Archiwum

Posty oznaczone ‘decyzje’

Zmiana czyli nowe i lepsze

Maj 29th, 2011

Zaryzykuję twierdzenie, że w życiu każdego z nas przychodzą momenty zmian uznawanych przez nas za bardzo ważne czy poważne. Niektóre z nich są wynikiem naszych świadomie podejmowanych decyzji, inne – wynikiem braku tych decyzji lub decyzji niewłaściwych, jeszcze inne dokonują się wbrew naszej woli. Bez względu na to, to co będzie dalej zależy w największym stopniu od tego, jak podchodzimy do tej zmiany.

Przyszło mi do głowy, że gdyby nasze życie przyrównać do obrazka ułożonego z puzzli, to zmiana powoduje, że z obrazka wypada kilka elementów układanki (zwykle gdy wypada jeden element – wypada kilka z nim bezpośrednio związanych). Znajomy obrazek przestaje być znajomy, czasem traci na urodzie, czasem staje się bardziej tajemniczy, czasem pustka przestrasza… Różnie. każdy pewnie reaguje inaczej i nie każda zmiana budzi jednakowe reakcje.

Oczywiście można długo przyglądać się niekompletnemu obrazkowi i rozpamiętywać, że takie to było ładne, albo że “takie to mogło być ładne” i ,” taka szkoda”. Można też szukać identycznych elementów, do wpasowania w powstałą pustą przestrzeń i skupiać energię na takim poszukiwaniu. A można inaczej – np. wyjąc jeszcze kilka elementów, żeby móc stworzyć nową przestrzeń – i przypatrzeć się, czym ciekawym dla nas tę przestrzeń można teraz wypełnić. Uruchomić przy tym całą swoją kreatywność, pobudzić wyobraźnię, uruchomić marzenia etc. I na kanwie tego, co stabilne, stałe (zamiast cerowania dziur), tworzyć nowy ciekawy obraz swojej własnej rzeczywistości. Skorzystać z tej swobody, z wolności,  jaka powstała w wyniku zmiany lub jaką sobie sam stworzyłeś  inicjując zmianę.  Cerowanie to działanie według dotychczasowego schematu, doprowadzanie do stanu sprzed zmiany. A przecież zmiana to szansa spotkania się z czymś  zupełnie nowym, ciekawym, pasującym do nas w tej chwili.

Zatem nawet poważną zmianę można traktować jako okazję zrobienia czegoś zupełnie innego, szansę, możliwość, prezent…  albo jako konieczność, rodzaj „skazania”, źródło cierpienia, stratę etc. Co jest bardziej konstruktywne? Co bardziej nam służy?

Jak podchodzicie do zmian w życiu? Co dla Was wynika z takiego a nie innego Waszego podejścia?
Czy macie odwagę dokonywania ważnych zmian w Waszym życiu?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Gdy zagrożone jest życie – nie czekaj, działaj!

Maj 21st, 2011

W ciągu niespełna 3 tygodni dwukrotnie stanęłam wobec sytuacji wymagającej ratowania czyjegoś życia w sensie dosłownym. Jak pewnie wielu z Was – nie jestem lekarzem, nie mam przygotowania medycznego, nigdy wcześniej nie byłam w takiej sytuacji. Tych sytuacji nie byłam w stanie przewidzieć.

Sytuacja bezpośredniego zagrożenia czyjegoś życia zawsze jest wyjątkowa, zaskakująca, budząca emocje. Zawsze jest też inna. Dla jednych – paraliżująca, dla innych – „wymuszająca” działanie. Wezwanie pomocy nie zawsze wystarcza, ale jest bardzo ważne i jak pokazało mi doświadczenie – dla wielu ludzi nie jest odruchem, nie jest działaniem “z automatu”.

Ważne jest, by mieć wewnętrzną gotowość udzielania pomocy. Według mnie to zależy od kilku ważnych elementów (pewnie jest ich więcej, jednak te wydają mi się kluczowe):
- drugi człowiek, kimkolwiek by był – jest dla Ciebie ważny i ważne jest jego życie, i zakładasz, że jeśli ktoś będzie potrzebował pomocy ratującej życie, to Ty będziesz działać
- wiesz, co możesz zrobić, wiesz, jak wykonać resuscytację dorosłego człowieka, a jak dziecka – choćby teoretycznie (w Internecie bez problemu znajdziesz info, jak udzielać pierwszej pomocy.
- przyjmujesz jako zasadę, że nie wolno Ci zaniechać działania i czekać aż inni będą działać,  jesteś gotowy wziąć na siebie te odpowiedzialność
- wiesz, co może zaszkodzić (w większości przypadków nie rusza się np. człowieka z podejrzeniem uszkodzenia kręgosłupa, chyba że tylko to może mu uratować życie – nawet kosztem późniejszej jego jakości)
- znasz numer pogotowia (112 z komórki bezpłatnie), GOPR/TOPR (601 100 300) i masz gotowość korzystania z tego numeru (ja wielokrotnie dzwoniłam np. widząc, że ktoś zasłabł, że ktoś bezdomny i brudny leżał gdzieś na chodniku, etc)

Warto się dowiedzieć,co zrobić, żeby w sytuacjach, które – jeśli się zdarzą – móc podjąć właściwe działanie. Po pierwsze – wezwać pomoc. Wezwanie pomocy jednak nie zawsze wystarczy. Zawsze liczy się czas. Nie zawsze damy radę uratować życie. Nie na wszystko mamy wpływ. Ale zawsze jesteśmy w stanie zrobić to, co naprawdę ważne i konieczne, by zwiększyć czyjeś szanse na przeżycie i móc go przekazać lekarzom, gdy fachowa pomoc przyjedzie. Ważna jest trzeźwa ocena sytuacji – ocena stanu człowieka i potencjalnych największych zagrożeń i określenie możliwości działania.

