Archiwum

Posty oznaczone ‘energia’

Siła marzenia

Styczeń 22nd, 2012

„Dobrze, że ten rejs nie skończył się inaczej, bo i marzenia by się skończyły” – to komentarz dziennikarki  (usłyszany przed chwilą w TVP Info) odnośnie do informacji, że kilkunastoletnia żeglarka spełniła swoje marzenie opłynięcia świata. Wcześniej uzyskała ona w wyniku apelacji sądową zgodę na rejs, co potwierdza jej wielką determinację w dążeniu do realizacji tego marzenia. Młoda Holenderka (miała 14 lat w momencie startu) ponad 500 dni samotnie żeglowała  podejmując ryzyko i spełniając swoje wielkie młodzieńcze marzenie. Przeżyła sztormy, poznała co to znaczy bezsenność, strach, ból, ale i spełnienie, radość, niezwykłe sytuacje, widziała piękne miejsca, i obrazy, poznawała siebie w ekstremalnych sytuacjach. Młoda żeglarka  dzieli się swoją radością i szczęściem ze spełnionego marzenia, wielu ludzi jej gratuluje, inni podziwiają. Prowadząca program polska dziennikarka  robi coś zupełnie innego…

Co znaczy komentarz: „Dobrze, że ten rejs nie skończył się inaczej, bo i marzenia by się skończyły”? Że gdyby zginęła albo została kaleką, to nie mogłaby spełniać żadnych innych marzeń? He, ale zginęłaby spełniając marzenie! A kalectwo? Ono nie zabrania dalej marzyć i spełniać marzenia.  A czym jest marzenie bez choćby prób jego realizacji?

Jedno jest pewne – taki komentarz dla wielu jest jak ostrzeżenie: nie sięgaj po marzenia, bo możesz marzyć ostatni raz. Uważaj, bo Twoje śmiałe marzenia mogą skończyć się tragicznie. Czyż nie taki jest wydźwięk i znaczenie takiego komentarza?

Zamiast gratulacji, entuzjazmu, pozytywnego myślenia i zarażania ludzi wiarą, że warto się wysilić i ryzykować, by spełniać marzenia. Nawet te odległe i wymagające poświęcenia. Tak chyba może powiedzieć tylko człowiek, który sam nie ma odwagi do realizacji marzeń lub – co gorsza – nie ma marzeń….

To pokazuje, jak bardzo wiele w ludziach  ograniczeń, skostnienia,  wewnętrznie stetryczenia, jak mało pasji i zrozumienia dla pasji.

A jaki Wy dalibyście komentarz do takiej informacji o młodej Holenderce? Jak sami odbieracie jej wyczyn? Jaka jest Wasza determinacja do realizacji marzeń? Jak duży wysiłek jesteście w stanie zrobić i co zaryzykować, by spełnić marzenia?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , , , ,

Dzień Wdzięczności

Sierpień 31st, 2011

Zadzwoniła do mnie dziś Przyjaciółka i powiedziała, że chciałaby, aby 31 sierpnia – Rocznica Solidarności był Dniem Wdzięczności. Że fajnie by było, gdyby w kontekście takiego dnia ludzie robili listy osób, którym mogą wysłać wyrazy wdzięczności, tak jak kartki z życzeniami świątecznymi, żeby wysyłali do siebie takie kartki, smsy, maile. Taki dzień, kiedy “zbieramy” otrzymane dobro, skupiamy w myślach ludzi, którym możemy być wdzięczni, także tych, którym być może nie okazaliśmy tej wdzięczności.

I zaczęłam się zastanawiać, czy noszę w sobie i czy pielęgnuję wdzięczność. Wdzięczność z głębi wnętrza, która nie jest niczym wymuszona, nie jest „narzędziem”. Pomyślałam, że czasem zbyt łatwo  „kolekcjonuję” przykre sytuacje, pamiętam  trudne doznania, a za mało przestrzeni zostawiam na co dzień właśnie na wdzięczność. Wdzięczność życiu, światu, losowi, wdzięczność ludziom. Konkretnym ludziom. Żeby postawa wdzięczności stała się jak codzienna kromka chleba – prosta, niemal oczywista, naturalna, a jednocześnie niezbędna dla zdrowego i harmonijnego życia.

Co ciekawe, gdy zaczynam myśleć o tym, komu i za co jestem wdzięczna, to ta lista rośnie, nawet drobiazgi nabierają nowej wartości. Wydobywam z pamięci dobre sytuacje, pozytywne zdarzenia, pozytywnych ludzi i świat pięknieje, a przy tym ja. Wdzięczność dodaje mi pozytywnej energii, pobudza, wzmacnia.

Jestem zatem za  – niech będzie taki Dzień Wdzięczności. 31 sierpnia, a może dla każdego w innym ważnym dniu. Żeby przypominał o Dobru. Żeby przypominał o okazywaniu wdzięczności i o jej magicznej sile. Nasz czas skupienia się na tym co otrzymaliśmy i otrzymujemy od życia, na tym, co pozytywne i wartościowe, na Tych, którzy to dobro wnosili i wnoszą w nasze życie. I jednocześnie żeby był to czas refleksji na tym, co dajemy, co wnosimy w życie ludzi – bliskich i mniej bliskich, nawet nieznanych. Zachęcam do refleksji, do wzbudzania i przeżywania wdzięczności. Ten sam świat staje się piękniejszy, a i my przy tym także piękniejemy i nabieramy energii.

W myślach zrobiłam swoją listę wdzięczności i poczułam, że jestem bogatsza. Zachęcam Was do tego.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , ,

Lubisz otaczać się szczęśliwymi ludźmi?

Czerwiec 23rd, 2011
Szkic tego postu napisałam jakiś czas temu. Dziś wracam do niego, żeby podzielić się z Wami swoim doświadczeniem i przemyśleniami.

W związku z pewnym spotkaniem biznesowym przejechałam tę samą trasę taksówką dwa razy – tam i z powrotem. Zwracam uwagę, że była to ta sama trasa, poza szczytem komunikacyjnym, a więc podobny czas przejazdu, widoki identyczne, pogoda niezmienna, dzień ten sam. Krótka trasa, bo niespełna 20 minut.

W jedną stronę jechałam z młodym kierowcą, energicznym, pogodnym człowiekiem, mającym swoją pasję, łatwo nawiązującym kontakt, serdecznym. Rozmowa toczyła się wartko, była dobra energia. Błyskawicznie dojechałam na miejsce i niemal żałowałam, że trasa nie trwała dłużej, bo i rozmawiać było przyjemnie.

