Archiwum

Posty oznaczone ‘jakość życia’

Lubisz otaczać się szczęśliwymi ludźmi?

Czerwiec 23rd, 2011
Szkic tego postu napisałam jakiś czas temu. Dziś wracam do niego, żeby podzielić się z Wami swoim doświadczeniem i przemyśleniami.

W związku z pewnym spotkaniem biznesowym przejechałam tę samą trasę taksówką dwa razy – tam i z powrotem. Zwracam uwagę, że była to ta sama trasa, poza szczytem komunikacyjnym, a więc podobny czas przejazdu, widoki identyczne, pogoda niezmienna, dzień ten sam. Krótka trasa, bo niespełna 20 minut.

W jedną stronę jechałam z młodym kierowcą, energicznym, pogodnym człowiekiem, mającym swoją pasję, łatwo nawiązującym kontakt, serdecznym. Rozmowa toczyła się wartko, była dobra energia. Błyskawicznie dojechałam na miejsce i niemal żałowałam, że trasa nie trwała dłużej, bo i rozmawiać było przyjemnie.

Drogę powrotną pokonywałam z trudem – ta sama trasa okazała się baaaardzo długą i męczącą. To potwierdzenie względności czasu :-) . Dlaczego trasa taka długa i męcząca?  “Mój” drugi kierowca, równie młody człowiek co poprzedni, od pierwszej minuty narzekał, manifestował swoje niezadowolenie, marudził. Pogoda mu nie taka, bo deszcz i plucha, trasa nie taka, że szkoda, iż nie wziął innego zgłoszenia – na dworzec, szkoda że ja nie jadę dalej…   Więc ja na to spokojnie i z uśmiechem, że rozumiem iż wolałby kurs na 45 minut, ale ja potrzebuję konkretnie w to miejsce i nie zmienię planów (uśmiech). Myślałam, że się zmityguje, rozchmurzy, ale skąd. “Wiem, wiem, ale to czas, czekanie, tam nie będę miał klienta…” Przemilczałam licząc, ze zmieni się nastrój i klimat. Za chwilę jednak kierowca wpadł w kolejne narzekactwo: kasy fiskalne… Na to ja z uśmiechem i żartem, że może zmienić zawód na taki, w którym nie będzie miał kasy fiskalnej. Nie pomogło, rozwiązał worek narzekań i pretensji do kuli ziemskiej, że jest okrągła, a nie kwadratowa.

Zapytałam grzecznie, czy miał zły dzień. Tu otrzymałam zaskakującą odpowiedź. Ależ skąd, dzień ma dobry (!?), ale ta demokracja i rząd… Nie miałam już siły i ochoty słuchać narzekającego na wszystko człowieka. Przestałam słuchać.

Gdybyś po takim doświadczeniu i na jego podstawie miał / miała zatrudnić kierowcę, który ma Cię wozić do pracy każdego dnia, to który z kierowców dostałby to zlecenie? Którego zatrudnisz?

Kto zatrudni konia ze stale zwieszoną głową do zaprzęgu weselnego?

Kto zleci liczenie gwiazd człowiekowi ze spuszczona głową?

Jeśli masz pogodnych, entuzjastycznych ludzi wokół, to trudne sprawy łatwiej rozwiązać, zmęczenie dopada znacznie później, słońce świeci dłużej i intensywniej, energii przybywa, łatwiej myśleć koncepcyjnie, łatwiej być twórczym, skutecznym. Takie jest moje doświadczenie. Jak masz pogodnego, optymistycznie nastawionego do życia człowieka obok -  ciekawego, dobrego rozmówcę czy po prostu pogodnego partnera w działaniu , to czas upływa szybko, a działanie wydaje się lżejsze i efekt lepszy.

A Ty? Jakie są Twoje rozmowy telefoniczne? Jakie rozmowy ze znajomymi? Jak mówisz o swojej pracy? Czym karmisz siebie i otoczenie? Jaką energię przekazujesz i jaką w sobie utrwalasz?   Tak sobie pomyślałam: kiedy marudzisz i narzekasz na kiepski świat siedząc w autobusie lub w przedziale w pociągu, nigdy nie wiesz, czy obok Ciebie w tym samym przedziale w nie siedzi ktoś, kogo jutro może zobaczysz jako swojego potencjalnego szefa na rozmowie kwalifikacyjnej. Jakie będziesz miał szanse przekonać go, że jesteś pełen entuzjazmu, zadowolenia z życia, pasji, jeśli dziś zaprezentowałeś się jak ten drugi taksówkarz? Ile szans możemy zmarnować przez takie narzekactwo?

Kiedy marudzisz i narzekasz na kiepski świat, to ten świat staje się taki kiepski, że giną w nim rzeczy dobre. Ja wciąż odrabiam tę lekcję – łapię się na chwilach narzekactwa, niemniej z zadowoleniem stwierdzam, że robię postępy – odchodzę od marudzenia ku radości i zadowoleniu. Lubię mieć w swoim zespole, otoczeniu, sąsiedztwie szczęśliwych i radosnych ludzi. A ty? Ode mnie, od Ciebie zależy, jakich ludzi skupiamy wokół siebie. Jeśli jesteś narzekaczem – jest duże prawdopodobieństwo, że skupisz wokół siebie ludzi narzekających, smutnych, z kiepską wizją świata i będziecie się w tym narzekaniu i cierpiętnictwie wspierać i „podkręcać”, wzajemnie infekować. Inni nie wytrzymają i uciekną.

W ten sposób smutni i wiecznie niezadowoleni gromadzą się w smutne grupy i wspierają w swoich smutnych smutkach, zastępując tym smuceniem konstruktywne działanie. To jak wirus, który zaraża i mutuje. Niezadowolenie jest łatwe. Zadowolenie wymaga pewnego wysiłku. :-) Zadowoleni i pogodni zbierają się w zadowolonych grupkach z innymi pogodnymi i zadowolonymi,  i dodają sobie energii i zarażają entuzjazmem. Mają pogodne życie. A niezadowoleni patrzą na nich i mają powód, by czuć się jeszcze bardziej niezadowolonymi. :-) Co wybierasz na co dzień?

Od jakich słów i wiadomości rozpoczynasz rozmowę telefoniczna z przyjacielem, przyjaciółką? Jakimi słowami / myślami witasz dzień? Czy uczysz się od swojego psa? Czy jesteś swoim przyjacielem? Jakimi informacjami pozwalasz by inni karmili Cię na co dzień? Ile dobrych i pogodnych rzeczy zdarza się w Twoim dniu? Gdy myślisz o mijającym dniu, to widzisz  dobre czy te kiepskie zdarzenia? Kiedy myślisz o następnym dniu, to spodziewasz się rzeczy dobrych czy złych? Myślisz o tym, co może Cię spotkać ciekawego i pozytywnego? A pozytywny obraz świata i dobra energia przyciągają pozytywnych ludzi i sprzyjają zachowaniu zdrowia.

Myślę, że warto chronić się przed Smutasami, Nieszczęśnikami, Marudami, Niemocnikami, Ukrzywdzonymi i Bylejakimi. Towarzystwo Radosnych, Optymistycznych, Nadziejnych, Zadowolonych, Szczęśliwców, Nasyconych, Energicznych, Mogących, Chcących, Ciekawych, Spełnionych, Dążących, Uśmiechniętych jest najlepszym towarzystwem na kolejne lata. Żebym mogła wśród nich być – potrzebuję pielęgnować w sobie ich cechy.

Gdzie jesteś? W której grupie?

Pozdrawiam, Ewa

Co dobrego u mnie? Za kilka dni mam urodziny. Kiedy myślę o tym, to przypominam sobie, ilu wspaniałych czy ważnych rzeczy doświadczyłam, jak wielu ciekawych i wartościowych ludzi poznałam, jak wiele rzeczy w sobie i swoim życiu zmieniłam na pozytywne i radosne, ile się nauczyłam, a ile dowiedziałam o sobie.  :-)   I myślę o tym, ile jeszcze dobrych rzeczy przede mną. Więc uśmiecham się do tych moich lat i nadal pracuję nad codziennym wyszukiwaniem tego, co dobre, a minimalizowaniem narzekactwa i smutactwa.