Kiedy sąsiadka przybiegła z informacją, że jej mąż umiera, natychmiast wezwałam pogotowie i wraz z drugą osobą pobiegłam do jej mieszkania. Człowiek siedział w fotelu bez oznak życia. Brak tętna na tętnicy szyjnej, brak oddechu, skóra bez koloru, serce nie pracowało. Sąsiadka w płaczu, że on nie żyje. Nie mnie oceniać szanse przeżycia w takich sytuacjach. Moją rolą było udzielanie koniecznej i możliwej pomocy. Po pierwszych sekundach, kiedy się spociłam z emocji i na moment nogi mi się ugięły – jak maszyna przystąpiłam do działania. Podniesionym zdecydowanym głosem wrzasnęłam: ratujemy. Na trzy na ziemię: raz, dwa, trzy. Solidnie zbudowanego mężczyznę szybko dałyśmy rade położyć na ziemi (w takich sytuacjach siłę ma się ogromną). Natychmiast podjęłam masaż serca. Obiema dłońmi położonymi jedna na drugiej, klęcząc obok człowieka zaczęłam rytmiczne na głębokość kilku centymetrów uciskać klatkę piersiową. Krzyknęłam do sąsiadki, że teraz nie płaczemy tylko ratujemy. Kazałam odchylić głowę pacjenta i opróżnić jamę ustną (proteza zębowa), a następnie zatkać noc w wykonać 2 wdmuchnięcia, żeby się uniosła klatka piersiowa. Pilnowałam co robi i jak. Ja robiłam masaż i liczyłam, a sąsiadka na moje komendy wykonywała wdmuchnięcia. 30 ucisków, 2 wdmuchnięcia. Szybkie komendy podniesionym głosem wymuszały na niej działanie. Okazało się, że mój głos, zdecydowanie spowodowały, że przejęłam pełną kontrolę nad sytuacją. Oddech nie wracał, akcja serca też nie. Byłam konsekwentna. Karetka przyjechała bardzo szybko. Ale w takich sytuacjach czas upływa zupełnie inaczej, dlatego ja koncentrowałam się na działaniu, a nie na czekaniu. Zadbałam o to, by kolejna osoba wyszła przed budynek i czekała na karetkę, żeby im machać i żeby nie szukali, nie czekali, aż ktoś domofonem otworzy drzwi. To są sytuacje, kiedy liczy się każda sekunda. I ona trwa bardzo długo. Kiedy lekarze weszli, przejęli ratowanie, ja odraportowałam jaka była sytuacja i co zrobiłam. Usłyszałam: „Zrobiła pani wszystko co trzeba”. Kiedy lekarze ratowali życie – ja zajęłam się sąsiadką. Chodziło o to, by nie przeszkadzać ratownikom, nie płakać im nad głową, żeby mieli jak największy komfort pracy, spokój, przestrzeń. Długo trwała jeszcze akcja ratunkowa. Nie udało się niestety uratować życia. Wolałabym, żeby było inaczej. Jednak zrobione zostało wszystko, co można było. Ja zrobiłam wszystko, co mogłam, nie zaniechałam działania.

Na emocje przyszedł dla mnie czas dopiero wieczorem. W nocy nie spałam. I szczerze mówiąc kilka dni później jeszcze nie mogłam tak zupełnie ochłonąć. Ale na czas ratowania życia emocje zeszły na plan zupełnie nieistotny. Takiej siebie nie znałam. Bo i w takiej sytuacji nigdy nie byłam.  Wtedy też przyszło mi na myśl, że wiedza o tym, jak ratować życie powinna być powszechnie znana, bo przecież to na wagę życia. Stąd ten post.

Dwa dni temu wysiadłam z pociągu , przejście jest nad torami, kładką. Z kładki zobaczyłam człowieka leżącego na torach. Szynę miał dokładnie pod plecami, leżał na wznak, na środku torów, którymi za chwile mógł jechać pociąg. Pociągi podmiejskie jeżdżą często. Dwóch mężczyzn stało obok. Nie wchodziłam na tory. Miałam inne zadania. Szybko oszacowałam, ze największym zagrożeniem jest pociąg i na tym się skupiłam. Nie schodząc z kładki zapytałam, czy przytomny – usłyszałam, że tak. Czy w kontakcie – tak. Czy może się ruszyć – nie. Czy wezwali pomoc – nie. Natychmiast wybrałam 112, poinformowałam, gdzie jestem, na jakim torowisku leży człowiek, w jakim kierunku pociąg jeździ tym torem, żeby wstrzymać pociągi i wezwać karetkę. W mojej ocenie najważniejsze było, by pociąg, który może przyjechać, nie zabił człowieka. Rozmawiając przez telefon szłam już na stacje, gdzie także przekazałam info, by szybko wstrzymać ruch. Gdy pani ze stacji potwierdziła mi, że ruch wstrzymany – zadzwoniłam ponownie pod 112 i szybko i konkretnie opisałam sytuację. Dowiedziałam się, że karetka jedzie, więc poszłam w kierunku torów, żeby to powiedzieć, żeby i ten poszkodowany dostał informację, że pomoc w drodze i że pociąg mu nie zagraża (leżał przecież bez możliwości ruchu, świadomy sytuacji). Potem wyszłam przed stację, podniosłam rękę do góry, żeby karetka podjechała we właściwe najbliższe możliwe miejsce. Od razu odraportowałam jaki jest stan człowieka i ruch pociągów wstrzymany. Potem poczekałam, aż zabiorą człowieka do karetki.

W pierwszej sytuacji nie było wielu ludzi – wołanie o pomoc było konkretnie skierowane – sąsiadka przyszła do nas po pomoc. Jednak w drugim przypadku, z pociągu wraz ze mną wysiadło sporo ludzi. Ja nie oglądałam się na innych – podjęłam działanie. Przede mną nie było zgłoszeń o tym wypadku! A przecież telefony komórkowe ma niemal każdy.

Piszę o tym, by zaapelować: warto choćby dla uratowania jednego życia podjąć działanie, zadzwonić po pomoc, wiedzieć, co samemu można zrobić. Powinniśmy wiedzieć, jak możemy ratować cudze życie. I powinniśmy podejmować działanie nie czekając, aż zrobi to ktoś inny. Bo może się okazać, że wszyscy tylko patrzą i czekają, a nikt nie wzywa pomocy i nikt nie działa. Jeśli pogotowie dostanie 5 informacji, to pacjentowi to nie zaszkodzi. Jeśli wszyscy będą się oglądać na innych – pomoc może nigdy nie nadejdzie. Może nigdy nie staniesz w podobnych sytuacjach, ale może się zdarzyć, że będziesz jedynym, który to może i potrafi to zrobić. Więc działaj nie oglądając się na innych.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , ,

Ludzie czy liczby?

Maj 8th, 2011

Długi czas minął od opublikowania ostatniego postu, jako że jestem mocno zaangażowana w poważną transformację w swoim życiu i oddaję temu zadaniu zarówno wolny po pracy czas, jak i większość swoich myśli. Tak więc dziś krótko. :-)

Kiedy w Google wpiszemy hasło „firma to przede wszystkim ludzie”, wyszukiwarka wyrzuca sporo wyników. Wiele firm, zarówno wielkich jak i kilkuosobowych podziela pogląd, że firma to przede wszystkim ludzie, że o wartości firmy stanowią zatrudnieni w nich ludzie, że ludzie zaangażowani i kompetentni stanowią wartość, majątek firmy, etc. Często czytam zdanie “największą wartością naszej firmy są ludzie”. Nawet program „Rozwój kapitału ludzkiego” i liczne realizowane projekty wskazują na wartość inwestowania w ludzi, na wartość ludzi dla rozwoju firm.

Mimo to, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, ostatnio z ust kogoś z poziomu zarządu jednej z dużych firm usłyszałam, że firma to przede wszystkim liczby. Osłupiałam, po czym – gdy już mogłam złapać oddech – powiedziałam, że ja reprezentuję “szkołę” zupełnie odmienną, mianowicie tę, według której firma to przed wszystkim ludzie, a liczby są wtórne, jako efekt pracy ludzi.

Nie jest dla mnie niczym obcym i dziwnym, że wyniki finansowe są niezwykle istotne, ich nieustanne podnoszenia a choćby i utrzymanie na stabilnym poziomie umożliwia firmom dalsze działanie i bycie na rynku, rozwój etc. Nie jest też dla mnie tajemnicą, ze zarządy firm są rozliczne ze swojej pracy na podstawie wyników finansowych. Niemniej „liczby” czyli wyniki finansowe są efektem działania ludzi, a nie odwrotnie. Im lepsi ludzie, bardziej zmotywowani, szanowani, pobudzani, uznawani, kompetentni  etc, tym lepsze wyniki (przynajmniej w znanych mi przypadkach). Bez ludzi cyfry / liczby są jedynie w kalkulatorze, a w firmie trudno o wyniki bez ludzi.