Drogę powrotną pokonywałam z trudem – ta sama trasa okazała się baaaardzo długą i męczącą. To potwierdzenie względności czasu :-) . Dlaczego trasa taka długa i męcząca?  “Mój” drugi kierowca, równie młody człowiek co poprzedni, od pierwszej minuty narzekał, manifestował swoje niezadowolenie, marudził. Pogoda mu nie taka, bo deszcz i plucha, trasa nie taka, że szkoda, iż nie wziął innego zgłoszenia – na dworzec, szkoda że ja nie jadę dalej…   Więc ja na to spokojnie i z uśmiechem, że rozumiem iż wolałby kurs na 45 minut, ale ja potrzebuję konkretnie w to miejsce i nie zmienię planów (uśmiech). Myślałam, że się zmityguje, rozchmurzy, ale skąd. “Wiem, wiem, ale to czas, czekanie, tam nie będę miał klienta…” Przemilczałam licząc, ze zmieni się nastrój i klimat. Za chwilę jednak kierowca wpadł w kolejne narzekactwo: kasy fiskalne… Na to ja z uśmiechem i żartem, że może zmienić zawód na taki, w którym nie będzie miał kasy fiskalnej. Nie pomogło, rozwiązał worek narzekań i pretensji do kuli ziemskiej, że jest okrągła, a nie kwadratowa.

Zapytałam grzecznie, czy miał zły dzień. Tu otrzymałam zaskakującą odpowiedź. Ależ skąd, dzień ma dobry (!?), ale ta demokracja i rząd… Nie miałam już siły i ochoty słuchać narzekającego na wszystko człowieka. Przestałam słuchać.

Gdybyś po takim doświadczeniu i na jego podstawie miał / miała zatrudnić kierowcę, który ma Cię wozić do pracy każdego dnia, to który z kierowców dostałby to zlecenie? Którego zatrudnisz?

Kto zatrudni konia ze stale zwieszoną głową do zaprzęgu weselnego?

Kto zleci liczenie gwiazd człowiekowi ze spuszczona głową?

Jeśli masz pogodnych, entuzjastycznych ludzi wokół, to trudne sprawy łatwiej rozwiązać, zmęczenie dopada znacznie później, słońce świeci dłużej i intensywniej, energii przybywa, łatwiej myśleć koncepcyjnie, łatwiej być twórczym, skutecznym. Takie jest moje doświadczenie. Jak masz pogodnego, optymistycznie nastawionego do życia człowieka obok -  ciekawego, dobrego rozmówcę czy po prostu pogodnego partnera w działaniu , to czas upływa szybko, a działanie wydaje się lżejsze i efekt lepszy.

A Ty? Jakie są Twoje rozmowy telefoniczne? Jakie rozmowy ze znajomymi? Jak mówisz o swojej pracy? Czym karmisz siebie i otoczenie? Jaką energię przekazujesz i jaką w sobie utrwalasz?   Tak sobie pomyślałam: kiedy marudzisz i narzekasz na kiepski świat siedząc w autobusie lub w przedziale w pociągu, nigdy nie wiesz, czy obok Ciebie w tym samym przedziale w nie siedzi ktoś, kogo jutro może zobaczysz jako swojego potencjalnego szefa na rozmowie kwalifikacyjnej. Jakie będziesz miał szanse przekonać go, że jesteś pełen entuzjazmu, zadowolenia z życia, pasji, jeśli dziś zaprezentowałeś się jak ten drugi taksówkarz? Ile szans możemy zmarnować przez takie narzekactwo?

Kiedy marudzisz i narzekasz na kiepski świat, to ten świat staje się taki kiepski, że giną w nim rzeczy dobre. Ja wciąż odrabiam tę lekcję – łapię się na chwilach narzekactwa, niemniej z zadowoleniem stwierdzam, że robię postępy – odchodzę od marudzenia ku radości i zadowoleniu. Lubię mieć w swoim zespole, otoczeniu, sąsiedztwie szczęśliwych i radosnych ludzi. A ty? Ode mnie, od Ciebie zależy, jakich ludzi skupiamy wokół siebie. Jeśli jesteś narzekaczem – jest duże prawdopodobieństwo, że skupisz wokół siebie ludzi narzekających, smutnych, z kiepską wizją świata i będziecie się w tym narzekaniu i cierpiętnictwie wspierać i „podkręcać”, wzajemnie infekować. Inni nie wytrzymają i uciekną.

W ten sposób smutni i wiecznie niezadowoleni gromadzą się w smutne grupy i wspierają w swoich smutnych smutkach, zastępując tym smuceniem konstruktywne działanie. To jak wirus, który zaraża i mutuje. Niezadowolenie jest łatwe. Zadowolenie wymaga pewnego wysiłku. :-) Zadowoleni i pogodni zbierają się w zadowolonych grupkach z innymi pogodnymi i zadowolonymi,  i dodają sobie energii i zarażają entuzjazmem. Mają pogodne życie. A niezadowoleni patrzą na nich i mają powód, by czuć się jeszcze bardziej niezadowolonymi. :-) Co wybierasz na co dzień?

Od jakich słów i wiadomości rozpoczynasz rozmowę telefoniczna z przyjacielem, przyjaciółką? Jakimi słowami / myślami witasz dzień? Czy uczysz się od swojego psa? Czy jesteś swoim przyjacielem? Jakimi informacjami pozwalasz by inni karmili Cię na co dzień? Ile dobrych i pogodnych rzeczy zdarza się w Twoim dniu? Gdy myślisz o mijającym dniu, to widzisz  dobre czy te kiepskie zdarzenia? Kiedy myślisz o następnym dniu, to spodziewasz się rzeczy dobrych czy złych? Myślisz o tym, co może Cię spotkać ciekawego i pozytywnego? A pozytywny obraz świata i dobra energia przyciągają pozytywnych ludzi i sprzyjają zachowaniu zdrowia.

Myślę, że warto chronić się przed Smutasami, Nieszczęśnikami, Marudami, Niemocnikami, Ukrzywdzonymi i Bylejakimi. Towarzystwo Radosnych, Optymistycznych, Nadziejnych, Zadowolonych, Szczęśliwców, Nasyconych, Energicznych, Mogących, Chcących, Ciekawych, Spełnionych, Dążących, Uśmiechniętych jest najlepszym towarzystwem na kolejne lata. Żebym mogła wśród nich być – potrzebuję pielęgnować w sobie ich cechy.

Gdzie jesteś? W której grupie?

Pozdrawiam, Ewa

Co dobrego u mnie? Za kilka dni mam urodziny. Kiedy myślę o tym, to przypominam sobie, ilu wspaniałych czy ważnych rzeczy doświadczyłam, jak wielu ciekawych i wartościowych ludzi poznałam, jak wiele rzeczy w sobie i swoim życiu zmieniłam na pozytywne i radosne, ile się nauczyłam, a ile dowiedziałam o sobie.  :-)   I myślę o tym, ile jeszcze dobrych rzeczy przede mną. Więc uśmiecham się do tych moich lat i nadal pracuję nad codziennym wyszukiwaniem tego, co dobre, a minimalizowaniem narzekactwa i smutactwa.

Uncategorized , , , , , , , , , , , ,

Vivere militare est (?)

