Archiwum

Posty oznaczone ‘jakość życia’

Serialowe macierzyństwo

Czerwiec 2nd, 2010

Ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad tym, dlaczego kobiety decydują się na macierzyństwo, skąd i jaką wiedzę młode dziewczyny i młode kobiety mają na ten temat zanim podejmą decyzję powołania nowego życia. I jak ten obraz (wyobrażenia i wiedza) jest potem konfrontowany z rzeczywistością oraz jakie to ma skutki dla matki, dla rodziców, dla dziecka.

Dla wielu przyszłych mam macierzyństwo kojarzy się z cudownym czasem, absolutną miłością dziecka i do dziecka, ze słodkim maleństwem, także z odpowiedzialnością. Bywają u koleżanek – już młodych mam z wizytą.  Widzą spacerujące mamy z wózkami. Słuchają wypowiedzi w programach telewizyjnych. Czasem ulegają też presji otoczenia. Oglądają seriale, w których wiele dzieci już przyszło na świat. Widzą reklamy z pięknymi bobasami w roli głównej i uśmiechniętymi szczęśliwymi rodzicami w tle. Marzą o idealnym domu, idealnej rodzinie, spełnieniu.

Serialowe (i reklamowe) dzieci – niemowlaki a rzeczywistość

Jeśli w serialu rodzi się dziecko, to jako noworodek pokazywane jest widzom niemowlę w wieku 2 - 3 miesiące. Ani w polskich, ani zagranicznych serialach nie widziałam grającego  noworodka ani nawet kilkunastodniowego dziecka. Jest to zrozumiałe, że kilkudniowe maleństwo nie może brać udziału w nagraniach z uwagi na jego delikatność. Mamy mające własne dziecko doskonale wiedzą, jaka to ogromna różnica w rozwoju i wyglądzie niemowlęcia.  Młode dziewczyny i młode kobiety nie mające doświadczenia w kwestii macierzyństwa rzadko kiedy w ogóle zwracają uwagę na ten fakt. Jest malutkie dziecko, niemowlak, wszystko się zgadza. Zapamiętują obraz: rumiane, zdrowe, z fałdkami jak trzeba, czyściutkie, uśmiechnięte, w ładnych czystych ubrankach,  niemal można wyczuć, że pięknie pachnie mlekiem, oliwką i pudrem. Jeśli nawet w filmie choruje, ma kolki, trzeba je przewinąć – jest to obraz z daleka, często tylko sygnalizowany – bez szczegółów.

Na takie dziecko młoda kobieta potem czeka. Na takie „słodkie maleństwo.” Czeka z pięknymi ubrankami, gotowa karmić, przewijać, gotowa zmieniać pieluszki i kochać, kochać, kochać. Bezwarunkowo i bezgranicznie.

Jaka jest często rzeczywistość poza serialem (przyjmuje założenie: dziecko zdrowe, urodzone w terminie, 10 punktów na 10)?

Noworodek w rzeczywistości jest dużo  mniejszy, bardziej „kruchy”, delikatniejszy, szczuplejszy, w większości bez tych ślicznych jeszcze fałdek na rączkach i nóżkach, za to z zaczerwienioną skórą, bezpośrednio po porodzie pokrytą śluzem, ma często ślady na twarzy (zaczerwienienia) od przejścia przez kanał rodny, jest pomarszczone, z zapuchniętymi oczami, skóra ma szczególny wygląd, wszak w życiu płodowym dziecko jest w środowisku wodnym, co ma znaczenie. Nawet najpiękniejsze niemowlęta i najbardziej kochane w momencie przyjścia na świat są… brzydkie i nie przypominają w niczym tych oglądanych w serialach niemowlaków, które „chce się zjeść”.

Cały świat jest dla niego nowy i obcy, a nawet wrogi. Do tej pory siedział u matki pod sercem, chroniony przed urazami i dotykiem przez wody płodowe, chroniony przez powłoki brzuszne przed dźwiękami zbyt głośnym i przed ostrym światłem. Przychodzi na świat w pomieszczeniu, gdzie są światła, masa dźwięków, obcych ludzi… Samo przejście przez kanał rodny jest niezwykłym wyczynem dla drobnego i delikatnego życia. A teraz go mierzą, ważą, grzebią w nosie gruszką oczyszczając drogi oddechowe ze śluzu i krwi. Dotykają, zawijają, sprawiają wiele nieprzyjemnych nowych doznań. Aż położy się je na brzuchu matki i na chwilę odetchnie, bo usłyszy bicie serca – znajome bicie serca matki, przy którym czuł się bezpiecznie przez szereg miesięcy.

Dziecko ma prawo się bać nowego świata. Musi oswoić nieznany świat. Nawet karmienie jest dla niego nowością. Ma instynkt ssania, ale to jednak zmiana sposobu odżywiania. Jelita się muszą nauczyć wszystkiego, system wydalniczy także. Wielu nowych rzeczy musi się szybko nauczyć.  Nigdy dotąd nie leżał w ostrym  drażniącym delikatne ciało moczu, a teraz ma pieluchę, którą zmienia się co jakiś czas… Nikt go wcześniej nie przekładał, nie dotykał, nie układał w niewygodnych bardziej lub mniej pozycjach, nie krępował ubraniem, które pewnie i ładne, ale jakie ma to znaczenie dla niemowlaka?

Jeśli rodzice to wiedzą, rozumieją – starają się swoim spokojem, ciszą, łagodnością zapewnić jak najlepsze warunki do przystosowania się. Dziecko bardzo odbiera (przejmuje) nastrój rodzica. A i tak czasem malec się “drze” ile sił, budzi, boi, męczy, bywa zły i rozdrażniony, pręży się i płacze, bo nie ma innego sposobu komunikacji. Jego możliwości komunikowania są minimalne.

Jak ten obraz ma się do serialowych uroczych „noworodków” – bobasków do przebierania, spacerów i kochania? Warto to wiedzieć, żeby nie czuć dyskomfortu, żeby być gotowym dać dziecku to, czego naprawdę potrzebuje: bliskości, spokoju, poczucia bezpieczeństwa, stabilności, czułości.

Serialowe (i reklamowe) mamy a rzeczywistość

Serialowe mamy nie chodzą w szlafroku, nie są śmiertelnie zmęczone, nie klęczą koło łóżeczka, bo szwy po porodzie dotkliwie ciągną i wszystko boli, że czasem nie da się siedzieć przez kilka a nawet kilkanaście dni. Mamy serialowe są pięknie ubrane, mają piękną cerę, makijaż, wypielęgnowane paznokcie, zadbane włosy. A Ty nie masz siły ich ułożyć, czasem nawet umyć, bo marzysz o chwili dla siebie, o tym, żeby była cisza, żeby pospać choć kilka godzin bez wstawania.

Mamy serialowe mają płaski brzuch i nie pokazują rozstępów. A Twoja skóra na brzuchu naciągnięta w okresie ciąży nagle nie znikła i trzeba czasu i umiejętności odpowiedniego dbania, by ciało wróciło do poprzedniej, a przynajmniej zbliżonej formy.  Serialowe mamy mają na wszystko czas, pieniądze i zwykle jeszcze mają pomoc – ciocie, babcie, nianie etc. A niestety  wiele kobiet w naszym kraju w okresie tak trudnym, jak pierwsze kilka miesięcy po porodzie, jest samych. Od rana do wieczora same, czasem same także w nocy. Wszak są ludzie, którzy pracują w systemie zmianowym. I to poczucie wielkiej odpowiedzialności za nowe życie, które jest wymagające, krzyczące, w kupie, z kolką, płaczące, niekeidy z biegunką, niekiedy nie chce ssać… I to dojmujące poczucie zmęczenia, często bezradności, gdy malec płacze, a Ty nie wiesz, co jeszcze możesz zrobić, żeby się uspokoiło… Serialowe mamy nawet budzą się rano z nieskazitelnym makijażem…

Wszyscy wokolo mówią, że karmienie piersią jest wazne dla wzajemnej więzi, dla zdrowia dziecka, że to cudowna sprawa, że to niemal metafizyczne przeżycie. A młoda mama niekiedy ma nabrzmiałe piersi, bolesne od ssania sutki i walcząc ze zmęczeniem usiłuje przystawić skutecznie dziecko do piersi, by ssało, a ono krzyczy. Im się bardziej denerwuje i stara, tym jest gorzej. W serialach tego nie ma. W realnym życiu tak bywa. Tak, jak dziecko oswaja nowy nieznany świat, tak i matka niekiedy z trudem i poświęceniem odnajduje się w nowej rzeczywistości.

