Archiwum

Posty oznaczone ‘emocje’

U psa podpatrzone

Styczeń 9th, 2011

Minęły święta, zaczął się kolejny rok – czas na nowe posty i nowe inspiracje. Dziś o tym, czego uczę się od swojego psa. :-)

Mój pies (zadowolona z życia jamniczka), mimo dojrzałego wieku,  każdego dnia rano budzi się z niezmienną radością – jakby w danym dniu miały go spotykać wyłącznie pozytywne, wspaniałe, ciekawe rzeczy. Spieszy się, żeby ani jedna  chwila mu nie umknęła. Tą radością i dobrą energią zaraża otoczenie. Podobnie zachowuje się wiele innych psów żyjących w „normalnych” warunkach.  Cieszą się (całymi sobą to okazując) z nadejścia nowego dnia. Psy mają – w moim przekonaniu –  niezwykłą zdolność zapamiętywania rzeczy przyjemnych (i tendencję do powtarzania ich i egzekwowania ich) oraz zdolność przechodzenia ponad rzeczami trudnymi. Nawet jeśli wczoraj dostał burę za kradzież kiełbasy z kanapki   :-), to nowy dzień zaczyna zupełnie “wolny”od tamtego nieprzyjemnego zdarzenia. A wszystko jest ciekawe i obiecujące.  I pogania Cię, żeby z Tobą szybciej dotrzeć do najbardziej fascynującego świata – trawnika tuż przed domem. :-)

Od mojego psa uczę się (czasem powoli niestety):

-  żeby każdy nowy dzień – bez względu na pogodę, dzień tygodnia, porę roku -  witać / przyjmować z ciekawością, entuzjazmem, z pozytywnym nastawieniem i bez marudzenia – jakby za drzwiami czekały na mnie wyłącznie pozytywne zdarzenia, rzeczy i ludzie,

- żeby trudne zdarzenia poprzedniego dnia nie odbierały mi energii w nowym dniu,

- żeby nie kontynuować w swojej głowie negatywnych sytuacji z poprzedniego dnia, bo to jak niepotrzebne przedłużanie im życia :-)

- żeby na zapas nie martwić się tym, co ewentualnie może się złego czy trudnego zdarzyć.

Czymś innym jest rozwiązywanie spraw, które pojawiły się poprzedniego dnia, a czymś innym „mielenie w głowie” cały czas przykrego zdarzenia i osłabianie się z tego powodu. Wczoraj było wczoraj. Dziś jest nowy, kolejny  (dobry) dzień! Nowa energia, nowe pomysły, nowe możliwości.

Co ciekawe – takie podejście rzeczywiście pozwala mi często znaleźć rozwiązania których poprzedniego dnia nie widziałam, zobaczyć wiele rzeczy czy spraw w nowym lepszym świetle. Wtedy też łatwo i naturalnie przychodzi mi bycie miłą dla innych, docenianie ich działań i starań oraz okazywanie tego. To pozytywne nastawienie sprawia, że także  inni ludzie częściej odnoszą się do mnie z życzliwością i uśmiechem. “Psia strategia” w podejściu do życia ma zdecydowanie wiele zalet. :-) „Psie” nastawienie sprawia, że wkraczam w dzień z dobrą energią. Że sprawy „załatwiają się”  łatwiej, szybciej, prościej, a w odniesieniu do tych skomplikowanych i trudnych łatwiej znajduję rozwiązania.  :-) I nie odczuwam zmęczenia tak, jak w dni, kiedy wstaję z negatywnym nastawieniem “do świata”.

Nie jest idealnie – nie zawsze pamiętam o „psiej strategii”, niemniej robię postępy :-) . Na dzień dobry włączam pogodną, energetyzujacą muzykę, czasem nawet podśpiewuję. Przecież mam wiele powodów, by być zadowoloną – przynajmniej tak, jak mój pies. :-)

Zachęcam i Was, byście do Waszych planów noworocznych dołączyli  budowanie u siebie „psiego nawyku” rozpoczynania dnia z pozytywnymi oczekiwaniami i pozytywnym nastawieniem. I pod koniec dnia (to już nie od mojego psa) – żeby pomyśleć, co dobrego wydarzyło się w danym dniu, co miłego i przyjemnego dane Wam było przeżyć.

Tymczasem na każdy czas w rozpoczętym roku i wielu kolejnych latach także życzę Wam pozytywnych dni pełnych dobrej energii i dobrych zdarzeń. :-)

Pozdrawiam, Ewa

PS. Moja jamniczka od pewnego czasu nie mieszka ze mną  – spełnia  ważną misję specjalną, niemniej ilekroć się spotykamy widzę nadal to samo – jej niezmienną radość z każdego nowego dnia. :-)

Uncategorized , , , , , , ,

Puste nakrycie na wigilijnym stole

Grudzień 23rd, 2010

Puste nakrycie na wigilijnym stole ma w polskiej tradycji podwójną symbolikę:

1.       Wyraz pamięci o zmarłych (nowsze – jako wyraz pamięci o żyjących ale w tym dniu z nami nieobecnych),

2.       Wyraz gotowości przyjęcia wędrowców, niespodziewanych gości i zaproszenia ich do wspólnej wieczerzy wigilijnej.

W wielu domach to nakrycie jest ustawiane na stole i mam przekonanie, ze ustawiane ze świadomością tej podwójnej symboliki. Ja nie ustawiam tego pustego nakrycia. Dlaczego? Nie chcę pustej symboliki. Ani przy wigilijnym stole, ani w żadnym innym momencie życia. Zważam na tradycje, ale nie hołduję jej bezrefleksyjnie.