Czerwiec 4th, 2011

Wczoraj sprawdzałam różne terminy w kalendarzu i znalazłam info, że  17 czerwca to Światowy Dzień Walki z Pustynnieniem i Suszą. Zaczęłam zatem sprawdzać, jakie jeszcze walki podkreślamy czy honorujemy  specjalnymi dniami. Znalazłam  m.in. Dzień Walki z Analfabetyzmem, Dzień Walki z Otyłością, Międzynarodowy Dzień Walki z Faszyzmem i Antysemityzmem,  Międzynarodowy Dzień Walki z Ubóstwem. Zaczęłam z ciekawości  „googlować’  i do tego doszły : dzień walki z depresją, dzień walki z AIDS, walki z anoreksją,  walki z bezrobociem, walki z dyskryminacją, dzień walki z głodem,  z homofobią ,  z hałasem, z narkomanią, dzień walki z ubóstwem, dzień walki ze stresem.

Idąc dalej w swoich poszukiwaniach znalazłam: walka o pokój, walka o władzę, walka o stanowisko, walka o prawa obywatelskie, o przyjaźń, o związek,  o ukochaną, o kulturę, o nasze szczęście, walka o zdrowe i piękne włosy, walka firmy o sukces rynkowy, walka o lepsze wyniki, walka o relacje, walka z trudnościami, walka ze słabościami …. To rzecz jasna nie wszystkie walki…

Rozbawiła mnie „walka ze stresem” bo uświadomiłam sobie, że stres jest nierozłączny jeśli chodzi o walkę!  Z kolei walka z otyłością,  to nic innego, jak działania na rzecz zdrowego stylu życia i odżywiania.  „Walka o kulturę” – kultura jako efekt walki? Trofeum wojenne?  Pomyślałam, że walka staje się swoista kulturą naszych czasów.  Zamiast „walki o zdrowe i piękne włosy” proponuję dbałość o włosy i zdrowie.  Zamiast Dnia Walki z Hałasem proponuję Dzień Ciszy.  Zamiast walki z chorobami, proponuję skupienie się na ich leczeniu, profilaktykę, działania prozdrowotne, wzmacnianie ludzi chorych, dodawanie im dobrej energii, wiary, siły, motywowanie do zmiany szkodliwego stylu życia etc. Nie walczmy o lepsze samopoczucie, o lepsze relacje – dbajmy raczej o nasze dobre samopoczucie, budujmy dobre relacje. Słowo „walka” wyklucza istnienie dobrej relacji! Wyklucza związek, a przecież powszechne jest powiedzenie, że o związek warto walczyć. Słowo „walka” jest po przeciwnej stronie do „budowania”, „tworzenia”, „rozwoju”, “pomagania”.

Jak można walczyć o pokój? Przecież sam ten zwrot wyklucza możliwości pokojowych rozwiązań, bo skoro sam walczysz, to dajesz walkę a nie pokój, niszczysz pokój – nie ma tu miejsca na pokój!  Matka Teresa z Kalkuty podobno regularnie odmawiała udziału i wiązania się z jakimikolwiek akcjami pod szyldem „walki o pokój” i ubolewała, że ludzie walczą o pokój, zamiast  działać na rzecz pokoju, bo wtedy mogłaby się dopiero do tego przyłączyć.

Jak chcesz wałczyć z analfabetyzmem? Zabijesz brak? Analfabetyzm to brak – brak umiejętności czytania i pisania. Walka z  głodem,  to kolejny przykład walki z brakiem (jedzenia).  Absurd? Tak. Bo zwrot niesie niewłaściwe przesłanie. Zamiast dnia walki z analfabetyzmem powinien być czas nauki czytania. Zamiast walki z głodem powinno być dostarczanie jedzenia, karmienie. Walka z brakiem skupia na braku, a nie na działaniach których celem jest dostatek. To jak wałczyć z brakiem pieniędzy zamiast zarabiać pieniądze! Skup się na zarabianiu, a nie na braku.

Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak znalezione w sieci: „Walcz z samym sobą” i „Życie to wielka walka z trudnościami”.

Walczyć z sobą samym? Przecież nie jestem swoim wrogiem. Mam agresywnie działać przeciwko sobie? Żeby się zniszczyć, pokonać? Może jednak nie walcz ze sobą. Rozwijaj się, dokształcaj, dbaj o harmonię, czyń dobro, twórz, buduj, wzmacniaj…

Walka to agresja, to przemoc, to napięcie, brak harmonii!  lepiej skup się na działaniu nieagresywnym – wspieraniu, uczeniu propagowaniu, dostarczaniu, uświadamianiu, etc. Skup się na efekcie pozytywnym, na dobrym celu.

Zobacz, jak inna jest energia w zwrotach: działanie na rzecz.., troska o… , starania o.. , dbałość o.. , rozwój czegoś.., wsparcie dla .. . budowanie czegoś… A te właśnie zwroty mogłyby w każdym z tych przypadków zostać wpisane w miejsce słowa „walka”.

Jeśli przyjąć, że nasze życie jest na miarę naszych najgłębszych przekonań i oczekiwań (często nieuświadomionych), które realizujemy, a język jest jedynie wyrazem tychże, to… popatrz, jak mówisz i popatrz, jak żyjesz…  Jeśli Twoje życie to walka, to zawsze znajdzie się jakiś wróg,  znajdziesz go, żeby walczyć. Jak go nie będzie, to go stworzysz, bo sensem Twojego życia będzie walka.
Zamiast skupiać się na wrogach – proponuję skupiać się na przyjaciołach i na tym, co dobre, na budowaniu.

Spodobało mi się to, co znalazłam na stronie Wałbrzyskiego Klubu Aikido:  ”Myśl o tym, aby nieść pokój ludziom na całej ziemi, a nie o tym, by nabrać siły i gromić zastępy wrogów.” W innym miejscu w sieci znalazłam to : „ Nie walcz z wiatrem, rozłóż ręce i spróbuj dzięki niemu szybować”.

Jestem przekonana, że życie jest lżejsze, łatwiejsze, piękniejsze i wartościowsze, gdy nie walczymy, a podejmujemy działania pokojowe. W każdej sferze. Warto zdjąć rękawice.

Pozdrawiam, Ewa

PS.

Tytuł tego  postu to sentencja Seneki Młodszego – Życie jest walką.
Mnie bardziej odpowiada życie, które jest pokojem, harmonią i wzrostem.

Uncategorized , , , , , , , , ,

Żeby się Wam lepiej pracowało…

Marzec 20th, 2011

Mam za sobą sporo lat pracy i niemało tzw. doświadczenia życiowego, niemniej wciąż spotykam się z postawami czy sytuacjami, które mnie zaskakują.  Niekiedy bardzo pozytywnie. Dziś wracam do notatki zrobionej jakiś czas temu, by w poście podzielić się z Wami swoim pozytywnym doświadczeniem. Uznałam, że to może być inspirujące.