Uncategorized , , , , , , , , , , , ,

Co nas uskrzydla i dodaje sił?

Marzec 1st, 2011

Po dość długiej przerwie, którą pewnie większość z Czytelników tego bloga zauważyła, wracam do pisania. Tematów uzbierało się w mojej głowie sporo, czas nie pozwalał na realizację. Tak bywa. :-) W tzw. “międzyczasie” minął rok od opublikowania pierwszego postu. W ciągu tego czasu uzbierało się tutaj 48 postów i 521 komentarzy. Tyle podsumowań. Dziękuję Wam za dzielenie się swoimi uwagami, za obecność w tym dla mnie ważnym miejscu.

Jeszcze w kwietniu ubiegłego roku zapisałam w notesie poniższy cytat:
“Stanowisko nigdy nie daje ci prawa do rozkazywania. Tylko zobowiązuje cię do takiego życia, by inni ludzie mogli przyjmować twoje rozkazy, nie doznając upokorzenia.” (Dag Hammarskjold).

I zrobiona przy tym przeze mnie notatka: Nie doznawać upokorzenia to za mało! Ludzie w zespole powinni czuć swoją siłę, wartość i moc dzięki temu jak się z nimi komunikujesz, jak się do nich zwracasz, jak się o nich troszczysz. powinni wiedzieć, że jesteś razem z nimi a nie obok nich. Autorytetu nie zdobywa się siłą, nie zdobywa się poprzez okazywanie władzy, a poprzez własne kompetentne działania, dobry przykład, zaufanie i szacunek dla ludzi oraz dla ich pracy.

W ciągu wielu lat pracy zawodowej doświadczałam i tych pozytywnych, i tych negatywnych przykładów jeśli chodzi o budowanie autorytetu i – nazwijmy to – “realizację władzy” w relacji zwierzchnik-podwładny. Bo czy tak naprawdę pracodawca, zwierzchnik może mieć nade mną władzę? Tak. Ale tylko wtedy, gdy ja mu na to pozwolę. :-) To bardzo ważne dla mnie odkrycie sprzed kilku lat co jakiś czas sobie przypominam (co znaczy też, że co jakiś czas niestety o tym zapominam – chyba wywieszę sobie to na ścianie), by ustawić różne rzeczy we właściwej kolejności i porządku – zarówno wobec siebie jako zwierzchnika, jak i podwładnego.

Zapamiętuję z reguły te dobre i staram się szybko zapominać o tych złych wzorcach i doświadczeniach, żeby przypadkiem się „nie zarazić”.  Żebym mogła w stosunku do swojego zespołu pozostawać zarówno zwierzchnikiem (w rozumieniu lidera, doradcy, wsparcia), jak i przyjaciela. Wyważenie pomiędzy koniecznością wskazania błędu, udzielenia „reprymendy” a wskazania drogi bywa niełatwe. Czasem trzeba chwile „zmarnować” na czcze gadanie i żart, żeby z większą intensywnością wrócić do właściwego zadania.

Staram się pamiętać, że na głębokim poziomie (poza powierzchownością) jesteśmy tacy sami. Dokładnie tacy sami (tak moi szefowie jak i moi podwładni) – mamy swoje lepsze i gorsze dni, swoje słabości i siły, swoje ambicje, swoje marzenia, swoje troski i smutki, swoje radości i tęsknoty, swoje umiejętności i braki, a przede wszystkim – nie jesteśmy w pracy za karę ani nie jesteśmy na nią skazani. I wobec tego lepiej pracujemy w atmosferze wzajemnego szacunku, zaufania, radości, docenienia, zauważenia. Ja reaguję pozytywnie na prośbę i rozmowę, a nie na rozkaz. Wiem, za co jestem odpowiedzialna i żadne narzucone ramy czasowe tego nie zmieniają – nie pracuje od-do, ale nad projektem, zadaniem. Wieczne kontrolowanie daje mi informacje, że przełożony nie ma do mnie zaufania (co nie zawsze jest prawdą, ale dla mnie to taki sygnał) itd. Lubię, gdy szef dziękuje mi za coś, co zostało przeze mnie dobrze wykonane, choć jest to moim obowiązkiem. Nie lubię dostawać sprzecznych poleceń. Staram się te swoje „lubienia i potrzeby” realizować w odniesieniu do mojego zespołu.  I nie zawsze mi wychodzi, nie jestem aniołem, też miewam gorsze dni. Pewnie. Pracuję tak, jakby to był mój biznes, a nie praca „u kogoś” czy „na kogoś”.  Czy to dobrze – nie wiem. Czy źle? Tego też nie wiem. Czasem jest z tym mniej wygodnie. :-)

Oprócz tego, że praca to miejsce, gdzie zarabiamy pieniądze wykonując określone zadania – to także miejsce, gdzie przebywamy sporą część świadomego życia i możemy to życie w pracy przeżywać jako pasmo pozytywnych doświadczeń, rozwijających, sprzyjających nam, a możemy po prostu tylko przetrwać. Dla mnie “przetrwać” to za mało w odniesieniu do czegoś, co zabiera mi spory kawałek życia, energii, czasu, zasobów.

A co dla Was jest ważne w relacjach między przełożonym a podwładnym? Co sprawia, że przychodzicie do pracy z radością i z pasją, a nie jak „na skazanie”? Co Was uskrzydla? A co byście chcieli, jeśli nie wszystko jest dobre i właściwe?

Podzielcie się tym – możemy się od siebie wiele dowiedzieć i nauczyć. Proponuje, by nie skupiać się na negatywach i narzekaniu, bo tego mamy aż nadto wokół. Napiszcie o pozytywach, oczekiwaniach, o tym, co Was uskrzydla, o dobrych doświadczeniach.

Pozdrawiam po długiej przerwie, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , , , , , , , ,

Grudniowo…

Grudzień 17th, 2010

Wszystkim Czytelnikom  życzę dobrego czasu na co dzień. Spokoju i Pokoju każdego dnia. Radości prawdziwej nie tylko od święta.

Życzę Wam Wszystkim, niezależnie od daty w kalendarzu, dobrego i spełnionego życia w każdej jego sferze. Także wtedy, gdy ucichną kolędy i dzwony, gdy zgasną kolorowe światła choinki i zajdą gwiazdy betlejemskie.

Życzę, byście nosili  światło w sobie – w każdym dniu roku i wiele, wiele lat. Żebyście mieli poczucie Pełni Życia i Dobra.

Grudniowe refleksje:

Każdego roku obserwuję ludzi ulegających agresywnemu marketingowi świątecznemu. Mega sprzątanie, mycie okien nawet w mróz, trzepanie dywanów, torby pełne zakupów jakby przez cały rok się nie jadło, tylko w święta i trzeba było zjeść na zapas. Prezenty nawet gdy na ten cel „trzeba” wziąć kredyt. Życzenia „spokoju i radości w te świąteczne dni”… Nawet w firmach są wigilijne spotkania, kiedy na co dzień obcy lub prawie obcy ludzie udają niezwykłą więź i życzliwość.  Ja swojemu zespołowi, rodzinie, bliskim, przyjaciołom stale życzę wszystkiego co najlepsze. I to życzenie noszę w sobie dla nich. I przekazuję, kiedy jest okoliczność, moment, czas – niezależnie od tego, czy mamy 24 grudnia czy 31 stycznia, 9 kwietnia, 7 września i każdy inny dzień. Każdy dzień jest dobry na to, by być ze sobą dobrze, by mówić sobie dobre rzeczy, by się wspierać, okazywać życzliwość.

Rozumiem tradycje, rozumiem wagę świąt dla osób wierzących. Niemniej tradycja ma swoje granice, a przeżywanie świąt to przede wszystkim wymiar duchowy. Szaleństwo świąt? Zapytaj siebie, czy tego naprawdę chcesz, co Ci to daje, co zmienia w Twoim życiu na plus. I przeżywaj każdy czas jako święto. Nie “zabiegaj się”, nie umorduj, żeby potem w zmęczeniu tylko czekać na ciszę po wyjściu gości i przez kilka miesięcy spłacać raty za prezenty.