O zmarłych pamiętam, choć szczęśliwie ważni dla mnie ludzie żyją. Nie zawsze mogą lub nie zawsze chcą być obecni w tym dniu ciałem ze mną przy jednym stole (mają np. inne własne plany), ale mam ich w sercu, myślach, pamięci i wyrażam to poprzez kontakt choćby telefoniczny, codzienną dbałość o relacje i o ich potrzeby – rzecz jasna – na miarę moich możliwości. Jestem w tym prawdziwa, nie na pokaz. Nie mam zatem potrzeby wystawiania pustego nakrycia w tym kontekście i nie robię tego dla samego utrzymania tradycji. Nie czuję potrzeby manifestowania tej pamięci w taki sposób.

Jeśli chodzi o drugi punkt – już dawno uświadomiłam sobie, że wystawianie pustego nakrycia jako symbolu takiej mojej gotowości byłoby z gruntu fałszywe. Bo o ile przyjęłabym do stołu znajomych i przyjaciół niespodziewanie stających w drzwiach mojego domu (choć nie lubię takich niespodzianek), o tyle jestem też przekonana, że nie przyjęłabym obcych, nieznajomych, zabłąkanych wędrowców, nie przyjęłabym bezdomnego, etc. Nie wartościuję, czy to dobrze czy źle, bo nie o to teraz chodzi. Nie chcę też zagłębiać sie w uzasadnianie tego.

Znałam (teraz nie mam kontaktu, zatem nie wiem jaki jest stan aktualny) tylko jednego człowieka, który – gdy przychodził do niego żebrak, bezdomny – zapraszał go do domu, umożliwiał wykapanie się, prał jego odzież, dawał czysty ręcznik, przybory toaletowe, wyjmował swoje ubranie i dawał czyste, zapraszał do stołu. Zatem to możliwe. Dla mnie jednak nie – z różnych względów nie do zrobienia.  Nie chcę zatem stwarzać za pomocą symbolu nieprawdziwego obrazu, nie chcę  deklaracji bez pokrycia. Jestem oczywiście gotowa podać jedzenie, nawet wystawić nakryty stolik na klatkę schodową, podzielić się każdym jedzeniem, oddać ubrania (jednak nie każde i nie wszystkie), ale nie zaproszę zaniedbanego, nieznajomego bezdomnego  do wspólnego stołu. Ta symbolika pustego nakrycia byłaby zatem w moim przypadku deklaracją bez pokrycia – fałszem. To jak zobowiązanie, o którym wiem już na starcie, że go nie dopełnię. Po co zatem się obligować? Dla podtrzymania tradycji? Nie.

Jestem zwolenniczką hołdowania  tradycji, ale w sposób pogłębiony własną refleksją, z zachowaniem spójności pomiędzy znakiem (widoczna oznaką – jak ten pusty talerz), a tym, co ów znak, oznaka symbolizuje (tu – owa gotowość ) tak naprawdę w moim życiu. Lub takiej, która nie jest obligacją do określonego działania.

Według mnie symbole, których używamy powinny być spójne z naszym życiem -  z naszą postawą, działaniem. To dotyczy nie tylko aktualnych świąt, a wielu innych symboli. Może warto przy okazji świąt zastanowić się nad różnymi symbolami w naszym życiu. Nad ich znaczeniem dla nas, ich rolą w naszym życiu, wagą dla nas i dla innych z naszego otoczenia, a także odpowiedzialnością  z tytułu używania symboliki – nic nie wart jest symbol czy znak, za którym stoi… pustka lub fałsz.

Odróżniam symbole od dekoracji. :-) Dla mnie symbol to określona deklaracji lub oznaka określonego stanu. To szczególny język, komunikat, jaki przekazuję otoczeniu. I chcąc być wiarygodną i spójną – powinnam być gotowa tę deklarację wypełnić, jeśli zajdzie potrzeba.  Jeśli nie jestem – nie manifestuję tego zewnętrznymi oznakami, żeby nie być jak wydmuszka. By być w prawdzie – przed sobą i innymi, by po prostu nie kłamać.  A przynajmniej bardzo się staram, żeby tak było. :-)

A jak jest z Waszymi deklaracjami-symbolami?

Pozdrawiam,

Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Grudniowo…

Grudzień 17th, 2010

Wszystkim Czytelnikom  życzę dobrego czasu na co dzień. Spokoju i Pokoju każdego dnia. Radości prawdziwej nie tylko od święta.

Życzę Wam Wszystkim, niezależnie od daty w kalendarzu, dobrego i spełnionego życia w każdej jego sferze. Także wtedy, gdy ucichną kolędy i dzwony, gdy zgasną kolorowe światła choinki i zajdą gwiazdy betlejemskie.

Życzę, byście nosili  światło w sobie – w każdym dniu roku i wiele, wiele lat. Żebyście mieli poczucie Pełni Życia i Dobra.

Grudniowe refleksje:

Każdego roku obserwuję ludzi ulegających agresywnemu marketingowi świątecznemu. Mega sprzątanie, mycie okien nawet w mróz, trzepanie dywanów, torby pełne zakupów jakby przez cały rok się nie jadło, tylko w święta i trzeba było zjeść na zapas. Prezenty nawet gdy na ten cel „trzeba” wziąć kredyt. Życzenia „spokoju i radości w te świąteczne dni”… Nawet w firmach są wigilijne spotkania, kiedy na co dzień obcy lub prawie obcy ludzie udają niezwykłą więź i życzliwość.  Ja swojemu zespołowi, rodzinie, bliskim, przyjaciołom stale życzę wszystkiego co najlepsze. I to życzenie noszę w sobie dla nich. I przekazuję, kiedy jest okoliczność, moment, czas – niezależnie od tego, czy mamy 24 grudnia czy 31 stycznia, 9 kwietnia, 7 września i każdy inny dzień. Każdy dzień jest dobry na to, by być ze sobą dobrze, by mówić sobie dobre rzeczy, by się wspierać, okazywać życzliwość.

Rozumiem tradycje, rozumiem wagę świąt dla osób wierzących. Niemniej tradycja ma swoje granice, a przeżywanie świąt to przede wszystkim wymiar duchowy. Szaleństwo świąt? Zapytaj siebie, czy tego naprawdę chcesz, co Ci to daje, co zmienia w Twoim życiu na plus. I przeżywaj każdy czas jako święto. Nie “zabiegaj się”, nie umorduj, żeby potem w zmęczeniu tylko czekać na ciszę po wyjściu gości i przez kilka miesięcy spłacać raty za prezenty.