Konsekwencje takiego „liczbowego” podejścia wydają mi się „opłakane” w długoterminowym podejściu. Oznaczać to bowiem może niewypowiedziany wprost ale przejawiający się w decyzjach i działaniach  brak szacunku dla ludzi jako kluczowego „elementu” firmy, co może się przekładać na brak troski o ich rozwój, brak działań motywujących, nieumiejętność wykorzystywania kompetencji ludzi, brak pobudzania w ludziach pasji etc. W efekcie można się spodziewać stopniowego odpływu wartościowej kadry, zespół “wyrobników” jako efekt takiego podejścia, stłumienie zaangażowania ludzi itd. W efekcie – gorsze wyniki, gorsza reputacja, trudniejsze zarządzanie. To oczywiście mój pogląd.

Ciekawa jestem Waszych refleksji, opinii i doświadczeń wokół tych dwóch odmiennych postaw zarządczych (tak chyba to mogę określić, bo za poglądami idą zwykle określone działania lub ich zaniechanie).

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Niesmaczne Czekoladowe Życie

Marzec 13th, 2011

Co jakiś czas, zwykle w soboty, u mnie na osiedlu pewna kobieta zbiera jedzenie, bo sama nie jest w tej chwili w stanie utrzymać swoich dorastających córek. Bardzo skromna, pokorna, kontaktowa, życzliwie nastawiona do ludzi. Widać też, że bardzo zmęczona, a z rozmowy wiem, jak i dlaczego jest jej tak trudno. Mniejsza o szczegóły. Jakiś człowiek, jakaś konkretna rodzina potrzebuje pomocy – jedzenia.

Dziś (także w sobotę) usłyszałam o tzw. festiwalu związanym z kawą, czekoladą etc. – Telewizyjny Kurier Warszawski 12 marca 2011 – o festiwalu „Czekoladowe Życie” (ostatnia wiadomość w programie)  TUTAJ [Uwaga: teraz link działa już mam nadzieję poprawnie, poprzedni błędny był wynikiem skorzystania z opcji "prześlij link znajomym", a system przesyłał błędny link].

Co ma jedno do drugiego? To za chwilę.

Na stronie internetowej tego festiwalu jest informacja, że u 3,5-metrowe Czekoladowe Drzewo od pewnej firmy zostanie zlicytowane na szczytny cel (tego nie ma w telewizji) – to dobre działanie. Tylko jak ono  ma się do specyficznego pożegnania zimy w czasie tego samego wydarzenia? O czym konkretnie mówię? Otóż do kamery pewna zadbana i zadowolona młoda kobieta (związana z organizacją wydarzenia jak sądzę) powiedziała o tzw. czekoladowym pożegnaniu zimy: „Zamiast Marzannę topić, chcemy obrzucić  ją pysznymi kremowymi tortami”. Zatkało mnie.  Natychmiast sobie to ładne “okrągłe” zdanie przełożyłam na konkret: pełnowartościowe, pyszne jedzenie zostanie wyrzucone dla zabawy i w związku z zabawą. Będzie lądowało na kukle i spadało na podłogę a potem trafi na śmietnik. Co to za wydarzenie, co to za pomysł, co to za promocja, co to za pseudo PR?!

Wyrzucanie pełnowartościowego jedzenia czy rzucanie jedzeniem wydaje mi się niegodziwe, szczególnie w kontekście tego, co obserwuję wokół. Jak dla mnie – coś tu nie gra: z jednej strony licytacja drzewka na szczytny cel, a z drugiej – pożegnanie zimy sprowadzające się do wyrzucania jedzenia i robienia z tego widowiska.

Mamy w Polsce (w Warszawie także) niedożywione dzieci, niskie kwoty przeznaczane na posiłki dla ludzi z ośrodków opieki, szpitali, domów pomocy, domów dziecka, ośrodków dla bezdomnych, mamy emerytów żyjących na granicy ubóstwa. Mamy po drugiej stronie firmy, instytucje,organizacje wspierające ubogich, finansujące obiady dla dzieci, realizujące zbiórki żywności, mamy indywidualnych ludzi pomagających potrzebującym, czasem dzielących się po prostu tym, co mają w lodówce.

Zimę można było symbolicznie zakończyć inaczej – zaprosić dzieci, by może po raz pierwszy miały okazję skosztowania  pysznego kremowego tortu i poczuć się ważnymi, ugoszczonymi, a “Marzannę” potraktować jako wyłącznie dekorację? Albo zawieźć te torty do potrzebujących w jakimś ośrodku i dać je jako zapowiedź wiosny (nie mówcie tylko, że problemem jest tu podatek od darowizny) ? A może wystawić tę “Marzannę” i zaprosić ludzi “z ulicy” na „Marzannowe Delicje”?
Że to wszystko mniej medialne? Bzdura. Mniej widowiskowe, ale nie mniej medialne.

Mogę sobie nawet wyobrazić, ile przy tym rzucaniu tortami będzie śmiechu i zabawy. Ja jednak całkowicie pozbawiona jestem w takich sytuacjach poczucia humoru. Czy my żyjemy w kraju, w którym jedzenia wszyscy mają tyle, że możemy je wyrzucać robiąc przy tym imprezę i widowisko? Dla kogo? Po co? Żeby w kronice wydarzenia zamieścić „fantastyczne” zdjęcia obrzuconej tortami Marzanny? Żeby patron czy sponsor mógł się sfotografować jak rzuca tortem?

Niestosowne. Zgrzyta zwłaszcza, gdy się sprawdzi, kto jest organizatorem i co ma w statucie . Zgrzyta mi także, gdy wiem, kto temu patronuje (o tym, kto jest organizatorem, a kto patronem dowiedziałam się TUTAJ- na stronie Festiwalu tego nie znalazłam).

To oczywiście tylko moje zdanie, moja subiektywna opinia – każdy ma prawo mieć własny pogląd na ten temat. Ja nie mogłam tego przemilczeć. Może ktoś z ludzi organizujących różne special events przeczyta i uchroni się (i nas) przed podobnymi nie do końca przemyślanymi pomysłami i realizacjami w przyszłości…

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Igrzyska, igrzyska…

Grudzień 20th, 2010

Dziś, spokojnie mieszając w garnku z kapustą, oglądałam “Wiadomości” w telewizorze :-)   Usłyszałam dwie następujące informacje – jedna po drugiej w kolejności, w jakiej przytaczam:

1.       Dziecko ciężko poparzone leży we wrocławskim szpitalu, matka nie odwiedza, ograniczone prawa rodzicielskie etc. Rany oparzeniowe dziecka szybciej i lepiej by się goiły, gdyby dziecko mogło mieć specjalne „ubranko” uciskowe. Niestety – jak informuje na antenie  lekarz prowadzący – NFZ nie refunduje takich „ubranek”, szpital też nie kupuje. zwykle kupują je rodzice. jak się łatwo domyślić – ten ostatni przypadek tutaj nie zaistnieje. Matka nie kupi. Efekt – dziecko będzie dłużej chore, co nas będzie więcej kosztowało i efekt takiego leczenia będzie gorszy etc, etc.