Serialowe mamy nie mają problemu z tym, jak z wózkiem przedostać się przez przejście podziemne, bo ktoś nie pomyślał, że oprócz schodów powinna być winda.  Serialowe mamy nie chodzą po zakupy z wózkiem (zakupy w serialach robią się same lub robią je mężowie), nie stoją w kolejkach w przychodni, nie mają dylematu, czy starczy pieniędzy na zalecane szczepienia. Serialowe mamy wkładają wózek do samochodu, a dziecko przypinają w foteliku. Nie stoją na przystanku i nie wnoszą wózka do zatłoczonego tramwaju. I nie widać, ile waży ten fotelik z dzieckiem, gdy się chce tak niemowlaka wnieść na trzecie piętro w bloku bez windy, niosąc zakupy w drugiej ręce.

Jeśli miałaś wyobrażenie, że będziesz właśnie taką piękną, wypoczętą delektującą się macierzyństwem mamą, zadowoloną, szczęśliwą, zachwyconą, wzorcową, z wspaniałym dzieckiem, to tym bardziej czujesz dyskomfort.  Czujesz się czasem brzydka, nieatrakcyjna dla swojego partnera, niekiedy w ogóle nie masz ochoty na bliskość, bo nie akceptujesz swojego zmienionego ciała lub akceptujesz je z trudem. Masz chwilami ochotę uciec, rzucić to wszystko i nie możesz. I wiesz, że Twoje maleństwo jest od Ciebie zależne we wszystkim i że chcesz dla niego jak najlepiej. Tylko czasem nie wiesz jak. Marzysz o tym, by się wyspać. Niewyspana, zmęczona, zdenerwowana, sfrustrowana często zaczynasz porównywać się z innymi, z serialowymi matkami także. A to rodzi poczucie, że jesteś złą matką i że sobie nie radzisz, że jesteś gorsza. Bo inne są - te matki  serialowe albo te z odwiedzin u znajomych czy rodziny na chwilę, na dobrze przygotowaną chwilę – zadowolone i dobrze zorganizowane.

Taki jest początek wielu relacji rodzinnych (choć z pewnością nie wszystkich), gdy pojawia się dziecko i gdy brak naprawdę dużego wsparcia ze strony bliskich, gdy brak babci, niani, dziadka, cioci, a mąż wychodzi na cały dzień do pracy. Jeśli jesteś na to przygotowana, jeśli wiesz, jak może ten czas wyglądać  – masz dużo większe szanse, by sobie poradzić z własną słabością. Masz też szanse na zorganizowanie sobie pomocy i przede wszystkim nie obwiniasz się, nie oceniasz. Masz szansę na zorganizowanie sobie wsparcia. Ja bywałam wielokrotnie takim wsparciem i wiem z informacji zwrotnych, jak to dużo daje.

A jak przy tym jeszcze być atrakcyjną dla partnera kobietą (atrakcyjną w swoim odczuciu) i czułą oddaną kochanką?

Serialowe (i reklamowe) rodziny a rzeczywistość

Serialowe rodziny są na ogól wielopokoleniowe – nawet jeśli nie mieszkają razem, to dziadkowie wspierają. Jeśli nie ma dziadków – jest niania, pani do sprzątania, etc. Mężowie są zawsze przy kobiecie, przygotowani na tę poważną zmianę w życiu i rozumieją często znacznie więcej, niż w realnym życiu. Mężowie wspierają żony, wracają z pracy i przejmują domowe obowiązki, by odciążyć żonę. Okazują jej bliskość. Serialowi mężowie wracają do zadbanych czystych i wysprzątanych mieszkań, w których obiad sam się zrobił. W łazience nie wiszą rzędy śpiochów, a w przedpokoju nie stoi worek z brudnymi pieluchami do zniesienia do śmietnika. Naczynia myje zmywarka lub babcia, pranie robi się, wiesza i suszy się samo w niewidzialny sposób. Wieczorem jest czas na bliskość, ciepło, intymność.  Nie ma fury prasowania. W realnym życiu jest inaczej. Gdy dziecko wreszcie zaśnie, kobieta po całym dniu intensywnej opieki nad dzieckiem nadrabia zalęgłości w praniu, prasowaniu, układaniu rzeczy, myciu naczyń, etc. Mężczyzna jej czasem pomaga wykapać dziecko, czasem wesprze w zakupach, a czasem siedzi wieczorem przy komputerze, bo musi przygotować na następny dzień dokumenty do pracy, albo wyjechał w delegację, albo ma bankiet firmowy. A bywa, ze wychodzi z kolegami na mecz, bo nie jest w stanie zaakceptować obecnego stanu rzeczy. Bo nie był przygotowany na taką zmianę, bo się nie spodziewał, że aż tak wszystko się zmieni.

Tak, wiem,  są też chwile piękne. macierzyństwo bywa piękne. Czas wspólnych czułości, spacerów, kołysania dziecka, przytulania, kiedy czułość ogarnia wszystkich. One mają z pewnością wielką wartość.

Serialowe życie to złuda, to pułapka.

Czas mówić o tym głośno, żeby rodzice w trudach rodzicielstwa nie popadali w poczucie winy i poczucie niskiej wartości, żeby nie myśleli o sobie lub o dziecku źle, gdy ich życie odbiega od serialowego wzorca. To nie jest dobry start w rodzicielstwo, które przecież nie trwa kilka miesięcy, ale jest na zawsze, a przynajmniej przez kilkanaście lat determinuje życie kilku osób, a każdy dzień i miesiąc przynoszą nowe przeżycia i stawiają rodziców wobec nowych nigdy wcześniej nie poznanych sytuacji.

Dla potrzeb tego postu  przyjęłam założenie pełnej rodziny, zdrowego dziecka, jednego dziecka, pominięte niemal zupełnie zostały kwestie bytowe i materialne. To tylko „liźnięcie” tematu, ale mam nadzieję, zachęci Was do dowiadywania się, jaka jest prawda o macierzyństwie, żeby nie bazować na pozorach i obrazach z seriali oraz wypowiedziach tzw. celebrytów ograniczających się do „wspaniale” „cudownie”, „tego się nie da opisać”…  Ja słyszałam prawdziwie o wczesnym macierzyństwie kiedyś jedynie z ust Patrycji Markowskiej i Agnieszki Chylińskiej. Czasem ktoś uszczknie prawdy. Często prywatnie słyszę: “marzyłam, żeby się wyspać”, “myślałam, że zwariuję”, “‘chciałam uciec”, „marzyłam, by porozmawiać z kimś normalnie – nie o dziecku, kolkach i pieluchach”, „nie pamiętam kiedy byłam w kinie i kiedy przeczytałam jakąś książkę nie o dziecku”…

Każdy chce swoje macierzyństwo pokazać jako pozytywne i piękne doznanie czy stan. Tego poniekąd oczekuje otoczenie. Nie wypada inaczej, bo to by mogło źle świadczyć o kobiecie – matce. Trzeba wielu spotkań, zaufania, szczerych rozmów w klimacie akceptacji, żeby sięgnąć głęboko pod powierzchnię kocyka w misie, wózka dobrej firmy, grzechotek, pozytywek i śpioszków w supermodnym kolorze. Według mnie warto znać prawdziwy obraz macierzyństwa/ rodzicielstwa. Żeby się przygotować na rzeczywistość. Żeby świadomie podejmować decyzje.

Ja przedstawiłam początek drogi wielu mam i ojców. Zrobiłam to na podstawie szczerych i otwartych rozmów z przyjaciółkami – mamami. Niektóre mają już dorosłe dzieci, niektóre kilkuletnie, niektóre kilkumiesięczne. I na podstawie swoich przeżytych u nich w rodzinie czasem godzin, czasem dni i nocy, także tych przerywanych dziecięcym płaczem. A też na podstawie uważnej obserwacji otoczenia. Sama nie jestem matką. Świadomie podjęłam taką decyzję z powodów, które nie są tu szczególnie istotne. Nie chcę jednak w żadnym wypadku zniechęcać do macierzyństwa! Chcę, tylko powiedzieć: “Zrób wysiłek i poznaj prawdę o macierzyństwie. Wtedy będziesz mogła świadomie decydować. A jeśli podejmiesz decyzję, że chcesz mieć dziecko, to będziesz się mogła naprawdę przygotować i będzie trochę łatwiej. Będziesz mogła przygotować sobie „grupę wsparcia”. I być może będziesz miała dzięki temu mniej frustracji, lepsze samopoczucie i wyższą samoocenę”. A to wydaje mi się niezwykle ważne. To wpływać będzie na Twoje relacje z dzieckiem i relacje z partnerem już od pierwszych dni, i to owocować będzie w kolejnych latach.