„Nikt nie może być sam w tym wyjątkowym świątecznym dniu”. A przecież tak naprawdę po prostu źle jest, gdy ktoś czuje się samotny, doświadcza samotności w jakimkolwiek dniu, jeśli jest to dla niego powodem cierpienia, leku, obaw.  Niezależnie od czasu, kalendarza, daty.  Gdy tymczasem komunikuję, że lubię samotna wigilię, to wielu patrzy na mnie niemal  ze  łzami w oczach, jak na biedaczka, którego nie ma kto przygarnąć do świątecznego stołu. A ja tak lubię ciszę, spokój, zatrzymanie się, towarzystwo jeśli juz to niezwykle kameralne, jedzenie jakie ja sama lubię, rytm dnia mój a nie innych. Lubię też zapach igliwia, zapach świec. I kluski z makiem. Samotne czy kameralne  święta to mój wybór a nie skazanie, to dla mnie rodzaj prezentu. I cieszę się, jeśli mogę sobie je sprawić. Kluski robię zatem także poza dniami „wyznaczonymi tradycją” i palę świece, gdy chcę mieć taki wyjątkowy nastrój i lepię uszka do barszczu gdy mam na nie smak – niezależnie od daty w kalendarzu. Sprzątam na co dzień i czasem robię tzw. gruntowne sprzątanie – bo lubię mieć czysto, pachnąco, ładnie. Nie na święta, a na życie – na co dzień. Lubię czasem uroczystą kolację czy zastawiony stół – dlaczego właśnie w ten dzień a nie każdy inny?

Czym te dni różnią od innych kilkuset dni w roku? Jak to jest – wielu ludzi jest samych (samotnych) kiedy potrzebują bliskości , gdy cierpią, potrzebują pomocy, gdy są głodni i wtedy nikt się nie rozczula nad nimi tylko biegnie swoją drogą, a w tym akurat dniu grudniowym – czy tego potrzebują czy nie, czy chcą czy nie – nie mogą być sami?

A może ten dzień ma być „plastrem” zalepiającym poczucie winy, że zaniedbujemy bliskich w inne dni? Obowiązkiem, który jak się spełni, to można się rozgrzeszać z przyszłych i przeszłych zaniedbań?

Przeżywajmy każdy czas, jakby był dla nas świętem. Nawet jeśli stół nie jest zastawiony, nie grają wzruszających melodii, nie chodzą przebierańcy-kolędnicy, gdy nie ma opłatka i lampionów na drzewku. Niech nasze życie całe będzie świętem, będzie takim Betlejem, w którym jest Nowe Dobre Życie.

Spotykajmy się, cieszmy się sobą, ale nie na siłę, nie na pokaz, nie dla tradycji, a dla siebie! Szaleństwo przedświątecznych przygotowań zamieńmy na zatrzymanie się na sobie, na bliskich – żeby mieć czas na refleksję, na spotkanie takie prawdziwe i kontynuowane w każdym innym czasie. A jeśli trzeba – zamknijmy się w domu choćby po to, żeby się wreszcie wyspać.  Po prostu żyjmy ładnie, dobrze i w zgodzie ze sobą.

Tego Wam raz jeszcze życzę – Nieście światło w sobie.

Ewa

Uncategorized , , , , , ,

„Martwię się przez Ciebie…”

Maj 25th, 2010

Tytuł tego postu to cytat – właśnie w taki sposób mawia matka do dorosłej córki – jednej z moich znajomych. Są też inne powszechnie używane zwroty, np. „Mam przez Ciebie tyle zmartwień”, “przez Ciebie nie sypiam po nocach, bo się martwię”…

Ja zauważam dwa dość powszechnie występujące stany (sytuacje):

  1. My się martwimy (i zamartwiamy) z jakiegoś powodu,
  2. Inni martwią się o nas (lub co gorsza – przez nas, z naszego powodu).

Martwienie się jest u nas dość często spotykane. Wydaje mi się, że martwienie się to bardzo wygodna postawa wobec życia. Wygodna. :-) Tak, tak. To sposób na życie dający konkretne „korzyści”.

Co dokładnie mam na myśli?

Otóż martwienie się  jest biernym zastępnikiem działania, jest usprawiedliwieniem „nicnierobienia”.  Jest  zwolnieniem się z odpowiedzialności za własne życie. Ucieczką od tej odpowiedzialności i przerzuceniem jej na innych lub na tzw. okoliczności zewnętrzne. Wygodnie. Niesłusznie niekiedy wiąże się je z miłością, odpowiedzialnością, troską, pomocą. Martwienie się nie pomaga! To nie ma nic wspólnego z empatią!

Martwienie się dodatkowo pozwala na manipulowanie otoczeniem poprzez wywoływanie w innych poczucia winy – jak w tytułowym zwrocie – „Martwię się przez Ciebie”. To nic innego jak powiedzenie drugiej osobie: Jesteś odpowiedzialna(y) za to, że jest mi źle, za to, że nie odczuwam radości, etc …

Większość rzeczy, o które się martwimy nigdy nie następuje lub następuje w mniejszym nasileniu, niż w naszych “zamartwionych” wyobrażeniach. Martwienie się jest w takich przypadkach osłabianiem siebie, wydawaniem własnej energii na próżno. Ale jak się martwisz to masz pozory działania.

Jak często się martwisz? O co się martwisz?

