Archiwum

Posty oznaczone ‘kariera’

Zmiana czyli nowe i lepsze

Maj 29th, 2011

Zaryzykuję twierdzenie, że w życiu każdego z nas przychodzą momenty zmian uznawanych przez nas za bardzo ważne czy poważne. Niektóre z nich są wynikiem naszych świadomie podejmowanych decyzji, inne – wynikiem braku tych decyzji lub decyzji niewłaściwych, jeszcze inne dokonują się wbrew naszej woli. Bez względu na to, to co będzie dalej zależy w największym stopniu od tego, jak podchodzimy do tej zmiany.

Przyszło mi do głowy, że gdyby nasze życie przyrównać do obrazka ułożonego z puzzli, to zmiana powoduje, że z obrazka wypada kilka elementów układanki (zwykle gdy wypada jeden element – wypada kilka z nim bezpośrednio związanych). Znajomy obrazek przestaje być znajomy, czasem traci na urodzie, czasem staje się bardziej tajemniczy, czasem pustka przestrasza… Różnie. każdy pewnie reaguje inaczej i nie każda zmiana budzi jednakowe reakcje.

Oczywiście można długo przyglądać się niekompletnemu obrazkowi i rozpamiętywać, że takie to było ładne, albo że “takie to mogło być ładne” i ,” taka szkoda”. Można też szukać identycznych elementów, do wpasowania w powstałą pustą przestrzeń i skupiać energię na takim poszukiwaniu. A można inaczej – np. wyjąc jeszcze kilka elementów, żeby móc stworzyć nową przestrzeń – i przypatrzeć się, czym ciekawym dla nas tę przestrzeń można teraz wypełnić. Uruchomić przy tym całą swoją kreatywność, pobudzić wyobraźnię, uruchomić marzenia etc. I na kanwie tego, co stabilne, stałe (zamiast cerowania dziur), tworzyć nowy ciekawy obraz swojej własnej rzeczywistości. Skorzystać z tej swobody, z wolności,  jaka powstała w wyniku zmiany lub jaką sobie sam stworzyłeś  inicjując zmianę.  Cerowanie to działanie według dotychczasowego schematu, doprowadzanie do stanu sprzed zmiany. A przecież zmiana to szansa spotkania się z czymś  zupełnie nowym, ciekawym, pasującym do nas w tej chwili.

Zatem nawet poważną zmianę można traktować jako okazję zrobienia czegoś zupełnie innego, szansę, możliwość, prezent…  albo jako konieczność, rodzaj „skazania”, źródło cierpienia, stratę etc. Co jest bardziej konstruktywne? Co bardziej nam służy?

Jak podchodzicie do zmian w życiu? Co dla Was wynika z takiego a nie innego Waszego podejścia?
Czy macie odwagę dokonywania ważnych zmian w Waszym życiu?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Co nas uskrzydla i dodaje sił?

Marzec 1st, 2011

Po dość długiej przerwie, którą pewnie większość z Czytelników tego bloga zauważyła, wracam do pisania. Tematów uzbierało się w mojej głowie sporo, czas nie pozwalał na realizację. Tak bywa. :-) W tzw. “międzyczasie” minął rok od opublikowania pierwszego postu. W ciągu tego czasu uzbierało się tutaj 48 postów i 521 komentarzy. Tyle podsumowań. Dziękuję Wam za dzielenie się swoimi uwagami, za obecność w tym dla mnie ważnym miejscu.

Jeszcze w kwietniu ubiegłego roku zapisałam w notesie poniższy cytat:
“Stanowisko nigdy nie daje ci prawa do rozkazywania. Tylko zobowiązuje cię do takiego życia, by inni ludzie mogli przyjmować twoje rozkazy, nie doznając upokorzenia.” (Dag Hammarskjold).

I zrobiona przy tym przeze mnie notatka: Nie doznawać upokorzenia to za mało! Ludzie w zespole powinni czuć swoją siłę, wartość i moc dzięki temu jak się z nimi komunikujesz, jak się do nich zwracasz, jak się o nich troszczysz. powinni wiedzieć, że jesteś razem z nimi a nie obok nich. Autorytetu nie zdobywa się siłą, nie zdobywa się poprzez okazywanie władzy, a poprzez własne kompetentne działania, dobry przykład, zaufanie i szacunek dla ludzi oraz dla ich pracy.

W ciągu wielu lat pracy zawodowej doświadczałam i tych pozytywnych, i tych negatywnych przykładów jeśli chodzi o budowanie autorytetu i – nazwijmy to – “realizację władzy” w relacji zwierzchnik-podwładny. Bo czy tak naprawdę pracodawca, zwierzchnik może mieć nade mną władzę? Tak. Ale tylko wtedy, gdy ja mu na to pozwolę. :-) To bardzo ważne dla mnie odkrycie sprzed kilku lat co jakiś czas sobie przypominam (co znaczy też, że co jakiś czas niestety o tym zapominam – chyba wywieszę sobie to na ścianie), by ustawić różne rzeczy we właściwej kolejności i porządku – zarówno wobec siebie jako zwierzchnika, jak i podwładnego.

Zapamiętuję z reguły te dobre i staram się szybko zapominać o tych złych wzorcach i doświadczeniach, żeby przypadkiem się „nie zarazić”.  Żebym mogła w stosunku do swojego zespołu pozostawać zarówno zwierzchnikiem (w rozumieniu lidera, doradcy, wsparcia), jak i przyjaciela. Wyważenie pomiędzy koniecznością wskazania błędu, udzielenia „reprymendy” a wskazania drogi bywa niełatwe. Czasem trzeba chwile „zmarnować” na czcze gadanie i żart, żeby z większą intensywnością wrócić do właściwego zadania.

Staram się pamiętać, że na głębokim poziomie (poza powierzchownością) jesteśmy tacy sami. Dokładnie tacy sami (tak moi szefowie jak i moi podwładni) – mamy swoje lepsze i gorsze dni, swoje słabości i siły, swoje ambicje, swoje marzenia, swoje troski i smutki, swoje radości i tęsknoty, swoje umiejętności i braki, a przede wszystkim – nie jesteśmy w pracy za karę ani nie jesteśmy na nią skazani. I wobec tego lepiej pracujemy w atmosferze wzajemnego szacunku, zaufania, radości, docenienia, zauważenia. Ja reaguję pozytywnie na prośbę i rozmowę, a nie na rozkaz. Wiem, za co jestem odpowiedzialna i żadne narzucone ramy czasowe tego nie zmieniają – nie pracuje od-do, ale nad projektem, zadaniem. Wieczne kontrolowanie daje mi informacje, że przełożony nie ma do mnie zaufania (co nie zawsze jest prawdą, ale dla mnie to taki sygnał) itd. Lubię, gdy szef dziękuje mi za coś, co zostało przeze mnie dobrze wykonane, choć jest to moim obowiązkiem. Nie lubię dostawać sprzecznych poleceń. Staram się te swoje „lubienia i potrzeby” realizować w odniesieniu do mojego zespołu.  I nie zawsze mi wychodzi, nie jestem aniołem, też miewam gorsze dni. Pewnie. Pracuję tak, jakby to był mój biznes, a nie praca „u kogoś” czy „na kogoś”.  Czy to dobrze – nie wiem. Czy źle? Tego też nie wiem. Czasem jest z tym mniej wygodnie. :-)

Oprócz tego, że praca to miejsce, gdzie zarabiamy pieniądze wykonując określone zadania – to także miejsce, gdzie przebywamy sporą część świadomego życia i możemy to życie w pracy przeżywać jako pasmo pozytywnych doświadczeń, rozwijających, sprzyjających nam, a możemy po prostu tylko przetrwać. Dla mnie “przetrwać” to za mało w odniesieniu do czegoś, co zabiera mi spory kawałek życia, energii, czasu, zasobów.

A co dla Was jest ważne w relacjach między przełożonym a podwładnym? Co sprawia, że przychodzicie do pracy z radością i z pasją, a nie jak „na skazanie”? Co Was uskrzydla? A co byście chcieli, jeśli nie wszystko jest dobre i właściwe?

Podzielcie się tym – możemy się od siebie wiele dowiedzieć i nauczyć. Proponuje, by nie skupiać się na negatywach i narzekaniu, bo tego mamy aż nadto wokół. Napiszcie o pozytywach, oczekiwaniach, o tym, co Was uskrzydla, o dobrych doświadczeniach.

Pozdrawiam po długiej przerwie, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , , , , , , , ,

Historia pewnej “Matki Nie-Polki” – post gościnny

Listopad 16th, 2010

Kiedy Monika zamieściła swój komentarz tutaj, po jego przeczytaniu pomyślałam, że byłoby bardzo dobrze (mam nadzieje, że przynajmniej niektórzy z Was podzielą moje zdanie) zamieścić na tym blogu post o zachowywaniu równowagi i “siebie” w relacjach matka-dzieci. Poprosiłam zatem Monikę o napisanie gościnnego postu. Dostałam go następnego dnia, co mnie niezwykle ucieszyło. Dziś publikuję ten post – jako inspirację, jako podpowiedź, drogowskaz.