Czas mówić o jasnych i ciemnych stronach bycia matką, by kobiety podejmowały decyzje o macierzyństwie świadomie. Świadome macierzyństwo (rodzicielstwo) nie dotyczy tylko kwestii poczęcia. Świadome decyzje można jednak podejmować dopiero wiedząc, co tak naprawdę się może wydarzyć, co się zmienia.

Moja mama mawiała, że dziecko wychowuje się na 20 lat przed jego urodzeniem. Dotyczyło to pokolenia, kiedy pierwsze dziecko kobieta rodziła w wieku ok. 19 – 25 lat. Czyli – zgodnie z tym – do macierzyństwa przygotowujemy się całe świadome życie. Trudno to nadrobić przeczytaniem jednej czy dwóch książek czy tygodniowym szkoleniem dla przyszłych mam. Dla mnie to też informacja, że możesz przekazać dziecku to, co masz w sobie – wartości, którymi żyjesz, wiedzę, którą posiadasz, wzorce, według których postępujesz, poczucie własnej wartości jakie masz, obraz świata, jaki nosisz w sobie. Warto więc także przyjrzeć się sobie – czy jesteś na tyle dojrzała, by powoływać nowe życie, które będzie w pełni od Ciebie zależne.

Serialowe obrazy przekłamują rzeczywistość i tym samym często wyrządzają wiele szkód.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

„Martwię się przez Ciebie…”

Maj 25th, 2010

Tytuł tego postu to cytat – właśnie w taki sposób mawia matka do dorosłej córki – jednej z moich znajomych. Są też inne powszechnie używane zwroty, np. „Mam przez Ciebie tyle zmartwień”, “przez Ciebie nie sypiam po nocach, bo się martwię”…

Ja zauważam dwa dość powszechnie występujące stany (sytuacje):

  1. My się martwimy (i zamartwiamy) z jakiegoś powodu,
  2. Inni martwią się o nas (lub co gorsza – przez nas, z naszego powodu).

Martwienie się jest u nas dość często spotykane. Wydaje mi się, że martwienie się to bardzo wygodna postawa wobec życia. Wygodna. :-) Tak, tak. To sposób na życie dający konkretne „korzyści”.

Co dokładnie mam na myśli?

Otóż martwienie się  jest biernym zastępnikiem działania, jest usprawiedliwieniem „nicnierobienia”.  Jest  zwolnieniem się z odpowiedzialności za własne życie. Ucieczką od tej odpowiedzialności i przerzuceniem jej na innych lub na tzw. okoliczności zewnętrzne. Wygodnie. Niesłusznie niekiedy wiąże się je z miłością, odpowiedzialnością, troską, pomocą. Martwienie się nie pomaga! To nie ma nic wspólnego z empatią!

Martwienie się dodatkowo pozwala na manipulowanie otoczeniem poprzez wywoływanie w innych poczucia winy – jak w tytułowym zwrocie – „Martwię się przez Ciebie”. To nic innego jak powiedzenie drugiej osobie: Jesteś odpowiedzialna(y) za to, że jest mi źle, za to, że nie odczuwam radości, etc …

Większość rzeczy, o które się martwimy nigdy nie następuje lub następuje w mniejszym nasileniu, niż w naszych “zamartwionych” wyobrażeniach. Martwienie się jest w takich przypadkach osłabianiem siebie, wydawaniem własnej energii na próżno. Ale jak się martwisz to masz pozory działania.

Jak często się martwisz? O co się martwisz?

  • Martwisz się o zdrowie? Nie martw się tylko zacznij o nie dbać. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, ze stracisz pracę? Nie martw się, tylko np.  podnoś swoje kwalifikacje, zabezpiecz sobie „wyjście awaryjne”,  rozmawiaj z przełożonym o Twoim rozwoju, poproś o ocenę Twojej pracy i sugestie, co powinieneś poprawić, żeby ta ocena była lepsza… Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, ze nie dostaniesz pracy? Zamiast się martwić wykonaj pracę – np. sprawdź, jakie kompetencje są wymagane, określ, czego się powinieneś nauczyć, żeby podnieść swoją atrakcyjność na rynku pracy, etc. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się o kogoś? Sprawdź, czy możesz pomóc lub czy ktoś może pomóc. I zrób to. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, bo brakuje Ci pieniędzy? A czy z martwienia się będziesz ich mieć więcej? Właśnie… Więc zastanów, jak możesz je zarobić, gdzie. Nie martw się, tylko podejmij działanie!

Z faktu martwienia się nie przybywa ani pieniędzy, ani energii do działania, ani zdrowia, ani przyjaciół…  Martwienie się dodatkowo osłabia poczucie własnej wartości. Martwienie się odbiera energię. Martwienie się łatwo może stać się przyzwyczajeniem, sposobem reagowania na trudności. Przestań się zatem martwić, a zacznij zadawać sobie pytanie: “Co mogę zrobić, żeby zmienić daną sytuację”. Stwórz plan i działaj. Szukaj rozwiązań. Rozmawiaj na ten temat. Szukaj sposobów na działanie rzeczywiste, na konstruktywne rozwiązania, a nie na działanie pozorne. Bierność i usprawiedliwienia – to właśnie niesie ze sobą martwienie się. Problemami zajmuj się wtedy, kiedy one już będą rzeczywiste. Nie zajmuj się nimi, gdy są tylko w Twojej głowie, w Twoich wyobrażeniach.

Jeśli natomiast ktoś mówi Ci, że martwi się przez Ciebie, to uciekaj daleko (!), a przynajmniej bardzo uważaj. To oznacza, że ten ktoś próbuje Tobą manipulować, przerzucać na Ciebie odpowiedzialność za swoje samopoczucie, wbijać Cię w poczucie winy i samemu ustawiać się jako skrzywdzony przez Ciebie.  To manipulacyjne i toksyczne.

Życzę, żebyście nie mieli zmartwień, tylko sprawy do załatwienia i nowe pomysły na rozwiązanie różnych spraw i nawet problemów.

To Twoja decyzja, czy będziesz się martwić, czy działać. Tylko Twoja!

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , ,

W zgodzie ze sobą

Kwiecień 16th, 2010

Czas poświąteczny okazał się dla mnie bardzo aktywny, wymagający, pełen różnych emocji,  także tych związanych z tragiczną katastrofą samolotu z 96 osobami na pokładzie, w tym Prezydentem RP i Jego Małżonką. Był to także czas wytężonej pracy, refleksji, wartościowych spotkań i  rozmów, a i różnych lektur, kilku “odkryć”. ;-)

Znalazłam m.in. wywiad z Marią Kaczyńską, którego fragment zdecydowałam dziś zamieścić w poście – bez zbytniego “przegadywania”. Pomyślałam, że to dobry tekst,  niezależnie od czasu, poglądów politycznych, wyznania, stanu cywilnego, wieku – aktualny, inspirujący, skłaniający do refleksji i pozytywnych zmian. Chociaż tekst odnosi się do kobiet, śmiało można go odnieść do każdego człowieka – niezależnie od płci:

[…] Daleka jestem od wygłaszania stwierdzeń: współczesna kobieta powinna być taka i taka. Nie, niech każda robi tak, jak czuje, że dla niej najlepiej. Niech się spełnia. Niech dopasowuje życie do siebie, a nie do trendów.[…]
(Maria Kaczyńska – fragment wywiadu z 29.02.2008 13:04/Cooltura, Sylwia Chudak, przytoczony za Onet.pl)

Dla mnie te powyżej zacytowane zdania p. Kaczyńskiej mają wielką siłę i wartość. Czytam je po raz kolejny i za każdym razem skłaniają mnie do nowych przemyśleń. Stosownie do dnia, do okoliczności, do działań, jakie podejmuję.
Dopowiem od siebie: Ważne, by przy tym nie krzywdzić innych, nie ograniczać innym ich prawa do rozwoju i spełnienia.
Moje życie jest moim życiem. Twoje życie jest Twoje. Mamy prawo przeżywać je tak, jak uważamy, że będzie najlepiej. Nawet gdyby inni uważali inaczej. Także my, a nie inni, jesteśmy za nie odpowiedzialni. To wymaga odwagi. Jestem przekonana, że warto ją w sobie odnajdywać każdego dnia. :-) .