  • Martwisz się o zdrowie? Nie martw się tylko zacznij o nie dbać. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, ze stracisz pracę? Nie martw się, tylko np.  podnoś swoje kwalifikacje, zabezpiecz sobie „wyjście awaryjne”,  rozmawiaj z przełożonym o Twoim rozwoju, poproś o ocenę Twojej pracy i sugestie, co powinieneś poprawić, żeby ta ocena była lepsza… Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, ze nie dostaniesz pracy? Zamiast się martwić wykonaj pracę – np. sprawdź, jakie kompetencje są wymagane, określ, czego się powinieneś nauczyć, żeby podnieść swoją atrakcyjność na rynku pracy, etc. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się o kogoś? Sprawdź, czy możesz pomóc lub czy ktoś może pomóc. I zrób to. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, bo brakuje Ci pieniędzy? A czy z martwienia się będziesz ich mieć więcej? Właśnie… Więc zastanów, jak możesz je zarobić, gdzie. Nie martw się, tylko podejmij działanie!

Z faktu martwienia się nie przybywa ani pieniędzy, ani energii do działania, ani zdrowia, ani przyjaciół…  Martwienie się dodatkowo osłabia poczucie własnej wartości. Martwienie się odbiera energię. Martwienie się łatwo może stać się przyzwyczajeniem, sposobem reagowania na trudności. Przestań się zatem martwić, a zacznij zadawać sobie pytanie: “Co mogę zrobić, żeby zmienić daną sytuację”. Stwórz plan i działaj. Szukaj rozwiązań. Rozmawiaj na ten temat. Szukaj sposobów na działanie rzeczywiste, na konstruktywne rozwiązania, a nie na działanie pozorne. Bierność i usprawiedliwienia – to właśnie niesie ze sobą martwienie się. Problemami zajmuj się wtedy, kiedy one już będą rzeczywiste. Nie zajmuj się nimi, gdy są tylko w Twojej głowie, w Twoich wyobrażeniach.

Jeśli natomiast ktoś mówi Ci, że martwi się przez Ciebie, to uciekaj daleko (!), a przynajmniej bardzo uważaj. To oznacza, że ten ktoś próbuje Tobą manipulować, przerzucać na Ciebie odpowiedzialność za swoje samopoczucie, wbijać Cię w poczucie winy i samemu ustawiać się jako skrzywdzony przez Ciebie.  To manipulacyjne i toksyczne.

Życzę, żebyście nie mieli zmartwień, tylko sprawy do załatwienia i nowe pomysły na rozwiązanie różnych spraw i nawet problemów.

To Twoja decyzja, czy będziesz się martwić, czy działać. Tylko Twoja!

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Podziękowanie „przywraca do życia” dobre rzeczy

Kwiecień 21st, 2010

Pół godziny temu skończyłam rozmowę telefoniczną z osobą, z którą nie miałam kontaktu przez wiele miesięcy. To była bardzo dobra, życzliwa, ciepła rozmowa o wielu różnych aspektach życia, o tym, co w naszych planach, przemyśleniach, marzeniach, etc.

Kiedy rozmowa zbliżała się ku końcowi, zatrzymałam moją rozmówczynię jeszcze na chwilę, by przypomnieć jej w skrócie odległe dość zdarzenia i powiedziałam, jak bardzo i prawdziwie jej dziękuję za tamten czas, za jej odwagę, życzliwe wsparcie, dobro itd. Powiedziałam szczerze, że nie pamiętam, czy miałam okazję wcześniej podziękować , że mam wrażenie, iż odkładałam to na czas osobistego spotkania, jednak to zbyt długo czeka i mam poczucie, że teraz czas to powiedzieć, nawet przez telefon – byle nie odkładać na później.

Moja rozmówczyni  nie ukrywała wzruszenia i radości z tego, co usłyszała, choć – jak powiedziała – czuła to i wiedziała, ale wielką wartość ma dla niej to, że to powiedziałam, że podziękowałam. Że wartość ma to, w jaki sposób to powiedziałam / co powiedziałam, że mogła to usłyszeć.

Podziękowanie (wdzięczność) ma wielką wartość i nie przedawnia się.
Dobro też się nie dezaktualizuje.
To wspaniałe uczucie dla mnie móc dziękować , bo podziękowanie wiąże się z doświadczanym dobrem.
Podziękowanie „dodaje skrzydeł” obu stronom.
Każda okazja jest dobra, by podziękować – nie warto czekać na te szczególne.

Dlaczego o tym piszę? Być może w Twoim otoczeniu dalszym lub bliższym jest ktoś, komu nie miałeś okazji  podziękować, nie pomyślałeś, żeby podziękować, nie umiałeś kiedyś podziękować etc – warto to zrobić teraz. Warto to zrobić w każdym momencie – nawet odległym od zdarzenia.  To  “przywraca do życia” dobre rzeczy, nadaje im nową dodatkową wartość,  buduje głębszą jakość relacji. Coś się dopełnia.

Może to brzmi nieco magicznie, ale cóż, niech tak brzmi….

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

To co dajesz – wraca do Ciebie

Marzec 30th, 2010

Sobota rano, urząd pocztowy na jednym z warszawskich osiedli. Jedno okienko czynne, kolejka spora. Kolejki pilnuje „automat” – należy wydrukować numerek w zależności od tego, co chce się załatwić. Numerek się wyświetla i informuje, do którego okienka należy podejść. Proste. Tak – dla młodego, sprawnego – żaden problem.

Na pocztę weszła drobna Starsza Pani o laseczce. Na poczcie było sporo osób młodych i w średnim wieku, dla których zasady korzystania z usług pocztowych są proste i jasne. Jednak z poczty – jak i z innych podobnych miejsc – korzystają wszyscy, także starsi ludzie, zakłopotani, gdy nie wiedzą, jak sobie poradzić – jak Starsza Pani. Kiedy ona była młoda – stawała w kolejce do okienka. Bez maszyn i numerków. Widać było, że i ta Starsza Pani nie wie, jak się odnaleźć na tej współczesnej poczcie.

- Czy mogę w czymś pani pomóc – zapytałam podchodząc do Starszej Pani.
- Nie wiem w czym – usłyszałam.
- Jeśli mi pani powie, co chce pani załatwić, to będzie mi łatwiej pomóc.
- Chciałam kupić znaczki.