Jest okazja, by pytać, rozmawiać, sięgać do doświadczeń kogoś, kto wie, doświadczył i żyje w poczuciu radości i spełnienia.  Kogoś, kto pokonywał trudności, odnajdywał siebie w nowej rzeczywistości – jako matka. Kogoś, kto podobnie jak ja nie jest zwolennikiem “poświęcania” się matki dla dziecka, ale – w odróżnieniu ode mnie – ma własne doświadczenia jako matka i może się do nich odnosić. Sami zresztą przeczytajcie.

Moniko, raz jeszcze bardzo Ci dziękuję i życzę wielu jeszcze nowych radości i dalszego spełniania się.

Pozdrawiam, Ewa

HISTORIA PEWNEJ MATKI NIE-POLKI

Dostałam od Ewy propozycję napisania postu o blaskach i cieniach rodzicielstwa w kontekście dbania o siebie jako osobę nie tylko jako matkę.

No cóż łatwo nie było. Czy wpadłam w rolę matki rodzicielki? Oczywiście!

Mam dwoje dzieci: dziewczynkę – w zasadzie kobietę – 20 letnią i 18 letniego mężczyznę. Różnica wieku między nimi jest bardzo mała więc z jednych pieluch wpadłam w drugie. Miałam 23 lata jak urodziłam moje pierwsze dziecko. Czy za wcześnie? Oczywiście, że za wcześnie. Dopiero skończyłam studia, mąż jeszcze studiował,  tyle że mieliśmy gdzie mieszkać. Pełen żywioł. Nasze dzieci są nieplanowane ale chciane, to dzieci miłości :-) .

Nagle po bardzo intensywnym życiu młodej radosnej studentki w wolnych chwilach jeżdżącej namiętnie konno – zostałam na 16 godzin sama w domu z dzieckiem. Myślałam, że się wścieknę i w dodatku byłam naprawdę sama – dziadkowie nie garnęli się do jakiejkolwiek pomocy. Mężowi też nie było łatwo, rzucił studia i pracował po 14 godzin dziennie na trzy a potem na cztery osoby.

Podjęliśmy decyzję, że dzieci do czasu przedszkola wychowujemy sami.

Gdy córeczka była malutka, jeździłam z nią na dłuuuuuuuuuugie spacery 4-5 godzinne. Chodziłyśmy sobie po parku, chodziłam do muzeów, na wystawy, czasem wchodziłam do sklepów, poznałam matki takie jak ja, spotykałyśmy się z naszymi dziećmi  i wspólnie spędzałyśmy czas.

Pierwszy bunt przyszedł jak córka miała około roku. Miałam dość i zbyt duże poczucie winy aby oddać ją gdziekolwiek pod opiekę a na nianię nie było mnie stać. Co robić? Zapisałam się na angielski ! Trzy razy w tygodniu, wieczorem. Jak mąż wracał z pracy, zostawał z dzieckiem a ja pędziłam do szkoły. To było to !!! Byłam bardzo zmęczona ale szczęśliwa.

Przynajmniej do czasu, aż zaszłam w ciąże z synem. Byłam przerażona jak ja sobie poradzę sama z dwojgiem dzieci? Mąż wtedy zmienił pracę i nie było go całymi dniami a i tak liczyliśmy się z każdym groszem. Wtedy podjęliśmy decyzję o oddaniu córki do żłobka na 3 miesiące a ja poszłam do pracy na 3 godziny dziennie, aby wyjść z domu i  „dorobić się” zasiłku z ZUS. Ta praca miała potem wpływ na moje dalsze wybory.

Dzieciaki rosły i były coraz fajniejsze, ich radość i otwartość na świat mnie inspirowały. Uwielbiałam się z nimi bawić, przewracaliśmy wtedy dom do góry nogami. Zabawki były wtedy wyłącznie kreatywne, bo albo nie można było nic kupić albo były dla mnie za drogie. Wystarczały nam więc kredki, farby, plastelina, papier itp. i tworzyliśmy własne arcydzieła. To były wspaniałe chwile.

Wtedy przyszła refleksja, zaraz a co z moim małżeństwem? Męża prawie nie ma, dzieci nie ma komu podrzucić? Wprowadziliśmy więc nakaz codziennej bliskości, czułości i miłości, czteroosobowych rodzinnych długich spacerów, zabaw i wyjść wieczornych do miejsc gdzie dzieci nikogo nie gorszą. Wtedy było ich niewiele. Bywaliśmy razem :-)

Drugi bunt – a co ze mną – przyszedł gdy syn miał dwa lata. Co zrobiłam? Poszłam do pracy na 8 godzin tygodniowo – do liceum jako nauczycielka – za moją skromna pensje opłacałam na te kilka godzin nianię do syna ( córka chodziła już do przedszkola ) – wychodziło co do grosza, a po południu jak mąż wracał z pracy, biegłam na studia podyplomowe na SGH.

Pracowałam w liceum dwa lata – w drugim roku na cały etat – syn był już w przedszkolu i skończyłam Handel  Zagraniczny na SGH. Dużo się wtedy nauczyłam. Przygotowywałam lekcje ( prezentację ) miałam kontakt z wieloma młodymi i starszymi osobami, byłam cały czas oceniana, musiałam wywiązać się z obowiązków.

Gdy syn poszedł do przedszkola po pól roku zmieniłam pracę i w tym nurcie pracuje do dziś.

Generalnie w pierwszych latach życia moich dzieci skupiałam się aby nie zapomnieć o sobie a w późniejszych aby nie zapomnieć o dzieciach.

W pracy stawiałam warunki – musiałam mieć czas dla dzieci – nie chciałam aby chodziły z kluczem na szyi. Umówiłam się na pracę – „że będzie zrobione”, nie ważne w jakich godzinach i kiedy – ale na czas.

Miałam więc czas dla dzieciaków, chodziłam na przedstawienia, na basen, na tenisa – z dziećmi i sama w tym samym czasie. Codziennie miały ugotowany obiad i pomoc w lekcjach oraz dowolną ilość czasu na porozmawianie z mamą i również nareszcie z tatą. A ja? No cóż skończyłam jeszcze studia podatkowe, staram się do tej pory raz w miesiącu iść na jakieś szkolenie, ten mój typ tak ma, lubię się uczyć.

Mąż przez te lata awansował, zaczął dobrze zarabiać, stać nas było na prywatną szkołę i na panią do sprzątania, przeprowadziliśmy się do domu i co najdziwniejsze miał więcej czasu!!!

Jak dzieci były w połowie szkoły podstawowej, założyłam własną firmę i tak jest do dziś.

Nasza wspólną pasją z mężem są podróże. Od najmłodszych lat za ostanie grosze, zabieraliśmy dzieci najpierw w Polskę pod namiot ( nawet 10 miesięczną córkę ) potem coraz dalej i dalej. Nasze dzieciaki znają Polskę wzdłuż i wszerz i zaszczepiliśmy im ciekawość świata. Teraz znają po dwa języki biegle i podróżują sami, wszędzie bez żadnych oporów.

Od początku uczyłam dzieci samodzielności, trochę nie miałam wyjścia :-) , wychowując je tylko z mężem. Jak roczne dziecko chciało samo jeść – proszę bardzo łyżka do ręki – potem tylko trochę sprzątania.  :-) Dziś córka usamodzielniła się, mieszka z koleżankami w wynajętym na spółkę mieszkaniu na które sama zarabia, studiuje. Syn robi w tym roku maturę.

A my z mężem? Mamy drugą młodość, dzięki temu, że w porę się obudziliśmy i znaleźliśmy miłość w codzienności. Czy za wcześnie urodziłam dzieci – NIE -  w sam raz. Mam teraz 43 lata, własna firmę, wychowane dzieci, jestem ciągle młoda i szczęśliwa. Jestem żoną szczęśliwego,  zadbanego i spełnionego zawodowo i rodzinnie człowieka, który mnie kocha bardziej niż w dniu ślubu i którego ja kocham.

Co teraz robimy? Cieszymy się życiem i zdrowiem, podróżujemy, ja hoduję kwiaty w ogrodzie, mąż fotografuje. Mamy przyjacielskie stosunki z dziećmi, które dbają o to, abyśmy byli wszyscy szczęśliwi.

Jestem niefrasobliwą matką? :-) Może tak, za to bardzo dobrą dla siebie i dla dzieci.

Pozdrawiam Serdecznie

Monika Góralska



Uncategorized , , , , ,

Róże Victorii

Październik 15th, 2010

W sierpniu w poście o ograniczających przekonaniach zacytowałam Victorię Schnabel. Teraz ciąg dalszy Jej wypowiedzi:

Nasze wcześniejsze niepowodzenia, winy, wstyd mogą stać się kompostem, który pomoże naszym różom wspaniale rozkwitnąć (Victoria Schnabel).