Jeśli zechcecie – podzielcie się swoimi przemyśleniami i refleksjami.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , ,

To co dajesz – wraca do Ciebie

Marzec 30th, 2010

Sobota rano, urząd pocztowy na jednym z warszawskich osiedli. Jedno okienko czynne, kolejka spora. Kolejki pilnuje „automat” – należy wydrukować numerek w zależności od tego, co chce się załatwić. Numerek się wyświetla i informuje, do którego okienka należy podejść. Proste. Tak – dla młodego, sprawnego – żaden problem.

Na pocztę weszła drobna Starsza Pani o laseczce. Na poczcie było sporo osób młodych i w średnim wieku, dla których zasady korzystania z usług pocztowych są proste i jasne. Jednak z poczty – jak i z innych podobnych miejsc – korzystają wszyscy, także starsi ludzie, zakłopotani, gdy nie wiedzą, jak sobie poradzić – jak Starsza Pani. Kiedy ona była młoda – stawała w kolejce do okienka. Bez maszyn i numerków. Widać było, że i ta Starsza Pani nie wie, jak się odnaleźć na tej współczesnej poczcie.

- Czy mogę w czymś pani pomóc – zapytałam podchodząc do Starszej Pani.
- Nie wiem w czym – usłyszałam.
- Jeśli mi pani powie, co chce pani załatwić, to będzie mi łatwiej pomóc.
- Chciałam kupić znaczki.

Właśnie wyświetlił się mój numerek, powiedziałam:
- Proszę ze mną podejść do okienka, nie ma potrzeby, żeby czekała pani w kolejce.

Starsza Pani kupiła znaczki i serdecznie mi podziękowała. Nikt nie zareagował, co mnie ucieszyło, bo bywają sytuacje, gdy nawet w odniesieniu do takich starszych osób inni walczą o pierwszeństwo w kolejce.

Pomogłam Starszej Pani. Miałam poczucie, że zrobiłam coś dobrego. Małego, ale dobrego. Wymagało to jedynie uważności i życzliwości. Wyszłam z poczty i poczułam że … Starsza Pani sprezentowała mi coś dobrego. Pozostałam pod wrażeniem jej ciepłego  i subtelnego podziękowania. Nie planowałam tej wizyty na poczcie – ktoś poprosił mnie o przysługę. Inaczej nie spotkałoby mnie to pozytywne doznanie. I mój dzień przez to nabrał innej dynamiki, innych barw.

Skojarzyłam tę sytuację z powiedzeniem, które wielokrotnie słyszałam, że “to co dajesz, to do Ciebie wraca”.  I pewnie coś w tym jest. Jak to działa – nie wiem, ale działa.

Jest wiele okazji w codziennym zabieganym życiu, aby w prosty sposób dawać ludziom dobro, okazywać szacunek. To nic nie kosztuje – poza chwilą uważnej życzliwości.  Warto. Pod każdym względem. Dla innych i dla siebie.  To może być przytrzymanie drzwi do windy, ustąpienie miejsca w tramwaju (coraz rzadsze zjawisko w wykonaniu młodych ludzi, a szkoda), pomoc w takiej sytuacji, jaką opisałam, pomoc w wyjściu z przejścia podziemnego, które jest kiepsko oznakowane…. jest wiele możliwości.

To, w jaki sposób odnosimy się do słabszych czy starszych ludzi, według mnie świadczy o naszej kulturze, wrażliwości, szacunku, jaki mamy dla ludzi i dla siebie. Sprawianie dobra, nawet w malutkich dawkach, dodaje kolorów naszemu życiu. To nas rozwija. Przy okazji mamy szansę pozytywnie się wyróżniać.

Warto zastanowić się, czy  zwracamy uwagę na potrzeby innych? Jak traktujemy słabszych i starszych? Czy odnosimy się do nich z szacunkiem? Kiedy ostatnio bezinteresownie pomogliśmy innej, nieznanej osobie? Czy dajemy ludziom powód do uśmiechu? Czy potrafimy czerpać radość z radości innych? Czy dajemy, rozsiewamy dobro?

Zachęcam. Pozdrawiam

Ewa

Uncategorized , , , , ,

O “spędzaniu” czasu

Marzec 13th, 2010

Słowo “spędzać” (“spędzić”) kojarzy mi się z pozbywaniem się czegoś, przepędzaniem, gonieniem, wypędzaniem, wyganianiem, a nie z doświadczaniem, przeżywaniem, ubogacaniem się, rozwojem… “Spędzić czas”, to jak “Spędzić psa z kanapy”. Był tu i go nie ma:-).

Jak spędzasz wolny czas?  Ile czasu spędzasz nad książkami? Spędziłem weekend z rodziną. – na co dzień używamy takich zwrotów i są one językowo poprawne. Ja ich nie lubię. Kiedyś (dawno, dawno temu) mawiało się “spędzić płód”, co oznaczało aborcję (a dokładniej – doprowadzenie do poronienia) .

Nie pozbywaj się czasu, tylko go przeżywaj. Nie spędzaj go, tylko wykorzystuj w dobry dla Ciebie sposób. Czasem się mówi: “robiłem to dla zabicia czasu”… Nie zabijaj go, ale ciesz się nim.

Jak zatem radzić sobie na poziomie języka? Poniżej kilka podpowiedzi:

- Spędziłam wieczór przed TV. -> To akurat bardzo adekwatna odpowiedź, bo w większości przypadków siedzenie przed TV pozbawia nas czasu, a korzyści z tego mizerne . :-)

- Spędziliśmy nad tym projektem wiele czasu. -> według mnie lepiej powiedzieć np. : Ten projekt wymagał od nas wiele pracy i czasu lub Ten projekt był czasochłonny.
- Spędziłem czas w bibliotece. ->Ta odpowiedź  przekonuje mnie tylko wówczas, jeśli bezproduktywnie siedziałeś między regałami :-) ; jeśli czytałeś lub uczyłeś się – powiedz o tym:  Byłam w bibliotece i uczyłam się ….  lub Byłem w bibliotece i czytałem ciekawe książki (tu przy okazji otwierasz możliwość rozmowy o tym, co czytasz, czym się interesujesz).
- Siedziałem w domu. -> Czyli nic nie robiłeś tylko siedziałeś? Wiem, że w skrócie chcesz przekazać, że nigdzie nie wychodziłeś. Ale to nie jest budujący komunikat. Jeśli nie przesiedziałeś bezczynnie popołudnia, to lepiej powiedz: byłem w domu albo zajmowałem się sprawami domowymi. To otwiera możliwość rozmowy o tym, co robiłeś będąc w domu.

Taka zmiana sposobu komunikowania o tym, jak przeżywasz swój czas i czego doświadczasz (a nie “spędzasz” czas) pozwoli Ci zobaczyć, czym się karmisz, jak wykorzystujesz czas, a dodatkowo pozwoli wyeksponować to, co robisz. Otwiera możliwość głębszej rozmowy, chociażby o zainteresowaniach.

Prawie każdy możne powiedzieć Spędziłem X godzin w pracy. Powiedzenie spędziłem w pracy cały dzień nie przekonuje mnie o tym, że to był konstruktywnie wykorzystany czas. Ja nie spędzam czasu w pracy, ja w pracy… pracuję, robię ciekawe i pożyteczne rzeczy, czasem mniej ciekawe ale potrzebne. Lepiej powiedzieć: Wczoraj miałem bardzo intensywny dzień, pracowałem do późnego wieczora, ale dzięki temu skończyłem ważny projekt.

Zamiast Spędziłem święta u Rodziców lepiej gdy mówisz Przeżywałem te święta wspólnie z Rodzicami / u Rodziców.

Zamiast Spędziłem wieczór z rodziną lepiej powiedzieć Wieczór przeżywałem w towarzystwie rodziny.

Słyszycie różnicę? Zauważacie ją?

Używanie języka w sposób świadomy może nas pozytywnie wyróżniać. Nie mówię, by w ogóle nie używać słowa “spędzać”. Zachęcam, by używać świadomie, a jeśli można – zamiennie, eksponując naszą aktywność, rozwój, pasje, zainteresowania. To może w wielu sytuacjach zmienić sposób postrzegania nas przez innych, a także zmienić nasz sposób myślenia o nas samych.