„Nikt nie może być sam w tym wyjątkowym świątecznym dniu”. A przecież tak naprawdę po prostu źle jest, gdy ktoś czuje się samotny, doświadcza samotności w jakimkolwiek dniu, jeśli jest to dla niego powodem cierpienia, leku, obaw.  Niezależnie od czasu, kalendarza, daty.  Gdy tymczasem komunikuję, że lubię samotna wigilię, to wielu patrzy na mnie niemal  ze  łzami w oczach, jak na biedaczka, którego nie ma kto przygarnąć do świątecznego stołu. A ja tak lubię ciszę, spokój, zatrzymanie się, towarzystwo jeśli juz to niezwykle kameralne, jedzenie jakie ja sama lubię, rytm dnia mój a nie innych. Lubię też zapach igliwia, zapach świec. I kluski z makiem. Samotne czy kameralne  święta to mój wybór a nie skazanie, to dla mnie rodzaj prezentu. I cieszę się, jeśli mogę sobie je sprawić. Kluski robię zatem także poza dniami „wyznaczonymi tradycją” i palę świece, gdy chcę mieć taki wyjątkowy nastrój i lepię uszka do barszczu gdy mam na nie smak – niezależnie od daty w kalendarzu. Sprzątam na co dzień i czasem robię tzw. gruntowne sprzątanie – bo lubię mieć czysto, pachnąco, ładnie. Nie na święta, a na życie – na co dzień. Lubię czasem uroczystą kolację czy zastawiony stół – dlaczego właśnie w ten dzień a nie każdy inny?

Czym te dni różnią od innych kilkuset dni w roku? Jak to jest – wielu ludzi jest samych (samotnych) kiedy potrzebują bliskości , gdy cierpią, potrzebują pomocy, gdy są głodni i wtedy nikt się nie rozczula nad nimi tylko biegnie swoją drogą, a w tym akurat dniu grudniowym – czy tego potrzebują czy nie, czy chcą czy nie – nie mogą być sami?

A może ten dzień ma być „plastrem” zalepiającym poczucie winy, że zaniedbujemy bliskich w inne dni? Obowiązkiem, który jak się spełni, to można się rozgrzeszać z przyszłych i przeszłych zaniedbań?

Przeżywajmy każdy czas, jakby był dla nas świętem. Nawet jeśli stół nie jest zastawiony, nie grają wzruszających melodii, nie chodzą przebierańcy-kolędnicy, gdy nie ma opłatka i lampionów na drzewku. Niech nasze życie całe będzie świętem, będzie takim Betlejem, w którym jest Nowe Dobre Życie.

Spotykajmy się, cieszmy się sobą, ale nie na siłę, nie na pokaz, nie dla tradycji, a dla siebie! Szaleństwo przedświątecznych przygotowań zamieńmy na zatrzymanie się na sobie, na bliskich – żeby mieć czas na refleksję, na spotkanie takie prawdziwe i kontynuowane w każdym innym czasie. A jeśli trzeba – zamknijmy się w domu choćby po to, żeby się wreszcie wyspać.  Po prostu żyjmy ładnie, dobrze i w zgodzie ze sobą.

Tego Wam raz jeszcze życzę – Nieście światło w sobie.

Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Dag Hammarskjöld i spełnione życie

Listopad 14th, 2010

“Żyj tak, aby w dniu twojej śmierci wszyscy płakali -  ty jeden byś łzy nie miał w oku i śmierć przyjął spokojnie, kiedykolwiek przyjdzie.” (Dag Hammarskjöld)

Jakieś 20 lat temu a może więcej przeczytałam ten tekst w niewielkiego formatu książeczce pod tytułem (jeśli dobrze pamiętam) ‘Drogowskazy”. Niestety książki już nie mam, bo była to jedna z wielu rzeczy, jakie kilkanaście lat temu w wyniku kradzieży utraciłam w dniu przeprowadzki do Warszawy (nawiasem mówiąc zostałam z tym, co miałam na sobie – takie “serdeczne powitanie” w stolicy). Już wtedy tekst ten zrobił na mnie wielkie wrażenie. Zapamiętałam go i potraktowałam jako swój osobisty drogowskaz.

Pamiętam, że wówczas główną moją  myślą było: “żeby nikt przeze mnie nie płakał”. A zatem – “chcę być dobrym człowiekiem, żyć dobrze”. To wbrew pozorom wcale nie jest łatwe zadanie na życie.  :-) Przede wszystkim skupiłam się na tym, by w swoim życiu nie krzywdzić (przynajmniej świadomie i celowo) innych. I do tego – by jak najwięcej dobra dać innym, by pomagać, wspierać, Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że z realizacją bywało różnie, efekty moich działań nie zawsze były świetlane, choć intencje na ogół dobre i szczere. Myślę też, ze unikanie zła jest gorszą postawą życiową od nastawienia na dobro, ale to na marginesie. Przeżywszy kolejne 20 lat wracam do tego tekstu i wywołuje on nadal emocje i prowokuje do szeregu refleksji. Dziś jednak tych refleksji jest znacznie więcej:

- W czynieniu dobra nie wystarczą dobre chęci i najlepsze intencje, równie ważna jest realizacja, efekt finalny (niekoniecznie natychmiastowy).

- Jeśli  jakaś sprawa budzi moralne / etyczne  wątpliwości, wątpliwe są dobre efekty – warto zdać się na intuicję i nawet zaniechać działania, by nie przyczyniać się choćby samą swoją obecnością do działań wątpliwych.

- Bywa, że coś, co w krótkiej perspektywie wydaje się złe, niesie cierpienie, sprawia ból – z czasem (większa perspektywa) jest pozytywne i korzystne (jak z bólem zastrzyku czy wyrwania zęba). Poważne zmiany w życiu często obarczone są jakimś rodzajem cierpienia, wyrzeczenia itp.

Powyższe dotyczy zarówno działań nakierowanych na druga osobę, jak i tych, które dotyczą nas samych.

I jeszcze kilka następnych ważnych (według mnie) myśli, którymi chcę się z Wami podzielić:

- Obdarzać szczęściem czy radością i innymi pozytywnymi emocjami czy darami może naprawdę tylko osoba, która je posiada. To tylko pozornie oczywiste – czasem ludzie nie radząc sobie z własnym życiem skupiają się na życiu innych (ludzi, zwierząt), w ten sposób uciekając przed dokonaniem zmian u siebie. Oznacza to jeszcze jeden ważny obszar odpowiedzialności za własne życie (kiedyś przeze mnie marginalizowany lub pomijany), że trzeba koniecznie dbać o własne zasoby – w myśl powiedzenia, że “z próżnego i Salomon nie naleje”. Nie mam tu na myśli jedynie tych finansowych, materialnych zasobów i nawet w mniejszym stopniu te, a bardziej zasoby wewnętrzne, nazwijmy duchowe, emocjonalne, psychiczne.

- Aby pod koniec życia nie płakać, należy realizować też własne pragnienia, marzenia, żeby mieć poczucie spełnienia – nie da się życia nadrobić “na ostatnią chwilę”.

- Warto próbować różnych “smaków”, poznawać jak najwięcej, by wiedzieć, co się naprawdę lubi, co jest dla nas naprawdę dobre, by móc świadomie dokonywać wyborów.

- Pogodzenie z życiem to znacznie mniej, niż poczucie spełnionego życia (czy jesteś tylko pogodzony ze swoim życiem, czy też się w nim spełniasz?).

- Równowaga między dawaniem a braniem jest niezwykle ważna i warto o to dbać, żeby zachowywać równowagę,  wewnętrzną harmonię, mieć dobre relacje z ludźmi, nie hodować w sobie poczucia wykorzystania albo zaniedbania, krzywdy, żalu, niespełnienia, żeby nie oczekiwać wdzięczności i podziękowań jako rekompensaty, bo to odbiera dobrą energię i pozytywną motywację.