Właśnie wyświetlił się mój numerek, powiedziałam:
- Proszę ze mną podejść do okienka, nie ma potrzeby, żeby czekała pani w kolejce.

Starsza Pani kupiła znaczki i serdecznie mi podziękowała. Nikt nie zareagował, co mnie ucieszyło, bo bywają sytuacje, gdy nawet w odniesieniu do takich starszych osób inni walczą o pierwszeństwo w kolejce.

Pomogłam Starszej Pani. Miałam poczucie, że zrobiłam coś dobrego. Małego, ale dobrego. Wymagało to jedynie uważności i życzliwości. Wyszłam z poczty i poczułam że … Starsza Pani sprezentowała mi coś dobrego. Pozostałam pod wrażeniem jej ciepłego  i subtelnego podziękowania. Nie planowałam tej wizyty na poczcie – ktoś poprosił mnie o przysługę. Inaczej nie spotkałoby mnie to pozytywne doznanie. I mój dzień przez to nabrał innej dynamiki, innych barw.

Skojarzyłam tę sytuację z powiedzeniem, które wielokrotnie słyszałam, że “to co dajesz, to do Ciebie wraca”.  I pewnie coś w tym jest. Jak to działa – nie wiem, ale działa.

Jest wiele okazji w codziennym zabieganym życiu, aby w prosty sposób dawać ludziom dobro, okazywać szacunek. To nic nie kosztuje – poza chwilą uważnej życzliwości.  Warto. Pod każdym względem. Dla innych i dla siebie.  To może być przytrzymanie drzwi do windy, ustąpienie miejsca w tramwaju (coraz rzadsze zjawisko w wykonaniu młodych ludzi, a szkoda), pomoc w takiej sytuacji, jaką opisałam, pomoc w wyjściu z przejścia podziemnego, które jest kiepsko oznakowane…. jest wiele możliwości.

To, w jaki sposób odnosimy się do słabszych czy starszych ludzi, według mnie świadczy o naszej kulturze, wrażliwości, szacunku, jaki mamy dla ludzi i dla siebie. Sprawianie dobra, nawet w malutkich dawkach, dodaje kolorów naszemu życiu. To nas rozwija. Przy okazji mamy szansę pozytywnie się wyróżniać.

Warto zastanowić się, czy  zwracamy uwagę na potrzeby innych? Jak traktujemy słabszych i starszych? Czy odnosimy się do nich z szacunkiem? Kiedy ostatnio bezinteresownie pomogliśmy innej, nieznanej osobie? Czy dajemy ludziom powód do uśmiechu? Czy potrafimy czerpać radość z radości innych? Czy dajemy, rozsiewamy dobro?

Zachęcam. Pozdrawiam

Ewa

Uncategorized , , , , ,

Czy jesteś swoim przyjacielem?

Marzec 6th, 2010

Możemy uczyć się od naszych przyjaciół życzliwego i wspierającego stosunku do siebie. Czy to oznacza, że mamy od siebie przestać wymagać, że mamy się tylko “klepać po ramieniu” i mówić miłe rzeczy?  Nie. Chodzi o to, by nie sabotować własnych działań, nie podstawiać sobie nogi, nie gasić w sobie zapału, nie osłabiać chęci do rozwoju, nie oszukiwać siebie samych.

Przyjaciel, to według mnie osoba, która:

  1. Jest mi życzliwa.
  2. Wspiera mnie w moich dążeniach.
  3. Pomaga mi, jeśli może i jeśli ja tego potrzebuję, i jeśli o to poproszę.
  4. Szanuje moją niezależność i indywidualizm.
  5. Nie ocenia mnie, nie krytykuje, nie ośmiesza, nie umniejsza mojej wartości.
  6. Nie daje mi gotowych recept na moje życie, zostawia mi wolność wyborów.
  7. Daje mi uczciwe informacje zwrotne, jeśli o to proszę, jest wobec mnie uczciwy.
  8. Potrafi znaleźć dla mnie czas, interesuje się mną.
  9. Ma do mnie zaufanie i ja obdarzam go zaufaniem.
  10. Czuję się w jego towarzystwie dobrze i bezpiecznie, cieszy mnie jego towarzystwo.

Oczywiście każdy może do tego dodać szereg innych rzeczy według własnej definicji Przyjaciela, ja skupię się na tych, bo wydają mi się kluczowe i uniwersalne..

Zatem  przyjrzyj się sobie i zobacz, czy naprawdę jesteś swoim przyjacielem, a nad czym dobrze popracować, żeby być swoim prawdziwym przyjacielem. Oto podręczna  „ściąga”:

  • Czy lubisz siebie? Czy mówisz sobie dobre rzeczy? Kiedy ostatnio pochwaliłeś siebie za coś codziennego? Kiedy ostatnio powiedziałeś sobie np.: „jestem w tym dobry”, „świetnie sobie z tym radzę”, „jestem z siebie dumny”?
  • Czy lubisz swoje własne towarzystwo? Ile czasu bywasz świadomie i z wyboru we własnym towarzystwie – bez radia, TV, znajomych etc i rozmawiasz ze sobą (w myślach lub nawet głośno)?
  • Czy dbasz o swoje zdrowie, o swoją kondycję, o swoje otoczenie, o swój wygląd? Czy chwalisz się za to?
  • Jak odpoczywasz? Poleciłabyś to swojej najlepszej przyjaciółce / przyjacielowi?
  • Czy potrafisz wymienić  5 rzeczy, które w sobie lubisz? A 3, z których jesteś dumny?
  • Czy mówisz sobie dobre rzeczy i życzysz sobie “dobrego dnia”, “powodzenia”?
  • Czy masz dla siebie szacunek?
  • Czy masz zaufanie do siebie i swoich wyborów?
  • Kiedy ostatni raz pytałeś siebie, jak się czujesz i co u Ciebie słychać dobrego?
  • Kiedy pytałeś się siebie, jak możesz sobie pomóc?
  • Kiedy pytałeś się siebie o swoje marzenia i o to, jak chcesz je realizować?
  • Czy dodajesz sobie sił i energii, np. mówiąc „dobrze sobie radzisz, jest ok.”, „nie masz powodu się martwić”, „zobacz, w trudniejszych sytuacjach tak sobie dobrze poradziłeś, że teraz to małe miki”, “to nie problem, to tylko sprawa do załatwienia”, „jesteś zdolny, znajdziesz właściwe rozwiązanie” (tak mówią do Ciebie przyjaciele, prawda?)?