Po kolei może. Działy techniki, informatyki etc są takimi komórkami w organizacji, które z założenia mają służyć tzw. wewnętrznym klientom, czyli innym pracownikom / działom. Z moich obserwacji jednak nie często się zdarza, że pracownicy tych działów to rozumieją. Wielu ludziom trudno jest przyjąć postawę służby. Wewnętrzny klient często „przeszkadza w pracy”, a działania tych zespołów sprowadzają się do „gaszenia pożarów”.  Wtedy jest „niedoczas”, nerwy, zniecierpliwienie etc.

Jakiś czas temu przeżyłam wielkie pozytywne zaskoczenie. Do każdego z moich pracowników podszedł człowiek i z pogodnym nastawieniem, ciepło, spokojnie i z niekłamana życzliwością zadał pytanie: „Co możemy dla Was zrobić, żeby Wam się lepiej pracowało?”. Świetne pytanie, super postawa! Słuchał cierpliwie o problemach, o czym rzecz jasna większość z nas opowiadała językiem nietechnicznym, wskazując na objawy, a nie przyczyny. Po nitce do kłębka powstała lista rozwiązań zawierająca informacje o koniecznych i o przydatnych zmianach. To był bardzo szybki proces i skuteczny, a przy tym przyjemny, życzliwy, serdeczny.

Po tej “roboczej wizycie” została w nas bardzo dobra energia, dodatkowa wartość, której nie umiem teraz nazwać. Poczucie, że dzieją się dobre rzeczy, gdy ludzie chcą się nawzajem zauważać, szanować, wspierać – właśnie w pracy, zgodnie z dobrze rozumianym pojęciem „służby”.,

Podejście takie jak zaprezentował zespół nazwijmy to wsparcia technicznego jest według mnie świetne z kilku powodów:

- pozwala wyprzedzać problemy, a nie reagować dopiero, gdy się pojawiają i “gasić pożary”,
- jest to postawa proaktywna, a nie reaktywna, co bardzo cenię i szanuję,
- inni pracownicy doceniają takie działania i odpowiadają na to życzliwością i chęcią współpracy,
- buduje się relacja wzajemnego szacunku i uznania,
- pracownicy, którzy spotkali się z takim pozytywnym traktowaniem chcą przekazywać to dalej,
- pracownicy budują dzięki temu bardzo pozytywny wizerunek siebie i swojej pracy.

Przy okazji – taka postawa to nie wynik odbytego szkolenia. Ci ludzie po prostu zdecydowali, że chcą być pomocni i wzajemnie się zarażają takim podejściem. Dla mnie super!

To zdarzenie, z pozoru niewinne i niewielkie, uświadomiło mi, że mogę częściej pytać moich ludzi: Czy jest coś, co mogę dla Was zrobić, żeby się Wam lepiej pracowało? Czy jest coś, co mogę dla Was zrobić, żebyście mogli być bardziej skuteczni? Czy jest coś, co mogę dla Was zrobić, żebyście przychodzili tu z coraz chętniej ?

To pytanie bardzo mi przypadło do gustu, bo  w samym pytaniu ukryty jest komunikat, że jestem gotowa zrobić coś konkretnie dla Ciebie czego potrzebujesz. Zgodzicie się, że to zupełnie inaczej brzmi, niż np. „Co można zrobić, żeby się nam lepiej pracowało, żebyśmy osiągali lepsze wyniki…”?. Zdecydowanie jestem za postawą: „Co mogę dla Ciebie zrobić, żeby Ci się lepiej pracowało”.

W kontekście powyższego przyszło mi do głowy, że warto analizować swoje postępowanie/działanie: Czy jesteś strażakiem nieustannie gaszącym pożary? Czy wyprzedzasz problemy, czy tylko za nimi podążasz? Działasz reaktywnie czy proaktywnie? Czy jesteś wsparciem dla innych? Czy tak właśnie postrzegają Cię inni ludzie i inne zespoły? Czy masz poczucie służby?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , , , ,

U psa podpatrzone

Styczeń 9th, 2011

Minęły święta, zaczął się kolejny rok – czas na nowe posty i nowe inspiracje. Dziś o tym, czego uczę się od swojego psa. :-)

Mój pies (zadowolona z życia jamniczka), mimo dojrzałego wieku,  każdego dnia rano budzi się z niezmienną radością – jakby w danym dniu miały go spotykać wyłącznie pozytywne, wspaniałe, ciekawe rzeczy. Spieszy się, żeby ani jedna  chwila mu nie umknęła. Tą radością i dobrą energią zaraża otoczenie. Podobnie zachowuje się wiele innych psów żyjących w „normalnych” warunkach.  Cieszą się (całymi sobą to okazując) z nadejścia nowego dnia. Psy mają – w moim przekonaniu –  niezwykłą zdolność zapamiętywania rzeczy przyjemnych (i tendencję do powtarzania ich i egzekwowania ich) oraz zdolność przechodzenia ponad rzeczami trudnymi. Nawet jeśli wczoraj dostał burę za kradzież kiełbasy z kanapki   :-), to nowy dzień zaczyna zupełnie “wolny”od tamtego nieprzyjemnego zdarzenia. A wszystko jest ciekawe i obiecujące.  I pogania Cię, żeby z Tobą szybciej dotrzeć do najbardziej fascynującego świata – trawnika tuż przed domem. :-)

Od mojego psa uczę się (czasem powoli niestety):

-  żeby każdy nowy dzień – bez względu na pogodę, dzień tygodnia, porę roku -  witać / przyjmować z ciekawością, entuzjazmem, z pozytywnym nastawieniem i bez marudzenia – jakby za drzwiami czekały na mnie wyłącznie pozytywne zdarzenia, rzeczy i ludzie,

- żeby trudne zdarzenia poprzedniego dnia nie odbierały mi energii w nowym dniu,

- żeby nie kontynuować w swojej głowie negatywnych sytuacji z poprzedniego dnia, bo to jak niepotrzebne przedłużanie im życia :-)

- żeby na zapas nie martwić się tym, co ewentualnie może się złego czy trudnego zdarzyć.

Czymś innym jest rozwiązywanie spraw, które pojawiły się poprzedniego dnia, a czymś innym „mielenie w głowie” cały czas przykrego zdarzenia i osłabianie się z tego powodu. Wczoraj było wczoraj. Dziś jest nowy, kolejny  (dobry) dzień! Nowa energia, nowe pomysły, nowe możliwości.

Co ciekawe – takie podejście rzeczywiście pozwala mi często znaleźć rozwiązania których poprzedniego dnia nie widziałam, zobaczyć wiele rzeczy czy spraw w nowym lepszym świetle. Wtedy też łatwo i naturalnie przychodzi mi bycie miłą dla innych, docenianie ich działań i starań oraz okazywanie tego. To pozytywne nastawienie sprawia, że także  inni ludzie częściej odnoszą się do mnie z życzliwością i uśmiechem. “Psia strategia” w podejściu do życia ma zdecydowanie wiele zalet. :-) „Psie” nastawienie sprawia, że wkraczam w dzień z dobrą energią. Że sprawy „załatwiają się”  łatwiej, szybciej, prościej, a w odniesieniu do tych skomplikowanych i trudnych łatwiej znajduję rozwiązania.  :-) I nie odczuwam zmęczenia tak, jak w dni, kiedy wstaję z negatywnym nastawieniem “do świata”.