To, jak zadajemy pytania  wiele o nas mówi. Od tego, jak zadamy pytanie, zależy odpowiedź, jaką usłyszymy. Zamiast pytać znajomego, jak spędzi wakacje, zapytaj, co planuje robić w czasie wakacji lub jakie ma plany na wakacje. Zamiast pytać dziewczynę, jak chce spędzić wieczór, zapytaj, jak chce przeżyć ten wieczór lub czy ma plany na ten wieczór.

Jestem ciekawa Waszych opinii.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , ,

Czy jesteś swoim przyjacielem?

Marzec 6th, 2010

Możemy uczyć się od naszych przyjaciół życzliwego i wspierającego stosunku do siebie. Czy to oznacza, że mamy od siebie przestać wymagać, że mamy się tylko “klepać po ramieniu” i mówić miłe rzeczy?  Nie. Chodzi o to, by nie sabotować własnych działań, nie podstawiać sobie nogi, nie gasić w sobie zapału, nie osłabiać chęci do rozwoju, nie oszukiwać siebie samych.

Przyjaciel, to według mnie osoba, która:

  1. Jest mi życzliwa.
  2. Wspiera mnie w moich dążeniach.
  3. Pomaga mi, jeśli może i jeśli ja tego potrzebuję, i jeśli o to poproszę.
  4. Szanuje moją niezależność i indywidualizm.
  5. Nie ocenia mnie, nie krytykuje, nie ośmiesza, nie umniejsza mojej wartości.
  6. Nie daje mi gotowych recept na moje życie, zostawia mi wolność wyborów.
  7. Daje mi uczciwe informacje zwrotne, jeśli o to proszę, jest wobec mnie uczciwy.
  8. Potrafi znaleźć dla mnie czas, interesuje się mną.
  9. Ma do mnie zaufanie i ja obdarzam go zaufaniem.
  10. Czuję się w jego towarzystwie dobrze i bezpiecznie, cieszy mnie jego towarzystwo.

Oczywiście każdy może do tego dodać szereg innych rzeczy według własnej definicji Przyjaciela, ja skupię się na tych, bo wydają mi się kluczowe i uniwersalne..

Zatem  przyjrzyj się sobie i zobacz, czy naprawdę jesteś swoim przyjacielem, a nad czym dobrze popracować, żeby być swoim prawdziwym przyjacielem. Oto podręczna  „ściąga”:

  • Czy lubisz siebie? Czy mówisz sobie dobre rzeczy? Kiedy ostatnio pochwaliłeś siebie za coś codziennego? Kiedy ostatnio powiedziałeś sobie np.: „jestem w tym dobry”, „świetnie sobie z tym radzę”, „jestem z siebie dumny”?
  • Czy lubisz swoje własne towarzystwo? Ile czasu bywasz świadomie i z wyboru we własnym towarzystwie – bez radia, TV, znajomych etc i rozmawiasz ze sobą (w myślach lub nawet głośno)?
  • Czy dbasz o swoje zdrowie, o swoją kondycję, o swoje otoczenie, o swój wygląd? Czy chwalisz się za to?
  • Jak odpoczywasz? Poleciłabyś to swojej najlepszej przyjaciółce / przyjacielowi?
  • Czy potrafisz wymienić  5 rzeczy, które w sobie lubisz? A 3, z których jesteś dumny?
  • Czy mówisz sobie dobre rzeczy i życzysz sobie “dobrego dnia”, “powodzenia”?
  • Czy masz dla siebie szacunek?
  • Czy masz zaufanie do siebie i swoich wyborów?
  • Kiedy ostatni raz pytałeś siebie, jak się czujesz i co u Ciebie słychać dobrego?
  • Kiedy pytałeś się siebie, jak możesz sobie pomóc?
  • Kiedy pytałeś się siebie o swoje marzenia i o to, jak chcesz je realizować?
  • Czy dodajesz sobie sił i energii, np. mówiąc „dobrze sobie radzisz, jest ok.”, „nie masz powodu się martwić”, „zobacz, w trudniejszych sytuacjach tak sobie dobrze poradziłeś, że teraz to małe miki”, “to nie problem, to tylko sprawa do załatwienia”, „jesteś zdolny, znajdziesz właściwe rozwiązanie” (tak mówią do Ciebie przyjaciele, prawda?)?

Teraz dla odmiany: Kiedy ostatnio powiedziałeś sobie: „nic mi się nie udaje”, że „znowu mi nie wyszło”, ” jestem do d…”, „głupi”, „nieodpowiedzialny”, „zachowałem się jak idiota”, „brak mi profesjonalizmu”, „nie poradzę sobie”, “nic mi nie wychodzi”, “wszystko jest nie tak”…  Jaki dialog  toczysz ze sobą?  Czy ten dialog dodaje Ci sił? Czy swojemu przyjacielowi też tak mówisz, gdy ma gorszy czas, albo trudności? Czy takie słowa mówione do siebie są dla Ciebie wsparciem i dodają Ci sił w Twoich dążeniach? Czy tak rozmawia z Tobą najlepszy przyjaciel? Jesteś swoim przyjacielem, czy tylko “kumplem od piwa” i “koleżanką od plotek i zakupów”?

Przypomniało mi się powiedzenie: “Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”. Hmm… Czy jesteś swoim przyjacielem na co dzień i w trudnych sytuacjach?

Jesteś swoim przyjacielem? Jak wzmacniasz tę przyjaźń? Możesz zacząć np. od tego, by każdego dnia wieczorem i każdego dnia rano powiedzieć sobie (czyli swojemu przyjacielowi)  jedną dobrą rzecz, pochwalić się za coś, co zrobiłeś danego dnia. Zawsze jest coś takiego. :-)

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Nie bądź jak tabloid

Marzec 3rd, 2010

Wszyscy znamy tabloidy. Są dostępne w każdym kiosku, w sieci także. Karmią się sensacją, złymi informacjami, żerują na ciekawości ludzkiej, ale przede wszystkim bazują na emocjach – na złych emocjach. Wprowadzają napięcie, poczucie niepewności, zagrożenia, niesprawiedliwości. Jednocześnie często nie przekazują prawdy – dopasowują fragmenty rzeczywistości na potrzeby wywołania skandalu, pobudzenia emocji… Ważne, żeby się działo. Ważne, żeby się sprzedało. Czy po takiej lekturze czujesz się spokojny, myślisz konstruktywnie?

Obok mojego przystanku jest kiosk z gazetami. Przy nim – na specjalnych stojakach eksponowane są codzienne wydania tabloidów. Czekając na autobus z nudów czytałam. Same tytuły przyprawiają o ból głowy. Świat według tabloidów jest niesprawiedliwy, pełen nieuczciwości, niesłusznie bogatych ludzi, co krzywdzą tych biednych. Tabloidy porównują i zmuszają niejako do porównywania się z innymi, budząc złe emocje – zazdrość, poczucie bycia gorszym, krzywdzonym etc.

Jakiś czas temu przestałam zatrzymywać się przy kiosku, omijam tabloidowe publikacje. Zaczęłam natomiast przysłuchiwać się rozmowom w otoczeniu: w autobusie, w pociągu, w pracy, u fryzjera…  Ku mojemu zdziwieniu zauważyłam, że wiele z nich przypomina właśnie tabloidy. Teraz często wtykam słuchawki w uszy i słucham tego, co mi służy.

Przyjrzyj się (posłuchaj) rozmów znajomych, „stań obok siebie” i posłuchaj, jak przebiegają Twoje rozmowy ze znajomymi. Czy przypadkiem nie bazują na plotkach, sensacjach mniejszych i większych, nie „nakręcają” w Tobie lub innych różnych niepokojów, emocji? Sprawdź, o czym toczą się rozmowy w pracy, gdy przerwa na kawę… Przemyśl, czy szeptane w firmie rozmowy to nie są właśnie niepisane tabloidy… Czy je „czytasz”? A może „współredagujesz”?

A ciche, szeptane po kątach informacje  „chodzące po firmie” o tych nowych, co ich mają dopiero przyjąć, o tym, kim są ci już przyjęci, których nawet nie widziałeś? O podwyżkach, co miały być a ich nie ma, o zagrożeniach zwolnieniami… Szeptane kule śnieżne… Zobacz, jak się toczą… Jeśli chcesz wiedzieć – zapytaj swojego szefa. Albo w dziale personalnym. To skuteczne. Bierz informacje ze źródła.