Bardzo podoba mi się i przemawia do mnie to zdanie o kompoście. Hmm, w tym tygodniu przygotowywałam na zimę pelargonie. Nadal pięknie kwitną, ale czas było porobić szczepki na nowy sezon. Lubię kwiaty w swoim otoczeniu. Lubię, gdy kwitną. I lubię, gdy moje życie kwitnie.

Do kompostownika na działce moich rodziców trafiają niepotrzebne organiczne odpadki, chwasty, uwiędłe i zepsute owoce, by po jakimś czasie wrócić na grządki w postaci nawozu – naturalnego i bardzo wartościowego. Ten naturalny nawóz wzmacnia młode rośliny i przyczynia się do powstania dobrych, dorodnych i wartościowych owoców.

Idąc myślą za Victorią, do kompostownika od pewnego już czasu wrzucam swoje  niepowodzenia, złe lub głupie wybory czy decyzje, rzeczy, z których dumna nie jestem, ale i poczucie winy czy wstydu (któż z nas nie doświadczał… ). Mogłabym oczywiście się nimi zasłaniać i usprawiedliwiać niczego nie zmieniając w sobie i swoim sposobie życia czy działania, tkwić w tym własnym zachwaszczonym ogródku. Ale mogę też powiedzieć sobie: to nie było dobre, nie jestem z siebie dumna, ale wybaczam sobie, zostawiam za sobą. Zamiast tygodniami analizować, przywracać do życia w myślach te zdarzenia – lepiej skupić się na tym, co teraz mogę zrobić w swoim życiu. Będąc bogatsza o nowe doświadczenia –  idę dalej. Nie zamykam się na to co było, nie zatrzaskuję za tym drzwi i nie udaję, że tego nigdy nie było. Nie odcinam się od swojego życia, ale nie zamierzam żyć przyglądając się niezmiennie temu co było. Bo z takiego przyglądania się i tkwienia w przeszłości owoców nie będzie. Mówię sobie: “Teraz wiem więcej o sobie i o życiu, jestem bogatsza o wiele doświadczeń i mogę żyć i działać lepiej.” Kompost pomaga  “rozkwitać różom”. Moim różom.

Podstawą do zmiany jest stawanie w prawdzie przed samym sobą. łagodnie i z życzliwością, choć bez znieczulenia.

Każdy czas jest dobry na taką zmianę – od patrzenia w przeszłość z poczuciem niezadowolenia, do patrzenia w przyszłość i działania „pro”. Nie ma nieodpowiedniego wieku dla takiej zmiany. Nie ma ograniczenia czasowego, że zmiana musi się dokonać w określonym czasie, a jak nie, to “przegrane”. Wszystko to, czego doświadczaliśmy do tej pory może nas wspierać, może być naszym kapitałem (nawet jeśli nie zawsze widzimy to właśnie w ten sposób). Co więcej – negatywne doświadczenia mogą nas inspirować, pomagać w znalezieniu nowych ciekawych dróg.

To, o czym piszę dotyczy zarówno sfery prywatnej jak i zawodowej. Jeśli w pracy potykamy się o projekty, ludzi, relacje etc, to możemy się skupiać na niepowodzeniach i trawiąc je – energia idzie w przeszłość a nie w przyszłość. Jeśli rzucam to na kompost – będą z tego korzyści. Doświadczałam kiedyś w pracy niesprawiedliwego traktowania, zachowań mobbyingowych, doświadczałam braku szacunku i docenienia. Dziś tamte doświadczenia owocują. Pamiętam o nich w codziennej pracy ze swoim zespołem. Lubię swój zespół i szanuję za ich pracę, postawę, odwagę, czasem bezkompromisowość, za  zaangażowanie, otwartość – sporo powodów do codziennego lubienia. Moje doświadczenia nauczyły mnie, jak mogę dawać to, czego nie doświadczałam sama. Oczywiście nie jestem aniołem :-) , bywam też trudnym szefem. Ale nawet w takich momentach przychodzi do mnie refleksja – wrzucam na kompost te nowe doświadczenia – doświadczanie siebie w nowych kontekstach i bogatsza działam dalej. Nie warto skupiać się na tym, co nadaje się już tylko na kompost. Warto jednak to wykorzystać, żeby róże mogły zakwitnąć. Na pustyni kwiaty nie rosną. Zatem nasze doświadczenia, także te „kompostowe” tworzą żyzną glebę dla naszego rozwoju. Nie warto się od nich odcinać.

Masz swój kompostownik? Czas wygrabić to, co nadaje się na kompost. :-) Zbierz wszystko co nadaje się na ten kompost właśnie teraz jesienią. Nie ma sensu nosić tego ze sobą przez całą zimę. Wiosną zakwitną Twoje róże – róże Victorii. Róże zwycięstw nad własnymi słabościami, niemocą, złymi doświadczeniami, potyczkami z życiem i ze sobą.

Pozdrawiam,

Ewa

ps. Chwasty mają to do siebie, że próbują utrzymać się przy życiu (w naszym życiu). Wyłażą zatem czasem z kompostownika i wpełzają znów na grządkę. Ale jeśli już wiemy, że to tylko chwast i że jego miejsce jest w kompostowniku – możemy to opanować. :-)

Uncategorized , , , , , , , , ,

Wyrośnięte dzieci

Wrzesień 12th, 2010

Dzieciństwo kojarzy mi się z beztroską, zabawą, oparciem w rodzicach, brakiem konieczności podejmowania trudnych decyzji i przede wszystkim z faktem, że na rodzicach a nie na mnie spoczywała odpowiedzialność za moje życie. To chyba dość typowe dla dzieciństwa (pomijam przypadki skrajne, patologiczne etc.).  I to było dla mnie wygodne. I długo nie chciałam z tego zrezygnować. A kiedy zrezygnowałam, to po jakimś czasie zbierania rożnych doświadczeń (nie tylko pozytywnych, ale i bolesnych) naprawdę posmakowałam w dorosłości. Zdobyte doświadczenia owocują od szeregu lat.

Dorosłość czy lepiej dojrzałość to umiejętność podejmowania samodzielnych decyzji i ponoszenie konsekwencji tych decyzji – niezależnie czy były dobre, czy złe. Nadal można się bawić, ale jak „zabawisz” i zawalisz w wyniku tego coś ważnego – Ty ponosisz i konsekwencje, i Ty ponosisz odpowiedzialność – nie Twój kolega, z którym byłeś w klubie, nie Twój partner, którego wybrałeś, nie “czasy, w których żyjesz”. Ty! W dorosłym życiu (życiu dorosłego, dojrzałego człowieka) liczba dostępnych zabaw jest wielka. W dorosłym życiu też nie musisz podejmować trudnych decyzji – możesz po prostu dać się rzeczom dziać bez Twojego udziału. Ale ten brak decydowania to też decyzja.  :-)  I Ty ponosisz jej konsekwencje i odpowiedzialność – nie Ci, którzy podjęli decyzję „za Ciebie”. I tak jest. Czy to dobre, czy złe? Nie wartościuję. Tak jest. Mnie to  odpowiada. :-)   Ja mogę powiedzieć, że  miałam dobre dzieciństwo,  stosunkowo długą drogę do dojrzałości dorosłego człowieka, a teraz  cieszę ze swojej drogi i tego, dokąd doszłam w wyniku swoich decyzji, choć nie zawsze było różowo.  ;-)

A Ty?
Co Ci się podoba w dorosłości?
Chciałbyś, żeby cofnął się czas do lat dzieciństwa?
Jeśli tak, to co takiego Cię pociąga w dzieciństwie?
Za co z dzieciństwa oddałbyś swój obecny stan / czas?

Ja niekiedy chciałabym przeżyć jeszcze raz kilka dziecięcych dni. Ale nie oddałabym za to dni swojego dorosłego życia. Bo jest mi w nim ze sobą dobrze. To wcale nie znaczy, że teraz jest zawsze lekko, łatwo i przyjemnie.

Bycie rodzicem małego dziecka to ponoszenie odpowiedzialności za jego życie, bezpieczeństwo, rozwój.  Jednak mądrzy rodzice pozostawiają margines na decyzje dziecka i pozwalają mu odczuć skutki (pozytywne lub negatywne) jego decyzji.  Im wcześniej – tym lepiej.  To piszę nie jako rodzic, ale jako dziecko swoich rodziców, które ponosi konsekwencje sposobu wychowania itp. A także jako baczny obserwator i słuchający rozmówca. :-) Chowanie dziecka „pod kloszem” nie jest według mnie dobrym pomysłem. Jeśli rodzice nie stwarzają dziecku możliwości podejmowanie decyzji lub też chronią je przed skutkami jego własnych decyzji – nie pozwalają mu dorosnąć, dojrzeć, nauczyć się tego, co jest esencja dorosłości. Nadopiekuńczość krzywdzi dziecko i nie pozwala mu dojrzeć.

Dlaczego o tym piszę tu na blogu?