- Jeśli ktoś chce dawać dobro (jakkolwiek rozumiane – materialne czy niematerialne), powinien nauczyć się także przyjmować dobro. I odwrotnie – jeśli otrzymujesz, to także dawaj.  Bycie wyłącznie obdarowującym lub wyłącznie obdarowywanym  (niezależnie od rodzaju daru) zaburza równowagę, oddziela obdarowanego od obdarzającego i zaczyna być źródłem złych emocji czy doznań (np. poczucie wyższości, pycha,  roszczeniowość, poczucie braku,  zgorzknienie, zniechęcenie, poczucie niesprawiedliwości etc)

- Jeśli lubisz obdarowywać, bo sprawia Ci to radość, to pozwól drugiej stronie na doznawanie tego samego – pozwalaj się obdarowywać. Przyjmuj dary, pozwalaj sobie pomagać, pozwalaj innym na sprawianie Ci radości.

- Nie uprawiaj samooszukiwania się – jeśli nie jest dobrze, to nie wmawiaj sobie, że jest inaczej, nie “wytrzymuj”,  tylko szukaj drogi zmiany.

- Jeśli obdarowujesz – rób to z myślą o obdarowywanym, a nie o sobie i swoich korzyściach. W przeciwnym wypadku będziesz go jedynie używał dla własnego dobrego samopoczucia.

- Jeśli nie możesz oddać dobra temu, od kogo je dostałeś – podaj dobro dalej. :-)

- Skoro nie znamy dnia swojej śmierci – każdy dzień życia jest tak samo istotny i nie należy tego co dobre odkładać na później. Ani w dawaniu, ani w braniu.  Jeśli każdy dzień przeżyje dobrze, w poczuciu nasycenia, spełnienia, to niezależnie od czasu odejścia – moje życie będzie spełnione. Niezłe zadanie – niezależnie od wieku i warunków, w jakich żyjemy.

Czy dbacie o równowagę w dawaniu i braniu? Czy pod koniec dnia zastanawiacie się, co dobrego się w nim wydarzyło? Co dobrego zrobiliście dla innych a co dobrego dla siebie? Co dobrego otrzymaliście, co dobrego Was spotkało?

Czy pielęgnujecie w Waszym życiu  pasję, entuzjazm, radość?

Czy macie marzenia? Czy podążacie za swoim marzeniem, czy rozmieniliście je może niezauważalnie na codzienne rutynowe działania służące jedynie “zapełnieniu miski” i spłacie kredytu?

Jeśli w Waszym życiu (tak jak w  moim) – tzw. osobistym czy zawodowym -   są rzeczy, sfery, obszary, działania, postawy etc, które wymagają zmian, które chcecie zmienić – zacznijcie teraz. Nie jutro, za miesiąc, za rok – teraz. Krok po kroku – ale od już. Nie odkładajmy “prawdziwego życia” na “kiedyś”. Niezależnie od wieku – nie wiemy, ile mamy tego “kiedyś”. Życie jest teraz.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Róże Victorii

Październik 15th, 2010

W sierpniu w poście o ograniczających przekonaniach zacytowałam Victorię Schnabel. Teraz ciąg dalszy Jej wypowiedzi:

Nasze wcześniejsze niepowodzenia, winy, wstyd mogą stać się kompostem, który pomoże naszym różom wspaniale rozkwitnąć (Victoria Schnabel).

Bardzo podoba mi się i przemawia do mnie to zdanie o kompoście. Hmm, w tym tygodniu przygotowywałam na zimę pelargonie. Nadal pięknie kwitną, ale czas było porobić szczepki na nowy sezon. Lubię kwiaty w swoim otoczeniu. Lubię, gdy kwitną. I lubię, gdy moje życie kwitnie.

Do kompostownika na działce moich rodziców trafiają niepotrzebne organiczne odpadki, chwasty, uwiędłe i zepsute owoce, by po jakimś czasie wrócić na grządki w postaci nawozu – naturalnego i bardzo wartościowego. Ten naturalny nawóz wzmacnia młode rośliny i przyczynia się do powstania dobrych, dorodnych i wartościowych owoców.

Idąc myślą za Victorią, do kompostownika od pewnego już czasu wrzucam swoje  niepowodzenia, złe lub głupie wybory czy decyzje, rzeczy, z których dumna nie jestem, ale i poczucie winy czy wstydu (któż z nas nie doświadczał… ). Mogłabym oczywiście się nimi zasłaniać i usprawiedliwiać niczego nie zmieniając w sobie i swoim sposobie życia czy działania, tkwić w tym własnym zachwaszczonym ogródku. Ale mogę też powiedzieć sobie: to nie było dobre, nie jestem z siebie dumna, ale wybaczam sobie, zostawiam za sobą. Zamiast tygodniami analizować, przywracać do życia w myślach te zdarzenia – lepiej skupić się na tym, co teraz mogę zrobić w swoim życiu. Będąc bogatsza o nowe doświadczenia –  idę dalej. Nie zamykam się na to co było, nie zatrzaskuję za tym drzwi i nie udaję, że tego nigdy nie było. Nie odcinam się od swojego życia, ale nie zamierzam żyć przyglądając się niezmiennie temu co było. Bo z takiego przyglądania się i tkwienia w przeszłości owoców nie będzie. Mówię sobie: “Teraz wiem więcej o sobie i o życiu, jestem bogatsza o wiele doświadczeń i mogę żyć i działać lepiej.” Kompost pomaga  “rozkwitać różom”. Moim różom.

Podstawą do zmiany jest stawanie w prawdzie przed samym sobą. łagodnie i z życzliwością, choć bez znieczulenia.

Każdy czas jest dobry na taką zmianę – od patrzenia w przeszłość z poczuciem niezadowolenia, do patrzenia w przyszłość i działania „pro”. Nie ma nieodpowiedniego wieku dla takiej zmiany. Nie ma ograniczenia czasowego, że zmiana musi się dokonać w określonym czasie, a jak nie, to “przegrane”. Wszystko to, czego doświadczaliśmy do tej pory może nas wspierać, może być naszym kapitałem (nawet jeśli nie zawsze widzimy to właśnie w ten sposób). Co więcej – negatywne doświadczenia mogą nas inspirować, pomagać w znalezieniu nowych ciekawych dróg.

To, o czym piszę dotyczy zarówno sfery prywatnej jak i zawodowej. Jeśli w pracy potykamy się o projekty, ludzi, relacje etc, to możemy się skupiać na niepowodzeniach i trawiąc je – energia idzie w przeszłość a nie w przyszłość. Jeśli rzucam to na kompost – będą z tego korzyści. Doświadczałam kiedyś w pracy niesprawiedliwego traktowania, zachowań mobbyingowych, doświadczałam braku szacunku i docenienia. Dziś tamte doświadczenia owocują. Pamiętam o nich w codziennej pracy ze swoim zespołem. Lubię swój zespół i szanuję za ich pracę, postawę, odwagę, czasem bezkompromisowość, za  zaangażowanie, otwartość – sporo powodów do codziennego lubienia. Moje doświadczenia nauczyły mnie, jak mogę dawać to, czego nie doświadczałam sama. Oczywiście nie jestem aniołem :-) , bywam też trudnym szefem. Ale nawet w takich momentach przychodzi do mnie refleksja – wrzucam na kompost te nowe doświadczenia – doświadczanie siebie w nowych kontekstach i bogatsza działam dalej. Nie warto skupiać się na tym, co nadaje się już tylko na kompost. Warto jednak to wykorzystać, żeby róże mogły zakwitnąć. Na pustyni kwiaty nie rosną. Zatem nasze doświadczenia, także te „kompostowe” tworzą żyzną glebę dla naszego rozwoju. Nie warto się od nich odcinać.

Masz swój kompostownik? Czas wygrabić to, co nadaje się na kompost. :-) Zbierz wszystko co nadaje się na ten kompost właśnie teraz jesienią. Nie ma sensu nosić tego ze sobą przez całą zimę. Wiosną zakwitną Twoje róże – róże Victorii. Róże zwycięstw nad własnymi słabościami, niemocą, złymi doświadczeniami, potyczkami z życiem i ze sobą.