2.       Widowisko otwarcia Stadionu Narodowego w Warszawie będzie kosztowało10 mln zł . Trwać będzie ok. 2 godzin.

Co łączy te dwa zdarzenia? Pieniądze i słowo “odpowiedzialność”

Ile ubranek uciskowych można zamówić za 10 mln. ? Ilu chorym na np. mukowiscydozę i inne kosztowne a rzadkie choroby można pomóc?  Miesiąc leczenia chorego na mukowiscydozę to 4 tys zł. Ile badań przesiewowych można zrobić? Nie zaspokoimy tym wszystkich potrzeb, ale… Ważne, jakie są priorytety.

W poznańskim szpitalu skończyły się pieniądze na unikalny i ważny program badawczy, w efekcie którego chorzy na nowotwór skóry – czerniaka złośliwego mają przedłużone życie o wiele lat. Zaniechanie szczepienia spowoduje u nich prawdopodobnie silny atak choroby i śmierć. Ludzie są przerażeni, ale pieniądze się skończyły. Nie ma!  NFZ nie może pokrywać kosztów niezarejestrowanego leku. Heh, tak się zaprzepaszcza nie tylko pracę wielu ludzi, dotychczas wydane środki idą w błoto, a badacze – jeśli ważne jest dla nich doprowadzenie badań do końca – wyjadą z kraju. My będziemy potem płakać, ze Polski nie stać na zakup takiego leku i leczenie naszych chorych. Chorzy będą leżeć w szpitalach i będą “uzasadnionym kosztem” … Aż do śmierci.

Wiem, wiem, to inne budżety, inne regiony kraju, inne resorty, urzędy, inni ludzie, inne zakresy kompetencji etc, etc. Czy to wystarczające uzasadnienie czy usprawiedliwienie?

Tam, gdzie wydaje się pieniądze tzw. “państwowe” nie można zapominać, że to pieniądze Twoje, moje – z naszych kieszeni, przez nas wypracowane, bo z naszych podatków. Być może widowisko otwarcia będzie sfinansowane z innych środków, jednak trudno mi wewnętrznie zgodzić się z takim ich wydawaniem. Co do pieniędzy z budżetu państwa – nikt nigdy nie próbował się przed nami rozliczyć, wykazać, że dobrze gospodaruje powierzanym majątkiem i pieniędzmi – odpowiedzialnie i mądrze, czy głupio, bezrefleksyjnie, bez odpowiedzialności i niestety bez konsekwencji.

Igrzyska, igrzyska, widowiska…

Na co dzień o tym nie myślę, nie chcę, nie mam czasu – różnie. Gdy jednak słyszę takie dwie informacje w ciągu dwóch minut, to mnie to bulwersuje, gorszy, zniesmacza. I wtedy zastanawiam się, jakie jest prawdopodobieństwo, że dożyję czasów, gdy życie i zdrowie człowieka będzie ważniejsze od igrzysk i fajerwerków…. Co mogę zrobić? Nie wiem.

Ktoś powie, że wielkie otwarcie stadionu jest ważne. Ok. Czemu zatem nie może to być mega koncert charytatywny na rzecz np. zebrania środków na badania szczepionki na raka skóry (zysk z biletów), a pieniądze – te 10 mln. zamiast do agencji na zrobienie imprezy mogą trafić na leczenie chorych, doposażenie szpitala, etc.  To byłby fajerwerk, ale innej klasy…

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Kochasz życie? Twoje życie to Twój czas

Wrzesień 22nd, 2010

Kochasz życie? Nie trwoń zatem swego czasu, ponieważ ono jest z niego utkane. “

(Benjamin Franklin)

To jedno zdanie sprawiło, że wzięłam dużą kartkę papieru i zaczęłam poważnie zapisywać, co robię w czasie danym mi na życie. Każdego dnia to  kilkanaście świadomych godzin. To godziny mojego życia, które nigdy nie wrócą, które się nigdy nie powtórzą. Nie da się niczego skorygować, wyciąć, przepisać. Tu nie zadziała ani “backspace”, ani “delete”.  Jest tylko “enter”. :-) Potem było kilka kolejnych kartek. :-)

Jak ten czas przeżywam? Jakich dostarczam sobie emocji, doznań? Czy to mnie wzmacnia i rozwija, czy osłabia i zniechęca? Z kim ten czas przeżywam, czy to dobre towarzystwo (w pracy i poza pracą), czy mi to służy – jeśli tak, to w jakim zakresie i czemu służy. Jeśli nie służy – to co mogę zrobić, żeby było inaczej. Czy to co robię ma pozytywny wpływ na moje samopoczucie i na moją  teraźniejszość oraz przyszłość. Na co brakuje mi wiecznie czasu i dlaczego od dawna “bronię się” czy “nie robię wysiłku” w kierunku podjęcia pewnych aktywności, choć wiem, że są ważne? Co odkładam na później? Czy to odkładanie mi służy? Jaka jest tkanina, którą tkam z poszczególnych chwil swojego życia? Co z niej chcę uszyć?  Czy proporcje pomiędzy pracą, czasem na odpoczynek fizyczny, czasem “ładowania baterii”, czasem na relacje z ludźmi, czy czasem na działania mogące pozytywnie wpływać na moje dalsze życie (rozwój zawodowy) są właściwe (dla mnie dobre)? Ile czasu mam dla siebie – przecież jestem dla siebie ważna – i jak ten czas wykorzystuję? Dużo ważnych pytań.

Kolejne (długie) spotkanie ze sobą mam za sobą. I kolejne działania na swoją rzecz mam przed sobą. :-) Czy to był dobrze wykorzystany czas? Zobaczę po efektach. ;-)

A Ty? Kochasz życie?

Trwonisz czas, z którego jest ono utkane? Coś warto poprawić w tej tkaninie? Co chcesz z niej uszyć?

A może jesteś bardzo dobrze zorganizowany, chodzisz w ramkach planu dnia? A czy w tym planie jesteś Ty czy tylko Twoje obowiązki?

Tu pojawia się kilka znanych przecież wszystkim Wam pytań, do których według mnie warto co jakiś czas wracać:

  • Jak gospodarujesz swoim czasem? jesteś z tego zadowolony? Robisz to świadomie?
  • Ile czasu przeznaczasz tylko dla siebie, na spotkanie sam na sam ze sobą?
  • Ile czasu przeznaczasz na swoją kondycję, dobre samopoczucie fizyczne?
  • Jaki procent czasu przeznaczasz na własny rozwój?
  • Gdybyś miał do syta czasu, na co byś go chciał jeszcze przeznaczyć?
  • Na co brakuje Ci czasu?
  • Jaki procent czasu przecieka Ci przez palce bez kontroli i bez potrzeby, nie służąc ani odpoczynkowi, ani relacjom, ani rozwojowi, ani pracy? Czy ten przeciekający przez palce czas sprawia, że masz więcej energii? Czy mniej?