Warto poobserwować, jakimi ludźmi i jakimi informacjami się karmimy i czy przypadkiem – niechętni dostępnym w kioskach tabloidom – nie przyswajamy codziennej dawki szkodliwych emocji od znajomych, od rodziny, od współpracowników. Warto sprawdzić też, na ile uczestniczymy w tworzeniu takiego kontentu, w zbiorowym lub indywidualnym polowaniu na sensację.

Ile czasu i energii pochłaniają takie codzienne szeptania i ile z tego złych emocji… Jak bardzo oddalają od „tu i teraz”, od tego, co naprawdę nas dotyczy i ma rzeczywisty wpływ na nasze życie? Może lepiej iść na kawę z dobrą książką?

W wolnym czasie odpowiedz sobie uczciwie sam przed sobą na kilka pytań:

- Czy w relacjach z innymi ludźmi nie węszysz za sensacją, nie przekazujesz sensacji, nie przenosisz plotek?

- Czy Twoje rozmowy budzą dobre, pozytywne emocje u innych i są dla Ciebie źródłem dobrych emocji?

- Czy rozmawiając o ludziach skupiasz się na ich pozytywnych cechach i wartościach?

- Czy jeśli chodzi o Twoich przyjaciół i znajomych – rozpowszechniasz o nich dobre czy złe wiadomości? Czy  jesteś dla swoich przyjaciół dobrą agencją PR? Czy oni upoważnili Cię do rozpowszechniania informacji o nich?

- Czy aby zabłysnąć i „dobrze się sprzedać” w towarzystwie np. w czasie imprezy, nie przekazujesz tego, co sensacyjne, plotkarskie?

- Czy w Twoim otoczeniu są ludzie – tabloidy, dla których jesteś tylko dostawcą atrakcyjnego kontentu?

Tabloidy to pożeracze czasu i pożeracze dobrej energii. Jakie są Wasze doświadczenia, spostrzeżenia i opinie?

Pozdrawiam Ewa

_______________________________________________________

Okiem PRowca

Szereg lat obserwacji pozwala mi na wysnucie wniosków, że w firmach, gdzie ludzie pracują z pasją i zaangażowaniem i gdzie jest dobra komunikacja pionowa (od zarządu w dół do pracowników), gdzie ludzie czują się doceniani i szanowani, wiedzą o planach firmy, o przyjętej strategii, gdzie zwłaszcza decyzje personalne podejmowane są w oparciu o jasne reguły – tam mniej jest lub wcale nie ma szeptania i tabloidowych emocji.

Tabloidowe tematy wysączają się poza firmę poprzez sfrustrowanych pracowników nie radzących sobie z generowanymi przez otoczenie emocjami. To często po cichu i powoli, niezauważalnie wpływa na pogorszenie reputacji firmy. To także osłabia ludzi, ich entuzjazm, ich chęć działania. Rośnie poczucie niepewności i zagrożenia, a to nie sprzyja efektywnej pracy i twórczym działaniom

Uncategorized , , , , , ,

Muszę, chcę, wybieram… Słowa mogą wiele

Marzec 1st, 2010

Jakiś czas temu zauważyłam, że niektórzy ludzie, zwłaszcza Ci pełni dobrej energii, intensywnie ale i efektywnie działający w swoim życiu, rzadko kiedy czują się zmęczeni. Podobnie stosunkowo rzadko miewają złe nastroje. Zaczęłam słuchać, jak i co mówią. Jakich słów używają.  Zwróciłam też uwagę na to, że modyfikacja sposobu komunikowania się ze sobą i z otoczeniem pozwala na zmianę postawy, samopoczucia, a tym samym niemal automatycznie wpływa to na  zwiększenie świadomości i komfortu tego życia. Najprościej według mnie tych zmian dokonać na poziomie słownictwa. Nie znaczy to oczywiście, że zmiany powinny dokonywać się wyłącznie w tej sferze, ale od czegoś trzeba zacząć. :-)

Zaczęłam zatem „przyglądać się” słowom.  Testy robiłam na sobie. :-) Przestałam prawie w ogóle używać słowa „porażka”. Pisałam już o tym. Rzadko używam słowa “przegrana”. Przyszła kolej na inne słowa. Uważnie słuchałam, co sama do siebie mówię, jakich słów używam. Potem ćwiczyłam nowy sposób wyrażania się. Czasem było tak (sprawdźcie, czy też tak czasem sobie mówicie):

TEKST A  Muszę jutro wstać dużo wcześniej, bo muszę umyć głowę, muszę wyprasować bluzkę (dziś nie mam już siły). Muszę zdążyć na ten pociąg o siódmej, ale wcześniej muszę zdążyć na pocztę.  Jak ja to poskładam. Nic to, jakoś dam radę, muszę dać radę. W pracy muszę przygotować dokumenty dla biura XX, dla dyrektora YY i muszę zdążyć spotkać się z moim zespołem ZZ, bo trzeba przygotować się do spotkania XY. Oj, muszę zaraz po pracy zdążyć do fryzjera, bo przecież nie mogę z taką głową iść wieczorem na kolację z YZ. Czyli muszę dziś iść wcześniej spać, bo inaczej tego nie ogarnę…. Boże, jaka jestem zmęczona tym wszystkim.

Wcale się nie dziwię temu zmęczeniu. Dziś z samego pisania i czytania takiego tekstu czuję się zmęczona i przytłoczona. :-)

Zaczęłam słuchać, czy inni ludzie też tak stale “muszą” wszystko. Wiecie co zauważyłam? Niektórzy nawet „muszą iść siku”. Pomyślałam, że nie jest ze mną tak źle, bo to akurat robię bez żadnego przymusu, a jedynie z potrzeby. To już coś, jestem o krok dalej.

Jak wyeliminować ilość rzeczy, które musimy danego dnia zrobić? Macie pomysły? Przekładanie części zadań na kolejny dzień nie jest rozwiązaniem. Delegowanie obowiązków też nie załatwia sprawy do końca. Ja znalazłam jeden bardzo skuteczny sposób:
Zamieniłam słowo “muszę”, na słowa „chcę” i „wybieram” oraz „decyduję”. W efekcie częściej niż kiedyś robię to, co chcę, co wybieram, co jest moją decyzją, co wynika z mojego planu. I wykonując te same czynności co poprzednio, czuję mniejsze zmęczenie i nie żyję z poczuciem, że tak strasznie dużo rzeczy “muszę” i nie mam siły na robienie tego, co chcę… Dokonałam zmiany na poziomie języka, a efekt przeniósł się na poziom emocji i na samopoczucie. W efekcie dodał mi energii. Wdrażanie tego programu powoli zmienia jakość mojego życia. Przy okazji częściej niż kiedyś poważnie zastanawiam się nad tym, czego naprawdę chcę – w krótkiej i długiej perspektywie czasowej.

Ilość rzeczy koniecznych i ilość rzeczy pilnych, ilość “muszę” potrafi przytłoczyć nawet silnego mężczyznę, a co tu mówić o drobnej kobiecie. Jak dobrze sobie uświadomić, że jedyne, co musimy tak naprawdę, to umrzeć. Niektórzy dodają do tego płacenie podatków. :-) Reszta to coś, co wybieramy, chcemy, o czym sami decydujemy. Nawet z tym “muszę iść siku” jest tak, ze to wybieramy, bo przecież możemy nie iść i poddać się potrzebie fizjologicznej, tylko będziemy potrzebowali zmienić ubranie na suche. :-)

Oczywiście jestem człowiekiem, który dopiero zmienia złe nawyki na dobre, a ta zmiana to proces, więc wpadam jeszcze w pułapki „muszenia”, niemniej pracuję nad tym.  W moim przypadku „muszę” najwierniej przylgnęło do wszelkich określeń dotyczących porannego wstawania, ale i nad tym popracuję. Wszak nie muszę rano wstawać. Naprawdę. Ty też nie musisz rano wstawać. I w nocy do dziecka też nie musisz wstawać. Tylko nasz wybór implikuje określone konsekwencje i jako odpowiedzialni ludzie wraz z wyborem działania wybieramy jego konsekwencje. A to też wybór, a nie „muszenie”. Wybieram to, bo to służy mnie samej lub służy innym (moja korzyść ), a ja tego chcę. Ale jeśli podejmę taką decyzję, to mogę nie wstawać.  I nie przychodzić na czas do pracy. I mogę do niej w ogóle nie chodzić, tylko to będzie miało wiadome rezultaty. Jeśli zgadzam się na takie rezultaty (a mogę się zgodzić – mój wybór) – to wybieram niewstawanie. Ewentualne konsekwencje mojego wyboru, że wstanę są zgodne z moimi planami, które chcę realizować. Zatem wybieram wstawanie. Wybieram, bo mam z tego korzyść.