Nie jest idealnie – nie zawsze pamiętam o „psiej strategii”, niemniej robię postępy :-) . Na dzień dobry włączam pogodną, energetyzujacą muzykę, czasem nawet podśpiewuję. Przecież mam wiele powodów, by być zadowoloną – przynajmniej tak, jak mój pies. :-)

Zachęcam i Was, byście do Waszych planów noworocznych dołączyli  budowanie u siebie „psiego nawyku” rozpoczynania dnia z pozytywnymi oczekiwaniami i pozytywnym nastawieniem. I pod koniec dnia (to już nie od mojego psa) – żeby pomyśleć, co dobrego wydarzyło się w danym dniu, co miłego i przyjemnego dane Wam było przeżyć.

Tymczasem na każdy czas w rozpoczętym roku i wielu kolejnych latach także życzę Wam pozytywnych dni pełnych dobrej energii i dobrych zdarzeń. :-)

Pozdrawiam, Ewa

PS. Moja jamniczka od pewnego czasu nie mieszka ze mną  – spełnia  ważną misję specjalną, niemniej ilekroć się spotykamy widzę nadal to samo – jej niezmienną radość z każdego nowego dnia. :-)

Uncategorized , , , , , , ,

Historia pewnej “Matki Nie-Polki” – post gościnny

Listopad 16th, 2010

Kiedy Monika zamieściła swój komentarz tutaj, po jego przeczytaniu pomyślałam, że byłoby bardzo dobrze (mam nadzieje, że przynajmniej niektórzy z Was podzielą moje zdanie) zamieścić na tym blogu post o zachowywaniu równowagi i “siebie” w relacjach matka-dzieci. Poprosiłam zatem Monikę o napisanie gościnnego postu. Dostałam go następnego dnia, co mnie niezwykle ucieszyło. Dziś publikuję ten post – jako inspirację, jako podpowiedź, drogowskaz.

Jest okazja, by pytać, rozmawiać, sięgać do doświadczeń kogoś, kto wie, doświadczył i żyje w poczuciu radości i spełnienia.  Kogoś, kto pokonywał trudności, odnajdywał siebie w nowej rzeczywistości – jako matka. Kogoś, kto podobnie jak ja nie jest zwolennikiem “poświęcania” się matki dla dziecka, ale – w odróżnieniu ode mnie – ma własne doświadczenia jako matka i może się do nich odnosić. Sami zresztą przeczytajcie.

Moniko, raz jeszcze bardzo Ci dziękuję i życzę wielu jeszcze nowych radości i dalszego spełniania się.

Pozdrawiam, Ewa

HISTORIA PEWNEJ MATKI NIE-POLKI

Dostałam od Ewy propozycję napisania postu o blaskach i cieniach rodzicielstwa w kontekście dbania o siebie jako osobę nie tylko jako matkę.

No cóż łatwo nie było. Czy wpadłam w rolę matki rodzicielki? Oczywiście!

Mam dwoje dzieci: dziewczynkę – w zasadzie kobietę – 20 letnią i 18 letniego mężczyznę. Różnica wieku między nimi jest bardzo mała więc z jednych pieluch wpadłam w drugie. Miałam 23 lata jak urodziłam moje pierwsze dziecko. Czy za wcześnie? Oczywiście, że za wcześnie. Dopiero skończyłam studia, mąż jeszcze studiował,  tyle że mieliśmy gdzie mieszkać. Pełen żywioł. Nasze dzieci są nieplanowane ale chciane, to dzieci miłości :-) .

Nagle po bardzo intensywnym życiu młodej radosnej studentki w wolnych chwilach jeżdżącej namiętnie konno – zostałam na 16 godzin sama w domu z dzieckiem. Myślałam, że się wścieknę i w dodatku byłam naprawdę sama – dziadkowie nie garnęli się do jakiejkolwiek pomocy. Mężowi też nie było łatwo, rzucił studia i pracował po 14 godzin dziennie na trzy a potem na cztery osoby.

Podjęliśmy decyzję, że dzieci do czasu przedszkola wychowujemy sami.

Gdy córeczka była malutka, jeździłam z nią na dłuuuuuuuuuugie spacery 4-5 godzinne. Chodziłyśmy sobie po parku, chodziłam do muzeów, na wystawy, czasem wchodziłam do sklepów, poznałam matki takie jak ja, spotykałyśmy się z naszymi dziećmi  i wspólnie spędzałyśmy czas.

Pierwszy bunt przyszedł jak córka miała około roku. Miałam dość i zbyt duże poczucie winy aby oddać ją gdziekolwiek pod opiekę a na nianię nie było mnie stać. Co robić? Zapisałam się na angielski ! Trzy razy w tygodniu, wieczorem. Jak mąż wracał z pracy, zostawał z dzieckiem a ja pędziłam do szkoły. To było to !!! Byłam bardzo zmęczona ale szczęśliwa.

Przynajmniej do czasu, aż zaszłam w ciąże z synem. Byłam przerażona jak ja sobie poradzę sama z dwojgiem dzieci? Mąż wtedy zmienił pracę i nie było go całymi dniami a i tak liczyliśmy się z każdym groszem. Wtedy podjęliśmy decyzję o oddaniu córki do żłobka na 3 miesiące a ja poszłam do pracy na 3 godziny dziennie, aby wyjść z domu i  „dorobić się” zasiłku z ZUS. Ta praca miała potem wpływ na moje dalsze wybory.

Dzieciaki rosły i były coraz fajniejsze, ich radość i otwartość na świat mnie inspirowały. Uwielbiałam się z nimi bawić, przewracaliśmy wtedy dom do góry nogami. Zabawki były wtedy wyłącznie kreatywne, bo albo nie można było nic kupić albo były dla mnie za drogie. Wystarczały nam więc kredki, farby, plastelina, papier itp. i tworzyliśmy własne arcydzieła. To były wspaniałe chwile.

Wtedy przyszła refleksja, zaraz a co z moim małżeństwem? Męża prawie nie ma, dzieci nie ma komu podrzucić? Wprowadziliśmy więc nakaz codziennej bliskości, czułości i miłości, czteroosobowych rodzinnych długich spacerów, zabaw i wyjść wieczornych do miejsc gdzie dzieci nikogo nie gorszą. Wtedy było ich niewiele. Bywaliśmy razem :-)

Drugi bunt – a co ze mną – przyszedł gdy syn miał dwa lata. Co zrobiłam? Poszłam do pracy na 8 godzin tygodniowo – do liceum jako nauczycielka – za moją skromna pensje opłacałam na te kilka godzin nianię do syna ( córka chodziła już do przedszkola ) – wychodziło co do grosza, a po południu jak mąż wracał z pracy, biegłam na studia podyplomowe na SGH.