Na czas przeszły nie mamy już wpływu. Szkoda więc teraźniejszości na przeszłość. :-)

Mamy wpływ na to, co wybieramy w każdej chwili czasu teraźniejszego. :-)

Pozdrawiam, Ewa


Uncategorized , , , , , , ,

Wyrośnięte dzieci

Wrzesień 12th, 2010

Dzieciństwo kojarzy mi się z beztroską, zabawą, oparciem w rodzicach, brakiem konieczności podejmowania trudnych decyzji i przede wszystkim z faktem, że na rodzicach a nie na mnie spoczywała odpowiedzialność za moje życie. To chyba dość typowe dla dzieciństwa (pomijam przypadki skrajne, patologiczne etc.).  I to było dla mnie wygodne. I długo nie chciałam z tego zrezygnować. A kiedy zrezygnowałam, to po jakimś czasie zbierania rożnych doświadczeń (nie tylko pozytywnych, ale i bolesnych) naprawdę posmakowałam w dorosłości. Zdobyte doświadczenia owocują od szeregu lat.

Dorosłość czy lepiej dojrzałość to umiejętność podejmowania samodzielnych decyzji i ponoszenie konsekwencji tych decyzji – niezależnie czy były dobre, czy złe. Nadal można się bawić, ale jak „zabawisz” i zawalisz w wyniku tego coś ważnego – Ty ponosisz i konsekwencje, i Ty ponosisz odpowiedzialność – nie Twój kolega, z którym byłeś w klubie, nie Twój partner, którego wybrałeś, nie “czasy, w których żyjesz”. Ty! W dorosłym życiu (życiu dorosłego, dojrzałego człowieka) liczba dostępnych zabaw jest wielka. W dorosłym życiu też nie musisz podejmować trudnych decyzji – możesz po prostu dać się rzeczom dziać bez Twojego udziału. Ale ten brak decydowania to też decyzja.  :-)  I Ty ponosisz jej konsekwencje i odpowiedzialność – nie Ci, którzy podjęli decyzję „za Ciebie”. I tak jest. Czy to dobre, czy złe? Nie wartościuję. Tak jest. Mnie to  odpowiada. :-)   Ja mogę powiedzieć, że  miałam dobre dzieciństwo,  stosunkowo długą drogę do dojrzałości dorosłego człowieka, a teraz  cieszę ze swojej drogi i tego, dokąd doszłam w wyniku swoich decyzji, choć nie zawsze było różowo.  ;-)

A Ty?
Co Ci się podoba w dorosłości?
Chciałbyś, żeby cofnął się czas do lat dzieciństwa?
Jeśli tak, to co takiego Cię pociąga w dzieciństwie?
Za co z dzieciństwa oddałbyś swój obecny stan / czas?

Ja niekiedy chciałabym przeżyć jeszcze raz kilka dziecięcych dni. Ale nie oddałabym za to dni swojego dorosłego życia. Bo jest mi w nim ze sobą dobrze. To wcale nie znaczy, że teraz jest zawsze lekko, łatwo i przyjemnie.

Bycie rodzicem małego dziecka to ponoszenie odpowiedzialności za jego życie, bezpieczeństwo, rozwój.  Jednak mądrzy rodzice pozostawiają margines na decyzje dziecka i pozwalają mu odczuć skutki (pozytywne lub negatywne) jego decyzji.  Im wcześniej – tym lepiej.  To piszę nie jako rodzic, ale jako dziecko swoich rodziców, które ponosi konsekwencje sposobu wychowania itp. A także jako baczny obserwator i słuchający rozmówca. :-) Chowanie dziecka „pod kloszem” nie jest według mnie dobrym pomysłem. Jeśli rodzice nie stwarzają dziecku możliwości podejmowanie decyzji lub też chronią je przed skutkami jego własnych decyzji – nie pozwalają mu dorosnąć, dojrzeć, nauczyć się tego, co jest esencja dorosłości. Nadopiekuńczość krzywdzi dziecko i nie pozwala mu dojrzeć.

Dlaczego o tym piszę tu na blogu?

Bo od czasu do czasu spotykam „wyrośnięte dziewczynki”  i “wyrośniętych chłopców” – być może właśnie  “ofiary” nadopiekuńczych rodziców, przywiązanych do dzieciństwa swojego dziecka, rodziców, których sensem życia jest dziecko i którzy chcą to dziecko zachować dla siebie jak najdłużej, przez co nie pozwalają tym dzieciom dojrzeć.  Rodziców, którzy niekiedy niezadowoleni ze swego życia, chcą uchronić swoje dzieci przed dorosłością. Może stąd mówi się, że szczęśliwi rodzice wychowują szczęśliwe dzieci? Może dlatego często pozostawione same sobie dzieci, choć niezadbane, wielokrotnie lepiej sobie radzą w dorosłym życiu, niż te “zadbane na wyrost”…

Te “dzieci” mają po dwadzieścia, trzydzieści, czasem wiele  więcej lat. Są grzeczni, miewają super oceny w indeksach, są na czas, a jednak coś jest nie tak…  Zachowują się jak grzeczne dzieci – miłe, uśmiechnięte, dygające na przywitanie. A w kontakcie ze starszą osobą od siebie lub przełożonym w pracy  przyjmujące natychmiast postawę podległą, postawę dziecka.  Nie są pewne swoich decyzji, często nie miewają własnego zdania, bywają uparte jak dzieci, maja niskie poczucie własnej wartosci, są niepewne, czasem zagubione. Przy tym w relacjach zawodowych natychmiast widać, że odstają od rówieśników.  W procesie rekrutacji nie zawsze to widać. A wiec szef zatrudnia dorosłego odpowiedzialnego człowieka, a w efekcie dostaje dobrze wykształcone duże dziecko. Wtedy pojawiają się problemy…

Wyrośnięte dzieci tęsknią za dzieciństwem, a dorosłość postrzegają jako cos negatywnego, trudnego, przykrego. Żyją w poczuciu krzywdy i niedocenienia, a to bardzo utrudnia codzienne życie i relacje zawodowe. Z racji wieku czują się dorosłe. Z racji dojrzałości – są dziećmi. Zbierają negatywne owoce takiej postawy, co jeszcze je utwierdza ich w pierwotnych przekonaniach. I  krzywda –  jak to krzywda – „ponosi odpowiedzialność”.  Bo skoro świat krzywdzi, a ja jestem ofiarą, to przecież nic nie mogę… I zwalniam się z odpowiedzialności. To błędne koło może przerwać tylko jedna osoba – to “wyrośnięte dziecko”.

Jeśli w jakikolwiek sposób odnosi się to do Ciebie, to mam dla Ciebie bardzo dobrą informację: Możesz to zmienić.  Możesz polubić dorosłość. Możesz nie być dzieckiem skazanym na trudy dorosłego życia. Możesz być zadowolonym z życia dorosłym. To zależy od Ciebie.