Teraz dla odmiany: Kiedy ostatnio powiedziałeś sobie: „nic mi się nie udaje”, że „znowu mi nie wyszło”, ” jestem do d…”, „głupi”, „nieodpowiedzialny”, „zachowałem się jak idiota”, „brak mi profesjonalizmu”, „nie poradzę sobie”, “nic mi nie wychodzi”, “wszystko jest nie tak”…  Jaki dialog  toczysz ze sobą?  Czy ten dialog dodaje Ci sił? Czy swojemu przyjacielowi też tak mówisz, gdy ma gorszy czas, albo trudności? Czy takie słowa mówione do siebie są dla Ciebie wsparciem i dodają Ci sił w Twoich dążeniach? Czy tak rozmawia z Tobą najlepszy przyjaciel? Jesteś swoim przyjacielem, czy tylko “kumplem od piwa” i “koleżanką od plotek i zakupów”?

Przypomniało mi się powiedzenie: “Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”. Hmm… Czy jesteś swoim przyjacielem na co dzień i w trudnych sytuacjach?

Jesteś swoim przyjacielem? Jak wzmacniasz tę przyjaźń? Możesz zacząć np. od tego, by każdego dnia wieczorem i każdego dnia rano powiedzieć sobie (czyli swojemu przyjacielowi)  jedną dobrą rzecz, pochwalić się za coś, co zrobiłeś danego dnia. Zawsze jest coś takiego. :-)

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Nie bądź jak tabloid

Marzec 3rd, 2010

Wszyscy znamy tabloidy. Są dostępne w każdym kiosku, w sieci także. Karmią się sensacją, złymi informacjami, żerują na ciekawości ludzkiej, ale przede wszystkim bazują na emocjach – na złych emocjach. Wprowadzają napięcie, poczucie niepewności, zagrożenia, niesprawiedliwości. Jednocześnie często nie przekazują prawdy – dopasowują fragmenty rzeczywistości na potrzeby wywołania skandalu, pobudzenia emocji… Ważne, żeby się działo. Ważne, żeby się sprzedało. Czy po takiej lekturze czujesz się spokojny, myślisz konstruktywnie?

Obok mojego przystanku jest kiosk z gazetami. Przy nim – na specjalnych stojakach eksponowane są codzienne wydania tabloidów. Czekając na autobus z nudów czytałam. Same tytuły przyprawiają o ból głowy. Świat według tabloidów jest niesprawiedliwy, pełen nieuczciwości, niesłusznie bogatych ludzi, co krzywdzą tych biednych. Tabloidy porównują i zmuszają niejako do porównywania się z innymi, budząc złe emocje – zazdrość, poczucie bycia gorszym, krzywdzonym etc.

Jakiś czas temu przestałam zatrzymywać się przy kiosku, omijam tabloidowe publikacje. Zaczęłam natomiast przysłuchiwać się rozmowom w otoczeniu: w autobusie, w pociągu, w pracy, u fryzjera…  Ku mojemu zdziwieniu zauważyłam, że wiele z nich przypomina właśnie tabloidy. Teraz często wtykam słuchawki w uszy i słucham tego, co mi służy.

Przyjrzyj się (posłuchaj) rozmów znajomych, „stań obok siebie” i posłuchaj, jak przebiegają Twoje rozmowy ze znajomymi. Czy przypadkiem nie bazują na plotkach, sensacjach mniejszych i większych, nie „nakręcają” w Tobie lub innych różnych niepokojów, emocji? Sprawdź, o czym toczą się rozmowy w pracy, gdy przerwa na kawę… Przemyśl, czy szeptane w firmie rozmowy to nie są właśnie niepisane tabloidy… Czy je „czytasz”? A może „współredagujesz”?

A ciche, szeptane po kątach informacje  „chodzące po firmie” o tych nowych, co ich mają dopiero przyjąć, o tym, kim są ci już przyjęci, których nawet nie widziałeś? O podwyżkach, co miały być a ich nie ma, o zagrożeniach zwolnieniami… Szeptane kule śnieżne… Zobacz, jak się toczą… Jeśli chcesz wiedzieć – zapytaj swojego szefa. Albo w dziale personalnym. To skuteczne. Bierz informacje ze źródła.

Warto poobserwować, jakimi ludźmi i jakimi informacjami się karmimy i czy przypadkiem – niechętni dostępnym w kioskach tabloidom – nie przyswajamy codziennej dawki szkodliwych emocji od znajomych, od rodziny, od współpracowników. Warto sprawdzić też, na ile uczestniczymy w tworzeniu takiego kontentu, w zbiorowym lub indywidualnym polowaniu na sensację.

Ile czasu i energii pochłaniają takie codzienne szeptania i ile z tego złych emocji… Jak bardzo oddalają od „tu i teraz”, od tego, co naprawdę nas dotyczy i ma rzeczywisty wpływ na nasze życie? Może lepiej iść na kawę z dobrą książką?

W wolnym czasie odpowiedz sobie uczciwie sam przed sobą na kilka pytań:

- Czy w relacjach z innymi ludźmi nie węszysz za sensacją, nie przekazujesz sensacji, nie przenosisz plotek?

- Czy Twoje rozmowy budzą dobre, pozytywne emocje u innych i są dla Ciebie źródłem dobrych emocji?

- Czy rozmawiając o ludziach skupiasz się na ich pozytywnych cechach i wartościach?