Bo od czasu do czasu spotykam „wyrośnięte dziewczynki”  i “wyrośniętych chłopców” – być może właśnie  “ofiary” nadopiekuńczych rodziców, przywiązanych do dzieciństwa swojego dziecka, rodziców, których sensem życia jest dziecko i którzy chcą to dziecko zachować dla siebie jak najdłużej, przez co nie pozwalają tym dzieciom dojrzeć.  Rodziców, którzy niekiedy niezadowoleni ze swego życia, chcą uchronić swoje dzieci przed dorosłością. Może stąd mówi się, że szczęśliwi rodzice wychowują szczęśliwe dzieci? Może dlatego często pozostawione same sobie dzieci, choć niezadbane, wielokrotnie lepiej sobie radzą w dorosłym życiu, niż te “zadbane na wyrost”…

Te “dzieci” mają po dwadzieścia, trzydzieści, czasem wiele  więcej lat. Są grzeczni, miewają super oceny w indeksach, są na czas, a jednak coś jest nie tak…  Zachowują się jak grzeczne dzieci – miłe, uśmiechnięte, dygające na przywitanie. A w kontakcie ze starszą osobą od siebie lub przełożonym w pracy  przyjmujące natychmiast postawę podległą, postawę dziecka.  Nie są pewne swoich decyzji, często nie miewają własnego zdania, bywają uparte jak dzieci, maja niskie poczucie własnej wartosci, są niepewne, czasem zagubione. Przy tym w relacjach zawodowych natychmiast widać, że odstają od rówieśników.  W procesie rekrutacji nie zawsze to widać. A wiec szef zatrudnia dorosłego odpowiedzialnego człowieka, a w efekcie dostaje dobrze wykształcone duże dziecko. Wtedy pojawiają się problemy…

Wyrośnięte dzieci tęsknią za dzieciństwem, a dorosłość postrzegają jako cos negatywnego, trudnego, przykrego. Żyją w poczuciu krzywdy i niedocenienia, a to bardzo utrudnia codzienne życie i relacje zawodowe. Z racji wieku czują się dorosłe. Z racji dojrzałości – są dziećmi. Zbierają negatywne owoce takiej postawy, co jeszcze je utwierdza ich w pierwotnych przekonaniach. I  krzywda –  jak to krzywda – „ponosi odpowiedzialność”.  Bo skoro świat krzywdzi, a ja jestem ofiarą, to przecież nic nie mogę… I zwalniam się z odpowiedzialności. To błędne koło może przerwać tylko jedna osoba – to “wyrośnięte dziecko”.

Jeśli w jakikolwiek sposób odnosi się to do Ciebie, to mam dla Ciebie bardzo dobrą informację: Możesz to zmienić.  Możesz polubić dorosłość. Możesz nie być dzieckiem skazanym na trudy dorosłego życia. Możesz być zadowolonym z życia dorosłym. To zależy od Ciebie.

Jeśli podejmiesz decyzję, że będziesz szczęśliwym dorosłym i zdecydujesz działać w tym kierunku, to zapewniam Cię, droga choć bywa trudna, ale efekty są bardzo dobre.  Niezależnie ile masz lat. I nie musisz być śmiertelnie poważny, nudny, nie musisz być smutny, bez towarzystwa i zabawy, bez zabawek.  Tylko pluszowe maskotki z dzieciństwa spakuj do pudła i oddaj maluchom. A dla Ciebie otworzy się przestrzeń na nowe i ciekawe życie z “zabawkami” dla dorosłych. :-) Wraz z pluszakami chowaj powoli do pudła dziecięce reakcje – tupania nogą, obrażania się na świat i ludzi, fochy, fumy, humorki, dziecięce teatralne histerie pod publiczkę. Przejrzyj się w lustrze. Zobacz, jakim jesteś ciekawym dorosłym człowiekiem i sięgnij po tę prawdziwą dorosłość z odwagą. Stań się za siebie odpowiedzialny – nie tylko za jedzenie, ubranie i spanie, ale za jakość swojego życia.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Rekrutacja – casting czy transakcja handlowa

Czerwiec 14th, 2010

Temat rekrutacji podejmowałam już kilkakrotnie na tym blogu tutaj (kilka postów). Dziś kontynuacja tego tematu, choć ujecie  może niektórych zdziwić. Zastrzegam jednak, że nie jest to uniwersalna recepta, a jedynie podpowiedź, że można inaczej.

Ostatnio w pewnym kilkunastoosobowym gronie miało miejsce ciekawe ćwiczenie: wybrane z grupy osoby miały wystąpić (indywidualnie) przed pozostałymi i przekonać ich do tego, żeby daną osobę (prezentującą się) zatrudnili u siebie.

Zanim przeczytacie dalej, spróbujcie w wyobraźni stanąć w sytuacji takiego ćwiczenia. Macie minutę na swoje wystąpienie. Jest określone, co to za branża (znacie ją dobrze i dobrze wiecie o różnych potrzebach i niedostatkach personalnych w tej branży – możecie w to miejsce wstawić swoja branżę i np. konkurencyjną firmę do tej, w której pracujecie). Jak przebiegać będzie Wasze wystąpienie? Co powiecie w ciągu tej minuty? Co może spowodować takie zainteresowanie odbiorców, żeby zechcieli kontynuować z Wami proces rekrutacji, żebyście przeszli do kolejnego etapu i nawet wygrali w tej grze?
Minuta dla Was. Teraz! (o tym ćwiczeniu też wcześniej nikt nie był uprzedzony, a w realnym życiu taka sytuacja może się zdarzyć zawsze – np. na spotkaniu towarzyskim, na bankiecie, w czasie urlopu etc)

————— tutaj jest minuta dla Was —————

I jak? A co powiedzieliście (powiedzielibyście) w tej sytuacji? Jak wykorzystaliście tę minutę na to, by przejść dalej w tym „procesie rekrutacji”?

Wiele rozmów kwalifikacyjnych sprowadza się do opowieści kandydata o tym, jakie on ma wykształcenie, doświadczenie, jakimi „zasobami” on dysponuje. Uczestnicy tego ćwiczenia (wszyscy) także przyjęli, że muszą powiedzieć o sobie i muszą to zrobić w jak najbardziej atrakcyjny, klarowny sposób.

Tak czy inaczej sprowadziło się to do kilku wystąpień, w czasie których ludzie recytowali lepsze czy gorsze wersje swojego skróconego CV. Jedni wyliczali swoje szkoły i dyplomy, inni mówili o tym, jakie wspaniałe projekty zrealizowali i jakie odnieśli sukcesy. Jeszcze inni – jakie posiadają praktyczne umiejętności, jeszcze inni mówili o tym, że dany zawód jest ich pasją i że chcą się dalej rozwijać. Podsumowując – wszyscy mówili … O SOBIE. A Ty?
Ja nie miałam okazji wystąpić przed tą grupą, niemniej wieczorem w domu poważnie się zastanawiałam, jak wyglądałoby moje wystąpienie.

Zadałam sobie kilka istotnych pytań, zanim wygłosiłam swoje kwestie przed lustrem :-) Oto te pytania, wraz z ramowymi odpowiedziami (ja je rozwijałam jeszcze bardziej):
- Dlaczego firma prowadzi tę rekrutację?
Odpowiedź, że dlatego, iż potrzebuje pracownika nie jest prawdziwa, tzn. nie dotyka istoty. Tak naprawdę firma ma jakiś problem lub zadania, do rozwiązania którego potrzebne jej są określone kompetencje i umiejętności, a ich nie ma. Więc ich szuka. Szuka sposobu na rozwiązanie swojego problemu. Szuka kompetencji a nie świadectw szkolnych. Szuka kompetencji, a nie człowieka. Zatem kolejne pytanie: Jakich kompetencji może potrzebować ta firma? Jakie może mieć problemy do rozwiązania?
- Czy ja jestem nośnikiem tych potrzebnych kompetencji / umiejętności/ cech osobowości? Czy ja mogę rozwiązać ten problem firmy, bo to posiadam? Co to jest szczegółowo?
- Co firma zyska, jeśli mnie zatrudni, co dostanie? Przecież nie mój dyplom ani moje marzenia, ani nawet moje doświadczenie. ;-) Otrzyma rozwiązanie swoich problemów, a pośrednio rozwiązanie problemów swoich klientów. Jeśli zatem przekonam, że właśnie TO firma  kupuje zatrudniając mnie, to firma dokona tej transakcji.
- Jak mogę się wyróżnić spośród wszystkich starających się o te pracę i co mnie tak naprawdę wyróżnia na tym rynku „produktów”?
- O czym szef mający konkretne problemy w firmie chciałby rozmawiać najchętniej i co chciałby usłyszeć? O mnie? A co go obchodzi życiorys kolejnej osoby? A może o tym, że jest rozwiązanie problemów? Każdy lubi rozmawiać o tym, co jego dotyczy. Więc dobrze, jeśli przyjdę i powiem, że mam dla niego rozwiązanie jego problemów (nie nazywając tego problemami), sposób na rozwój firmy, sposób na zwiększenie sprzedaży, etc. Firma działa dla zysku, dla pieniędzy. Czy to, co przynoszę może powiększyć zyski? Pewnie tak. PR czy dobra komunikacja też mogą przekładać się na zysk (lub zmniejszenie straty, co też jest “zyskiem”).