Pozdrawiam,

Ewa

ps. Chwasty mają to do siebie, że próbują utrzymać się przy życiu (w naszym życiu). Wyłażą zatem czasem z kompostownika i wpełzają znów na grządkę. Ale jeśli już wiemy, że to tylko chwast i że jego miejsce jest w kompostowniku – możemy to opanować. :-)

Uncategorized , , , , , , , , ,

Kochasz życie? Twoje życie to Twój czas

Wrzesień 22nd, 2010

Kochasz życie? Nie trwoń zatem swego czasu, ponieważ ono jest z niego utkane. “

(Benjamin Franklin)

To jedno zdanie sprawiło, że wzięłam dużą kartkę papieru i zaczęłam poważnie zapisywać, co robię w czasie danym mi na życie. Każdego dnia to  kilkanaście świadomych godzin. To godziny mojego życia, które nigdy nie wrócą, które się nigdy nie powtórzą. Nie da się niczego skorygować, wyciąć, przepisać. Tu nie zadziała ani “backspace”, ani “delete”.  Jest tylko “enter”. :-) Potem było kilka kolejnych kartek. :-)

Jak ten czas przeżywam? Jakich dostarczam sobie emocji, doznań? Czy to mnie wzmacnia i rozwija, czy osłabia i zniechęca? Z kim ten czas przeżywam, czy to dobre towarzystwo (w pracy i poza pracą), czy mi to służy – jeśli tak, to w jakim zakresie i czemu służy. Jeśli nie służy – to co mogę zrobić, żeby było inaczej. Czy to co robię ma pozytywny wpływ na moje samopoczucie i na moją  teraźniejszość oraz przyszłość. Na co brakuje mi wiecznie czasu i dlaczego od dawna “bronię się” czy “nie robię wysiłku” w kierunku podjęcia pewnych aktywności, choć wiem, że są ważne? Co odkładam na później? Czy to odkładanie mi służy? Jaka jest tkanina, którą tkam z poszczególnych chwil swojego życia? Co z niej chcę uszyć?  Czy proporcje pomiędzy pracą, czasem na odpoczynek fizyczny, czasem “ładowania baterii”, czasem na relacje z ludźmi, czy czasem na działania mogące pozytywnie wpływać na moje dalsze życie (rozwój zawodowy) są właściwe (dla mnie dobre)? Ile czasu mam dla siebie – przecież jestem dla siebie ważna – i jak ten czas wykorzystuję? Dużo ważnych pytań.

Kolejne (długie) spotkanie ze sobą mam za sobą. I kolejne działania na swoją rzecz mam przed sobą. :-) Czy to był dobrze wykorzystany czas? Zobaczę po efektach. ;-)

A Ty? Kochasz życie?

Trwonisz czas, z którego jest ono utkane? Coś warto poprawić w tej tkaninie? Co chcesz z niej uszyć?

A może jesteś bardzo dobrze zorganizowany, chodzisz w ramkach planu dnia? A czy w tym planie jesteś Ty czy tylko Twoje obowiązki?

Tu pojawia się kilka znanych przecież wszystkim Wam pytań, do których według mnie warto co jakiś czas wracać:

  • Jak gospodarujesz swoim czasem? jesteś z tego zadowolony? Robisz to świadomie?
  • Ile czasu przeznaczasz tylko dla siebie, na spotkanie sam na sam ze sobą?
  • Ile czasu przeznaczasz na swoją kondycję, dobre samopoczucie fizyczne?
  • Jaki procent czasu przeznaczasz na własny rozwój?
  • Gdybyś miał do syta czasu, na co byś go chciał jeszcze przeznaczyć?
  • Na co brakuje Ci czasu?
  • Jaki procent czasu przecieka Ci przez palce bez kontroli i bez potrzeby, nie służąc ani odpoczynkowi, ani relacjom, ani rozwojowi, ani pracy? Czy ten przeciekający przez palce czas sprawia, że masz więcej energii? Czy mniej?

Na czas przeszły nie mamy już wpływu. Szkoda więc teraźniejszości na przeszłość. :-)

Mamy wpływ na to, co wybieramy w każdej chwili czasu teraźniejszego. :-)

Pozdrawiam, Ewa


Uncategorized , , , , , , ,

Wyrośnięte dzieci

Wrzesień 12th, 2010

Dzieciństwo kojarzy mi się z beztroską, zabawą, oparciem w rodzicach, brakiem konieczności podejmowania trudnych decyzji i przede wszystkim z faktem, że na rodzicach a nie na mnie spoczywała odpowiedzialność za moje życie. To chyba dość typowe dla dzieciństwa (pomijam przypadki skrajne, patologiczne etc.).  I to było dla mnie wygodne. I długo nie chciałam z tego zrezygnować. A kiedy zrezygnowałam, to po jakimś czasie zbierania rożnych doświadczeń (nie tylko pozytywnych, ale i bolesnych) naprawdę posmakowałam w dorosłości. Zdobyte doświadczenia owocują od szeregu lat.

Dorosłość czy lepiej dojrzałość to umiejętność podejmowania samodzielnych decyzji i ponoszenie konsekwencji tych decyzji – niezależnie czy były dobre, czy złe. Nadal można się bawić, ale jak „zabawisz” i zawalisz w wyniku tego coś ważnego – Ty ponosisz i konsekwencje, i Ty ponosisz odpowiedzialność – nie Twój kolega, z którym byłeś w klubie, nie Twój partner, którego wybrałeś, nie “czasy, w których żyjesz”. Ty! W dorosłym życiu (życiu dorosłego, dojrzałego człowieka) liczba dostępnych zabaw jest wielka. W dorosłym życiu też nie musisz podejmować trudnych decyzji – możesz po prostu dać się rzeczom dziać bez Twojego udziału. Ale ten brak decydowania to też decyzja.  :-)  I Ty ponosisz jej konsekwencje i odpowiedzialność – nie Ci, którzy podjęli decyzję „za Ciebie”. I tak jest. Czy to dobre, czy złe? Nie wartościuję. Tak jest. Mnie to  odpowiada. :-)   Ja mogę powiedzieć, że  miałam dobre dzieciństwo,  stosunkowo długą drogę do dojrzałości dorosłego człowieka, a teraz  cieszę ze swojej drogi i tego, dokąd doszłam w wyniku swoich decyzji, choć nie zawsze było różowo.  ;-)

A Ty?
Co Ci się podoba w dorosłości?
Chciałbyś, żeby cofnął się czas do lat dzieciństwa?
Jeśli tak, to co takiego Cię pociąga w dzieciństwie?
Za co z dzieciństwa oddałbyś swój obecny stan / czas?

Ja niekiedy chciałabym przeżyć jeszcze raz kilka dziecięcych dni. Ale nie oddałabym za to dni swojego dorosłego życia. Bo jest mi w nim ze sobą dobrze. To wcale nie znaczy, że teraz jest zawsze lekko, łatwo i przyjemnie.

Bycie rodzicem małego dziecka to ponoszenie odpowiedzialności za jego życie, bezpieczeństwo, rozwój.  Jednak mądrzy rodzice pozostawiają margines na decyzje dziecka i pozwalają mu odczuć skutki (pozytywne lub negatywne) jego decyzji.  Im wcześniej – tym lepiej.  To piszę nie jako rodzic, ale jako dziecko swoich rodziców, które ponosi konsekwencje sposobu wychowania itp. A także jako baczny obserwator i słuchający rozmówca. :-) Chowanie dziecka „pod kloszem” nie jest według mnie dobrym pomysłem. Jeśli rodzice nie stwarzają dziecku możliwości podejmowanie decyzji lub też chronią je przed skutkami jego własnych decyzji – nie pozwalają mu dorosnąć, dojrzeć, nauczyć się tego, co jest esencja dorosłości. Nadopiekuńczość krzywdzi dziecko i nie pozwala mu dojrzeć.

Dlaczego o tym piszę tu na blogu?