- Czy jeśli chodzi o Twoich przyjaciół i znajomych – rozpowszechniasz o nich dobre czy złe wiadomości? Czy  jesteś dla swoich przyjaciół dobrą agencją PR? Czy oni upoważnili Cię do rozpowszechniania informacji o nich?

- Czy aby zabłysnąć i „dobrze się sprzedać” w towarzystwie np. w czasie imprezy, nie przekazujesz tego, co sensacyjne, plotkarskie?

- Czy w Twoim otoczeniu są ludzie – tabloidy, dla których jesteś tylko dostawcą atrakcyjnego kontentu?

Tabloidy to pożeracze czasu i pożeracze dobrej energii. Jakie są Wasze doświadczenia, spostrzeżenia i opinie?

Pozdrawiam Ewa

_______________________________________________________

Okiem PRowca

Szereg lat obserwacji pozwala mi na wysnucie wniosków, że w firmach, gdzie ludzie pracują z pasją i zaangażowaniem i gdzie jest dobra komunikacja pionowa (od zarządu w dół do pracowników), gdzie ludzie czują się doceniani i szanowani, wiedzą o planach firmy, o przyjętej strategii, gdzie zwłaszcza decyzje personalne podejmowane są w oparciu o jasne reguły – tam mniej jest lub wcale nie ma szeptania i tabloidowych emocji.

Tabloidowe tematy wysączają się poza firmę poprzez sfrustrowanych pracowników nie radzących sobie z generowanymi przez otoczenie emocjami. To często po cichu i powoli, niezauważalnie wpływa na pogorszenie reputacji firmy. To także osłabia ludzi, ich entuzjazm, ich chęć działania. Rośnie poczucie niepewności i zagrożenia, a to nie sprzyja efektywnej pracy i twórczym działaniom

Uncategorized , , , , , ,

W pułapce sukcesów i porażek

Luty 24th, 2010

Twoje życie to sukcesy czy porażki? Czego  jest więcej – sukcesów czy porażek? Zadajecie sobie czasem takie pytania? A czy odpowiedzi, które uzyskujecie są dla Was wzmocnieniem, czy pogrążacie się w poczuciu, że nie jest dobrze?

Podzielę się z Wami moimi refleksjami na ten temat. Odpowiedzi na powyższe pytanie jest kilka (chodzi o możliwe kombinacje, formę, a nie treść, ilość czy przykłady). A mianowicie:
- mam sukcesy, nie mam porażek,
- mam sukcesy i mam porażki,
- mam porażki i nie mam sukcesów,
- nie mam sukcesów i nie mam porażek.

Jeśli człowiek powie, że ma sukcesy, a nie ma porażek – szybko zakwalifikujemy go jako eksperta, szczęściarza lub… kłamcę :) Dostanie “metkę”.
Jeśli powie, że ma same porażki – dostanie etykietę  niedojdy, nieudacznika, niekompetentnego, słabego.
Jeśli twierdzi, że ma na swoim koncie sukcesy i porażki – no cóż, powiecie pewnie, że jest taki jak wszyscy….
A co z tym, który nie ma ani sukcesów, ani porażek? Jakiś szary i nijaki człowiek, pospolity, bez wyrazu, o nic się nie stara, nie ryzykuje, nie walczy…? A może on tylko tego nie widzi lub inaczej wartościuje?

W każdym z powyższych przypadków możemy mieć tak naprawdę do czynienia z identycznym działaniem, z identycznymi kompetencjami i z identycznymi efektami tych działań. Każde to stwierdzenie może tak samo odnosić się do Ciebie, do mnie, do niego…
Wszystko zależy od tego, jak nazwiemy to, co nas spotyka lub to, co tworzymy. Jak to zakwalifikujemy. Jakie kwantyfikatory zastosujemy. Określenia “sukces” i “porażka” nie są obiektywne. Są bardzo subiektywnie.  Wszystko zależy od naszego sposobu postrzegania siebie i świata. Od wzorców, w jakich byliśmy wychowywani, od naszego poczucia własnej wartości … I wszystko to można zmieniać wykonując kawałek pracy nad sobą.

Brak sukcesu nie jest porażką! Brak porażki nie jest sukcesem. Pomiędzy tymi dwoma biegunami jest przestrzeń na codzienne starania, pracę, działanie, uczenie się etc. Brak sukcesu jest tylko brakiem sukcesu. Pokazuje drogę, działanie, staranie.

Sukces – stan normalny – porażka.
Radość – stan zwykły (bez szczególnych emocji) – smutek.
Zimno – normalnie (dobrze) – gorąco.

Jak widać, pomiędzy skrajnościami jest przestrzeń na tzw. codzienność, normalność, spokój, dobro etc. Jeśli tak patrzę – nie odbijam się od porażki do sukcesu i nie spadam od sukcesu do porażki. Łatwiej mi o płynność w działaniu, spójność, stabilność, wewnętrzny spokój.

Gdyby każda z moich podejmowanych prób zrobienia czegoś była udana, to znaczyłoby tylko, że za każdym razem byłaby wyłącznie jedna próba! Udana albo nie. Tylko jedna. Zakończona sukcesem lub porażką. A przecież tak nie jest.

Jakże często próbujemy raz, a gdy nie wychodzi, mówimy, że ponieśliśmy porażkę. A gdy wychodzi – skaczemy z radości i rozpiera nas duma, że odnieśliśmy sukces… Wpadamy w pułapkę naszych emocji nazywając efekt sukcesem albo porażką. “Nakręcamy się”  i gonimy za kolejnym “sukcesem”, aż tchu nam brakuje, albo popadamy w zniechęcenie, rezygnację z powodu “porażki”. Żyjemy na huśtawce emocjonalnej pomiędzy jednym a drugim: góra – dół,  góra – dół….