Uświadomienie sobie powyższych rzeczy okazało się dla mnie bardzo pomocne do przygotowania wyjątkowego i zupełnie odbiegającego od wcześniejszych wystąpienia. Ułożyłam je sobie i wygłosiłam (tak, głośno) przed lustrem i potem przed wyobrażonym audytorium. Głośne ćwiczenia są skuteczniejsze niż te dokonywane w myślach. Na początku czułam sie nieswojo, potem miałam z tego niezłą zabawę. W wolnym czasie sobie to nagram i zobaczę “okiem z zewnątrz”.

W moim minutowym wystąpieniu nie było słowa o moim wykształceniu! I nie było ani jednego słowa o moich marzeniach i chęciach rozwoju. Nie było też słowa o tym, że bardzo chcę dla nich pracować. O takie rzeczy potem taki szef dopyta, albo zna je już z cv.

Powiedziałam, co ONI zyskują zatrudniając mnie. Co dostają dla swojej firmy i dla swoich klientów poprzez fakt zatrudnienia mnie. O co wzbogaci się ich firma, o jakie kompetencje, o jakie doświadczenie, o jakie umiejętności. Mówiłam O ICH KORZYŚCIACH. Zamiast zacząć od „Ukończyłam z wyróżnieniem…” , zaczęłam „Zatrudniając mnie uzyskujecie Państwo…”. W ten sposób nawet swój wiek mogłam “sprzedać” jako coś, co dla firmy jest zyskiem, co jest dla niej wzbogacające i ważne. Nie tłumaczyłam, że “mimo wieku metrykalnego jaki mam jestem duchem młoda”. :-) To duży komfort i istotna różnica.
To mi potem przypomniało że na wielu dobrych szkoleniach sprzedażowych powtarza się : „Nie mów o produkcie (jego cechach), mów o korzyściach dla klienta.”. Mów językiem korzyści”. Jeśli przyjąć, że ja jestem produktem, który firma kupuje i płaci za ten produkt każdego miesiąca, to od cech tego produktu (ukończone studia, ukończone szkolenia, znajomość języków) zdecydowanie ważniejsze dla klienta są jego korzyści, jakie będzie miał z zakupu tego “produktu”.
Tak, tak, na rekrutację można spojrzeć jak na casting i autoprezentację, albo jak na… negocjacje handlowe, na proces kupna i sprzedaży. Ja jestem produktem/usługą, a moje wynagrodzenie to cena za ten produkt/usługę, jaką firma płaci. Najlepsi handlowcy wiedza, że produkt sprzedaje się, bo klient kupuje korzyści dla siebie. I trzeba często klientowi uświadomić te korzyści. Liczy się, co możesz zrobić dla TEJ firmy, a nie co zrobiłeś dla innych firm wcześniej (np. dla konkurencji:-)).

Jeśli zastosujemy to w rekrutacji, to z pewnością się wyróżnimy, zostaniemy zapamiętani, a jednocześnie zachęcimy do tego, by nas dopytać o różne rzeczy. I wchodzimy w dialog, co już jest niezwykle ważne, bo w rozmowie możemy przejąć przywództwo i ja poprowadzić z korzyścią dla nas. Żeby jednak móc to zrealizować, trzeba się odciąć od stereotypu, sztampy, a na swoje cv spojrzeć z zupełnie innej strony. Od strony korzyści kupującego! Warto zrobić takie ćwiczenie w domu, by (co nie jest łatwe) nazwać te korzyści, które firma będzie miała. Poszukać właściwych określeń, poszukać odpowiednich słów. A dopiero potem wskazywać na potwierdzenie tych korzyści w samym produkcie (czyli odnieść się do doświadczenia, wcześniejszych sukcesów etc.)

Nie patrz, co TY masz, tylko co z tego jest ważne i potrzebne TEJ FIRMIE i dlaczego. Czy jest coś, co będzie nowością, unikalną umiejętnością, o którą wzbogaci się TA FIRMA, gdy Cie kupi i co to dla niej oznacza.
I ważne, żeby mówić rzeczy na „tak” – że „firma uzyska” (zwracam uwagę na to, co pozytywne) – zamiast „firma nie będzie miała problemu” (podkreślam niestety negatywne). Co lepiej brzmi: „nie będziecie już mieli Państwo problemu z realizacją…” czy „Będziecie Państwo mogli skutecznie realizować…”. Niby to samo, a jednak…

Bywa, że w czasie realnych, prawdziwych spotkań rekrutacyjnych, gdy już opowiecie o sobie, rekrutująca osoba zadaje pytanie : Dlaczego mam Pana / Panią zatrudnić. I tutaj ludzie znowu często mówią o sobie ( „Bo jestem najlepszy”, „Bo wnoszę do firmy wiele swoich umiejętności”, „ Bo potrafię pracować z pasją i zaangażowaniem”, „Zawsze marzyłem o pracy w tej firmie”), zamiast mówić o firmie i rozwiązaniu jej problemów ( „bo zatrudniając mnie firma uzyskuje …”)

Każdy z Was sam podejmuje decyzje, kiedy i jak prowadzić swoje rozmowy, ja pokazuję jedną z możliwości. Nie jest to jednak recepta na każde spotkanie rekrutacyjne. Jednak może zainspiruje Was do głębszego spojrzenia w siebie i analizy swoich kompetencji pod kątem ich unikalności i korzyści dla firmy.

A dla tych, którzy pracują i nie planują zmian – żeby zadać sobie pytanie: Jakie korzyści z zakupu tego “produktu”, jakim jestem, ma moja firma. Jakie problemy firmy tak naprawdę rozwiązuję. Czy jestem unikalną i potrzebną umiejętnością/ kompetencją firmy?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Reputacja a rekomendacje – historia weekendowa

Maj 2nd, 2010

W czwartek przed długim weekendem dopadł mnie ból zęba. Pobiegłam do swojego stomatologa, który zdiagnozował problem, zaordynował odpowiednie leczenie. Wiedziałam jednak, że ząb jest zagrożony, a sprawa nie jest banalna. Dodam, że nie wynikało to z mojego zaniedbania. Pani Kasia, jest moim stomatologiem od ok. 10 lat  i zapracowała na moje wielkie zaufanie. Polecałam ją wielu znajomym i polecam nadal. Wielu moich znajomych teraz rekomenduje ją dalej. To zaufanie okazało się dla mnie bardzo istotne gdy w piątek ból był już bardzo silny, ale Pani Kasi nie było w Warszawie, bo – jak wielu ludzi – wyjechała na przedłużony majowy weekend.

Postanowiłam doraźnie skorzystać z innego lekarza, żeby przetrwać weekend. Zobaczyłam szyld: „Stomatologia laserowa, RTG”. Podany telefon. Pani doktor – nazwijmy ją dla potrzeb postu Pani Laser – po wysłuchaniu mnie zaczęła ostukiwać inny niż opisany ząb (nie słuchała uważnie, bo by wiedziała). Wskazałam palcem problematyczny ząb, a w głowie zaświeciła mi się pomarańczowa lampka ostrzegawcza…

- Trzeba wyrwać – Pani Laser powiedziała zdecydowanie, jakby wyrwanie zęba było czymś mało istotnym.
- Wolę, żeby mi Pani pomogła zachowując ząb, jestem umówiona na dalsze leczenie – powiedziałam i opisałam dokładnie, co ma być zrobione.
- Przecież nikt Pani tego nie zrobi, nikt się z tym tak nie będzie bawił, wie Pani jaka to robota… a jeszcze przy takim bólu… – brnęła dalej, a we mnie narastało poczucie niepewności i lęk, że za chwilę stracę ząb, ale też, ze nie mam innego wyjścia, jak się z tym zgodzić… – Mogę Pani założyć lekarstwo, ale i tak Pani wyląduje jutro na Ludnej [nazwa ulicy, przy której jest całodobowe Centrum Stomatologii] i tam Pani wyrwą tego zęba, a zapłaci Pani 3 razy więcej niż dziś u mnie.
- Może jednak nie będzie takiej konieczności, może antybiotyk zadziała – walczyłam o zęba nadal…
- Kiedyś go Pani i tak straci [tu wskazała na przyczynę], a niepotrzebnie się Pani będzie męczyć. My mamy dobrego protetyka, a i implanty robimy….
- Wie Pani, kiedyś także umrę, ale widzę konieczności, by to przyspieszać… Tak samo jest z moim zębem– powiedziałam do Pani Laser

Ząb został na miejscu. Wyszłam od Pani Laser po zapłaceniu 30 zł za założenie lekarstwa, które nota bene niewiele pomogło. Wzięłam lek przeciwbólowy i  z wielkim trudem dotrwałam do następnego dnia. Niestety następnego dnia było już bardzo źle. Po konsultacji telefonicznej z moim urlopowanym stomatologiem pojechałam na ową Ludną. W uszach brzmiały mi słowa Pani Laser, że tutaj i tak wyrwą mi tego zęba…

Przyjął mnie Pan Marek. Powiedział, że jest kiepsko, ale zęba uratował. Nawet nie proponował wyrywania. A więc było inaczej, niż przewidywała Pani Laser. Gdybym jej uwierzyła – straciłabym ząb, który był do uratowania.