Bo od czasu do czasu spotykam „wyrośnięte dziewczynki”  i “wyrośniętych chłopców” – być może właśnie  “ofiary” nadopiekuńczych rodziców, przywiązanych do dzieciństwa swojego dziecka, rodziców, których sensem życia jest dziecko i którzy chcą to dziecko zachować dla siebie jak najdłużej, przez co nie pozwalają tym dzieciom dojrzeć.  Rodziców, którzy niekiedy niezadowoleni ze swego życia, chcą uchronić swoje dzieci przed dorosłością. Może stąd mówi się, że szczęśliwi rodzice wychowują szczęśliwe dzieci? Może dlatego często pozostawione same sobie dzieci, choć niezadbane, wielokrotnie lepiej sobie radzą w dorosłym życiu, niż te “zadbane na wyrost”…

Te “dzieci” mają po dwadzieścia, trzydzieści, czasem wiele  więcej lat. Są grzeczni, miewają super oceny w indeksach, są na czas, a jednak coś jest nie tak…  Zachowują się jak grzeczne dzieci – miłe, uśmiechnięte, dygające na przywitanie. A w kontakcie ze starszą osobą od siebie lub przełożonym w pracy  przyjmujące natychmiast postawę podległą, postawę dziecka.  Nie są pewne swoich decyzji, często nie miewają własnego zdania, bywają uparte jak dzieci, maja niskie poczucie własnej wartosci, są niepewne, czasem zagubione. Przy tym w relacjach zawodowych natychmiast widać, że odstają od rówieśników.  W procesie rekrutacji nie zawsze to widać. A wiec szef zatrudnia dorosłego odpowiedzialnego człowieka, a w efekcie dostaje dobrze wykształcone duże dziecko. Wtedy pojawiają się problemy…

Wyrośnięte dzieci tęsknią za dzieciństwem, a dorosłość postrzegają jako cos negatywnego, trudnego, przykrego. Żyją w poczuciu krzywdy i niedocenienia, a to bardzo utrudnia codzienne życie i relacje zawodowe. Z racji wieku czują się dorosłe. Z racji dojrzałości – są dziećmi. Zbierają negatywne owoce takiej postawy, co jeszcze je utwierdza ich w pierwotnych przekonaniach. I  krzywda –  jak to krzywda – „ponosi odpowiedzialność”.  Bo skoro świat krzywdzi, a ja jestem ofiarą, to przecież nic nie mogę… I zwalniam się z odpowiedzialności. To błędne koło może przerwać tylko jedna osoba – to “wyrośnięte dziecko”.

Jeśli w jakikolwiek sposób odnosi się to do Ciebie, to mam dla Ciebie bardzo dobrą informację: Możesz to zmienić.  Możesz polubić dorosłość. Możesz nie być dzieckiem skazanym na trudy dorosłego życia. Możesz być zadowolonym z życia dorosłym. To zależy od Ciebie.

Jeśli podejmiesz decyzję, że będziesz szczęśliwym dorosłym i zdecydujesz działać w tym kierunku, to zapewniam Cię, droga choć bywa trudna, ale efekty są bardzo dobre.  Niezależnie ile masz lat. I nie musisz być śmiertelnie poważny, nudny, nie musisz być smutny, bez towarzystwa i zabawy, bez zabawek.  Tylko pluszowe maskotki z dzieciństwa spakuj do pudła i oddaj maluchom. A dla Ciebie otworzy się przestrzeń na nowe i ciekawe życie z “zabawkami” dla dorosłych. :-) Wraz z pluszakami chowaj powoli do pudła dziecięce reakcje – tupania nogą, obrażania się na świat i ludzi, fochy, fumy, humorki, dziecięce teatralne histerie pod publiczkę. Przejrzyj się w lustrze. Zobacz, jakim jesteś ciekawym dorosłym człowiekiem i sięgnij po tę prawdziwą dorosłość z odwagą. Stań się za siebie odpowiedzialny – nie tylko za jedzenie, ubranie i spanie, ale za jakość swojego życia.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Stop wojennej retoryce

Sierpień 19th, 2010

Pokonać, zwyciężyć, walczyć, zawalczyć, wywalczyć, zadziałać, podejść (domyślnie : przeciwnika), zmiażdżyć (przeciwnika), przywalić, dokopać, nie dać się, ustąpić pola, oddać pole, przegrać bitwę a wygrać wojnę, strategia, manewry, wygrana-przegrana, przegrana-wygrana, wygrana-wygrana, polec, wytrwać, odeprzeć atak, partyzantka, uzbroić się w .. (cierpliwość, argumenty etc), agresywnie, przeczekać,  zawrzeć pokój – te zwroty nie pochodzą z opisów bitew, manewrów bojówek ani z walk grup osiedlowych, a z biura, z rozmów znajomych, z  wygłaszanych czy pisanych tekstów dotyczących negocjacji, spotkań z klientami, rozmów o pracy zespołu, z mediów, które opisują tym językiem nie tylko relacje z walk…

Negocjacje to dla wielu okazja i przestrzeń do toczenia bitwy, odreagowywania, pokazywania władzy i sily. Co ciekawe – tak do tego wiele osób nawykło, że dotyczy to nie tylko sytuacji biznesowych, ale i relacji bardzo rodzinnych i – nazwijmy – partnerskich. I choć bardzo wiele osób negocjujących (w różnych sytuacjach i różne rzeczy – niekoniecznie potężne kontrakty) wie, że dobrze gdy jest “win-win” (nie zawsze zastanawiając się, co to w praktyce oznacza), to nadal w toku przygotowań i rozmów po spotkaniach ta retoryka wojenna jest obecna. Ta niemal  akceptowana powszechnie retoryka, to retoryka bitwy a nie porozumienia. To retoryka agresji i obrony, a nie ustalania wzajemnych potrzeb, korzyści i rozwiązań. Jak więc zachować spokój i postawę dialogu i porozumienia, jeśli język jest pełen przemocy i nie wspiera procesu porozumienia, a nakręca agresję?

Ta retoryka jest wszechobecna, zaczyna się rozlewać na wiele obszarów – od świata polityki, poprzez media, po szkoły, ośrodki zdrowia, a nawet szpitale, gdzie np. zamiast diagnozować i leczyć, walczy się o życie, przetrwanie, pieniądze. Jeśli nie wojenna retoryka – to magiczne słowo kompromis… Słowo, które oznacza, że każda ze stron z czegoś rezygnuje, żeby obie były zadowolone. Słyszycie to? Ja rezygnuję, żeby druga strona była zadowolona, druga strona rezygnuje, żebym ja była zadowolona. Rezygnacja, strata, oddanie czegoś – to ma przynieść satysfakcje obu stronom?

A może po prostu spotkajmy się i wspólnie poszukajmy rozwiązań, które są korzystne dla obu stron i zgodne z potrzebami. Nikt nie będzie musiał walczyć, nikt nie musi przegrać, nie ma kompromisu, który sprawia, że tak naprawdę żadna ze stron nie jest w pełni zadowolona…

Retoryka wojenna, czy tego chcemy czy nie, powoduje napięcie i agresję. Możemy w najbliższym otoczeniu to zmieniać – zaczynając od siebie. Kompromisy przyzwyczajają z kolei do tego, żeby akceptować sytuacje niesatysfakcjonujące i powodujące niedosyt.

Posłuchajcie siebie samych, swojego otoczenia, tego, czym na co dzień się „karmicie” – ile jest w tym wojny, a ile spokoju, harmonii, chęci zrozumienia, etc. Może warto zacząć od siebie i przestać „się zbroić” ?

W zbroi nie jest dobrze ani wygodnie iść przez życie. I w zbroi trudno się pochylić nad sprawa, człowiekiem, potrzebą. I w zbroi trudno wyciągnąć ku górze szyję i popatrzeć na niebo, gwiazdy i marzyć.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Ograniczające myśli i przekonania

Sierpień 14th, 2010

W czerwcu dostałam informację o tegorocznych warsztatach z Victorią Schnabel. Warsztaty pod tytułem „Kompost i róże”. Z uwagą przeczytałam ich opis. W mailu było m.in. poniżej cytowane  zdanie (przetłumaczone przez organizatora na język polski):

Odrzucając myślowe ograniczenia odkrywamy, kim jeszcze możemy być, nie zamykając jednocześnie drzwi przed tym, kim do tej pory byliśmy. (Victoria Schnabel).