Pracowałam w liceum dwa lata – w drugim roku na cały etat – syn był już w przedszkolu i skończyłam Handel  Zagraniczny na SGH. Dużo się wtedy nauczyłam. Przygotowywałam lekcje ( prezentację ) miałam kontakt z wieloma młodymi i starszymi osobami, byłam cały czas oceniana, musiałam wywiązać się z obowiązków.

Gdy syn poszedł do przedszkola po pól roku zmieniłam pracę i w tym nurcie pracuje do dziś.

Generalnie w pierwszych latach życia moich dzieci skupiałam się aby nie zapomnieć o sobie a w późniejszych aby nie zapomnieć o dzieciach.

W pracy stawiałam warunki – musiałam mieć czas dla dzieci – nie chciałam aby chodziły z kluczem na szyi. Umówiłam się na pracę – „że będzie zrobione”, nie ważne w jakich godzinach i kiedy – ale na czas.

Miałam więc czas dla dzieciaków, chodziłam na przedstawienia, na basen, na tenisa – z dziećmi i sama w tym samym czasie. Codziennie miały ugotowany obiad i pomoc w lekcjach oraz dowolną ilość czasu na porozmawianie z mamą i również nareszcie z tatą. A ja? No cóż skończyłam jeszcze studia podatkowe, staram się do tej pory raz w miesiącu iść na jakieś szkolenie, ten mój typ tak ma, lubię się uczyć.

Mąż przez te lata awansował, zaczął dobrze zarabiać, stać nas było na prywatną szkołę i na panią do sprzątania, przeprowadziliśmy się do domu i co najdziwniejsze miał więcej czasu!!!

Jak dzieci były w połowie szkoły podstawowej, założyłam własną firmę i tak jest do dziś.

Nasza wspólną pasją z mężem są podróże. Od najmłodszych lat za ostanie grosze, zabieraliśmy dzieci najpierw w Polskę pod namiot ( nawet 10 miesięczną córkę ) potem coraz dalej i dalej. Nasze dzieciaki znają Polskę wzdłuż i wszerz i zaszczepiliśmy im ciekawość świata. Teraz znają po dwa języki biegle i podróżują sami, wszędzie bez żadnych oporów.

Od początku uczyłam dzieci samodzielności, trochę nie miałam wyjścia :-) , wychowując je tylko z mężem. Jak roczne dziecko chciało samo jeść – proszę bardzo łyżka do ręki – potem tylko trochę sprzątania.  :-) Dziś córka usamodzielniła się, mieszka z koleżankami w wynajętym na spółkę mieszkaniu na które sama zarabia, studiuje. Syn robi w tym roku maturę.

A my z mężem? Mamy drugą młodość, dzięki temu, że w porę się obudziliśmy i znaleźliśmy miłość w codzienności. Czy za wcześnie urodziłam dzieci – NIE -  w sam raz. Mam teraz 43 lata, własna firmę, wychowane dzieci, jestem ciągle młoda i szczęśliwa. Jestem żoną szczęśliwego,  zadbanego i spełnionego zawodowo i rodzinnie człowieka, który mnie kocha bardziej niż w dniu ślubu i którego ja kocham.

Co teraz robimy? Cieszymy się życiem i zdrowiem, podróżujemy, ja hoduję kwiaty w ogrodzie, mąż fotografuje. Mamy przyjacielskie stosunki z dziećmi, które dbają o to, abyśmy byli wszyscy szczęśliwi.

Jestem niefrasobliwą matką? :-) Może tak, za to bardzo dobrą dla siebie i dla dzieci.

Pozdrawiam Serdecznie

Monika Góralska



Uncategorized , , , , ,

Dag Hammarskjöld i spełnione życie

Listopad 14th, 2010

“Żyj tak, aby w dniu twojej śmierci wszyscy płakali -  ty jeden byś łzy nie miał w oku i śmierć przyjął spokojnie, kiedykolwiek przyjdzie.” (Dag Hammarskjöld)

Jakieś 20 lat temu a może więcej przeczytałam ten tekst w niewielkiego formatu książeczce pod tytułem (jeśli dobrze pamiętam) ‘Drogowskazy”. Niestety książki już nie mam, bo była to jedna z wielu rzeczy, jakie kilkanaście lat temu w wyniku kradzieży utraciłam w dniu przeprowadzki do Warszawy (nawiasem mówiąc zostałam z tym, co miałam na sobie – takie “serdeczne powitanie” w stolicy). Już wtedy tekst ten zrobił na mnie wielkie wrażenie. Zapamiętałam go i potraktowałam jako swój osobisty drogowskaz.

Pamiętam, że wówczas główną moją  myślą było: “żeby nikt przeze mnie nie płakał”. A zatem – “chcę być dobrym człowiekiem, żyć dobrze”. To wbrew pozorom wcale nie jest łatwe zadanie na życie.  :-) Przede wszystkim skupiłam się na tym, by w swoim życiu nie krzywdzić (przynajmniej świadomie i celowo) innych. I do tego – by jak najwięcej dobra dać innym, by pomagać, wspierać, Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że z realizacją bywało różnie, efekty moich działań nie zawsze były świetlane, choć intencje na ogół dobre i szczere. Myślę też, ze unikanie zła jest gorszą postawą życiową od nastawienia na dobro, ale to na marginesie. Przeżywszy kolejne 20 lat wracam do tego tekstu i wywołuje on nadal emocje i prowokuje do szeregu refleksji. Dziś jednak tych refleksji jest znacznie więcej:

- W czynieniu dobra nie wystarczą dobre chęci i najlepsze intencje, równie ważna jest realizacja, efekt finalny (niekoniecznie natychmiastowy).

- Jeśli  jakaś sprawa budzi moralne / etyczne  wątpliwości, wątpliwe są dobre efekty – warto zdać się na intuicję i nawet zaniechać działania, by nie przyczyniać się choćby samą swoją obecnością do działań wątpliwych.

- Bywa, że coś, co w krótkiej perspektywie wydaje się złe, niesie cierpienie, sprawia ból – z czasem (większa perspektywa) jest pozytywne i korzystne (jak z bólem zastrzyku czy wyrwania zęba). Poważne zmiany w życiu często obarczone są jakimś rodzajem cierpienia, wyrzeczenia itp.

Powyższe dotyczy zarówno działań nakierowanych na druga osobę, jak i tych, które dotyczą nas samych.