Doktor Marek zadziałał skutecznie, co mogę już dziś potwierdzić.  Przy okazji bardzo dobrze się rozmawiało (tzn.  ja głównie słuchałam i robiłam uhmm…). Dowiedziałam się, że otworzył własną praktykę, opowiadał o tym, o świetnym chirurgu szczękowym, którego pozyskał do współpracy, etc.  Poprosiłam o kontakt. W ten sposób mam stomatologa „rezerwowego”, gdyby kiedyś zabrakło pod ręką mojej Pani Kasi lub gdyby ktoś ze znajomych pytał mnie o stomatologa, któremu można zaufać.

Stomatolog to przede wszystkim ktoś, kto ratuje zęby, a nie je wyrywa. Wyrywa, gdy już nic nie da się innego zrobić, a nie wtedy, gdy on nie potrafi nic zrobić lub gdy mu się nie opłaca ratować. To istotna różnica.

Koszt zabiegu, który mi wykonał Pan Marek  to 60 zł. Wyrwanie zęba kosztuje jakieś 150 zł. Pan Marek  nie dał się skusić szybkiemu zarobkowi, a mimo to zyskał więcej – zaufanie klienta i dobrą opinię, co w przypadku niedawnego otwarcia własnej praktyki jest bardzo cenne. Pan Marek buduje swoją markę w najlepszy sposób: poprzez dobrą jakość swojej pracy i pozytywne efekty dla klienta. Nie będzie musiał przy takim działaniu wydawać na reklamę – ludzie będą sobie jego wizytówkę przekazywać i wymieniać informacjami. To jeden z tych zawodów, w których najlepiej sprzedaje się poprzez rekomendacje.

  • Gdyby nie marka mojej Pani Kasi i zaufanie do jej działań i decyzji – pozwoliłabym Pani Laser wyrwać zęba. Pani Kasia pozostawała ze mną w kontakcie telefonicznym mimo urlopu od momentu, gdy zgłosiłam problem. Zaufanie do Pani Kasi oznacza dla mnie wiarę, że ona uratuje mój ząb, jeśli to tylko będzie możliwe.
  • Pani Laser zastosowała  “marketing oparty na strachu”.  Ze strachu przed bólem i wyższymi kosztami miałam się poddać…  Jednocześnie mnie oszukała. Pani Laser według mnie nie dba o markę, ale o chwilowy szybki zysk. Wyrwanie byłoby dla niej bardziej opłacalne. Przypadek Pani Laser to lekcja pt. Jak nie prowadzić firmy i jak skutecznie tracić klientów i reputację.  Gdyby Pani Laser powiedziała: Ja nie umiem Pani pomóc, mogę jedynie wyrwać, ale niech Pani jedzie tu i tu, to może da się uratować ten ząb - byłoby ok. Wtedy wiedziałabym, że jest dla niej ważne dobre rozwiązanie mojego problemu. I byłoby to ok. Mówiłabym ludziom: Możesz tam iść, jak sama nie poradzi, to wskaże kogoś, kto rozwiąże problem. Uczciwość jest bardzo ważna. Zadbam, żeby nikt z moich znajomych nie trafił do Pani Laser.
  • Pan Marek wie co robi – mniej zarobił niż za wyrwanie, ale uratował ząb. Zyskał moje zaufanie, postrzeganie przeze mnie jako lekarza zaangażowanego i kompetentnego. Zyskał to, że będzie na liście rezerwowej u mnie i będę go rekomendowała wielu osobom. To lekcja, w jaki sposób dobrze wykonana usługa -  pozytywna zmiana dostarczona klientowi, bardzo dobre rozwiązanie problemu klienta,  działa lepiej niż jakakolwiek reklama i nawet największy szyld na budynku. Pan Marek buduje świadomie swoją markę. To będzie owocowało.

Na dobrą reputację pracuje się czasem latami,  a stracić można ją w ciągu kilku chwil. Utrata reputacji nawet u jednego klienta to strata zdecydowanie większa, niż utracony na jednym kliencie zarobek. To utrata kawałka potencjalnego rynku. To jest szczególnie ważne wszędzie tam, gdzie sprzedaż i pozyskiwanie klienta opiera się przede wszystkim na rekomendacjach.

Jak budujecie własną markę? Jakie jest DNA waszej marki? Co w tym DNA się znajduje?  Rzetelność? Uczciwość? Niezawodność?  Jak budujecie swoją reputację? Warto o tym pomyśleć. Czy podobnie jak Pan Marek dostarczacie pozytywnych zmian, czy działacie jak Pani Laser? Co ma sprawiać, że inni będą chcieli Was rekomendować?

Pozdrawiam, Ewa

ps. Gdyby ktoś szukał stomatologa w Warszawie – polecam:  Pan Marek Skrzycki – przyjmuje w Całodobowym Centrum Stomatologii przy ul. Ludnej 10 w Warszawie. Ma też własna praktykę. http://www.znanylekarz.pl/37704/marek-skrzycki/stomatolog-protetyk/warszawa-stare-babice . Nie podaję na tu forum telefonu komórkowego tego stomatologa, bo nie zostałam do tego upoważniona.

Uncategorized , , , , , , , ,

Wypowiedzenie – co warto wiedzieć (cz. 2)

Marzec 27th, 2010

Post dotyczący wypowiedzenia (cz. 1) spotkał się z dużym zainteresowaniem Czytelników, stąd uznałam, że warto kontynuować temat i nie odkładać na później. Moje posty nie zastąpią wiedzy wynikającej ze znajomości Kodeksu Pracy, mam jednak nadzieję, że przybliżą przynajmniej niektóre zagadnienia i zmotywują do poznania zarówno określonych prawem pracy obowiązków, jak i praw i zachęcą do lektury Kodeksu Pracy.

Ważne – Kodeks Pracy nie ma odniesienia do osób “samozatrudniajacych się”, czyli prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą i mających kontrakt z firmą (praca jak na etacie, a rozliczanie na podstawie faktur). Warto o tym wiedzieć i pamiętać.

Pisałam w części pierwszej o wypowiedzeniu pracy z przyczyn leżących po stronie pracownika, z zachowaniem okresu wypowiedzenia. Dziś trochę o tzw. „dyscyplinarce”.  Chodzi o rozwiązanie umowy bez wypowiedzenia z winy pracownika, z pominięciem okresu wypowiedzenia.

Przeczytajcie bardzo uważnie Kodeks Pracy. Ono dotyczy wyraźnego ciężkiego naruszenia obowiązków. Wtedy nie ma okresu wypowiedzenia.  To działa natychmiastowo.

KP Art. 52. § 1. Pracodawca może rozwiązać umowę o pracę bez wypowiedzenia z winy pracownika w razie:

1) ciężkiego naruszenia przez pracownika podstawowych obowiązków pracowniczych,

2) popełnienia przez pracownika w czasie trwania umowy o pracę przestępstwa, które uniemożliwia dalsze zatrudnianie go na zajmowanym stanowisku, jeżeli przestępstwo jest oczywiste lub zostało stwierdzone prawomocnym wyrokiem,

3) zawinionej przez pracownika utraty uprawnień koniecznych do wykonywania pracy na zajmowanym stanowisku.

§ 2. Rozwiązanie umowy o pracę bez wypowiedzenia z winy pracownika nie może nastąpić po upływie 1 miesiąca od uzyskania przez pracodawcę wiadomości o okoliczności uzasadniającej rozwiązanie umowy.

Bardzo ważne jest szczególnie dokładne i precyzyjne określenie przyczyny przez pracodawcę. Na piśmie!  Przyczyna ma być konkretna i prawdziwa. Warto wiedzieć, że:

  • Nawet jednorazowa nietrzeźwość pracownika jest ciężkim naruszeniem obowiązków. Dotyczy to nie tylko alkoholu, ale i innych środków odurzających.
  • Przywłaszczenie mienia pracodawcy jest zawsze ciężkim naruszeniem obowiązków, nawet jeśli nie jest przestępstwem w świetle prawa, a jedynie wykroczeniem (czyli nie jest ważne, jaka jest wartość przywłaszczonego mienia). Próba przywłaszczenia także jest takim naruszeniem.
  • Korzystanie z telefonu służbowego w celu niezgodnym z jego przeznaczeniem (inne niż do celów służbowych, np. udział w  konkursach sms-owych) – jeśli naraża pracodawcę na szkodę -  może być powodem natychmiastowego zwolnienia. Napisałam “jeśli”, bo są sytuacje, w których jest ustalone z pracodawcą, że używanie telefonu służbowego do celów prywatnych będzie rozliczane w określony sposób i odliczane np. od wynagrodzenia, wówczas według mnie raczej nie można mówić o narażeniu pracodawcy na szkodę.
  • Odmowa wykonania polecenia służbowego może stanowić przyczynę zwolnienia dyscyplinarnego, bez potrzeby uprzedniego stosowania kar porządkowych (może, ale nie musi). Pracownik może oczywiście odnieść się na piśmie do otrzymanego polecenia i napisać, że np. w jego ocenie i zgodnie z jego najlepszą wiedzą wykonanie takiego polecenia naraża firmę na określone szkody (jeśli tak jest), niemniej nie może odmówić wykonania polecenia. Pisząc taką informację, pracownik  ma potem podstawę do ewentualnego bronienia swoich praw, gdyby rzeczywiście w efekcie wykonania takiego polecenia skutki były niekorzystne dla firmy, a pracownik był za to pociągany do odpowiedzialności.
  • Nieosiągnięcie zamierzonych rezultatów nie mogą być oceniane jako ciężkie naruszenie podstawowych obowiązków w rozumieniu art. 52 KP. Jeśli zatem nie osiągasz efektów pożądanych przez pracodawcę – pracodawca nie może Cię zwolnic dyscyplinarnie, ale może to zrobić w trybie zwykłym, jeśli wykaże, że jest to wynikiem zaniedbań czy np. braku wystarczających kompetencji.
  • Regulamin pracy nie stoi ponad prawem, a więc powinien uwzględniać / honorować obowiązujący KP.

Regulamin pracy w danej firmie i Kodeks Pracy to lektury obowiązkowe dla każdego pracownika! Kodeks jest dostępny w Internecie. Regulamin nie może być sprzeczny z obowiązującym prawem, wiec i z Kodeksem.  Polecam każdemu, kto jest zatrudniony na umowę o pracę te lektury. Kodeks został opracowany, by chronić prawa pracowników i określać ich obowiązki wobec pracodawcy.

Wiedza o swoich prawach i świadomość posiadania określonych praw oraz obowiązków ułatwia zadbanie o własny interes nawet w krytycznym momencie.

Pozdrawiam Wszystkich i życzę, byście nie musieli nigdy korzystać z tej „lekcji”.

Ewa

Uncategorized , , , , ,

Nowa praca – negocjowalne warunki zatrudnienia

Marzec 24th, 2010

Chwila “odpoczynku” od tematu wypowiedzenia :-) czyli coś, co dotyczy startu w nowej pracy, a dokładnie – rozmów o warunkach zatrudnienia.

Tak się przyjęło, że przy podejmowaniu nowej pracy negocjujemy przede wszystkim (w wielu wypadkach wyłącznie) kwestie związane z wynagrodzeniem. W moim odczuciu to błąd. Jest jeszcze kilka aspektów, o których warto rozmawiać z pracodawcą. Zatem negocjacje mogą dotyczyć:

1. wynagrodzenia w okresie próbnym i po okresie próbnym (warto to zapisać już w pierwszej umowie, że po okresie próbnym wynagrodzenie wzrośnie o kwotę x) – tak unika się nieporozumień. Zarząd firmy może się zmienić i jeśli nie ma zapisu – ustalenia ustne trudno jest udowodnić i tym samym egzekwować.

2. długości trwania okresu próbnego (nie ma nigdzie zapisu dotyczącego jego długości – może to być miesiąc, mogą być np. 3 miesiące). Można negocjować pominiecie okresu próbnego i zatrudnienie od razu np. na umowę na czas nieokreślony.

3. czy po okresie próbnym będzie umowa na czas nieokreślony czy określony, a jeśli określony, to jak długi. Warto zastanowić się, co jest dla nas korzystne – czy umowa czasowa po okresie próbnym na dłuższy czas (np. rok) czy krótszy (np. pół roku). Wbrew pozorom  jest to istotne, ponieważ przepisy prawa mówią o tym, że po 3 umowach na czas określony pracodawca ma obowiązek zawrzeć umowę na czas nieokreślony. Czyli im krótsze umowy czasowe, tym szybciej umowa na czas nieokreślony. Nie ma jednak gwarancji, że pracodawca będzie chciał podpisać kolejną umowę. Każdy sam powinien oszacować ryzyko.

4. wprowadzenia do umowy zapisu o corocznych stałych wzrostach wynagrodzenia o poziom inflacji (urealnianie wynagrodzenia).

5. zakresu obowiązków i odpowiedzialności na danym stanowisku, a także zakresu kompetencji (np. jakie decyzje mogę podejmować samodzielnie).

6. okresu wypowiedzenia; Kodeks Pracy nie określa możliwego okresu wypowiedzenia. Kodeks Pracy określa jedynie minimalny okres wypowiedzenia, ale nie zabrania pracodawcy udzielania dłuższego niż ten minimalny okresu wypowiedzenia. To bardzo ważne, bo do 3 miesięcy pracy ten okres minimalny wynosi 2 tygodnie, do 3 lat pracy w danej firmie – 1 miesiąc. Można od razu wynegocjować, że np. pomijamy okres próbny i zatrudnienie jest na czas nieokreślony z np. 6 miesięcznym okresem wypowiedzenia, 3 miesięcznym… dowolnie.

7. można negocjować zapis o tym, że jeżeli wypowiedzenie nastąpi z winy pracodawcy (likwidacja firmy lub stanowiska pracy), to wypłacona zostanie dodatkowa odprawa w wysokości np. równowartości 3 miesięcznego wynagrodzenia, 6 miesięcznego wynagrodzenia…

8. można przy niektórych typach pracy negocjować częściową pracę zdalną (telepraca) czyli np. trzy dni pracuje w firmie a pozostałe dwa – w domu; to szczególnie dobre rozwiązanie dla kobiet po urlopie macierzyńskim albo dla osób dojeżdżających z daleka do miejsca pracy.

9. narzędzia pracy, w tym  – telefon komórkowy – limit kwotowy (można negocjować określona wysokość), laptop, samochód służbowy lub zwrot kosztów dojazdów do pracy, nawet możliwość wynajęcia dla pracownika i pokrycia kosztów mieszkania lub pokoju służbowego (może to być koszt doliczany jako wynagrodzenie – opodatkowanie jak dochodu), albo koszt w pełni po stronie pracodawcy).

10. pokrycie przez pracodawcę kosztów abonamentu zdrowotnego czy pokrycie kosztów ubezpieczenia na życie (grupowe ubezpieczenie)

11. pokrycie przez pracodawcę całości lub części kosztów określonych szkoleń (można je wymienić w umowie) lub studiów, szkoleń językowych (także to, czy szkolenia będą traktowane jako czas pracy czy poza czasem pracy).

12. zasad dotyczących karencji – jeśli przez określony czas po ustaniu zatrudnienia nie mogę podjąć pracy w konkurencji, to ta konkurencja powinna być dokładnie określona w umowie, a dodatkowo ten czas karencji powinien być uwzględniony w odprawie pracowniczej – jako równowartość wynagrodzenia za te miesiące.

Wiem, że nie zawsze jest możliwe uzyskanie wszystkich bonusów, że zależy ono od naszej wartości rynkowej i możliwości pracodawcy, od specyfiki firmy i branży, jednak warto wiedzieć, że nie tylko comiesięczne wynagrodzenie podlega negocjacjom i ze czasem wynegocjowanie innych rzeczy jest wartościowsze niż nawet kilkaset złotych miesięcznie.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Wypowiedzenie – co warto wiedzieć (cz. 1)

Marzec 20th, 2010

Jakiś czas temu pisałam o zwalnianiu pracowników w poście „Nieprzyjemny „przywilej szefa”. Uwagi i spostrzeżenia według mnie przydatne mogą być nie tylko pracodawcom, ale i pracownikom. :-)   To, co ważne dla zwalnianej osoby, to fakt, że ma on pełne prawo domagać się szacunku, czasu, wyjaśnień, etc. Nie będę się powtarzać. Dziś obiecany ciąg dalszy tematu, czyli  sytuacja, gdy jako pracownik zostajesz zwolniony z pracy. O czym warto wiedzieć.

  1. Masz prawo do szacunku.
  2. Masz prawo do rozmowy o przyczynach wypowiedzenia (szczegółowe uzasadnienie decyzji), a także o tym, co było pozytywnego i dobrego. Jeśli pracodawca sam o tym nie mówi – pytaj.
  3. Pracodawca ma prawo oceniać Twoją pracę, Ciebie jako pracownika tej firmy, ale nie ma prawa oceniać Cię jako człowieka. Wymagaj rozdzielenia tych obszarów.
  4. Pamiętaj, że życie nie kończy się wraz z utratą tej konkretnej pracy, a często jest początkiem ciekawej przygody i rozwoju zawodowego. O tym ciekawa dyskusja toczy się przy gościnnym poście „Pożegnanie z korporacją – szansa czy śmierć?” na alexba.eu – warto przeczytać wraz z komentarzami i wyciągnąć wnioski, zanim stanie się w obliczu utraty pracy.

Tymczasem dziś chcę zwrócić uwagę na kilka aspektów formalnych, o których wielu ludzi nie wie, bo nie zadaje sobie trudu poznania Kodeksu Pracy. Tymczasem warto znać zapisu KP i mieć świadomość wielu prawnych aspektów.

Wypowiedzenie przez pracodawcę może być realizowane w trybie zwykłym, z zachowaniem okresu wypowiedzenia lub może być to zwolnienie dyscyplinarne, a więc natychmiastowe. Zacznijmy od zwolnienia w trybie zwykłym, z zachowaniem okresu wypowiedzenia. Drugim przypadkiem zajmę się w odrębnym poście.

  1. Wypowiedzenie liczy się od ostatniego dnia miesiąca, w którym zostało złożone (wręczone). Co to w praktyce oznacza? Jeśli masz np.  miesięczny okres wypowiedzenia i  pracodawca wręcza wypowiedzenie np. 1 marca, 8 marca lub 23 marca czy 31 marca – to okres wypowiedzenia i tak liczy się od 31 marca (ostatni dzień miesiąca) – czyli w kwietniu jesteś w okresie wypowiedzenia, ale pracujesz jeszcze. Powszechnie uważa się, ze wypowiedzenie można dostać w ostatnim dniu miesiąca, nie jest to jednak prawdą. Błędne jest przekonanie, ze wypowiedzenie wręcza się pracownikowi z końcem miesiąca.
  2. Możesz ustalić z pracodawcą (w niektórych firmach jest to standardem), że pracodawca zwalnia z obowiązku świadczenia pracy w okresie wypowiedzenia. Co to oznacza? Że jesteś w okresie wypowiedzenia, za który otrzymujesz wynagrodzenie, ale nie masz obowiązku chodzić do pracy (jak płatny urlop). To daje więcej czasu na poszukiwanie nowej pracy i unikasz niekomfortowej sytuacji pracy w czasie wypowiedzenia. Warto o tym rozmawiać z pracodawcą. Ważne: jeśli masz w umowie zakaz pracy dla konkurencji – nie możesz w tym czasie wykonywać takiej pracy  – dotyczy to także umowy o dzieło i umowy zlecenia.
  3. Zgodnie z prawem przysługują  2 dni wolne na tzw. poszukiwanie pracy – płatne.
  4. W okresie wypowiedzenia możesz wybrać urlop (iść na urlop), a jeśli nie – pracodawca zobowiązany jest Ci wypłacić ekwiwalent za niewykorzystany urlop. Pracodawcy częściej wysyłają na urlop, niż płacą.
  5. Zwolnienie lekarskie nie przedłuża okresu wypowiedzenia.
  6. Po okresie wypowiedzenia, gdy już nie pracujesz, masz pełną ochronę zdrowotną i ubezpieczeniową przez 30 dni. Ważne jest, by w ostatnim dniu trwającego okresu wypowiedzenia pracodawca podbił Ci książeczkę zdrowia (legitymację ubezpieczeniową).
  7. Jeśli zwalnia Cię pracodawca – możesz zgłosić się do urzędu i zarejestrować jako bezrobotny, wówczas zachowujesz ubezpieczenie.

Pułapka „porozumienia stron”.

Dlaczego rozwiązanie umowy za  porozumieniem stron nie zawsze jest dobre dla pracownika, a jest korzystne dla pracodawcy?

Wielu pracodawców proponuje pracownikowi rozstanie i podpowiada podpisanie porozumienia rozwiązującego stosunek pracy. To ma być taka „ugodowa wersja”, żeby nie było w dokumentach napisane, że Cie „wyrzucili”. Tu jest pułapka. Są firmy, w których praktykuje się informowanie pracownika, że to dla niego lepiej, bo przyszły pracodawca lepiej na nich będzie patrzył.  Nie dopowiadają jednak, że rozwiązując umowę „za porozumieniem stron” pozbawiamy się dwóch podstawowych praw:
- prawa do zaskarżenia wypowiedzenia w Sądzie Pracy,
- prawa do zasiłku (gdy zarejestrujemy się jako bezrobotni).

Jeśli na rozmowie kwalifikacyjnej pada pytanie o przyczynę rozstania z byłym pracodawcą, to odpowiedź, że rozstanie było za porozumieniem stron nic nie zmienia. powszechnie przyjmuje się, że jeśli pracownik sam chce odejść, to on składa wypowiedzenie i dzieje się tak zwykle, gdy ma już inną pracę. Jeśli człowiek szuka pracy będąc bezrobotnym (formalnie lub nie), to dla większości pracodawców jest to informacja, że  coś się nie układało i załatwiono to „porozumieniem stron”.

Samo słowo „porozumienie” oznacza zgodę na warunki odejścia. Oznacza, że się porozumiałeś z pracodawcą. A czy tak naprawdę porozumiałeś się? Negocjowałeś?

Jeśli pracodawca proponuje Ci rozwiązanie stosunku pracy za porozumieniem, to… wykorzystaj to i negocjuj warunki rozwiązania umowy. Możesz powiedzieć: Proponuje mi Pan rozwiązanie umowy na mocy porozumienia stron, to w takim razie spróbujmy się porozumieć – co Pan proponuje? Jaki warunki rozwiązania umowy? Jeśli w tym momencie pracodawca podaje standardowy okres wypowiedzenia i nic więcej, to powiedz, że to nie jest porozumienie, że Ty widzisz to inaczej. Jeśli mamy się rozstać za porozumieniem stron, to proszę (np.) o dodatkowy płatny miesiąc okresu wypowiedzenia i zwolnienie ze świadczenia pracy w całym okresie wypowiedzenia. To oczywiście jedna z możliwości. 

Jeśli pracodawca nie ma „twardych” podstaw, prawdziwych do zwolnienia, a nie chce już Ciebie w zespole – będzie straszył lub negocjował. Straszyć to już nie bardzo ma czym, bo przecież i tak tracisz pracę, więc czego masz się bać ? To już poniekąd komfortowa sytuacja – możesz negocjować. A jeśli wiesz, że podana (napisana)została nieprawdziwa przyczyna, to masz dodatkowy argument: Szefie, ja proponuję porozumienie na określonych warunkach. Jak Pana to nie interesuje, to zostawmy to wypowiedzenie z podaniem przyczyny, a ja złożę sprawę do sądu, bo przyczyna jest nieprawdziwa i krzywdząca. Pan wybiera. :-)

Ważne, żeby nie dać się zastraszyć, zaskoczyć. Masz czas. Nie spiesz się.  Jeśli  dostajesz wypowiedzenie, to odetchnij, złap równy oddech, przeczytaj dokument przynajmniej dwa razy zanim podpiszesz porozumienie. Daj sobie tyle czasu, aż czytając zrozumiesz każde zdanie napisane w dokumencie. Zastanów się, co to dla Ciebie oznacza.  Na tym etapie nie myśl, co będziesz robił i skąd weźmiesz pieniądze na przeżycie, ale skup się na tej konkretnej sytuacji, potraktuj to jako zadanie.

„Porozumienie stron” zwalnia pracodawcę z obowiązku pisemnego uzasadnienia przyczyny wypowiedzenia. A zgodnie z prawem podana przyczyna ma być konkretna, jasno określona i prawdziwa. Czasem pracodawca nie potrafi podać takiej przyczyny. Wtedy takie porozumienie jest dość wygodną formą.  Zdarza się, że pisze wypowiedzenie podając wątpliwe lub podważalne uzasadnienie i podsuwa pracownikowi, a równocześnie proponuje, by zamienić to na „porozumienie stron” –  “dla dobra” pracownika. Bo niby będzie łatwiej mu uzyskać nową pracę. To sygnał, że pracodawca woli porozumienie. :-)   Dlaczego? Jeśli przyczyna jest nieprawdziwa, krzywdząca, niejasna – pracownik może w ciągu 7 dni kalendarzowych ( a nie roboczych!) złożyć pozew do sądu pracy i wnosić o przywrócenie do pracy na poprzednich warunkach, odszkodowanie (maksymalnie trzykrotne wynagrodzenie), zmianę świadectwa pracy. Sądy pracy są na ogół przychylne pracownikom i naprawdę w sytuacjach krzywdy warto się upominać o swoje prawa i o prawdę. Jeśli zgadzamy się na „porozumienie stron”, to odmawiamy sobie tego prawa. Postępowanie sądowe w sądzie pracy w takich przypadkach jest wolne od opłat sądowych.

Kodeks Pracy to lektura obowiązkowa dla każdego pracownika! Jest dostępny w Internecie, np. tutaj, na stronie Państwowej Inspekcji Pracy.

Odchodząc z pracy zadbajcie o świadectwo pracy, potwierdzenie odbytych szkoleń, opinię, a także wszystkie wydruki RMUA potwierdzające, że pracodawca odprowadzał za Was składki ZUS.

Pozdrawiam i życzę dobrej pracy bez nieprzyjemnych niespodzianek :-) ,

Ewa

Uncategorized , , , , ,