Ile prób musi podjąć badacz, żeby uzyskać spodziewany efekt?
Ile razy upadłeś ucząc się jeździć na nartach?
Ile litrów wody wypiłeś w basenie zanim nauczyłeś się pływać?
Właśnie.

Mam takie poczucie, że za często kwalifikujemy w swoim życiu rożne zdarzenia jako porażki i jako sukcesy. Jeśli każde nałykanie się wody traktowałbyś jako porażkę, to nigdy byś się nie nauczył pływać, bo Twoja psychika by tego prawdopodobnie nie wytrzymała. Zrezygnowałbyś w poczuciu przegranej już po kilku pierwszych łykach chlorowanej wody! Warto o tym pamiętać, podejmując rożne działania zawodowe i nie tylko. Nieudana próba to tylko nieudana próba. To jednocześnie ważna lekcja. Za drugim razem zrobisz to inaczej, coś poprawisz i będziesz bliżej celu. W końcu nie będziesz pił tej wody i utrzymasz się na powierzchni, a może nawet przepłyniesz pół basenu.  Za kolejnym – będziesz jeszcze bliżej celu. Nieudana próba to tylko i aż  informacja, że trzeba coś zmienić, poprawić i spróbować ponownie. Udana próba to tylko i aż udana próba, dowód, że być może znalazłeś właściwy sposób, recepturę.… Być może, bo jest jeszcze miejsce na przypadek. Potrzebne jest wielokrotne powtórzenie udanej próby, żeby uznać efekt za będący wynikiem celowych i świadomych działań. Jeden człowiek nazwie to wtedy sukcesem, a inny tylko wykonaniem  zadania, planu,szeregu udanych prób, osiągnięciem celu. Będzie to wykonywał zgodnie z określoną procedurą i podejmował kolejne próby w innej lub podobnej dziedzinie, rozwijając się systematycznie i bez niepotrzebnej huśtawki emocji.

Jeśli dziecko uczy się wiązać sznurowadła, to nie pokazujesz mu, że odnosi porażkę, gdy but spada z nogi, a sznurówki się plączą. Namawiasz do kolejnej próby i wspierasz je w tym działaniu. Nagradzasz udaną próbę. Aż dziecko nabiera sprawności i pewności, że podejmowanie wielu prób skutkuje osiągnięciem pożądanego celu. A ile razy my o tym zapominamy i po pierwszej nieudanej próbie mówimy sobie, że to porażka, osłabiamy się, zniechęcamy, odbieramy energię…
Bywa też niekiedy, że rodzic działa inaczej -  złości się, gdy dziecku nie wychodzi, gdy but się “sam rozwiązuje” i lekceważy, i zbywa milczeniem moment, gdy dziecko poprawnie sznuruje but. Łatwo domyślić się, jaką lekcję w tym przypadku dziecko otrzymuje. Potem właśnie tak postępujemy sami ze sobą. :-(

W taki sposób nas uczono, w taki sposób my uczymy innych. Robimy to samo w stosunku do dzieci, pracowników, w stosunku do siebie samych. Czego się uczymy? Patrzeć i oceniać własne działania w kategoriach sukces-porażka i nic między tym.  Albo uczymy podejmowania wielu kolejnych prób, jako naturalnego sposobu osiągania zamierzonego celu. Dodajemy sobie energii, albo się osłabiamy. Nasz wybór.  Albo się czujemy lepiej, albo gorzej. To od nas zależy. Mamy wybór.

Kiedyś bardzo przeżywałam wszystko – emocjonowałam się, bo widziałam swoje działania wyłącznie dwubiegunowo: jeśli nie było spektakularnego sukcesu i oklasków, i nagród, i uznania – to oznaczało porażkę. I przeżywałam tę porażkę, odbierając sobie na jakiś czas silę do dalszego działania. i wycofywałam się, żeby nie narażać się na ewentualną kolejną “porażkę”. Albo – osłabiona – z trudem ruszałam dalej, niosąc sobie bardzo obciążającą obawę, że znowu mogę odnieść porażkę…. To nie pomagało mi w rozwoju. To było szkodliwe. podobnie szkodliwe jest porównywanie się do innych i wyolbrzymianie ich “sukcesów” i swoich “porażek”.

Dziś wiem i akceptuję fakt, że jedne rzeczy robię wyjątkowo dobrze, inne czasami robię rewelacyjnie, a czasami tak sobie. Akceptuję to, że popełniam błędy. I uczę się na tych błędach. To moi “nauczyciele”. Akceptuję to. Przynajmniej w większości sytuacji (nie jestem doskonała) :-) Dziś brak sukcesu nie jest dla mnie porażką. Nie czuję się przegrana, gdy po skończonej prezentacji nie słyszę: “To była wyjątkowa prezentacja, dawno takiej nie widzieliśmy”.  Nie potrzebuje tego. Dziś wiem: coś było wyjątkowo dobre, unikalne, a coś po prostu dobre albo poprawne. A czasem było złe i trzeba wyciągnąć wnioski, coś poprawić, wykorzystać to jako lekcję. Dziś (na ogół) zaczynając zadanie nie spinam się cała pod wpływem własnej presji, że musi być wzorcowo, najlepiej. To nie znaczy, że zgadzam się na “bylejakość” jako standard, ale daję sobie prawo do rożnych poziomów efektów. Nie oceniam siebie, tylko efekty swojego działania.

Sportowcy rzadko bija rekordy świata. Sportowcy rzadko biją ustanowione przez siebie rekordy. Czy to znaczy, że odnoszą porażki? Jedna z ważniejszych rzeczy, których się nauczyłam w ostatnich latach, to nienazywanie braku sukcesu porażką. Kolejną rzeczą: że nie zawsze musi być sukces, że może wystarczy czasem poprawność. A czasem wystarczy po prostu dobiec do mety. :-)

Wbrew pozorom takie zdystansowanie się do dwubiegunowego modelu “sukces – porażka”, bardzo pomaga w osiąganiu celów, a czasem nawet…. sukcesów.

Co o tym myślicie? Jak jest to u Was?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,