Ten cytowany fragment skłonił mnie do szeregu przemyśleń, którymi chcę się podzielić (zaznaczam, że są to wyłącznie moje własne przemyślenia, a nie autorki cytowanego tekstu; nie próbuję nawet zgadywać, jak Victoria rozwijałaby ten wątek).

W moim odczuciu ograniczenia myślowe to często przekonania, jakie nosimy w sobie, powtarzamy bezrefleksyjnie, a które wpływają na nasze decyzje, wybory, sposób życia. Wiele z nich “dostajemy w pakiecie” w toku wychowania od najbliższych nam osób. One też często “dziedziczą je” po swoich bliskich. Nie jesteśmy jednak na nie skazani. Gdy już zdajemy sobie z nich sprawę, gdy potrafimy nazwać, wówczas możemy na poziomie świadomym przyjąć je ponownie lub odrzucić.
W sobie w ciągu lat odkryłam wiele takich ograniczających mnie przekonań i co jakiś czas trafiam na nowe. Zauważałam je od pewnego czasu i nadal zauważam także u innych.

Przykłady? Proszę:
-  człowiek musi / powinien pokonywać własne słabości;
-  aby podróżować w ciekawe miejsca trzeba mieć dużo pieniędzy;
-  jeśli do określonego wieku (każdy może tu wpisać odpowiedni wiek) nie ma się szczególnych osiągnięć, to znaczy, że już i tak nic się nie osiągnie i trzeba się pogodzić z tym, że życie już takie po prostu jest;
- po czymś dobrym musi nastąpić coś złego;
- studia formalne są konieczne do osiągnięcia życiowego sukcesu (o tym pisałam w jednym z pierwszych postów);
- praca na etacie to bezpieczeństwo finansowe;
- pieniądze są podstawą dobrego życia.

Pewnie możecie  tę listę długo rozwijać, u każdego będzie nieco inna, choć – jak przypuszczam – znajdą się i wspólne ograniczające przekonania wynikające z kultury danego kraju czy religii. Ja też mogłabym stworzyć księgę, ale nie jest moim celem tworzenie leksykonu. Warto przyjrzeć się temu, jakie przekonania o życiu i o sobie nosimy – my sami a nie inni – i co w ślad za tym się dzieje lub nie dzieje w naszym życiu.

Są też  bardziej “osobiste” ograniczenia myślowe, które sami sobie tworzymy, niejako godząc się z sytuacją czy stanem, w jakim jesteśmy (byliśmy). Powszechnym ograniczeniem myślowym jest to wyrażające się w słowach “Nie nadaję się do tego”, “Nie dam sobie rady”, “Nie mogę”… Szczególnie bez podejmowania prób takiego działania.  To jak “Nie lubię zupy szczawiowej” na podstawie wyglądu tej zupy, a bez skosztowania.

Taka zgoda wewnętrzna na ograniczające myśli  uniemożliwia czy bardzo ogranicza nasze faktyczne możliwości rozwoju i sami skazujemy się na “tkwienie w bezruchu”, a nawet na regres. Budujemy je (te ograniczenia) m.in. w oparciu o własne doświadczenia i doświadczenia znajomych nam osób, i niesłusznie przydajemy im zbyt dużą moc, często przy tym dokonując uogólnień (np. “nie umiem występować publicznie” czy “jestem złym kochankiem”) w oparciu o jedno negatywne doświadczenie (odpowiednio: w trakcie jednej z prezentacji nie umiałeś odpowiedzieć na pytanie z sali / w relacji intymnej zdarzyło ci się nie być w dobrej kondycji) . Takim uogólnianiem sami sobie odbieramy siłę i ograniczamy się. To rodzaj czapki, która spada na oczy i nie pozwala zobaczyć więcej, niż to, co mamy pod nogami, przy samych stopach. próbował ktoś kiedyś zobaczyć niebo mając czapkę zsuniętą na oczy?  :-) To nas hamuje przed podejmowaniem kolejnych prób, ogranicza odwagę myślenia i działania, a tym samym odbiera wiele pozytywnych doświadczeń.

Jeśli określone przekonania determinowały nas w jakimkolwiek obszarze, to stwierdzamy ten fakt i … mamy po prostu więcej wiedzy na swój temat i prawdziwszy, bardziej obiektywny czy szerszy obraz siebie i świata. Możemy zostać tylko przy tym odkryciu, a możemy pójść za ta zmiana traktując ją jako ciekawy i wyzwalający początek wielkiej przygody.

Jeśli odkryjemy, jakimi przekonaniami jesteśmy nasiąknięci, możemy stopniowo i łagodnie sprawdzać je, poszukiwać siebie na nowo, zadawać pytania, budować inne przekonania, zmieniać się, odrzucać to, co do tej pory było niejako częścią nas. Zmieniając się jednocześnie i otwierając przed sobą nowe możliwości. Jeśli odrzucamy dotychczasowe przekonania i ograniczenia myślowe, to nie znaczy, że wszystko do tego momentu było w naszym życiu złe i niepotrzebne. Z łagodnością dla siebie i swoich dotychczasowych wyborów i decyzji, możemy zmieniać siebie i rozwijać się w zupełnie nowych obszarach i z nieznaną dotychczas dynamiką.

Warto przeznaczyć czas i usiąść sam na sam ze sobą i zapisać przekonania, w które wyposażono nas w toku wychowania, które sami sobie narzuciliśmy, przyjrzeć się, czy one miały wpływ na nasze dotychczasowe decyzje i wybory (które miały, które największy wpływ). Ważne według mnie jest to, by robić to bez równoczesnego oceniania siebie.

A potem zobaczyć, czy one są naprawdę dalej dla nas aktualne, czy nadal są „nasze”. Wykreślić te, które nie są aktualne i zastąpić je albo aktualnymi, albo … niczym – przestrzeń do wypełnienia może kiedyś w życiu, a może nie. Jo to dla mnie oznacza? Czy tak jest naprawdę? Czy tak właśnie myślę?

Posłużę się pierwszym wyżej przytoczonym przykładem:

„Człowiek musi / powinien pokonywać własne słabości” => To mnie oznacza, że muszę / musisz (!) lub przynajmniej powinnam/ powinieneś pracować nad wszystkimi swoimi słabościami, żeby je wyeliminować. => Energia, myślenie, skupienie uwagi i działanie są skoncentrowane zatem wokół słabości :-(  => Pozostaje w związku z tym mało czasu, energii i zapału do rozwijania innych obszarów, które stanowią mocną stronę.

Teraz pytam: Po co mam pokonywać wszystkie słabości (tu warto je nazwać konkretnie, żeby myśleć o konkretach a nie o ogólnikach)? Czy z tymi konkretnymi (nazwane) słabościami  mogę żyć szczęśliwie i realizować siebie w różnych obszarach (nazwać je też warto)? Może warto czasem zgodzić się na niektóre słabości i przyjąć, że tak czy inaczej nie będziemy doskonali, bo to nie tylko nierealne, ale i niepotrzebne.