Jeśli podejmiesz decyzję, że będziesz szczęśliwym dorosłym i zdecydujesz działać w tym kierunku, to zapewniam Cię, droga choć bywa trudna, ale efekty są bardzo dobre.  Niezależnie ile masz lat. I nie musisz być śmiertelnie poważny, nudny, nie musisz być smutny, bez towarzystwa i zabawy, bez zabawek.  Tylko pluszowe maskotki z dzieciństwa spakuj do pudła i oddaj maluchom. A dla Ciebie otworzy się przestrzeń na nowe i ciekawe życie z “zabawkami” dla dorosłych. :-) Wraz z pluszakami chowaj powoli do pudła dziecięce reakcje – tupania nogą, obrażania się na świat i ludzi, fochy, fumy, humorki, dziecięce teatralne histerie pod publiczkę. Przejrzyj się w lustrze. Zobacz, jakim jesteś ciekawym dorosłym człowiekiem i sięgnij po tę prawdziwą dorosłość z odwagą. Stań się za siebie odpowiedzialny – nie tylko za jedzenie, ubranie i spanie, ale za jakość swojego życia.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Ograniczające myśli i przekonania

Sierpień 14th, 2010

W czerwcu dostałam informację o tegorocznych warsztatach z Victorią Schnabel. Warsztaty pod tytułem „Kompost i róże”. Z uwagą przeczytałam ich opis. W mailu było m.in. poniżej cytowane  zdanie (przetłumaczone przez organizatora na język polski):

Odrzucając myślowe ograniczenia odkrywamy, kim jeszcze możemy być, nie zamykając jednocześnie drzwi przed tym, kim do tej pory byliśmy. (Victoria Schnabel).

Ten cytowany fragment skłonił mnie do szeregu przemyśleń, którymi chcę się podzielić (zaznaczam, że są to wyłącznie moje własne przemyślenia, a nie autorki cytowanego tekstu; nie próbuję nawet zgadywać, jak Victoria rozwijałaby ten wątek).

W moim odczuciu ograniczenia myślowe to często przekonania, jakie nosimy w sobie, powtarzamy bezrefleksyjnie, a które wpływają na nasze decyzje, wybory, sposób życia. Wiele z nich “dostajemy w pakiecie” w toku wychowania od najbliższych nam osób. One też często “dziedziczą je” po swoich bliskich. Nie jesteśmy jednak na nie skazani. Gdy już zdajemy sobie z nich sprawę, gdy potrafimy nazwać, wówczas możemy na poziomie świadomym przyjąć je ponownie lub odrzucić.
W sobie w ciągu lat odkryłam wiele takich ograniczających mnie przekonań i co jakiś czas trafiam na nowe. Zauważałam je od pewnego czasu i nadal zauważam także u innych.

Przykłady? Proszę:
-  człowiek musi / powinien pokonywać własne słabości;
-  aby podróżować w ciekawe miejsca trzeba mieć dużo pieniędzy;
-  jeśli do określonego wieku (każdy może tu wpisać odpowiedni wiek) nie ma się szczególnych osiągnięć, to znaczy, że już i tak nic się nie osiągnie i trzeba się pogodzić z tym, że życie już takie po prostu jest;
- po czymś dobrym musi nastąpić coś złego;
- studia formalne są konieczne do osiągnięcia życiowego sukcesu (o tym pisałam w jednym z pierwszych postów);
- praca na etacie to bezpieczeństwo finansowe;
- pieniądze są podstawą dobrego życia.

Pewnie możecie  tę listę długo rozwijać, u każdego będzie nieco inna, choć – jak przypuszczam – znajdą się i wspólne ograniczające przekonania wynikające z kultury danego kraju czy religii. Ja też mogłabym stworzyć księgę, ale nie jest moim celem tworzenie leksykonu. Warto przyjrzeć się temu, jakie przekonania o życiu i o sobie nosimy – my sami a nie inni – i co w ślad za tym się dzieje lub nie dzieje w naszym życiu.

Są też  bardziej “osobiste” ograniczenia myślowe, które sami sobie tworzymy, niejako godząc się z sytuacją czy stanem, w jakim jesteśmy (byliśmy). Powszechnym ograniczeniem myślowym jest to wyrażające się w słowach “Nie nadaję się do tego”, “Nie dam sobie rady”, “Nie mogę”… Szczególnie bez podejmowania prób takiego działania.  To jak “Nie lubię zupy szczawiowej” na podstawie wyglądu tej zupy, a bez skosztowania.

Taka zgoda wewnętrzna na ograniczające myśli  uniemożliwia czy bardzo ogranicza nasze faktyczne możliwości rozwoju i sami skazujemy się na “tkwienie w bezruchu”, a nawet na regres. Budujemy je (te ograniczenia) m.in. w oparciu o własne doświadczenia i doświadczenia znajomych nam osób, i niesłusznie przydajemy im zbyt dużą moc, często przy tym dokonując uogólnień (np. “nie umiem występować publicznie” czy “jestem złym kochankiem”) w oparciu o jedno negatywne doświadczenie (odpowiednio: w trakcie jednej z prezentacji nie umiałeś odpowiedzieć na pytanie z sali / w relacji intymnej zdarzyło ci się nie być w dobrej kondycji) . Takim uogólnianiem sami sobie odbieramy siłę i ograniczamy się. To rodzaj czapki, która spada na oczy i nie pozwala zobaczyć więcej, niż to, co mamy pod nogami, przy samych stopach. próbował ktoś kiedyś zobaczyć niebo mając czapkę zsuniętą na oczy?  :-) To nas hamuje przed podejmowaniem kolejnych prób, ogranicza odwagę myślenia i działania, a tym samym odbiera wiele pozytywnych doświadczeń.

Jeśli określone przekonania determinowały nas w jakimkolwiek obszarze, to stwierdzamy ten fakt i … mamy po prostu więcej wiedzy na swój temat i prawdziwszy, bardziej obiektywny czy szerszy obraz siebie i świata. Możemy zostać tylko przy tym odkryciu, a możemy pójść za ta zmiana traktując ją jako ciekawy i wyzwalający początek wielkiej przygody.

Jeśli odkryjemy, jakimi przekonaniami jesteśmy nasiąknięci, możemy stopniowo i łagodnie sprawdzać je, poszukiwać siebie na nowo, zadawać pytania, budować inne przekonania, zmieniać się, odrzucać to, co do tej pory było niejako częścią nas. Zmieniając się jednocześnie i otwierając przed sobą nowe możliwości. Jeśli odrzucamy dotychczasowe przekonania i ograniczenia myślowe, to nie znaczy, że wszystko do tego momentu było w naszym życiu złe i niepotrzebne. Z łagodnością dla siebie i swoich dotychczasowych wyborów i decyzji, możemy zmieniać siebie i rozwijać się w zupełnie nowych obszarach i z nieznaną dotychczas dynamiką.

Warto przeznaczyć czas i usiąść sam na sam ze sobą i zapisać przekonania, w które wyposażono nas w toku wychowania, które sami sobie narzuciliśmy, przyjrzeć się, czy one miały wpływ na nasze dotychczasowe decyzje i wybory (które miały, które największy wpływ). Ważne według mnie jest to, by robić to bez równoczesnego oceniania siebie.

A potem zobaczyć, czy one są naprawdę dalej dla nas aktualne, czy nadal są „nasze”. Wykreślić te, które nie są aktualne i zastąpić je albo aktualnymi, albo … niczym – przestrzeń do wypełnienia może kiedyś w życiu, a może nie. Jo to dla mnie oznacza? Czy tak jest naprawdę? Czy tak właśnie myślę?

Posłużę się pierwszym wyżej przytoczonym przykładem:

„Człowiek musi / powinien pokonywać własne słabości” => To mnie oznacza, że muszę / musisz (!) lub przynajmniej powinnam/ powinieneś pracować nad wszystkimi swoimi słabościami, żeby je wyeliminować. => Energia, myślenie, skupienie uwagi i działanie są skoncentrowane zatem wokół słabości :-(  => Pozostaje w związku z tym mało czasu, energii i zapału do rozwijania innych obszarów, które stanowią mocną stronę.