Teraz zobaczcie jak monolog wewnętrzny oznaczony jako TEKST A zmienia się, w zależności od doboru czasowników i wskazania korzyści :

TEKST B  Jutro chcę wstać dużo wcześniej, żeby umyć głowę, bo lubię mieć świeże włosy i czuję się z tym dobrze. Chcę też wyprasować bluzkę, żeby ładnie wyglądać . Tak to sobie zorganizuję, żeby pojechać tym pociągiem o siódmej, wtedy będę miała więcej niż zwykle czasu i będę mogła napić się spokojnie kawy zanim podejmę ważne działania. Więc skoro chcę jeszcze przed tym pójść na pocztę, to nastawię budzik na godzinę piątą. Tak, dobrze to sobie zaplanowałam.  W pracy po tej kawie chcę zacząć od przygotowania dokumentów dla biura XX, dla dyrektora YY, wtedy będę miała załatwione najważniejsze sprawy. Potem chcę się spotkać się z moim zespołem ZZ, żebyśmy się dobrze przygotowali do spotkania XY. Zwiększymy prawdopodobieństwo dobrych i skutecznych negocjacji i będzie to fajne spotkanie. Po pracy wskoczę do mojej fryzjerki obciąć włosy, dzięki czemu będę miała z nimi mniej pracy, a do tego będę świeżo i atrakcyjnie wyglądać na wieczornej kolacji z YZ. Lubię takie wieczorne spotkania, sprawiają mi wiele radości. No dobrze, to już sobie wszystko zaplanowałam, więc wcześniej pójdę dziś spać, żeby zrealizować ten plan. To będzie dobry dzień.

Zobaczcie, nie zmienia się ilość czynności. Zmienia się ich waga. Są lżejsze i nie przytłaczają. Wszystkie czynności zaplanowane do wykonania zostały w tych samych miejscach tak w przypadku A, jak i B  i w tym samym czasie. Moje zasoby się nie zmieniły – poza zmianą wewnętrznych zasobów energetycznych. Przy takim planowaniu i mówieniu o podejmowanych czy planowanych działaniach, nie czuję zmęczenia na samą myśl o swoich planach. Widzę też potencjalne korzyści i to mi sprzyja. Czuję przypływ energii.

Przeczytajcie tekst A i tekst B jeden po drugim, najlepiej głośno, zobaczcie, jak się z tym czujecie. Widzicie różnicę? Jak Wam się to podoba? Przyda się?

Może zechcecie poćwiczyć w podobny sposób w odniesieniu do Waszych aktywności? Co o tym sądzicie?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

W pułapce sukcesów i porażek

Luty 24th, 2010

Twoje życie to sukcesy czy porażki? Czego  jest więcej – sukcesów czy porażek? Zadajecie sobie czasem takie pytania? A czy odpowiedzi, które uzyskujecie są dla Was wzmocnieniem, czy pogrążacie się w poczuciu, że nie jest dobrze?

Podzielę się z Wami moimi refleksjami na ten temat. Odpowiedzi na powyższe pytanie jest kilka (chodzi o możliwe kombinacje, formę, a nie treść, ilość czy przykłady). A mianowicie:
- mam sukcesy, nie mam porażek,
- mam sukcesy i mam porażki,
- mam porażki i nie mam sukcesów,
- nie mam sukcesów i nie mam porażek.

Jeśli człowiek powie, że ma sukcesy, a nie ma porażek – szybko zakwalifikujemy go jako eksperta, szczęściarza lub… kłamcę :) Dostanie “metkę”.
Jeśli powie, że ma same porażki – dostanie etykietę  niedojdy, nieudacznika, niekompetentnego, słabego.
Jeśli twierdzi, że ma na swoim koncie sukcesy i porażki – no cóż, powiecie pewnie, że jest taki jak wszyscy….
A co z tym, który nie ma ani sukcesów, ani porażek? Jakiś szary i nijaki człowiek, pospolity, bez wyrazu, o nic się nie stara, nie ryzykuje, nie walczy…? A może on tylko tego nie widzi lub inaczej wartościuje?

W każdym z powyższych przypadków możemy mieć tak naprawdę do czynienia z identycznym działaniem, z identycznymi kompetencjami i z identycznymi efektami tych działań. Każde to stwierdzenie może tak samo odnosić się do Ciebie, do mnie, do niego…
Wszystko zależy od tego, jak nazwiemy to, co nas spotyka lub to, co tworzymy. Jak to zakwalifikujemy. Jakie kwantyfikatory zastosujemy. Określenia “sukces” i “porażka” nie są obiektywne. Są bardzo subiektywnie.  Wszystko zależy od naszego sposobu postrzegania siebie i świata. Od wzorców, w jakich byliśmy wychowywani, od naszego poczucia własnej wartości … I wszystko to można zmieniać wykonując kawałek pracy nad sobą.

Brak sukcesu nie jest porażką! Brak porażki nie jest sukcesem. Pomiędzy tymi dwoma biegunami jest przestrzeń na codzienne starania, pracę, działanie, uczenie się etc. Brak sukcesu jest tylko brakiem sukcesu. Pokazuje drogę, działanie, staranie.

Sukces – stan normalny – porażka.
Radość – stan zwykły (bez szczególnych emocji) – smutek.
Zimno – normalnie (dobrze) – gorąco.

Jak widać, pomiędzy skrajnościami jest przestrzeń na tzw. codzienność, normalność, spokój, dobro etc. Jeśli tak patrzę – nie odbijam się od porażki do sukcesu i nie spadam od sukcesu do porażki. Łatwiej mi o płynność w działaniu, spójność, stabilność, wewnętrzny spokój.

Gdyby każda z moich podejmowanych prób zrobienia czegoś była udana, to znaczyłoby tylko, że za każdym razem byłaby wyłącznie jedna próba! Udana albo nie. Tylko jedna. Zakończona sukcesem lub porażką. A przecież tak nie jest.

Jakże często próbujemy raz, a gdy nie wychodzi, mówimy, że ponieśliśmy porażkę. A gdy wychodzi – skaczemy z radości i rozpiera nas duma, że odnieśliśmy sukces… Wpadamy w pułapkę naszych emocji nazywając efekt sukcesem albo porażką. “Nakręcamy się”  i gonimy za kolejnym “sukcesem”, aż tchu nam brakuje, albo popadamy w zniechęcenie, rezygnację z powodu “porażki”. Żyjemy na huśtawce emocjonalnej pomiędzy jednym a drugim: góra – dół,  góra – dół….

Ile prób musi podjąć badacz, żeby uzyskać spodziewany efekt?
Ile razy upadłeś ucząc się jeździć na nartach?
Ile litrów wody wypiłeś w basenie zanim nauczyłeś się pływać?
Właśnie.

Mam takie poczucie, że za często kwalifikujemy w swoim życiu rożne zdarzenia jako porażki i jako sukcesy. Jeśli każde nałykanie się wody traktowałbyś jako porażkę, to nigdy byś się nie nauczył pływać, bo Twoja psychika by tego prawdopodobnie nie wytrzymała. Zrezygnowałbyś w poczuciu przegranej już po kilku pierwszych łykach chlorowanej wody! Warto o tym pamiętać, podejmując rożne działania zawodowe i nie tylko. Nieudana próba to tylko nieudana próba. To jednocześnie ważna lekcja. Za drugim razem zrobisz to inaczej, coś poprawisz i będziesz bliżej celu. W końcu nie będziesz pił tej wody i utrzymasz się na powierzchni, a może nawet przepłyniesz pół basenu.  Za kolejnym – będziesz jeszcze bliżej celu. Nieudana próba to tylko i aż  informacja, że trzeba coś zmienić, poprawić i spróbować ponownie. Udana próba to tylko i aż udana próba, dowód, że być może znalazłeś właściwy sposób, recepturę.… Być może, bo jest jeszcze miejsce na przypadek. Potrzebne jest wielokrotne powtórzenie udanej próby, żeby uznać efekt za będący wynikiem celowych i świadomych działań. Jeden człowiek nazwie to wtedy sukcesem, a inny tylko wykonaniem  zadania, planu,szeregu udanych prób, osiągnięciem celu. Będzie to wykonywał zgodnie z określoną procedurą i podejmował kolejne próby w innej lub podobnej dziedzinie, rozwijając się systematycznie i bez niepotrzebnej huśtawki emocji.