Zatem mogę teraz powiedzieć: „Nieprawdziwe jest przekonanie, że człowiek musi/ powinien pokonywać własne słabości i ja to przekonanie odrzucam”. Co to dla mnie oznacza? Że mogę przestać się zajmować swoimi słabościami, przynajmniej niektórymi spośród nazwanych. Jaka ulga! Tak, tak, mogę przestać się na nich koncentrować. :-) To pozwala uwolnić energię i zasoby, jakie nosimy w sobie. To oznacza, że możesz (tak samo Ty jak i ja)  np. zacząć szukać swoich mocnych stron i na ich rozwoju budować swoje dalsze „ja”. Ile pomysłów przychodzi do głowy, na temat tego, co mogę robić, jak się rozwijać, jak doładowywać baterie, etc. W efekcie słabości, które były na pierwszym planie schodzą na dalszy plan, bo swoje silne strony nie tylko zauważasz, ale i rozwijasz. I – co może wydać się dziwne – w trakcie pracy nad umacnianiem mocnych stron i w toku takiego rozwoju nie wiedząc kiedy pokonujemy niektóre z tych słabości. :-)

Zmiana przekonań jest czymś do czego mamy prawo, jest czymś naturalnym. Tutaj piszę o ograniczających przekonaniach. Nie wszystkie przekonania są takimi ograniczającymi nas. Odrzucenie ograniczających nas przekonań pozwala nam rozwijać się w kierunkach, które sami przed sobą zamknęliśmy. A to, co do momentu zmiany przeżyliśmy może stać się źródłem jeszcze większej siły. :-)

Życzę przyjemnej pracy przy odkrywaniu i odrzucaniu ograniczających Was przekonań i poszukiwaniu siebie – niezależnie od wieku, stanu i pozycji zawodowej.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Pan Luzak i Pani Perfekcja

Sierpień 12th, 2010

Tak w pracy, jak i w relacjach ze znajomymi spoza pracy, czasem pojawia się temat perfekcjonizmu, precyzji, dokładności etc.  Zaczęłam się zastanawiać, jak to jest, gdy perfekcjonista spotyka się z kompletnym luzakiem, gdy osoba precyzyjna spotyka się z typem kreatora, dla którego ważny jest klimat, zarys, a nie detal, gdy pedant spotyka bałaganiarza, etc. Zobaczyłam to w wyobraźni w wersji mocno karykaturalnej i to przyprawiło mnie o dobry humor. :-)

W toku jednej z podobnych jak wspomniane rozmów przypomniały mi się dwa foldery… Oba z elementami graficznymi, zdjęciami i tekstami mającymi reklamować określoną firmę i informować o podstawowych usługach. Oba mające pełnić  jednocześnie funkcje okładki (teczki) na dokumenty. Każdy powstawał w innym czasie, w innym zespole, w innej firmie. Oba powstały, ale proces i efekt były zdecydowanie różne i według mnie pouczające.

Pierwszy folder  (Pani Perfekcja) powstawał przez szereg miesięcy (tak, tak, miesięcy) i wszyscy byli tym zadaniem umęczeni i udręczeni. Tylko osoba mająca zaakceptować całość do produkcji za każdym razem zmieniała jakiś detal. Na pewnym etapie zmian ich znaczenie było mniej niż kosmetyczne, niemal na poziomie wyboru pomiędzy słowem „lub”  a słowem „albo”. Wiele korekt powodowało powrót do wersji sprzed kilku tygodni.  W końcu folder poszedł do produkcji mimo wszystko, bo granice ostateczną wyznaczyło pewne wydarzenie marketingowe, kiedy to absolutnie coś takiego musiało być gotowe. Gdyby nie to – pewnie trzeba by dokonać jeszcze kilkudziesięciu nieistotnych zmian, a potem realia firmy zdążyłyby się zmienić i wszystko trzeba by było zacząć od nowa… Ten niezwykle długi proces akceptacji był w moim odczuciu wynikiem zbędnego i wręcz szkodliwego perfekcjonizmu . To zadanie zdeterminowało pracę wielu osób na długi czas, zabrało wiele energii i spowodowało, że zespół sprzedażowy musiał sobie radzić bez niego zdecydowanie zbyt długo. Pani Perfekcja umęczyła wszystkich, łącznie z folderem. :-)

Drugi folder (Pan Luzak) powstał bardzo sprawnie, w kilka dni na projekt, teksty, bardzo szybka akceptacja, szybka produkcja. Dobry efekt wizualny, dobry czas realizacji, teksty dobre, komunikaty właściwe, wrażenie  całości OK. Jednak gdy ktoś chciał ten folder wykorzystać jako okładkę do dokumentów, okazało się, że kartka dokumenty A-4 wystaje po dwa milimetry od góry i z boku. Pan Luzak zapomniał o Pani Precyzji i Pani Kontroli.

Kilka refleksji:

- Precyzja w wykonywaniu określonych zadań jest bardzo potrzebna, w niektórych działaniach czy nawet zawodach – konieczna.

-  Kontrola jakości (a czasem i kontrola celu czy kursu) na różnych etapach wykonywania prac jest potrzebna i pozwala unikać wpadek na etapie finalnym, pozwala oszczędzać czas i środki.

Perfekcjonizm jest szkodliwy zarówno w sferze zawodowej, jak i w tzw. życiu pozazawodowym. Perfekcjonizm męczy nie tylko otoczenie i samego perfekcjonistę. perfekcjonizm stoi często w sprzeczności z efektywnością i produktywnością.

Żartuję czasem, że zanim Pani Perfekcja skończy makijaż (wersja , z której będzie zadowolona), to Pani Wyluzowana zdąży już wrócić z imprezy, po czasie świetnej zabawy i dobrych relacji. :-) A jeśli nawet spotkają się na tej samej imprezie, to po 3 godzinach  oba makijaże będą wyglądały tak samo nieświeżo. Tylko perfekcjonistka odebrała sobie sporo przyjemności stresując się makijażem, a nieperfekcjonistka zdążyła w tym czasie zrobić jeszcze kilka innych rzeczy ku zadowoleniu własnemu lub/i innych

Ważne, by podejmując rożne działania zadać sobie pytanie, co jest najważniejsze, co jest istotą, co priorytetem. Kilka cech/przymiotów wypisać i nadać im kolejność, hierarchię. Może najważniejszy jest czas, może teksty, może ogólne wrażenie…

- Lepiej „tylko” dobrze przygotować folder i mieć czas na inne działania i kreacje, niż cyzelować projekt, podczas gdy zespół czeka na podstawowe narzędzie pracy (jeśli folder jest takim).

- Lepiej napisać trzy „tylko” dobre noty informacyjne,  niż w tym czasie jedną dopracowywać  w detalach – gdy priorytetem jest dostarczenie informacji.

- Lepiej przeprowadzić kilka szkoleń i nanosić korekty na podstawie zdobywanych w toku działania doświadczeń, niż poprawiać koncepcję i nadal siedzieć tylko nad komputerową wersją.

Jeśli masz tendencje do perfekcjonizmu – warto czasem przetestować, co się zdarzy, gdy np. oddasz tekst nie do końca dopracowany, zdjęcie nie idealne, podasz głodnemu przyjacielowi  nie do końca idealna zupę lub kanapkę z krzywo pokrojonego chleba, położysz niewyprasowane prześcieradło. Pewnie nic się nie stanie poza tym, ze druga strona podziękuje i będzie zadowolona, ze noc na niewyprasowanym prześcieradle będzie tak samo udana jak na tym wyprasowanym.  A jeśli ktoś uzna, ze cos trzeba poprawić, to zawsze możesz to jeszcze zrobić, jeśli to naprawdę będzie istotne.. I nic Ci się złego nie stanie. :-) Jeśli jesteś Luzak – zanim oddasz do produkcji np. folder lub wyślesz wymagający precyzji dokument – poproś kogoś z zespołu kto jest dokładny i uważniejszy, aby sprawdził, czy czegoś nie przeoczyłeś.Praca w zespole ma tę zaletę, ze ludzie uzupełniają się osobowościowo, uzupełniają się pod względem wiedzy i doświadczenia. Warto z tego korzystać.

O ile wartościowsze i ciekawsze  jest mieć czas na wzajemne delektowanie się sobą  w relacjach z partnerem czy partnerką w średnio wysprzątanym mieszkaniu, od  np. czekania na spotkanie w idealnie wysprzątanym mieszkaniu z dokładnie wyprasowanymi ściereczkami do naczyń… bo nie można wcześniej, zanim będzie wysprzątane, bo wstyd, bo nieładnie, bo głupio i co on/ ona pomyśli…

Perfekcjonizm może być oznaką niepewności,  braku wiary w siebie, braku zaufania do własnej wiedzy i umiejętności, braku poczucia własnej wartości, obawą przed krytyką. Może – nie musi rzecz jasna.

Powtórzę jednak – dokładność i precyzja, punktualność są pozytywne. Czasem jednak wystarczy tylko zarys, szkic – warto o tym pamiętać. Perfekcjonizm według mnie zawsze jest  szkodliwy i męczący dla wszystkich.

Pozdrawiam serdecznie. Doceniam Waszą cierpliwość w czekaniu na post.:-)

Ewa

Uncategorized , , , , , ,