I jeszcze kilka następnych ważnych (według mnie) myśli, którymi chcę się z Wami podzielić:

- Obdarzać szczęściem czy radością i innymi pozytywnymi emocjami czy darami może naprawdę tylko osoba, która je posiada. To tylko pozornie oczywiste – czasem ludzie nie radząc sobie z własnym życiem skupiają się na życiu innych (ludzi, zwierząt), w ten sposób uciekając przed dokonaniem zmian u siebie. Oznacza to jeszcze jeden ważny obszar odpowiedzialności za własne życie (kiedyś przeze mnie marginalizowany lub pomijany), że trzeba koniecznie dbać o własne zasoby – w myśl powiedzenia, że “z próżnego i Salomon nie naleje”. Nie mam tu na myśli jedynie tych finansowych, materialnych zasobów i nawet w mniejszym stopniu te, a bardziej zasoby wewnętrzne, nazwijmy duchowe, emocjonalne, psychiczne.

- Aby pod koniec życia nie płakać, należy realizować też własne pragnienia, marzenia, żeby mieć poczucie spełnienia – nie da się życia nadrobić “na ostatnią chwilę”.

- Warto próbować różnych “smaków”, poznawać jak najwięcej, by wiedzieć, co się naprawdę lubi, co jest dla nas naprawdę dobre, by móc świadomie dokonywać wyborów.

- Pogodzenie z życiem to znacznie mniej, niż poczucie spełnionego życia (czy jesteś tylko pogodzony ze swoim życiem, czy też się w nim spełniasz?).

- Równowaga między dawaniem a braniem jest niezwykle ważna i warto o to dbać, żeby zachowywać równowagę,  wewnętrzną harmonię, mieć dobre relacje z ludźmi, nie hodować w sobie poczucia wykorzystania albo zaniedbania, krzywdy, żalu, niespełnienia, żeby nie oczekiwać wdzięczności i podziękowań jako rekompensaty, bo to odbiera dobrą energię i pozytywną motywację.

- Jeśli ktoś chce dawać dobro (jakkolwiek rozumiane – materialne czy niematerialne), powinien nauczyć się także przyjmować dobro. I odwrotnie – jeśli otrzymujesz, to także dawaj.  Bycie wyłącznie obdarowującym lub wyłącznie obdarowywanym  (niezależnie od rodzaju daru) zaburza równowagę, oddziela obdarowanego od obdarzającego i zaczyna być źródłem złych emocji czy doznań (np. poczucie wyższości, pycha,  roszczeniowość, poczucie braku,  zgorzknienie, zniechęcenie, poczucie niesprawiedliwości etc)

- Jeśli lubisz obdarowywać, bo sprawia Ci to radość, to pozwól drugiej stronie na doznawanie tego samego – pozwalaj się obdarowywać. Przyjmuj dary, pozwalaj sobie pomagać, pozwalaj innym na sprawianie Ci radości.

- Nie uprawiaj samooszukiwania się – jeśli nie jest dobrze, to nie wmawiaj sobie, że jest inaczej, nie “wytrzymuj”,  tylko szukaj drogi zmiany.

- Jeśli obdarowujesz – rób to z myślą o obdarowywanym, a nie o sobie i swoich korzyściach. W przeciwnym wypadku będziesz go jedynie używał dla własnego dobrego samopoczucia.

- Jeśli nie możesz oddać dobra temu, od kogo je dostałeś – podaj dobro dalej. :-)

- Skoro nie znamy dnia swojej śmierci – każdy dzień życia jest tak samo istotny i nie należy tego co dobre odkładać na później. Ani w dawaniu, ani w braniu.  Jeśli każdy dzień przeżyje dobrze, w poczuciu nasycenia, spełnienia, to niezależnie od czasu odejścia – moje życie będzie spełnione. Niezłe zadanie – niezależnie od wieku i warunków, w jakich żyjemy.

Czy dbacie o równowagę w dawaniu i braniu? Czy pod koniec dnia zastanawiacie się, co dobrego się w nim wydarzyło? Co dobrego zrobiliście dla innych a co dobrego dla siebie? Co dobrego otrzymaliście, co dobrego Was spotkało?

Czy pielęgnujecie w Waszym życiu  pasję, entuzjazm, radość?

Czy macie marzenia? Czy podążacie za swoim marzeniem, czy rozmieniliście je może niezauważalnie na codzienne rutynowe działania służące jedynie “zapełnieniu miski” i spłacie kredytu?

Jeśli w Waszym życiu (tak jak w  moim) – tzw. osobistym czy zawodowym -   są rzeczy, sfery, obszary, działania, postawy etc, które wymagają zmian, które chcecie zmienić – zacznijcie teraz. Nie jutro, za miesiąc, za rok – teraz. Krok po kroku – ale od już. Nie odkładajmy “prawdziwego życia” na “kiedyś”. Niezależnie od wieku – nie wiemy, ile mamy tego “kiedyś”. Życie jest teraz.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Róże Victorii

Październik 15th, 2010

W sierpniu w poście o ograniczających przekonaniach zacytowałam Victorię Schnabel. Teraz ciąg dalszy Jej wypowiedzi:

Nasze wcześniejsze niepowodzenia, winy, wstyd mogą stać się kompostem, który pomoże naszym różom wspaniale rozkwitnąć (Victoria Schnabel).

Bardzo podoba mi się i przemawia do mnie to zdanie o kompoście. Hmm, w tym tygodniu przygotowywałam na zimę pelargonie. Nadal pięknie kwitną, ale czas było porobić szczepki na nowy sezon. Lubię kwiaty w swoim otoczeniu. Lubię, gdy kwitną. I lubię, gdy moje życie kwitnie.

Do kompostownika na działce moich rodziców trafiają niepotrzebne organiczne odpadki, chwasty, uwiędłe i zepsute owoce, by po jakimś czasie wrócić na grządki w postaci nawozu – naturalnego i bardzo wartościowego. Ten naturalny nawóz wzmacnia młode rośliny i przyczynia się do powstania dobrych, dorodnych i wartościowych owoców.

Idąc myślą za Victorią, do kompostownika od pewnego już czasu wrzucam swoje  niepowodzenia, złe lub głupie wybory czy decyzje, rzeczy, z których dumna nie jestem, ale i poczucie winy czy wstydu (któż z nas nie doświadczał… ). Mogłabym oczywiście się nimi zasłaniać i usprawiedliwiać niczego nie zmieniając w sobie i swoim sposobie życia czy działania, tkwić w tym własnym zachwaszczonym ogródku. Ale mogę też powiedzieć sobie: to nie było dobre, nie jestem z siebie dumna, ale wybaczam sobie, zostawiam za sobą. Zamiast tygodniami analizować, przywracać do życia w myślach te zdarzenia – lepiej skupić się na tym, co teraz mogę zrobić w swoim życiu. Będąc bogatsza o nowe doświadczenia –  idę dalej. Nie zamykam się na to co było, nie zatrzaskuję za tym drzwi i nie udaję, że tego nigdy nie było. Nie odcinam się od swojego życia, ale nie zamierzam żyć przyglądając się niezmiennie temu co było. Bo z takiego przyglądania się i tkwienia w przeszłości owoców nie będzie. Mówię sobie: “Teraz wiem więcej o sobie i o życiu, jestem bogatsza o wiele doświadczeń i mogę żyć i działać lepiej.” Kompost pomaga  “rozkwitać różom”. Moim różom.