Jeśli dziecko uczy się wiązać sznurowadła, to nie pokazujesz mu, że odnosi porażkę, gdy but spada z nogi, a sznurówki się plączą. Namawiasz do kolejnej próby i wspierasz je w tym działaniu. Nagradzasz udaną próbę. Aż dziecko nabiera sprawności i pewności, że podejmowanie wielu prób skutkuje osiągnięciem pożądanego celu. A ile razy my o tym zapominamy i po pierwszej nieudanej próbie mówimy sobie, że to porażka, osłabiamy się, zniechęcamy, odbieramy energię…
Bywa też niekiedy, że rodzic działa inaczej -  złości się, gdy dziecku nie wychodzi, gdy but się “sam rozwiązuje” i lekceważy, i zbywa milczeniem moment, gdy dziecko poprawnie sznuruje but. Łatwo domyślić się, jaką lekcję w tym przypadku dziecko otrzymuje. Potem właśnie tak postępujemy sami ze sobą. :-(

W taki sposób nas uczono, w taki sposób my uczymy innych. Robimy to samo w stosunku do dzieci, pracowników, w stosunku do siebie samych. Czego się uczymy? Patrzeć i oceniać własne działania w kategoriach sukces-porażka i nic między tym.  Albo uczymy podejmowania wielu kolejnych prób, jako naturalnego sposobu osiągania zamierzonego celu. Dodajemy sobie energii, albo się osłabiamy. Nasz wybór.  Albo się czujemy lepiej, albo gorzej. To od nas zależy. Mamy wybór.

Kiedyś bardzo przeżywałam wszystko – emocjonowałam się, bo widziałam swoje działania wyłącznie dwubiegunowo: jeśli nie było spektakularnego sukcesu i oklasków, i nagród, i uznania – to oznaczało porażkę. I przeżywałam tę porażkę, odbierając sobie na jakiś czas silę do dalszego działania. i wycofywałam się, żeby nie narażać się na ewentualną kolejną “porażkę”. Albo – osłabiona – z trudem ruszałam dalej, niosąc sobie bardzo obciążającą obawę, że znowu mogę odnieść porażkę…. To nie pomagało mi w rozwoju. To było szkodliwe. podobnie szkodliwe jest porównywanie się do innych i wyolbrzymianie ich “sukcesów” i swoich “porażek”.

Dziś wiem i akceptuję fakt, że jedne rzeczy robię wyjątkowo dobrze, inne czasami robię rewelacyjnie, a czasami tak sobie. Akceptuję to, że popełniam błędy. I uczę się na tych błędach. To moi “nauczyciele”. Akceptuję to. Przynajmniej w większości sytuacji (nie jestem doskonała) :-) Dziś brak sukcesu nie jest dla mnie porażką. Nie czuję się przegrana, gdy po skończonej prezentacji nie słyszę: “To była wyjątkowa prezentacja, dawno takiej nie widzieliśmy”.  Nie potrzebuje tego. Dziś wiem: coś było wyjątkowo dobre, unikalne, a coś po prostu dobre albo poprawne. A czasem było złe i trzeba wyciągnąć wnioski, coś poprawić, wykorzystać to jako lekcję. Dziś (na ogół) zaczynając zadanie nie spinam się cała pod wpływem własnej presji, że musi być wzorcowo, najlepiej. To nie znaczy, że zgadzam się na “bylejakość” jako standard, ale daję sobie prawo do rożnych poziomów efektów. Nie oceniam siebie, tylko efekty swojego działania.

Sportowcy rzadko bija rekordy świata. Sportowcy rzadko biją ustanowione przez siebie rekordy. Czy to znaczy, że odnoszą porażki? Jedna z ważniejszych rzeczy, których się nauczyłam w ostatnich latach, to nienazywanie braku sukcesu porażką. Kolejną rzeczą: że nie zawsze musi być sukces, że może wystarczy czasem poprawność. A czasem wystarczy po prostu dobiec do mety. :-)

Wbrew pozorom takie zdystansowanie się do dwubiegunowego modelu “sukces – porażka”, bardzo pomaga w osiąganiu celów, a czasem nawet…. sukcesów.

Co o tym myślicie? Jak jest to u Was?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Fenomen Lang Langa

Luty 9th, 2010

Wczoraj w nocy oglądałam program o wybitnym chińskim pianiście Lang Lang. Artysta ma dziś 28 lat. Prowadząc kursy mistrzowskie dla studentów w Chinach, dzielił się z nimi zarówno doświadczeniem artystycznym, jak i swoimi przemyśleniami. Moją uwagę zwróciła jego niezwykła, jak na młody wiek, dojrzałość.

Zapisywałam urywki wypowiedzi Lang Langa (podaję je tutaj kursywą).

Lang Lang zwraca uwagę, że młodzi ludzie, obserwując sukcesy innych, decydują o tym, kim chcą być. “Chcę być pianistą jak…” “Chcę być lekarzem, jak …”. Chcą być tacy sami.  “Chcę być taki sławny jak on”, “Chcę robić to, co on”, “Chce żyć tak jak on” etc. Nie zastanawiają się, kim oni sami są, co decyduje o ich wyjątkowości, jaki maja talent. Wyciągają prosty wniosek: skoro on odniósł sukces robiąc to i to, skoro ma pieniądze, jest szczęśliwy i spełniony, to ja też będę to robił i też będę szczęśliwy, bogaty i spełniony. To poważny błąd.  Nie szukają własnej drogi (i nie dotyczy to tylko drogi zawodowej, choć Lang Lang odnosił się do kariery artystycznej).

Lang Lang proponuje:

  1. Najpierw odpowiedz sobie, co kochasz.
  2. Potem – czy kochasz to co robisz.
  3. Dopiero na końcu- kim chcesz być.

To TY jesteś KLUCZEM do swojej kariery. Tylko Ty! Czuj się częścią tego, co robisz.

A zatem czas na własne przemyślenia. Mnie pomogły postawione sobie następujące pytania:

1. Co kochasz, co lubisz robić, co sprawia Ci niekłamaną przyjemność, co jest Twoją pasją?

2. Czy to co teraz robisz (zawodowo ale i nie tylko) jest tym, co kochasz. Czy kochasz to, co teraz robisz?

3. Jeśli nie – pomyśl, jak możesz to zmienić. Zacznij od myślenia takiego, jakby wszystko było możliwe. Nie ograniczaj się. Tak łatwiej znajdziesz rozwiązanie.

4. Kim chcesz być? Dokąd chcesz dojść? (jako wynik/meta robienia tego, co kochasz)

Co sądzicie o takim podejściu? Jak to jest w Waszym życiu i w odniesieniu do Waszych planów?

Każdy wiek jest właściwy na dobrą zmianę i na rozwój. :-)

Zwróciłam też uwagę na następującą historię opowiedziana przez Lang Lang: Na pianinie artysty przez lata stała maskotka – żółty piesek, nagroda pocieszenia, którą dostał za zajęcie II miejsca w konkursie pianistycznym. Miał wtedy 7 lat. Jak sam opowiadał – przez długi czas ten piesek był jego wrogiem. Nie lubił go, on przypominał o przegranej. Lang Lang obwiniał maskotkę o swoją porażkę, rzucał nim, gniótł, kopał, poniewierał… Aż zrozumiał, że piesek nie jest winien temu, że on – młodziutki pianista – nie wygrał. Piesek został na pianinie. Zmieniła się jednak jego rola: przypominał mu przez kolejne lata, że on sam musi ponieść odpowiedzialność.

Pomyślałam, że wielu ludzi (ja czasami także) obwinia otoczenie, okoliczności, siły zewnętrzne o swoje niepowodzenia (lub o brak powodzenia). Ja już wiem, że takie przerzucanie odpowiedzialności poza siebie nie rozwija mnie, a jedynie bywa źródłem złego nastroju. Brzmi mi w uszach wypowiedziane przez artystę “ponieś odpowiedzialność”. :-) Osobista ciekawość i odwaga, a nie środowisko decyduje o karierze.To zdanie też ma dla mnie dużą wartość.

A jak to jest u Was?

Pozdrawiam, Ewa

ps.

Jeszcze dwie myśli Lang Langa, które zdążyłam wynotować:

  • Z każdym koncertem muszę być coraz lepszy.
  • Nigdy nie odzyskam czasu, który utraciłem.

Uncategorized , , , , , , , , ,