedza mówcę i powoli… usypia.

Przyszłam jak zawsze wcześniej, żeby oswoić salę, podłączyć sprzęt, w przerwie nawiązać kontakt z uczestnikami – wtedy lepiej prowadzi się spotkanie. Niestety w odróżnieniu od poprzednich konferencji, tym razem organizator nie zapewnił takiej możliwości. Prezentacje – jak się okazało na miejscu – odbywały się jedna po drugiej, bez nawet krótkiej przerwy na wywietrzenie sali czy małą kawę i rozmowę z osoba prowadzącą. Podobnych błędów organizacyjnych było zdecydowanie więcej.  To dla mnie lekcja, że nie wszyscy wiedzą, jak przygotować od strony organizacyjnej dużą konferencję i że powinnam pytać wcześniej o rzeczy dla mnie oczywiste i konieczne. Na dodatek na moim identyfikatorze widniał istotny błąd, co mnie zaniepokoiło. Podobnie na informacjach przy sali. Organizacyjnie to bardzo poważne niedopatrzenie, brak szacunku dla prelegentów i uczestników. Wyraz lekceważenia własnego przedsięwzięcia. Co mi po przeprosinach w takiej sytuacji? Uznałam jednak, że uczestnicy zasługują na to, bym ja ich nie lekceważyła z powodu złej organizacji. Nie wyszłam, nie odwołałam swojego wystąpienia. Miałam swój cel i zdecydowałam go osiągnąć mimo braku profesjonalizmu organizatora.

Zanim przyszedł czas na moje wystąpienie, przysłuchałam się kilku innym. Tematy ciekawe. Ale… Podstawowy błąd popełniany przez większość prezenterów, jakich mi przyszło słuchać, to prezentowanie w stylu „zrobiliśmy”, „włożyliśmy wiele wysiłku”,  „jesteśmy bardzo zadowoleni”,  „udało nam się” „robimy”, „oferujemy”, „bardzo się staramy” , „mamy świetnych ekspertów” etc. 20-30 minut czytania z ekranu i mówienia o sobie jest w stanie zanudzić i jest wrogiem dobrej energii, zabija zainteresowanie uczestników. Naprawdę trudno mi było tego słuchać. Pytanie, które ja sobie zadaję w takich chwilach jako słuchacz to: „A co to ma ze mną wspólnego”, „Co mnie obchodzi , ile pracy wykonaliście i czy jesteście zadowoleni”, „Czy naprawdę trzeba mi mówić, z czego jesteście zadowoleni”  i wreszcie – „Gdzie ja jestem w tym wszystkim jako słuchacz, potencjalny klient, użytkownik”.

Zastanówcie się: gdyby uczestnik Waszego spotkania miał zapamiętać wyłącznie 3 rzeczy z Waszej prezentacji, to co to powinno być? Przecież nie to, że jesteś zadowolony Ty czy Twoja firma :-) . Przecież nie to, jak powstawała koncepcja czy produkt…. A zatem co???  Odpowiedź na to jest jednym z pierwszych kroków do dobrej prezentacji.

Podstawa przyzwoitej prezentacji osadza się na odpowiedzi na kilka pytań w toku przygotowania: Co masz do zaoferowania klientowi / słuchaczowi? Co dla niego (a nie dla Ciebie) jest ważne, cenne, wartościowe, przydatne? Co powinien zapamiętać? Jakie działania chcesz, by podjął po spotkaniu z Tobą – prezentującym? W czym to, co prezentujesz może mu pomóc, jakie jego problemy rozwiązać? Zrób notatki i dopiero potem myśl, jak ułożyć prezentację, jakie przygotować slajdy. I pilnuj czasu. Długo nie znaczy dobrze.

Jakieś dziesięć lat temu człowiek, który uczył mnie prowadzenia prezentacji powiedział bardzo ważne zdanie, które zapamiętałam i stosuję: „Nie mów wszystkiego co wiesz, a jedynie to, co może być ważne dla słuchacza.” To była pierwsza i ważna dla mnie lekcja. Potem w ciągu lat otrzymałam kolejne, uzupełniające :-) .

Opowiadanie słuchaczom np.  „o historii’ (jak powstał produkt, jakie badania go poprzedziły, jak było trudno czy łatwo) to strata czasu i zmęczenie słuchacza. Takie kwestie nadają  się co najwyżej jako uzupełnienie gdy słuchacz o to dopyta, ewentualnie na rozmowę w przerwie przy kawie, jeśli uczestnik będzie o to pytał. A i tak wtedy (w czasie przerwy) warto przenieść punkt ciężkości na klienta i jego problemy, jego potrzeby, jego doświadczenia.