Podstawą do zmiany jest stawanie w prawdzie przed samym sobą. łagodnie i z życzliwością, choć bez znieczulenia.

Każdy czas jest dobry na taką zmianę – od patrzenia w przeszłość z poczuciem niezadowolenia, do patrzenia w przyszłość i działania „pro”. Nie ma nieodpowiedniego wieku dla takiej zmiany. Nie ma ograniczenia czasowego, że zmiana musi się dokonać w określonym czasie, a jak nie, to “przegrane”. Wszystko to, czego doświadczaliśmy do tej pory może nas wspierać, może być naszym kapitałem (nawet jeśli nie zawsze widzimy to właśnie w ten sposób). Co więcej – negatywne doświadczenia mogą nas inspirować, pomagać w znalezieniu nowych ciekawych dróg.

To, o czym piszę dotyczy zarówno sfery prywatnej jak i zawodowej. Jeśli w pracy potykamy się o projekty, ludzi, relacje etc, to możemy się skupiać na niepowodzeniach i trawiąc je – energia idzie w przeszłość a nie w przyszłość. Jeśli rzucam to na kompost – będą z tego korzyści. Doświadczałam kiedyś w pracy niesprawiedliwego traktowania, zachowań mobbyingowych, doświadczałam braku szacunku i docenienia. Dziś tamte doświadczenia owocują. Pamiętam o nich w codziennej pracy ze swoim zespołem. Lubię swój zespół i szanuję za ich pracę, postawę, odwagę, czasem bezkompromisowość, za  zaangażowanie, otwartość – sporo powodów do codziennego lubienia. Moje doświadczenia nauczyły mnie, jak mogę dawać to, czego nie doświadczałam sama. Oczywiście nie jestem aniołem :-) , bywam też trudnym szefem. Ale nawet w takich momentach przychodzi do mnie refleksja – wrzucam na kompost te nowe doświadczenia – doświadczanie siebie w nowych kontekstach i bogatsza działam dalej. Nie warto skupiać się na tym, co nadaje się już tylko na kompost. Warto jednak to wykorzystać, żeby róże mogły zakwitnąć. Na pustyni kwiaty nie rosną. Zatem nasze doświadczenia, także te „kompostowe” tworzą żyzną glebę dla naszego rozwoju. Nie warto się od nich odcinać.

Masz swój kompostownik? Czas wygrabić to, co nadaje się na kompost. :-) Zbierz wszystko co nadaje się na ten kompost właśnie teraz jesienią. Nie ma sensu nosić tego ze sobą przez całą zimę. Wiosną zakwitną Twoje róże – róże Victorii. Róże zwycięstw nad własnymi słabościami, niemocą, złymi doświadczeniami, potyczkami z życiem i ze sobą.

Pozdrawiam,

Ewa

ps. Chwasty mają to do siebie, że próbują utrzymać się przy życiu (w naszym życiu). Wyłażą zatem czasem z kompostownika i wpełzają znów na grządkę. Ale jeśli już wiemy, że to tylko chwast i że jego miejsce jest w kompostowniku – możemy to opanować. :-)

Uncategorized , , , , , , , , ,

Kochasz życie? Twoje życie to Twój czas

Wrzesień 22nd, 2010

Kochasz życie? Nie trwoń zatem swego czasu, ponieważ ono jest z niego utkane. “

(Benjamin Franklin)

To jedno zdanie sprawiło, że wzięłam dużą kartkę papieru i zaczęłam poważnie zapisywać, co robię w czasie danym mi na życie. Każdego dnia to  kilkanaście świadomych godzin. To godziny mojego życia, które nigdy nie wrócą, które się nigdy nie powtórzą. Nie da się niczego skorygować, wyciąć, przepisać. Tu nie zadziała ani “backspace”, ani “delete”.  Jest tylko “enter”. :-) Potem było kilka kolejnych kartek. :-)

Jak ten czas przeżywam? Jakich dostarczam sobie emocji, doznań? Czy to mnie wzmacnia i rozwija, czy osłabia i zniechęca? Z kim ten czas przeżywam, czy to dobre towarzystwo (w pracy i poza pracą), czy mi to służy – jeśli tak, to w jakim zakresie i czemu służy. Jeśli nie służy – to co mogę zrobić, żeby było inaczej. Czy to co robię ma pozytywny wpływ na moje samopoczucie i na moją  teraźniejszość oraz przyszłość. Na co brakuje mi wiecznie czasu i dlaczego od dawna “bronię się” czy “nie robię wysiłku” w kierunku podjęcia pewnych aktywności, choć wiem, że są ważne? Co odkładam na później? Czy to odkładanie mi służy? Jaka jest tkanina, którą tkam z poszczególnych chwil swojego życia? Co z niej chcę uszyć?  Czy proporcje pomiędzy pracą, czasem na odpoczynek fizyczny, czasem “ładowania baterii”, czasem na relacje z ludźmi, czy czasem na działania mogące pozytywnie wpływać na moje dalsze życie (rozwój zawodowy) są właściwe (dla mnie dobre)? Ile czasu mam dla siebie – przecież jestem dla siebie ważna – i jak ten czas wykorzystuję? Dużo ważnych pytań.

Kolejne (długie) spotkanie ze sobą mam za sobą. I kolejne działania na swoją rzecz mam przed sobą. :-) Czy to był dobrze wykorzystany czas? Zobaczę po efektach. ;-)

A Ty? Kochasz życie?

Trwonisz czas, z którego jest ono utkane? Coś warto poprawić w tej tkaninie? Co chcesz z niej uszyć?

A może jesteś bardzo dobrze zorganizowany, chodzisz w ramkach planu dnia? A czy w tym planie jesteś Ty czy tylko Twoje obowiązki?

Tu pojawia się kilka znanych przecież wszystkim Wam pytań, do których według mnie warto co jakiś czas wracać:

  • Jak gospodarujesz swoim czasem? jesteś z tego zadowolony? Robisz to świadomie?
  • Ile czasu przeznaczasz tylko dla siebie, na spotkanie sam na sam ze sobą?
  • Ile czasu przeznaczasz na swoją kondycję, dobre samopoczucie fizyczne?
  • Jaki procent czasu przeznaczasz na własny rozwój?
  • Gdybyś miał do syta czasu, na co byś go chciał jeszcze przeznaczyć?
  • Na co brakuje Ci czasu?
  • Jaki procent czasu przecieka Ci przez palce bez kontroli i bez potrzeby, nie służąc ani odpoczynkowi, ani relacjom, ani rozwojowi, ani pracy? Czy ten przeciekający przez palce czas sprawia, że masz więcej energii? Czy mniej?

Na czas przeszły nie mamy już wpływu. Szkoda więc teraźniejszości na przeszłość. :-)

Mamy wpływ na to, co wybieramy w każdej chwili czasu teraźniejszego. :-)

Pozdrawiam, Ewa


Uncategorized , , , , , , ,