Teraz pytam: Po co mam pokonywać wszystkie słabości (tu warto je nazwać konkretnie, żeby myśleć o konkretach a nie o ogólnikach)? Czy z tymi konkretnymi (nazwane) słabościami  mogę żyć szczęśliwie i realizować siebie w różnych obszarach (nazwać je też warto)? Może warto czasem zgodzić się na niektóre słabości i przyjąć, że tak czy inaczej nie będziemy doskonali, bo to nie tylko nierealne, ale i niepotrzebne.

Zatem mogę teraz powiedzieć: „Nieprawdziwe jest przekonanie, że człowiek musi/ powinien pokonywać własne słabości i ja to przekonanie odrzucam”. Co to dla mnie oznacza? Że mogę przestać się zajmować swoimi słabościami, przynajmniej niektórymi spośród nazwanych. Jaka ulga! Tak, tak, mogę przestać się na nich koncentrować. :-) To pozwala uwolnić energię i zasoby, jakie nosimy w sobie. To oznacza, że możesz (tak samo Ty jak i ja)  np. zacząć szukać swoich mocnych stron i na ich rozwoju budować swoje dalsze „ja”. Ile pomysłów przychodzi do głowy, na temat tego, co mogę robić, jak się rozwijać, jak doładowywać baterie, etc. W efekcie słabości, które były na pierwszym planie schodzą na dalszy plan, bo swoje silne strony nie tylko zauważasz, ale i rozwijasz. I – co może wydać się dziwne – w trakcie pracy nad umacnianiem mocnych stron i w toku takiego rozwoju nie wiedząc kiedy pokonujemy niektóre z tych słabości. :-)

Zmiana przekonań jest czymś do czego mamy prawo, jest czymś naturalnym. Tutaj piszę o ograniczających przekonaniach. Nie wszystkie przekonania są takimi ograniczającymi nas. Odrzucenie ograniczających nas przekonań pozwala nam rozwijać się w kierunkach, które sami przed sobą zamknęliśmy. A to, co do momentu zmiany przeżyliśmy może stać się źródłem jeszcze większej siły. :-)

Życzę przyjemnej pracy przy odkrywaniu i odrzucaniu ograniczających Was przekonań i poszukiwaniu siebie – niezależnie od wieku, stanu i pozycji zawodowej.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Pan Luzak i Pani Perfekcja

Sierpień 12th, 2010

Tak w pracy, jak i w relacjach ze znajomymi spoza pracy, czasem pojawia się temat perfekcjonizmu, precyzji, dokładności etc.  Zaczęłam się zastanawiać, jak to jest, gdy perfekcjonista spotyka się z kompletnym luzakiem, gdy osoba precyzyjna spotyka się z typem kreatora, dla którego ważny jest klimat, zarys, a nie detal, gdy pedant spotyka bałaganiarza, etc. Zobaczyłam to w wyobraźni w wersji mocno karykaturalnej i to przyprawiło mnie o dobry humor. :-)

W toku jednej z podobnych jak wspomniane rozmów przypomniały mi się dwa foldery… Oba z elementami graficznymi, zdjęciami i tekstami mającymi reklamować określoną firmę i informować o podstawowych usługach. Oba mające pełnić  jednocześnie funkcje okładki (teczki) na dokumenty. Każdy powstawał w innym czasie, w innym zespole, w innej firmie. Oba powstały, ale proces i efekt były zdecydowanie różne i według mnie pouczające.

Pierwszy folder  (Pani Perfekcja) powstawał przez szereg miesięcy (tak, tak, miesięcy) i wszyscy byli tym zadaniem umęczeni i udręczeni. Tylko osoba mająca zaakceptować całość do produkcji za każdym razem zmieniała jakiś detal. Na pewnym etapie zmian ich znaczenie było mniej niż kosmetyczne, niemal na poziomie wyboru pomiędzy słowem „lub”  a słowem „albo”. Wiele korekt powodowało powrót do wersji sprzed kilku tygodni.  W końcu folder poszedł do produkcji mimo wszystko, bo granice ostateczną wyznaczyło pewne wydarzenie marketingowe, kiedy to absolutnie coś takiego musiało być gotowe. Gdyby nie to – pewnie trzeba by dokonać jeszcze kilkudziesięciu nieistotnych zmian, a potem realia firmy zdążyłyby się zmienić i wszystko trzeba by było zacząć od nowa… Ten niezwykle długi proces akceptacji był w moim odczuciu wynikiem zbędnego i wręcz szkodliwego perfekcjonizmu . To zadanie zdeterminowało pracę wielu osób na długi czas, zabrało wiele energii i spowodowało, że zespół sprzedażowy musiał sobie radzić bez niego zdecydowanie zbyt długo. Pani Perfekcja umęczyła wszystkich, łącznie z folderem. :-)

Drugi folder (Pan Luzak) powstał bardzo sprawnie, w kilka dni na projekt, teksty, bardzo szybka akceptacja, szybka produkcja. Dobry efekt wizualny, dobry czas realizacji, teksty dobre, komunikaty właściwe, wrażenie  całości OK. Jednak gdy ktoś chciał ten folder wykorzystać jako okładkę do dokumentów, okazało się, że kartka dokumenty A-4 wystaje po dwa milimetry od góry i z boku. Pan Luzak zapomniał o Pani Precyzji i Pani Kontroli.

Kilka refleksji:

- Precyzja w wykonywaniu określonych zadań jest bardzo potrzebna, w niektórych działaniach czy nawet zawodach – konieczna.

-  Kontrola jakości (a czasem i kontrola celu czy kursu) na różnych etapach wykonywania prac jest potrzebna i pozwala unikać wpadek na etapie finalnym, pozwala oszczędzać czas i środki.

Perfekcjonizm jest szkodliwy zarówno w sferze zawodowej, jak i w tzw. życiu pozazawodowym. Perfekcjonizm męczy nie tylko otoczenie i samego perfekcjonistę. perfekcjonizm stoi często w sprzeczności z efektywnością i produktywnością.

Żartuję czasem, że zanim Pani Perfekcja skończy makijaż (wersja , z której będzie zadowolona), to Pani Wyluzowana zdąży już wrócić z imprezy, po czasie świetnej zabawy i dobrych relacji. :-) A jeśli nawet spotkają się na tej samej imprezie, to po 3 godzinach  oba makijaże będą wyglądały tak samo nieświeżo. Tylko perfekcjonistka odebrała sobie sporo przyjemności stresując się makijażem, a nieperfekcjonistka zdążyła w tym czasie zrobić jeszcze kilka innych rzeczy ku zadowoleniu własnemu lub/i innych

Ważne, by podejmując rożne działania zadać sobie pytanie, co jest najważniejsze, co jest istotą, co priorytetem. Kilka cech/przymiotów wypisać i nadać im kolejność, hierarchię. Może najważniejszy jest czas, może teksty, może ogólne wrażenie…

- Lepiej „tylko” dobrze przygotować folder i mieć czas na inne działania i kreacje, niż cyzelować projekt, podczas gdy zespół czeka na podstawowe narzędzie pracy (jeśli folder jest takim).

- Lepiej napisać trzy „tylko” dobre noty informacyjne,  niż w tym czasie jedną dopracowywać  w detalach – gdy priorytetem jest dostarczenie informacji.