Pomyśl też w toku przygotowań, co byś powiedział i jak byś sobie poradził, gdyby w trakcie prezentacji, po pierwszych dwóch slajdach (tytułowych) zepsuł się rzutnik i laptop (?). To dobre ćwiczenie, a nie moja próba straszenia Was. :-) Wtedy nie mógłbyś przecież czytać z ekranu ani z monitora…  Nie opowiedziałbyś wykresów, szczegółowych wyników badań, statystyk, a co najwyżej przekazałbyś kilka wniosków z tego. :-) Czy bez tego Twoje wystąpienie miałoby nadal sens i wartość?

Swoją dzisiejszą prezentację przygotowałam z myślą o słuchaczach, zgodnie m.in. z tym, co wyżej napisałam. Między innymi – bo trudno tu napisać wszystko o prezentacji w jednym poście – nawiasem mówiąc to bardzo aktualny temat na szkolenia w małych grupach; mimo wielu lat tradycji prowadzenia prezentacji wciąż dla wielu osób jest problemem. Większość slajdów obywała się bez tekstu, czasem to było tylko krótkie hasło. Obraz działa na wyobraźnię, przyciąga, inspiruje, pobudza zainteresowanie i słuchacz Cię słucha, a nie czyta. :-) Tekst dostarczałam ja – mówca. Większość slajdów miała ustawiony czas i zmieniały się same, żebym nie była przywiązana do laptopa i myszki (pilota) – to wymaga próby czasowej i dokładnego przemyślenia i przygotowania treści wystąpienia. To jednak zawsze daje mi możliwość wyjścia do ludzi, odejścia od stołu, skupienia się na słuchaczach, reagowania także na energię grupy. Tak łatwiej wejść w kontakt. Mówiłam „o nich” –  o tym, co oni otrzymują, jakie oni mają (mogą mieć) możliwości, jakie oni mogą mieć korzyści i ułatwienia, jak mogą korzystać z… ,  jakie działania mogą podjąć.  Dziesięć minut wystarczyło. Z reguły wystarczy 10-20 min, jeśli nie chcemy “przegadać”. Uważam, ze w takiej sytuacji zawsze lepszy jest niedosyt niż przesyt. A potem jest czas na rozmowę. Świadomie nie piszę „czas na zadawanie pytań”, bo pytania z sali są podstawą do prowadzenia rozmowy, wchodzenia w dialog, dopełniania informacji, a nie formą przesłuchania prelegenta.

Zatem jeśli przygotowujesz prezentację – nie skupiaj się na tym, co wiesz, a na tym, co chciałbyś usłyszeć, gdybyś sam był słuchaczem. Zacznij od tego, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie: Po co ten człowiek przyszedł i z czym wyjdzie. Nie skupiaj się na odpowiedzi na pytanie, po co Ty przyszedłeś. :-) Twój słuchacz będzie najlepszym kluczem do przegotowania dobrej prezentacji i do jej właściwego przeprowadzenia. On czasem ma oczekiwania, często konkretne potrzeby i problemy. Twój produkt czy usługa może być rozwiązaniem.  Czy to zauważy, czy podejmie działanie  – zależy od Ciebie.  Tak naprawdę jesteś po to, by On to zauważył, poczuł, zainteresował się, zaangażował, podjął działanie (lub decyzję, że działanie podejmie).

Pozdrawiam, Ewa

Ps. Mam wrażenie, że w kwestii prezentacji szkolne uczenie (na maturze ustnej  jest prezentacja) często szkodzi, zaszczepia złe wzorce – młodego człowieka uczy się bowiem często, że ma przedstawić w formie prezentacji swoją wiedzę, ze to jest głównym celem – by pokazać, co się wie. A potem skutki – jak wyżej. Choć są na szczęście znam i pozytywne przykłady.

Uncategorized , , , , , ,

Róże Victorii

Październik 15th, 2010

W sierpniu w poście o ograniczających przekonaniach zacytowałam Victorię Schnabel. Teraz ciąg dalszy Jej wypowiedzi:

Nasze wcześniejsze niepowodzenia, winy, wstyd mogą stać się kompostem, który pomoże naszym różom wspaniale rozkwitnąć (Victoria Schnabel).

Bardzo podoba mi się i przemawia do mnie to zdanie o kompoście. Hmm, w tym tygodniu przygotowywałam na zimę pelargonie. Nadal pięknie kwitną, ale czas było porobić szczepki na nowy sezon. Lubię kwiaty w swoim otoczeniu. Lubię, gdy kwitną. I lubię, gdy moje życie kwitnie.

Do kompostownika na działce moich rodziców trafiają niepotrzebne organiczne odpadki, chwasty, uwiędłe i zepsute owoce, by po jakimś czasie wrócić na grządki w postaci nawozu – naturalnego i bardzo wartościowego. Ten naturalny nawóz wzmacnia młode rośliny i przyczynia się do powstania dobrych, dorodnych i wartościowych owoców.

Idąc myślą za Victorią, do kompostownika od pewnego już czasu wrzucam swoje  niepowodzenia, złe lub głupie wybory czy decyzje, rzeczy, z których dumna nie jestem, ale i poczucie winy czy wstydu (któż z nas nie doświadczał… ). Mogłabym oczywiście się nimi zasłaniać i usprawiedliwiać niczego nie zmieniając w sobie i swoim sposobie życia czy działania, tkwić w tym własnym zachwaszczonym ogródku. Ale mogę też powiedzieć sobie: to nie było dobre, nie jestem z siebie dumna, ale wybaczam sobie, zostawiam za sobą. Zamiast tygodniami analizować, przywracać do życia w myślach te zdarzenia – lepiej skupić się na tym, co teraz mogę zrobić w swoim życiu. Będąc bogatsza o nowe doświadczenia –  idę dalej. Nie zamykam się na to co było, nie zatrzaskuję za tym drzwi i nie udaję, że tego nigdy nie było. Nie odcinam się od swojego życia, ale nie zamierzam żyć przyglądając się niezmiennie temu co było. Bo z takiego przyglądania się i tkwienia w przeszłości owoców nie będzie. Mówię sobie: “Teraz wiem więcej o sobie i o życiu, jestem bogatsza o wiele doświadczeń i mogę żyć i działać lepiej.” Kompost pomaga  “rozkwitać różom”. Moim różom.

Podstawą do zmiany jest stawanie w prawdzie przed samym sobą. łagodnie i z życzliwością, choć bez znieczulenia.

Każdy czas jest dobry na taką zmianę – od patrzenia w przeszłość z poczuciem niezadowolenia, do patrzenia w przyszłość i działania „pro”. Nie ma nieodpowiedniego wieku dla takiej zmiany. Nie ma ograniczenia czasowego, że zmiana musi się dokonać w określonym czasie, a jak nie, to “przegrane”. Wszystko to, czego doświadczaliśmy do tej pory może nas wspierać, może być naszym kapitałem (nawet jeśli nie zawsze widzimy to właśnie w ten sposób). Co więcej – negatywne doświadczenia mogą nas inspirować, pomagać w znalezieniu nowych ciekawych dróg.

To, o czym piszę dotyczy zarówno sfery prywatnej jak i zawodowej. Jeśli w pracy potykamy się o projekty, ludzi, relacje etc, to możemy się skupiać na niepowodzeniach i trawiąc je – energia idzie w przeszłość a nie w przyszłość. Jeśli rzucam to na kompost – będą z tego korzyści. Doświadczałam kiedyś w pracy niesprawiedliwego traktowania, zachowań mobbyingowych, doświadczałam braku szacunku i docenienia. Dziś tamte doświadczenia owocują. Pamiętam o nich w codziennej pracy ze swoim zespołem. Lubię swój zespół i szanuję za ich pracę, postawę, odwagę, czasem bezkompromisowość, za  zaangażowanie, otwartość – sporo powodów do codziennego lubienia. Moje doświadczenia nauczyły mnie, jak mogę dawać to, czego nie doświadczałam sama. Oczywiście nie jestem aniołem :-) , bywam też trudnym szefem. Ale nawet w takich momentach przychodzi do mnie refleksja – wrzucam na kompost te nowe doświadczenia – doświadczanie siebie w nowych kontekstach i bogatsza działam dalej. Nie warto skupiać się na tym, co nadaje się już tylko na kompost. Warto jednak to wykorzystać, żeby róże mogły zakwitnąć. Na pustyni kwiaty nie rosną. Zatem nasze doświadczenia, także te „kompostowe” tworzą żyzną glebę dla naszego rozwoju. Nie warto się od nich odcinać.

Masz swój kompostownik? Czas wygrabić to, co nadaje się na kompost. :-) Zbierz wszystko co nadaje się na ten kompost właśnie teraz jesienią. Nie ma sensu nosić tego ze sobą przez całą zimę. Wiosną zakwitną Twoje róże – róże Victorii. Róże zwycięstw nad własnymi słabościami, niemocą, złymi doświadczeniami, potyczkami z życiem i ze sobą.

Pozdrawiam,

Ewa

ps. Chwasty mają to do siebie, że próbują utrzymać się przy życiu (w naszym życiu). Wyłażą zatem czasem z kompostownika i wpełzają znów na grządkę. Ale jeśli już wiemy, że to tylko chwast i że jego miejsce jest w kompostowniku – możemy to opanować. :-)

Uncategorized , , , , , , , , ,

Stop wojennej retoryce

Sierpień 19th, 2010

Pokonać, zwyciężyć, walczyć, zawalczyć, wywalczyć, zadziałać, podejść (domyślnie : przeciwnika), zmiażdżyć (przeciwnika), przywalić, dokopać, nie dać się, ustąpić pola, oddać pole, przegrać bitwę a wygrać wojnę, strategia, manewry, wygrana-przegrana, przegrana-wygrana, wygrana-wygrana, polec, wytrwać, odeprzeć atak, partyzantka, uzbroić się w .. (cierpliwość, argumenty etc), agresywnie, przeczekać,  zawrzeć pokój – te zwroty nie pochodzą z opisów bitew, manewrów bojówek ani z walk grup osiedlowych, a z biura, z rozmów znajomych, z  wygłaszanych czy pisanych tekstów dotyczących negocjacji, spotkań z klientami, rozmów o pracy zespołu, z mediów, które opisują tym językiem nie tylko relacje z walk…

Negocjacje to dla wielu okazja i przestrzeń do toczenia bitwy, odreagowywania, pokazywania władzy i sily. Co ciekawe – tak do tego wiele osób nawykło, że dotyczy to nie tylko sytuacji biznesowych, ale i relacji bardzo rodzinnych i – nazwijmy – partnerskich. I choć bardzo wiele osób negocjujących (w różnych sytuacjach i różne rzeczy – niekoniecznie potężne kontrakty) wie, że dobrze gdy jest “win-win” (nie zawsze zastanawiając się, co to w praktyce oznacza), to nadal w toku przygotowań i rozmów po spotkaniach ta retoryka wojenna jest obecna. Ta niemal  akceptowana powszechnie retoryka, to retoryka bitwy a nie porozumienia. To retoryka agresji i obrony, a nie ustalania wzajemnych potrzeb, korzyści i rozwiązań. Jak więc zachować spokój i postawę dialogu i porozumienia, jeśli język jest pełen przemocy i nie wspiera procesu porozumienia, a nakręca agresję?

Ta retoryka jest wszechobecna, zaczyna się rozlewać na wiele obszarów – od świata polityki, poprzez media, po szkoły, ośrodki zdrowia, a nawet szpitale, gdzie np. zamiast diagnozować i leczyć, walczy się o życie, przetrwanie, pieniądze. Jeśli nie wojenna retoryka – to magiczne słowo kompromis… Słowo, które oznacza, że każda ze stron z czegoś rezygnuje, żeby obie były zadowolone. Słyszycie to? Ja rezygnuję, żeby druga strona była zadowolona, druga strona rezygnuje, żebym ja była zadowolona. Rezygnacja, strata, oddanie czegoś – to ma przynieść satysfakcje obu stronom?

A może po prostu spotkajmy się i wspólnie poszukajmy rozwiązań, które są korzystne dla obu stron i zgodne z potrzebami. Nikt nie będzie musiał walczyć, nikt nie musi przegrać, nie ma kompromisu, który sprawia, że tak naprawdę żadna ze stron nie jest w pełni zadowolona…

Retoryka wojenna, czy tego chcemy czy nie, powoduje napięcie i agresję. Możemy w najbliższym otoczeniu to zmieniać – zaczynając od siebie. Kompromisy przyzwyczajają z kolei do tego, żeby akceptować sytuacje niesatysfakcjonujące i powodujące niedosyt.

Posłuchajcie siebie samych, swojego otoczenia, tego, czym na co dzień się „karmicie” – ile jest w tym wojny, a ile spokoju, harmonii, chęci zrozumienia, etc. Może warto zacząć od siebie i przestać „się zbroić” ?

W zbroi nie jest dobrze ani wygodnie iść przez życie. I w zbroi trudno się pochylić nad sprawa, człowiekiem, potrzebą. I w zbroi trudno wyciągnąć ku górze szyję i popatrzeć na niebo, gwiazdy i marzyć.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Pan Luzak i Pani Perfekcja

Sierpień 12th, 2010

Tak w pracy, jak i w relacjach ze znajomymi spoza pracy, czasem pojawia się temat perfekcjonizmu, precyzji, dokładności etc.  Zaczęłam się zastanawiać, jak to jest, gdy perfekcjonista spotyka się z kompletnym luzakiem, gdy osoba precyzyjna spotyka się z typem kreatora, dla którego ważny jest klimat, zarys, a nie detal, gdy pedant spotyka bałaganiarza, etc. Zobaczyłam to w wyobraźni w wersji mocno karykaturalnej i to przyprawiło mnie o dobry humor. :-)

W toku jednej z podobnych jak wspomniane rozmów przypomniały mi się dwa foldery… Oba z elementami graficznymi, zdjęciami i tekstami mającymi reklamować określoną firmę i informować o podstawowych usługach. Oba mające pełnić  jednocześnie funkcje okładki (teczki) na dokumenty. Każdy powstawał w innym czasie, w innym zespole, w innej firmie. Oba powstały, ale proces i efekt były zdecydowanie różne i według mnie pouczające.

Pierwszy folder  (Pani Perfekcja) powstawał przez szereg miesięcy (tak, tak, miesięcy) i wszyscy byli tym zadaniem umęczeni i udręczeni. Tylko osoba mająca zaakceptować całość do produkcji za każdym razem zmieniała jakiś detal. Na pewnym etapie zmian ich znaczenie było mniej niż kosmetyczne, niemal na poziomie wyboru pomiędzy słowem „lub”  a słowem „albo”. Wiele korekt powodowało powrót do wersji sprzed kilku tygodni.  W końcu folder poszedł do produkcji mimo wszystko, bo granice ostateczną wyznaczyło pewne wydarzenie marketingowe, kiedy to absolutnie coś takiego musiało być gotowe. Gdyby nie to – pewnie trzeba by dokonać jeszcze kilkudziesięciu nieistotnych zmian, a potem realia firmy zdążyłyby się zmienić i wszystko trzeba by było zacząć od nowa… Ten niezwykle długi proces akceptacji był w moim odczuciu wynikiem zbędnego i wręcz szkodliwego perfekcjonizmu . To zadanie zdeterminowało pracę wielu osób na długi czas, zabrało wiele energii i spowodowało, że zespół sprzedażowy musiał sobie radzić bez niego zdecydowanie zbyt długo. Pani Perfekcja umęczyła wszystkich, łącznie z folderem. :-)

Drugi folder (Pan Luzak) powstał bardzo sprawnie, w kilka dni na projekt, teksty, bardzo szybka akceptacja, szybka produkcja. Dobry efekt wizualny, dobry czas realizacji, teksty dobre, komunikaty właściwe, wrażenie  całości OK. Jednak gdy ktoś chciał ten folder wykorzystać jako okładkę do dokumentów, okazało się, że kartka dokumenty A-4 wystaje po dwa milimetry od góry i z boku. Pan Luzak zapomniał o Pani Precyzji i Pani Kontroli.

Kilka refleksji:

- Precyzja w wykonywaniu określonych zadań jest bardzo potrzebna, w niektórych działaniach czy nawet zawodach – konieczna.

-  Kontrola jakości (a czasem i kontrola celu czy kursu) na różnych etapach wykonywania prac jest potrzebna i pozwala unikać wpadek na etapie finalnym, pozwala oszczędzać czas i środki.

Perfekcjonizm jest szkodliwy zarówno w sferze zawodowej, jak i w tzw. życiu pozazawodowym. Perfekcjonizm męczy nie tylko otoczenie i samego perfekcjonistę. perfekcjonizm stoi często w sprzeczności z efektywnością i produktywnością.

Żartuję czasem, że zanim Pani Perfekcja skończy makijaż (wersja , z której będzie zadowolona), to Pani Wyluzowana zdąży już wrócić z imprezy, po czasie świetnej zabawy i dobrych relacji. :-) A jeśli nawet spotkają się na tej samej imprezie, to po 3 godzinach  oba makijaże będą wyglądały tak samo nieświeżo. Tylko perfekcjonistka odebrała sobie sporo przyjemności stresując się makijażem, a nieperfekcjonistka zdążyła w tym czasie zrobić jeszcze kilka innych rzeczy ku zadowoleniu własnemu lub/i innych

Ważne, by podejmując rożne działania zadać sobie pytanie, co jest najważniejsze, co jest istotą, co priorytetem. Kilka cech/przymiotów wypisać i nadać im kolejność, hierarchię. Może najważniejszy jest czas, może teksty, może ogólne wrażenie…

- Lepiej „tylko” dobrze przygotować folder i mieć czas na inne działania i kreacje, niż cyzelować projekt, podczas gdy zespół czeka na podstawowe narzędzie pracy (jeśli folder jest takim).

- Lepiej napisać trzy „tylko” dobre noty informacyjne,  niż w tym czasie jedną dopracowywać  w detalach – gdy priorytetem jest dostarczenie informacji.

- Lepiej przeprowadzić kilka szkoleń i nanosić korekty na podstawie zdobywanych w toku działania doświadczeń, niż poprawiać koncepcję i nadal siedzieć tylko nad komputerową wersją.

Jeśli masz tendencje do perfekcjonizmu – warto czasem przetestować, co się zdarzy, gdy np. oddasz tekst nie do końca dopracowany, zdjęcie nie idealne, podasz głodnemu przyjacielowi  nie do końca idealna zupę lub kanapkę z krzywo pokrojonego chleba, położysz niewyprasowane prześcieradło. Pewnie nic się nie stanie poza tym, ze druga strona podziękuje i będzie zadowolona, ze noc na niewyprasowanym prześcieradle będzie tak samo udana jak na tym wyprasowanym.  A jeśli ktoś uzna, ze cos trzeba poprawić, to zawsze możesz to jeszcze zrobić, jeśli to naprawdę będzie istotne.. I nic Ci się złego nie stanie. :-) Jeśli jesteś Luzak – zanim oddasz do produkcji np. folder lub wyślesz wymagający precyzji dokument – poproś kogoś z zespołu kto jest dokładny i uważniejszy, aby sprawdził, czy czegoś nie przeoczyłeś.Praca w zespole ma tę zaletę, ze ludzie uzupełniają się osobowościowo, uzupełniają się pod względem wiedzy i doświadczenia. Warto z tego korzystać.

O ile wartościowsze i ciekawsze  jest mieć czas na wzajemne delektowanie się sobą  w relacjach z partnerem czy partnerką w średnio wysprzątanym mieszkaniu, od  np. czekania na spotkanie w idealnie wysprzątanym mieszkaniu z dokładnie wyprasowanymi ściereczkami do naczyń… bo nie można wcześniej, zanim będzie wysprzątane, bo wstyd, bo nieładnie, bo głupio i co on/ ona pomyśli…

Perfekcjonizm może być oznaką niepewności,  braku wiary w siebie, braku zaufania do własnej wiedzy i umiejętności, braku poczucia własnej wartości, obawą przed krytyką. Może – nie musi rzecz jasna.

Powtórzę jednak – dokładność i precyzja, punktualność są pozytywne. Czasem jednak wystarczy tylko zarys, szkic – warto o tym pamiętać. Perfekcjonizm według mnie zawsze jest  szkodliwy i męczący dla wszystkich.

Pozdrawiam serdecznie. Doceniam Waszą cierpliwość w czekaniu na post.:-)

Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Rekrutacja – casting czy transakcja handlowa

Czerwiec 14th, 2010

Temat rekrutacji podejmowałam już kilkakrotnie na tym blogu tutaj (kilka postów). Dziś kontynuacja tego tematu, choć ujecie  może niektórych zdziwić. Zastrzegam jednak, że nie jest to uniwersalna recepta, a jedynie podpowiedź, że można inaczej.

Ostatnio w pewnym kilkunastoosobowym gronie miało miejsce ciekawe ćwiczenie: wybrane z grupy osoby miały wystąpić (indywidualnie) przed pozostałymi i przekonać ich do tego, żeby daną osobę (prezentującą się) zatrudnili u siebie.

Zanim przeczytacie dalej, spróbujcie w wyobraźni stanąć w sytuacji takiego ćwiczenia. Macie minutę na swoje wystąpienie. Jest określone, co to za branża (znacie ją dobrze i dobrze wiecie o różnych potrzebach i niedostatkach personalnych w tej branży – możecie w to miejsce wstawić swoja branżę i np. konkurencyjną firmę do tej, w której pracujecie). Jak przebiegać będzie Wasze wystąpienie? Co powiecie w ciągu tej minuty? Co może spowodować takie zainteresowanie odbiorców, żeby zechcieli kontynuować z Wami proces rekrutacji, żebyście przeszli do kolejnego etapu i nawet wygrali w tej grze?
Minuta dla Was. Teraz! (o tym ćwiczeniu też wcześniej nikt nie był uprzedzony, a w realnym życiu taka sytuacja może się zdarzyć zawsze – np. na spotkaniu towarzyskim, na bankiecie, w czasie urlopu etc)

————— tutaj jest minuta dla Was —————

I jak? A co powiedzieliście (powiedzielibyście) w tej sytuacji? Jak wykorzystaliście tę minutę na to, by przejść dalej w tym „procesie rekrutacji”?

Wiele rozmów kwalifikacyjnych sprowadza się do opowieści kandydata o tym, jakie on ma wykształcenie, doświadczenie, jakimi „zasobami” on dysponuje. Uczestnicy tego ćwiczenia (wszyscy) także przyjęli, że muszą powiedzieć o sobie i muszą to zrobić w jak najbardziej atrakcyjny, klarowny sposób.

Tak czy inaczej sprowadziło się to do kilku wystąpień, w czasie których ludzie recytowali lepsze czy gorsze wersje swojego skróconego CV. Jedni wyliczali swoje szkoły i dyplomy, inni mówili o tym, jakie wspaniałe projekty zrealizowali i jakie odnieśli sukcesy. Jeszcze inni – jakie posiadają praktyczne umiejętności, jeszcze inni mówili o tym, że dany zawód jest ich pasją i że chcą się dalej rozwijać. Podsumowując – wszyscy mówili … O SOBIE. A Ty?
Ja nie miałam okazji wystąpić przed tą grupą, niemniej wieczorem w domu poważnie się zastanawiałam, jak wyglądałoby moje wystąpienie.

Zadałam sobie kilka istotnych pytań, zanim wygłosiłam swoje kwestie przed lustrem :-) Oto te pytania, wraz z ramowymi odpowiedziami (ja je rozwijałam jeszcze bardziej):
- Dlaczego firma prowadzi tę rekrutację?
Odpowiedź, że dlatego, iż potrzebuje pracownika nie jest prawdziwa, tzn. nie dotyka istoty. Tak naprawdę firma ma jakiś problem lub zadania, do rozwiązania którego potrzebne jej są określone kompetencje i umiejętności, a ich nie ma. Więc ich szuka. Szuka sposobu na rozwiązanie swojego problemu. Szuka kompetencji a nie świadectw szkolnych. Szuka kompetencji, a nie człowieka. Zatem kolejne pytanie: Jakich kompetencji może potrzebować ta firma? Jakie może mieć problemy do rozwiązania?
- Czy ja jestem nośnikiem tych potrzebnych kompetencji / umiejętności/ cech osobowości? Czy ja mogę rozwiązać ten problem firmy, bo to posiadam? Co to jest szczegółowo?
- Co firma zyska, jeśli mnie zatrudni, co dostanie? Przecież nie mój dyplom ani moje marzenia, ani nawet moje doświadczenie. ;-) Otrzyma rozwiązanie swoich problemów, a pośrednio rozwiązanie problemów swoich klientów. Jeśli zatem przekonam, że właśnie TO firma  kupuje zatrudniając mnie, to firma dokona tej transakcji.
- Jak mogę się wyróżnić spośród wszystkich starających się o te pracę i co mnie tak naprawdę wyróżnia na tym rynku „produktów”?
- O czym szef mający konkretne problemy w firmie chciałby rozmawiać najchętniej i co chciałby usłyszeć? O mnie? A co go obchodzi życiorys kolejnej osoby? A może o tym, że jest rozwiązanie problemów? Każdy lubi rozmawiać o tym, co jego dotyczy. Więc dobrze, jeśli przyjdę i powiem, że mam dla niego rozwiązanie jego problemów (nie nazywając tego problemami), sposób na rozwój firmy, sposób na zwiększenie sprzedaży, etc. Firma działa dla zysku, dla pieniędzy. Czy to, co przynoszę może powiększyć zyski? Pewnie tak. PR czy dobra komunikacja też mogą przekładać się na zysk (lub zmniejszenie straty, co też jest “zyskiem”).

Uświadomienie sobie powyższych rzeczy okazało się dla mnie bardzo pomocne do przygotowania wyjątkowego i zupełnie odbiegającego od wcześniejszych wystąpienia. Ułożyłam je sobie i wygłosiłam (tak, głośno) przed lustrem i potem przed wyobrażonym audytorium. Głośne ćwiczenia są skuteczniejsze niż te dokonywane w myślach. Na początku czułam sie nieswojo, potem miałam z tego niezłą zabawę. W wolnym czasie sobie to nagram i zobaczę “okiem z zewnątrz”.

W moim minutowym wystąpieniu nie było słowa o moim wykształceniu! I nie było ani jednego słowa o moich marzeniach i chęciach rozwoju. Nie było też słowa o tym, że bardzo chcę dla nich pracować. O takie rzeczy potem taki szef dopyta, albo zna je już z cv.

Powiedziałam, co ONI zyskują zatrudniając mnie. Co dostają dla swojej firmy i dla swoich klientów poprzez fakt zatrudnienia mnie. O co wzbogaci się ich firma, o jakie kompetencje, o jakie doświadczenie, o jakie umiejętności. Mówiłam O ICH KORZYŚCIACH. Zamiast zacząć od „Ukończyłam z wyróżnieniem…” , zaczęłam „Zatrudniając mnie uzyskujecie Państwo…”. W ten sposób nawet swój wiek mogłam “sprzedać” jako coś, co dla firmy jest zyskiem, co jest dla niej wzbogacające i ważne. Nie tłumaczyłam, że “mimo wieku metrykalnego jaki mam jestem duchem młoda”. :-) To duży komfort i istotna różnica.
To mi potem przypomniało że na wielu dobrych szkoleniach sprzedażowych powtarza się : „Nie mów o produkcie (jego cechach), mów o korzyściach dla klienta.”. Mów językiem korzyści”. Jeśli przyjąć, że ja jestem produktem, który firma kupuje i płaci za ten produkt każdego miesiąca, to od cech tego produktu (ukończone studia, ukończone szkolenia, znajomość języków) zdecydowanie ważniejsze dla klienta są jego korzyści, jakie będzie miał z zakupu tego “produktu”.
Tak, tak, na rekrutację można spojrzeć jak na casting i autoprezentację, albo jak na… negocjacje handlowe, na proces kupna i sprzedaży. Ja jestem produktem/usługą, a moje wynagrodzenie to cena za ten produkt/usługę, jaką firma płaci. Najlepsi handlowcy wiedza, że produkt sprzedaje się, bo klient kupuje korzyści dla siebie. I trzeba często klientowi uświadomić te korzyści. Liczy się, co możesz zrobić dla TEJ firmy, a nie co zrobiłeś dla innych firm wcześniej (np. dla konkurencji:-)).

Jeśli zastosujemy to w rekrutacji, to z pewnością się wyróżnimy, zostaniemy zapamiętani, a jednocześnie zachęcimy do tego, by nas dopytać o różne rzeczy. I wchodzimy w dialog, co już jest niezwykle ważne, bo w rozmowie możemy przejąć przywództwo i ja poprowadzić z korzyścią dla nas. Żeby jednak móc to zrealizować, trzeba się odciąć od stereotypu, sztampy, a na swoje cv spojrzeć z zupełnie innej strony. Od strony korzyści kupującego! Warto zrobić takie ćwiczenie w domu, by (co nie jest łatwe) nazwać te korzyści, które firma będzie miała. Poszukać właściwych określeń, poszukać odpowiednich słów. A dopiero potem wskazywać na potwierdzenie tych korzyści w samym produkcie (czyli odnieść się do doświadczenia, wcześniejszych sukcesów etc.)

Nie patrz, co TY masz, tylko co z tego jest ważne i potrzebne TEJ FIRMIE i dlaczego. Czy jest coś, co będzie nowością, unikalną umiejętnością, o którą wzbogaci się TA FIRMA, gdy Cie kupi i co to dla niej oznacza.
I ważne, żeby mówić rzeczy na „tak” – że „firma uzyska” (zwracam uwagę na to, co pozytywne) – zamiast „firma nie będzie miała problemu” (podkreślam niestety negatywne). Co lepiej brzmi: „nie będziecie już mieli Państwo problemu z realizacją…” czy „Będziecie Państwo mogli skutecznie realizować…”. Niby to samo, a jednak…

Bywa, że w czasie realnych, prawdziwych spotkań rekrutacyjnych, gdy już opowiecie o sobie, rekrutująca osoba zadaje pytanie : Dlaczego mam Pana / Panią zatrudnić. I tutaj ludzie znowu często mówią o sobie ( „Bo jestem najlepszy”, „Bo wnoszę do firmy wiele swoich umiejętności”, „ Bo potrafię pracować z pasją i zaangażowaniem”, „Zawsze marzyłem o pracy w tej firmie”), zamiast mówić o firmie i rozwiązaniu jej problemów ( „bo zatrudniając mnie firma uzyskuje …”)

Każdy z Was sam podejmuje decyzje, kiedy i jak prowadzić swoje rozmowy, ja pokazuję jedną z możliwości. Nie jest to jednak recepta na każde spotkanie rekrutacyjne. Jednak może zainspiruje Was do głębszego spojrzenia w siebie i analizy swoich kompetencji pod kątem ich unikalności i korzyści dla firmy.

A dla tych, którzy pracują i nie planują zmian – żeby zadać sobie pytanie: Jakie korzyści z zakupu tego “produktu”, jakim jestem, ma moja firma. Jakie problemy firmy tak naprawdę rozwiązuję. Czy jestem unikalną i potrzebną umiejętnością/ kompetencją firmy?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,