- Lepiej przeprowadzić kilka szkoleń i nanosić korekty na podstawie zdobywanych w toku działania doświadczeń, niż poprawiać koncepcję i nadal siedzieć tylko nad komputerową wersją.

Jeśli masz tendencje do perfekcjonizmu – warto czasem przetestować, co się zdarzy, gdy np. oddasz tekst nie do końca dopracowany, zdjęcie nie idealne, podasz głodnemu przyjacielowi  nie do końca idealna zupę lub kanapkę z krzywo pokrojonego chleba, położysz niewyprasowane prześcieradło. Pewnie nic się nie stanie poza tym, ze druga strona podziękuje i będzie zadowolona, ze noc na niewyprasowanym prześcieradle będzie tak samo udana jak na tym wyprasowanym.  A jeśli ktoś uzna, ze cos trzeba poprawić, to zawsze możesz to jeszcze zrobić, jeśli to naprawdę będzie istotne.. I nic Ci się złego nie stanie. :-) Jeśli jesteś Luzak – zanim oddasz do produkcji np. folder lub wyślesz wymagający precyzji dokument – poproś kogoś z zespołu kto jest dokładny i uważniejszy, aby sprawdził, czy czegoś nie przeoczyłeś.Praca w zespole ma tę zaletę, ze ludzie uzupełniają się osobowościowo, uzupełniają się pod względem wiedzy i doświadczenia. Warto z tego korzystać.

O ile wartościowsze i ciekawsze  jest mieć czas na wzajemne delektowanie się sobą  w relacjach z partnerem czy partnerką w średnio wysprzątanym mieszkaniu, od  np. czekania na spotkanie w idealnie wysprzątanym mieszkaniu z dokładnie wyprasowanymi ściereczkami do naczyń… bo nie można wcześniej, zanim będzie wysprzątane, bo wstyd, bo nieładnie, bo głupio i co on/ ona pomyśli…

Perfekcjonizm może być oznaką niepewności,  braku wiary w siebie, braku zaufania do własnej wiedzy i umiejętności, braku poczucia własnej wartości, obawą przed krytyką. Może – nie musi rzecz jasna.

Powtórzę jednak – dokładność i precyzja, punktualność są pozytywne. Czasem jednak wystarczy tylko zarys, szkic – warto o tym pamiętać. Perfekcjonizm według mnie zawsze jest  szkodliwy i męczący dla wszystkich.

Pozdrawiam serdecznie. Doceniam Waszą cierpliwość w czekaniu na post.:-)

Ewa

Uncategorized , , , , , ,

„Martwię się przez Ciebie…”

Maj 25th, 2010

Tytuł tego postu to cytat – właśnie w taki sposób mawia matka do dorosłej córki – jednej z moich znajomych. Są też inne powszechnie używane zwroty, np. „Mam przez Ciebie tyle zmartwień”, “przez Ciebie nie sypiam po nocach, bo się martwię”…

Ja zauważam dwa dość powszechnie występujące stany (sytuacje):

  1. My się martwimy (i zamartwiamy) z jakiegoś powodu,
  2. Inni martwią się o nas (lub co gorsza – przez nas, z naszego powodu).

Martwienie się jest u nas dość często spotykane. Wydaje mi się, że martwienie się to bardzo wygodna postawa wobec życia. Wygodna. :-) Tak, tak. To sposób na życie dający konkretne „korzyści”.

Co dokładnie mam na myśli?

Otóż martwienie się  jest biernym zastępnikiem działania, jest usprawiedliwieniem „nicnierobienia”.  Jest  zwolnieniem się z odpowiedzialności za własne życie. Ucieczką od tej odpowiedzialności i przerzuceniem jej na innych lub na tzw. okoliczności zewnętrzne. Wygodnie. Niesłusznie niekiedy wiąże się je z miłością, odpowiedzialnością, troską, pomocą. Martwienie się nie pomaga! To nie ma nic wspólnego z empatią!

Martwienie się dodatkowo pozwala na manipulowanie otoczeniem poprzez wywoływanie w innych poczucia winy – jak w tytułowym zwrocie – „Martwię się przez Ciebie”. To nic innego jak powiedzenie drugiej osobie: Jesteś odpowiedzialna(y) za to, że jest mi źle, za to, że nie odczuwam radości, etc …

Większość rzeczy, o które się martwimy nigdy nie następuje lub następuje w mniejszym nasileniu, niż w naszych “zamartwionych” wyobrażeniach. Martwienie się jest w takich przypadkach osłabianiem siebie, wydawaniem własnej energii na próżno. Ale jak się martwisz to masz pozory działania.

Jak często się martwisz? O co się martwisz?

  • Martwisz się o zdrowie? Nie martw się tylko zacznij o nie dbać. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, ze stracisz pracę? Nie martw się, tylko np.  podnoś swoje kwalifikacje, zabezpiecz sobie „wyjście awaryjne”,  rozmawiaj z przełożonym o Twoim rozwoju, poproś o ocenę Twojej pracy i sugestie, co powinieneś poprawić, żeby ta ocena była lepsza… Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, ze nie dostaniesz pracy? Zamiast się martwić wykonaj pracę – np. sprawdź, jakie kompetencje są wymagane, określ, czego się powinieneś nauczyć, żeby podnieść swoją atrakcyjność na rynku pracy, etc. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się o kogoś? Sprawdź, czy możesz pomóc lub czy ktoś może pomóc. I zrób to. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, bo brakuje Ci pieniędzy? A czy z martwienia się będziesz ich mieć więcej? Właśnie… Więc zastanów, jak możesz je zarobić, gdzie. Nie martw się, tylko podejmij działanie!

Z faktu martwienia się nie przybywa ani pieniędzy, ani energii do działania, ani zdrowia, ani przyjaciół…  Martwienie się dodatkowo osłabia poczucie własnej wartości. Martwienie się odbiera energię. Martwienie się łatwo może stać się przyzwyczajeniem, sposobem reagowania na trudności. Przestań się zatem martwić, a zacznij zadawać sobie pytanie: “Co mogę zrobić, żeby zmienić daną sytuację”. Stwórz plan i działaj. Szukaj rozwiązań. Rozmawiaj na ten temat. Szukaj sposobów na działanie rzeczywiste, na konstruktywne rozwiązania, a nie na działanie pozorne. Bierność i usprawiedliwienia – to właśnie niesie ze sobą martwienie się. Problemami zajmuj się wtedy, kiedy one już będą rzeczywiste. Nie zajmuj się nimi, gdy są tylko w Twojej głowie, w Twoich wyobrażeniach.

Jeśli natomiast ktoś mówi Ci, że martwi się przez Ciebie, to uciekaj daleko (!), a przynajmniej bardzo uważaj. To oznacza, że ten ktoś próbuje Tobą manipulować, przerzucać na Ciebie odpowiedzialność za swoje samopoczucie, wbijać Cię w poczucie winy i samemu ustawiać się jako skrzywdzony przez Ciebie.  To manipulacyjne i toksyczne.

Życzę, żebyście nie mieli zmartwień, tylko sprawy do załatwienia i nowe pomysły na rozwiązanie różnych spraw i nawet problemów.

To Twoja decyzja, czy będziesz się martwić, czy działać. Tylko Twoja!

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , ,