Archiwum

Posty oznaczone ‘kobieta’

Siła marzenia

Styczeń 22nd, 2012

„Dobrze, że ten rejs nie skończył się inaczej, bo i marzenia by się skończyły” – to komentarz dziennikarki  (usłyszany przed chwilą w TVP Info) odnośnie do informacji, że kilkunastoletnia żeglarka spełniła swoje marzenie opłynięcia świata. Wcześniej uzyskała ona w wyniku apelacji sądową zgodę na rejs, co potwierdza jej wielką determinację w dążeniu do realizacji tego marzenia. Młoda Holenderka (miała 14 lat w momencie startu) ponad 500 dni samotnie żeglowała  podejmując ryzyko i spełniając swoje wielkie młodzieńcze marzenie. Przeżyła sztormy, poznała co to znaczy bezsenność, strach, ból, ale i spełnienie, radość, niezwykłe sytuacje, widziała piękne miejsca, i obrazy, poznawała siebie w ekstremalnych sytuacjach. Młoda żeglarka  dzieli się swoją radością i szczęściem ze spełnionego marzenia, wielu ludzi jej gratuluje, inni podziwiają. Prowadząca program polska dziennikarka  robi coś zupełnie innego…

Co znaczy komentarz: „Dobrze, że ten rejs nie skończył się inaczej, bo i marzenia by się skończyły”? Że gdyby zginęła albo została kaleką, to nie mogłaby spełniać żadnych innych marzeń? He, ale zginęłaby spełniając marzenie! A kalectwo? Ono nie zabrania dalej marzyć i spełniać marzenia.  A czym jest marzenie bez choćby prób jego realizacji?

Jedno jest pewne – taki komentarz dla wielu jest jak ostrzeżenie: nie sięgaj po marzenia, bo możesz marzyć ostatni raz. Uważaj, bo Twoje śmiałe marzenia mogą skończyć się tragicznie. Czyż nie taki jest wydźwięk i znaczenie takiego komentarza?

Zamiast gratulacji, entuzjazmu, pozytywnego myślenia i zarażania ludzi wiarą, że warto się wysilić i ryzykować, by spełniać marzenia. Nawet te odległe i wymagające poświęcenia. Tak chyba może powiedzieć tylko człowiek, który sam nie ma odwagi do realizacji marzeń lub – co gorsza – nie ma marzeń….

To pokazuje, jak bardzo wiele w ludziach  ograniczeń, skostnienia,  wewnętrznie stetryczenia, jak mało pasji i zrozumienia dla pasji.

A jaki Wy dalibyście komentarz do takiej informacji o młodej Holenderce? Jak sami odbieracie jej wyczyn? Jaka jest Wasza determinacja do realizacji marzeń? Jak duży wysiłek jesteście w stanie zrobić i co zaryzykować, by spełnić marzenia?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , , , ,

Historia pewnej “Matki Nie-Polki” – post gościnny

Listopad 16th, 2010

Kiedy Monika zamieściła swój komentarz tutaj, po jego przeczytaniu pomyślałam, że byłoby bardzo dobrze (mam nadzieje, że przynajmniej niektórzy z Was podzielą moje zdanie) zamieścić na tym blogu post o zachowywaniu równowagi i “siebie” w relacjach matka-dzieci. Poprosiłam zatem Monikę o napisanie gościnnego postu. Dostałam go następnego dnia, co mnie niezwykle ucieszyło. Dziś publikuję ten post – jako inspirację, jako podpowiedź, drogowskaz.

Jest okazja, by pytać, rozmawiać, sięgać do doświadczeń kogoś, kto wie, doświadczył i żyje w poczuciu radości i spełnienia.  Kogoś, kto pokonywał trudności, odnajdywał siebie w nowej rzeczywistości – jako matka. Kogoś, kto podobnie jak ja nie jest zwolennikiem “poświęcania” się matki dla dziecka, ale – w odróżnieniu ode mnie – ma własne doświadczenia jako matka i może się do nich odnosić. Sami zresztą przeczytajcie.

Moniko, raz jeszcze bardzo Ci dziękuję i życzę wielu jeszcze nowych radości i dalszego spełniania się.

Pozdrawiam, Ewa

HISTORIA PEWNEJ MATKI NIE-POLKI

Dostałam od Ewy propozycję napisania postu o blaskach i cieniach rodzicielstwa w kontekście dbania o siebie jako osobę nie tylko jako matkę.

No cóż łatwo nie było. Czy wpadłam w rolę matki rodzicielki? Oczywiście!

Mam dwoje dzieci: dziewczynkę – w zasadzie kobietę – 20 letnią i 18 letniego mężczyznę. Różnica wieku między nimi jest bardzo mała więc z jednych pieluch wpadłam w drugie. Miałam 23 lata jak urodziłam moje pierwsze dziecko. Czy za wcześnie? Oczywiście, że za wcześnie. Dopiero skończyłam studia, mąż jeszcze studiował,  tyle że mieliśmy gdzie mieszkać. Pełen żywioł. Nasze dzieci są nieplanowane ale chciane, to dzieci miłości :-) .

Nagle po bardzo intensywnym życiu młodej radosnej studentki w wolnych chwilach jeżdżącej namiętnie konno – zostałam na 16 godzin sama w domu z dzieckiem. Myślałam, że się wścieknę i w dodatku byłam naprawdę sama – dziadkowie nie garnęli się do jakiejkolwiek pomocy. Mężowi też nie było łatwo, rzucił studia i pracował po 14 godzin dziennie na trzy a potem na cztery osoby.

Podjęliśmy decyzję, że dzieci do czasu przedszkola wychowujemy sami.

Gdy córeczka była malutka, jeździłam z nią na dłuuuuuuuuuugie spacery 4-5 godzinne. Chodziłyśmy sobie po parku, chodziłam do muzeów, na wystawy, czasem wchodziłam do sklepów, poznałam matki takie jak ja, spotykałyśmy się z naszymi dziećmi  i wspólnie spędzałyśmy czas.

Pierwszy bunt przyszedł jak córka miała około roku. Miałam dość i zbyt duże poczucie winy aby oddać ją gdziekolwiek pod opiekę a na nianię nie było mnie stać. Co robić? Zapisałam się na angielski ! Trzy razy w tygodniu, wieczorem. Jak mąż wracał z pracy, zostawał z dzieckiem a ja pędziłam do szkoły. To było to !!! Byłam bardzo zmęczona ale szczęśliwa.

Przynajmniej do czasu, aż zaszłam w ciąże z synem. Byłam przerażona jak ja sobie poradzę sama z dwojgiem dzieci? Mąż wtedy zmienił pracę i nie było go całymi dniami a i tak liczyliśmy się z każdym groszem. Wtedy podjęliśmy decyzję o oddaniu córki do żłobka na 3 miesiące a ja poszłam do pracy na 3 godziny dziennie, aby wyjść z domu i  „dorobić się” zasiłku z ZUS. Ta praca miała potem wpływ na moje dalsze wybory.

Dzieciaki rosły i były coraz fajniejsze, ich radość i otwartość na świat mnie inspirowały. Uwielbiałam się z nimi bawić, przewracaliśmy wtedy dom do góry nogami. Zabawki były wtedy wyłącznie kreatywne, bo albo nie można było nic kupić albo były dla mnie za drogie. Wystarczały nam więc kredki, farby, plastelina, papier itp. i tworzyliśmy własne arcydzieła. To były wspaniałe chwile.

Wtedy przyszła refleksja, zaraz a co z moim małżeństwem? Męża prawie nie ma, dzieci nie ma komu podrzucić? Wprowadziliśmy więc nakaz codziennej bliskości, czułości i miłości, czteroosobowych rodzinnych długich spacerów, zabaw i wyjść wieczornych do miejsc gdzie dzieci nikogo nie gorszą. Wtedy było ich niewiele. Bywaliśmy razem :-)

Drugi bunt – a co ze mną – przyszedł gdy syn miał dwa lata. Co zrobiłam? Poszłam do pracy na 8 godzin tygodniowo – do liceum jako nauczycielka – za moją skromna pensje opłacałam na te kilka godzin nianię do syna ( córka chodziła już do przedszkola ) – wychodziło co do grosza, a po południu jak mąż wracał z pracy, biegłam na studia podyplomowe na SGH.

Pracowałam w liceum dwa lata – w drugim roku na cały etat – syn był już w przedszkolu i skończyłam Handel  Zagraniczny na SGH. Dużo się wtedy nauczyłam. Przygotowywałam lekcje ( prezentację ) miałam kontakt z wieloma młodymi i starszymi osobami, byłam cały czas oceniana, musiałam wywiązać się z obowiązków.

Gdy syn poszedł do przedszkola po pól roku zmieniłam pracę i w tym nurcie pracuje do dziś.

Generalnie w pierwszych latach życia moich dzieci skupiałam się aby nie zapomnieć o sobie a w późniejszych aby nie zapomnieć o dzieciach.

W pracy stawiałam warunki – musiałam mieć czas dla dzieci – nie chciałam aby chodziły z kluczem na szyi. Umówiłam się na pracę – „że będzie zrobione”, nie ważne w jakich godzinach i kiedy – ale na czas.

Miałam więc czas dla dzieciaków, chodziłam na przedstawienia, na basen, na tenisa – z dziećmi i sama w tym samym czasie. Codziennie miały ugotowany obiad i pomoc w lekcjach oraz dowolną ilość czasu na porozmawianie z mamą i również nareszcie z tatą. A ja? No cóż skończyłam jeszcze studia podatkowe, staram się do tej pory raz w miesiącu iść na jakieś szkolenie, ten mój typ tak ma, lubię się uczyć.

Mąż przez te lata awansował, zaczął dobrze zarabiać, stać nas było na prywatną szkołę i na panią do sprzątania, przeprowadziliśmy się do domu i co najdziwniejsze miał więcej czasu!!!

Jak dzieci były w połowie szkoły podstawowej, założyłam własną firmę i tak jest do dziś.

Nasza wspólną pasją z mężem są podróże. Od najmłodszych lat za ostanie grosze, zabieraliśmy dzieci najpierw w Polskę pod namiot ( nawet 10 miesięczną córkę ) potem coraz dalej i dalej. Nasze dzieciaki znają Polskę wzdłuż i wszerz i zaszczepiliśmy im ciekawość świata. Teraz znają po dwa języki biegle i podróżują sami, wszędzie bez żadnych oporów.

Od początku uczyłam dzieci samodzielności, trochę nie miałam wyjścia :-) , wychowując je tylko z mężem. Jak roczne dziecko chciało samo jeść – proszę bardzo łyżka do ręki – potem tylko trochę sprzątania.  :-) Dziś córka usamodzielniła się, mieszka z koleżankami w wynajętym na spółkę mieszkaniu na które sama zarabia, studiuje. Syn robi w tym roku maturę.

A my z mężem? Mamy drugą młodość, dzięki temu, że w porę się obudziliśmy i znaleźliśmy miłość w codzienności. Czy za wcześnie urodziłam dzieci – NIE -  w sam raz. Mam teraz 43 lata, własna firmę, wychowane dzieci, jestem ciągle młoda i szczęśliwa. Jestem żoną szczęśliwego,  zadbanego i spełnionego zawodowo i rodzinnie człowieka, który mnie kocha bardziej niż w dniu ślubu i którego ja kocham.

Co teraz robimy? Cieszymy się życiem i zdrowiem, podróżujemy, ja hoduję kwiaty w ogrodzie, mąż fotografuje. Mamy przyjacielskie stosunki z dziećmi, które dbają o to, abyśmy byli wszyscy szczęśliwi.

Jestem niefrasobliwą matką? :-) Może tak, za to bardzo dobrą dla siebie i dla dzieci.

Pozdrawiam Serdecznie

Monika Góralska



Uncategorized , , , , ,

Serialowe macierzyństwo

Czerwiec 2nd, 2010

Ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad tym, dlaczego kobiety decydują się na macierzyństwo, skąd i jaką wiedzę młode dziewczyny i młode kobiety mają na ten temat zanim podejmą decyzję powołania nowego życia. I jak ten obraz (wyobrażenia i wiedza) jest potem konfrontowany z rzeczywistością oraz jakie to ma skutki dla matki, dla rodziców, dla dziecka.

Dla wielu przyszłych mam macierzyństwo kojarzy się z cudownym czasem, absolutną miłością dziecka i do dziecka, ze słodkim maleństwem, także z odpowiedzialnością. Bywają u koleżanek – już młodych mam z wizytą.  Widzą spacerujące mamy z wózkami. Słuchają wypowiedzi w programach telewizyjnych. Czasem ulegają też presji otoczenia. Oglądają seriale, w których wiele dzieci już przyszło na świat. Widzą reklamy z pięknymi bobasami w roli głównej i uśmiechniętymi szczęśliwymi rodzicami w tle. Marzą o idealnym domu, idealnej rodzinie, spełnieniu.

Serialowe (i reklamowe) dzieci – niemowlaki a rzeczywistość

Jeśli w serialu rodzi się dziecko, to jako noworodek pokazywane jest widzom niemowlę w wieku 2 - 3 miesiące. Ani w polskich, ani zagranicznych serialach nie widziałam grającego  noworodka ani nawet kilkunastodniowego dziecka. Jest to zrozumiałe, że kilkudniowe maleństwo nie może brać udziału w nagraniach z uwagi na jego delikatność. Mamy mające własne dziecko doskonale wiedzą, jaka to ogromna różnica w rozwoju i wyglądzie niemowlęcia.  Młode dziewczyny i młode kobiety nie mające doświadczenia w kwestii macierzyństwa rzadko kiedy w ogóle zwracają uwagę na ten fakt. Jest malutkie dziecko, niemowlak, wszystko się zgadza. Zapamiętują obraz: rumiane, zdrowe, z fałdkami jak trzeba, czyściutkie, uśmiechnięte, w ładnych czystych ubrankach,  niemal można wyczuć, że pięknie pachnie mlekiem, oliwką i pudrem. Jeśli nawet w filmie choruje, ma kolki, trzeba je przewinąć – jest to obraz z daleka, często tylko sygnalizowany – bez szczegółów.

Na takie dziecko młoda kobieta potem czeka. Na takie „słodkie maleństwo.” Czeka z pięknymi ubrankami, gotowa karmić, przewijać, gotowa zmieniać pieluszki i kochać, kochać, kochać. Bezwarunkowo i bezgranicznie.

Jaka jest często rzeczywistość poza serialem (przyjmuje założenie: dziecko zdrowe, urodzone w terminie, 10 punktów na 10)?

Noworodek w rzeczywistości jest dużo  mniejszy, bardziej „kruchy”, delikatniejszy, szczuplejszy, w większości bez tych ślicznych jeszcze fałdek na rączkach i nóżkach, za to z zaczerwienioną skórą, bezpośrednio po porodzie pokrytą śluzem, ma często ślady na twarzy (zaczerwienienia) od przejścia przez kanał rodny, jest pomarszczone, z zapuchniętymi oczami, skóra ma szczególny wygląd, wszak w życiu płodowym dziecko jest w środowisku wodnym, co ma znaczenie. Nawet najpiękniejsze niemowlęta i najbardziej kochane w momencie przyjścia na świat są… brzydkie i nie przypominają w niczym tych oglądanych w serialach niemowlaków, które „chce się zjeść”.

Cały świat jest dla niego nowy i obcy, a nawet wrogi. Do tej pory siedział u matki pod sercem, chroniony przed urazami i dotykiem przez wody płodowe, chroniony przez powłoki brzuszne przed dźwiękami zbyt głośnym i przed ostrym światłem. Przychodzi na świat w pomieszczeniu, gdzie są światła, masa dźwięków, obcych ludzi… Samo przejście przez kanał rodny jest niezwykłym wyczynem dla drobnego i delikatnego życia. A teraz go mierzą, ważą, grzebią w nosie gruszką oczyszczając drogi oddechowe ze śluzu i krwi. Dotykają, zawijają, sprawiają wiele nieprzyjemnych nowych doznań. Aż położy się je na brzuchu matki i na chwilę odetchnie, bo usłyszy bicie serca – znajome bicie serca matki, przy którym czuł się bezpiecznie przez szereg miesięcy.

Dziecko ma prawo się bać nowego świata. Musi oswoić nieznany świat. Nawet karmienie jest dla niego nowością. Ma instynkt ssania, ale to jednak zmiana sposobu odżywiania. Jelita się muszą nauczyć wszystkiego, system wydalniczy także. Wielu nowych rzeczy musi się szybko nauczyć.  Nigdy dotąd nie leżał w ostrym  drażniącym delikatne ciało moczu, a teraz ma pieluchę, którą zmienia się co jakiś czas… Nikt go wcześniej nie przekładał, nie dotykał, nie układał w niewygodnych bardziej lub mniej pozycjach, nie krępował ubraniem, które pewnie i ładne, ale jakie ma to znaczenie dla niemowlaka?

Jeśli rodzice to wiedzą, rozumieją – starają się swoim spokojem, ciszą, łagodnością zapewnić jak najlepsze warunki do przystosowania się. Dziecko bardzo odbiera (przejmuje) nastrój rodzica. A i tak czasem malec się “drze” ile sił, budzi, boi, męczy, bywa zły i rozdrażniony, pręży się i płacze, bo nie ma innego sposobu komunikacji. Jego możliwości komunikowania są minimalne.

Jak ten obraz ma się do serialowych uroczych „noworodków” – bobasków do przebierania, spacerów i kochania? Warto to wiedzieć, żeby nie czuć dyskomfortu, żeby być gotowym dać dziecku to, czego naprawdę potrzebuje: bliskości, spokoju, poczucia bezpieczeństwa, stabilności, czułości.

Serialowe (i reklamowe) mamy a rzeczywistość

Serialowe mamy nie chodzą w szlafroku, nie są śmiertelnie zmęczone, nie klęczą koło łóżeczka, bo szwy po porodzie dotkliwie ciągną i wszystko boli, że czasem nie da się siedzieć przez kilka a nawet kilkanaście dni. Mamy serialowe są pięknie ubrane, mają piękną cerę, makijaż, wypielęgnowane paznokcie, zadbane włosy. A Ty nie masz siły ich ułożyć, czasem nawet umyć, bo marzysz o chwili dla siebie, o tym, żeby była cisza, żeby pospać choć kilka godzin bez wstawania.

Mamy serialowe mają płaski brzuch i nie pokazują rozstępów. A Twoja skóra na brzuchu naciągnięta w okresie ciąży nagle nie znikła i trzeba czasu i umiejętności odpowiedniego dbania, by ciało wróciło do poprzedniej, a przynajmniej zbliżonej formy.  Serialowe mamy mają na wszystko czas, pieniądze i zwykle jeszcze mają pomoc – ciocie, babcie, nianie etc. A niestety  wiele kobiet w naszym kraju w okresie tak trudnym, jak pierwsze kilka miesięcy po porodzie, jest samych. Od rana do wieczora same, czasem same także w nocy. Wszak są ludzie, którzy pracują w systemie zmianowym. I to poczucie wielkiej odpowiedzialności za nowe życie, które jest wymagające, krzyczące, w kupie, z kolką, płaczące, niekeidy z biegunką, niekiedy nie chce ssać… I to dojmujące poczucie zmęczenia, często bezradności, gdy malec płacze, a Ty nie wiesz, co jeszcze możesz zrobić, żeby się uspokoiło… Serialowe mamy nawet budzą się rano z nieskazitelnym makijażem…

Wszyscy wokolo mówią, że karmienie piersią jest wazne dla wzajemnej więzi, dla zdrowia dziecka, że to cudowna sprawa, że to niemal metafizyczne przeżycie. A młoda mama niekiedy ma nabrzmiałe piersi, bolesne od ssania sutki i walcząc ze zmęczeniem usiłuje przystawić skutecznie dziecko do piersi, by ssało, a ono krzyczy. Im się bardziej denerwuje i stara, tym jest gorzej. W serialach tego nie ma. W realnym życiu tak bywa. Tak, jak dziecko oswaja nowy nieznany świat, tak i matka niekiedy z trudem i poświęceniem odnajduje się w nowej rzeczywistości.

Serialowe mamy nie mają problemu z tym, jak z wózkiem przedostać się przez przejście podziemne, bo ktoś nie pomyślał, że oprócz schodów powinna być winda.  Serialowe mamy nie chodzą po zakupy z wózkiem (zakupy w serialach robią się same lub robią je mężowie), nie stoją w kolejkach w przychodni, nie mają dylematu, czy starczy pieniędzy na zalecane szczepienia. Serialowe mamy wkładają wózek do samochodu, a dziecko przypinają w foteliku. Nie stoją na przystanku i nie wnoszą wózka do zatłoczonego tramwaju. I nie widać, ile waży ten fotelik z dzieckiem, gdy się chce tak niemowlaka wnieść na trzecie piętro w bloku bez windy, niosąc zakupy w drugiej ręce.

Jeśli miałaś wyobrażenie, że będziesz właśnie taką piękną, wypoczętą delektującą się macierzyństwem mamą, zadowoloną, szczęśliwą, zachwyconą, wzorcową, z wspaniałym dzieckiem, to tym bardziej czujesz dyskomfort.  Czujesz się czasem brzydka, nieatrakcyjna dla swojego partnera, niekiedy w ogóle nie masz ochoty na bliskość, bo nie akceptujesz swojego zmienionego ciała lub akceptujesz je z trudem. Masz chwilami ochotę uciec, rzucić to wszystko i nie możesz. I wiesz, że Twoje maleństwo jest od Ciebie zależne we wszystkim i że chcesz dla niego jak najlepiej. Tylko czasem nie wiesz jak. Marzysz o tym, by się wyspać. Niewyspana, zmęczona, zdenerwowana, sfrustrowana często zaczynasz porównywać się z innymi, z serialowymi matkami także. A to rodzi poczucie, że jesteś złą matką i że sobie nie radzisz, że jesteś gorsza. Bo inne są - te matki  serialowe albo te z odwiedzin u znajomych czy rodziny na chwilę, na dobrze przygotowaną chwilę – zadowolone i dobrze zorganizowane.

Taki jest początek wielu relacji rodzinnych (choć z pewnością nie wszystkich), gdy pojawia się dziecko i gdy brak naprawdę dużego wsparcia ze strony bliskich, gdy brak babci, niani, dziadka, cioci, a mąż wychodzi na cały dzień do pracy. Jeśli jesteś na to przygotowana, jeśli wiesz, jak może ten czas wyglądać  – masz dużo większe szanse, by sobie poradzić z własną słabością. Masz też szanse na zorganizowanie sobie pomocy i przede wszystkim nie obwiniasz się, nie oceniasz. Masz szansę na zorganizowanie sobie wsparcia. Ja bywałam wielokrotnie takim wsparciem i wiem z informacji zwrotnych, jak to dużo daje.

A jak przy tym jeszcze być atrakcyjną dla partnera kobietą (atrakcyjną w swoim odczuciu) i czułą oddaną kochanką?

Serialowe (i reklamowe) rodziny a rzeczywistość

Serialowe rodziny są na ogól wielopokoleniowe – nawet jeśli nie mieszkają razem, to dziadkowie wspierają. Jeśli nie ma dziadków – jest niania, pani do sprzątania, etc. Mężowie są zawsze przy kobiecie, przygotowani na tę poważną zmianę w życiu i rozumieją często znacznie więcej, niż w realnym życiu. Mężowie wspierają żony, wracają z pracy i przejmują domowe obowiązki, by odciążyć żonę. Okazują jej bliskość. Serialowi mężowie wracają do zadbanych czystych i wysprzątanych mieszkań, w których obiad sam się zrobił. W łazience nie wiszą rzędy śpiochów, a w przedpokoju nie stoi worek z brudnymi pieluchami do zniesienia do śmietnika. Naczynia myje zmywarka lub babcia, pranie robi się, wiesza i suszy się samo w niewidzialny sposób. Wieczorem jest czas na bliskość, ciepło, intymność.  Nie ma fury prasowania. W realnym życiu jest inaczej. Gdy dziecko wreszcie zaśnie, kobieta po całym dniu intensywnej opieki nad dzieckiem nadrabia zalęgłości w praniu, prasowaniu, układaniu rzeczy, myciu naczyń, etc. Mężczyzna jej czasem pomaga wykapać dziecko, czasem wesprze w zakupach, a czasem siedzi wieczorem przy komputerze, bo musi przygotować na następny dzień dokumenty do pracy, albo wyjechał w delegację, albo ma bankiet firmowy. A bywa, ze wychodzi z kolegami na mecz, bo nie jest w stanie zaakceptować obecnego stanu rzeczy. Bo nie był przygotowany na taką zmianę, bo się nie spodziewał, że aż tak wszystko się zmieni.

Tak, wiem,  są też chwile piękne. macierzyństwo bywa piękne. Czas wspólnych czułości, spacerów, kołysania dziecka, przytulania, kiedy czułość ogarnia wszystkich. One mają z pewnością wielką wartość.

Serialowe życie to złuda, to pułapka.

Czas mówić o tym głośno, żeby rodzice w trudach rodzicielstwa nie popadali w poczucie winy i poczucie niskiej wartości, żeby nie myśleli o sobie lub o dziecku źle, gdy ich życie odbiega od serialowego wzorca. To nie jest dobry start w rodzicielstwo, które przecież nie trwa kilka miesięcy, ale jest na zawsze, a przynajmniej przez kilkanaście lat determinuje życie kilku osób, a każdy dzień i miesiąc przynoszą nowe przeżycia i stawiają rodziców wobec nowych nigdy wcześniej nie poznanych sytuacji.

Dla potrzeb tego postu  przyjęłam założenie pełnej rodziny, zdrowego dziecka, jednego dziecka, pominięte niemal zupełnie zostały kwestie bytowe i materialne. To tylko „liźnięcie” tematu, ale mam nadzieję, zachęci Was do dowiadywania się, jaka jest prawda o macierzyństwie, żeby nie bazować na pozorach i obrazach z seriali oraz wypowiedziach tzw. celebrytów ograniczających się do „wspaniale” „cudownie”, „tego się nie da opisać”…  Ja słyszałam prawdziwie o wczesnym macierzyństwie kiedyś jedynie z ust Patrycji Markowskiej i Agnieszki Chylińskiej. Czasem ktoś uszczknie prawdy. Często prywatnie słyszę: “marzyłam, żeby się wyspać”, “myślałam, że zwariuję”, “‘chciałam uciec”, „marzyłam, by porozmawiać z kimś normalnie – nie o dziecku, kolkach i pieluchach”, „nie pamiętam kiedy byłam w kinie i kiedy przeczytałam jakąś książkę nie o dziecku”…

Każdy chce swoje macierzyństwo pokazać jako pozytywne i piękne doznanie czy stan. Tego poniekąd oczekuje otoczenie. Nie wypada inaczej, bo to by mogło źle świadczyć o kobiecie – matce. Trzeba wielu spotkań, zaufania, szczerych rozmów w klimacie akceptacji, żeby sięgnąć głęboko pod powierzchnię kocyka w misie, wózka dobrej firmy, grzechotek, pozytywek i śpioszków w supermodnym kolorze. Według mnie warto znać prawdziwy obraz macierzyństwa/ rodzicielstwa. Żeby się przygotować na rzeczywistość. Żeby świadomie podejmować decyzje.

Ja przedstawiłam początek drogi wielu mam i ojców. Zrobiłam to na podstawie szczerych i otwartych rozmów z przyjaciółkami – mamami. Niektóre mają już dorosłe dzieci, niektóre kilkuletnie, niektóre kilkumiesięczne. I na podstawie swoich przeżytych u nich w rodzinie czasem godzin, czasem dni i nocy, także tych przerywanych dziecięcym płaczem. A też na podstawie uważnej obserwacji otoczenia. Sama nie jestem matką. Świadomie podjęłam taką decyzję z powodów, które nie są tu szczególnie istotne. Nie chcę jednak w żadnym wypadku zniechęcać do macierzyństwa! Chcę, tylko powiedzieć: “Zrób wysiłek i poznaj prawdę o macierzyństwie. Wtedy będziesz mogła świadomie decydować. A jeśli podejmiesz decyzję, że chcesz mieć dziecko, to będziesz się mogła naprawdę przygotować i będzie trochę łatwiej. Będziesz mogła przygotować sobie „grupę wsparcia”. I być może będziesz miała dzięki temu mniej frustracji, lepsze samopoczucie i wyższą samoocenę”. A to wydaje mi się niezwykle ważne. To wpływać będzie na Twoje relacje z dzieckiem i relacje z partnerem już od pierwszych dni, i to owocować będzie w kolejnych latach.

Czas mówić o jasnych i ciemnych stronach bycia matką, by kobiety podejmowały decyzje o macierzyństwie świadomie. Świadome macierzyństwo (rodzicielstwo) nie dotyczy tylko kwestii poczęcia. Świadome decyzje można jednak podejmować dopiero wiedząc, co tak naprawdę się może wydarzyć, co się zmienia.

Moja mama mawiała, że dziecko wychowuje się na 20 lat przed jego urodzeniem. Dotyczyło to pokolenia, kiedy pierwsze dziecko kobieta rodziła w wieku ok. 19 – 25 lat. Czyli – zgodnie z tym – do macierzyństwa przygotowujemy się całe świadome życie. Trudno to nadrobić przeczytaniem jednej czy dwóch książek czy tygodniowym szkoleniem dla przyszłych mam. Dla mnie to też informacja, że możesz przekazać dziecku to, co masz w sobie – wartości, którymi żyjesz, wiedzę, którą posiadasz, wzorce, według których postępujesz, poczucie własnej wartości jakie masz, obraz świata, jaki nosisz w sobie. Warto więc także przyjrzeć się sobie – czy jesteś na tyle dojrzała, by powoływać nowe życie, które będzie w pełni od Ciebie zależne.

Serialowe obrazy przekłamują rzeczywistość i tym samym często wyrządzają wiele szkód.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Dla kobiet – zdrowo i z głową

Kwiecień 26th, 2010

Dziś bardzo poważnie, choć nie biznesowo. I szczególnie do kobiet – niezależnie czy masz 18, 20 czy zdecydowanie więcej lat.

Jesteśmy odpowiedzialne za szereg obszarów naszego życia – za nasz rozwój, za nasze finanse, w tym naszą przyszłość finansową, za nasz rozwój intelektualny, zawodowy, za dzieci – jeśli je posiadamy etc. Jest jeszcze jeden obszar, za który jesteśmy w pełni odpowiedzialne – za nasze zdrowie. W codziennym zabieganiu, w wielości zadań, zapominamy o zdrowiu. Przypomina nam o nim czasem katar, czasem ząb. Wtedy doraźnie się ratujemy. Ale to nie oznacza, że odpowiedzialnie dbamy o swoje zdrowie.

Seria pytań sprawdzających (“rachunek sumienia”):

- kiedy ostatnio robiłaś cytologię?
- kiedy ostatnio badałaś piersi sama i kiedy badał Ci je Twój ginekolog?
- kiedy byłaś ostatnio na USG trans-waginalnym?
- kiedy ostatnio robiłaś przegląd stomatologiczny?
- kiedy ostatnio badałaś mocz i krew?
- kiedy badałaś poziom cukru we krwi?

A teraz:

- kiedy ostatnio byłaś u kosmetyczki?
- kiedy ostatnio byłaś u fryzjerki?
- kiedy ostatnio byłaś na przeglądzie samochodu?
- kiedy ostatnio kopiłaś sobie nowy ciuch?

Nie jestem lekarzem. Jestem kobietą, która – jak pewnie każda z nas – chce w dobrym zdrowiu i kondycji dożyć sędziwego wieku, skupiając się na wielu aktywnościach, przyjemnościach, pasjach. Nie mam czasu na co dzień myśleć o swoim zdrowiu i biegać po lekarzach.

Mówienie otwarcie o profilaktyce i zdrowiu kobiety, o koniecznych badaniach – wciąż w naszym kraju bywa wstydliwe, a czasem tabu. Dlatego o tym piszę. W pracy tego raczej nie usłyszysz od szefa ani szefowej, rzadko która koleżanka z pracy podpowie. A ja mam przekonanie, że to, co dla zdrowia zrobisz w ciągu lat – tego nie nadrobisz w dojrzałym wieku czy nagle, gdy zdrowie zacznie szwankować.

Już dziś zaplanujmy nasz zdrowotny kalendarz. Odpowiedzialna kobieta robi „przegląd gwarancyjny” nie tylko samochodu, żeby jeździć nim bezpiecznie, ale przede wszystkim robi przegląd swojego zdrowia i dba o profilaktykę. Bez względu na to, czy ma lat 20 czy 40.

Co według mnie należy do kanonu? (skonsultuj z lekarzem, jeśli masz wątpliwości – ja lekarzem nie jestem, ja tylko z lekarzami rozmawiam i badam się u nich).

- Raz do roku obowiązkowe badanie cytologiczne. 15 minut, 50 zł.
- Raz do roku USG piersi. Jak masz mniej niż 25 lat – możesz sobie pozwolić na to co dwa lata, ale i to lepiej skonsultować z lekarzem. Na wizycie u ginekologa standardowe badanie piersi (upomnij się, jeśli lekarz sam o tym nie powie – to część standardowego badania). 20-30 minut, 100zł -150 zł.
- Wizyta kontrolna u ginekologa – jeśli wszystko jest ok. – raz raz w roku kontrolnie– 30 minut, 120zł -150 zł
- Jeśli  stosujesz antykoncepcje farmakologiczną– nie pozwól, nie zgadzaj się, by jakikolwiek lekarz zapisywał Ci tabletki bez badania ginekologicznego. Zapisujesz się na wizytę – żądaj badania a nie tylko recepty. To konieczne, potraktuj to jako pakiet – nie ma jednego bez drugiego.
- Badania ogólne raz w roku – mocz, morfologia, a  warto też zapytać lekarza o hormony tarczycy, badanie poziomu cukru, o  inne badania stosowne do wieku.  ca 200 zł z wizytą u internisty – na ogół do wykonania bezpłatnie.
- Przegląd stomatologiczny – raz w roku; pół godziny, na ogół w dobrych gabinetach gratis, opcjonalnie ca. 50 zł, plus  ewentualnie czyszczenie kamienia.

Wszystko to możesz robić w ramach ubezpieczenia – jeśli je posiadasz i masz wystarczająco duzo determinacji i czasu, by wytrwać – zapisy, kolejki, odległe terminy…

Roczny koszt przeglądu – około 600 – 700 zł. Czyli średnio 50 – 60 zł miesięcznie. Jeśli odłożysz do pudełeczka z napisem „Moje zdrowie w kolejnych latach” – spokojnie dasz radę.  Bez fryzury można żyć. Bez samochodu też. Bez zdrowia – to już trudno.

Jeśli siedzisz za biurkiem – rób co dwie godziny przerwę na przechadzkę po firmie – chociaż 3-5 minut – przy pracy siedzącej jesteśmy narażone na żylaki. Ruch pozwala ich uniknąć.

Jeden jogurt czy kefir dziennie lub szklanka mleka – pozwala ochronić przez osteoporozą w wieku dojrzałym. Nie da się tego zrobić na zapas albo nadrobić – tkanka kostna wymaga regularnej dbałości. Odwapnienia kości w dojrzałym wieku to poważny problem bardzo wielu kobiet! Możesz tego uniknąć, a przynajmniej złagodzić skutki choroby.

Wiem, że wiesz to wszystko, ale czy dbasz o to i regularnie się badasz?

Ja kilka lat temu określiłam sobie jeden stały dzień, zaznaczyłam w kalendarzu, wpisałam w telefon jako alarm i przypomnienie, wpisałam w kalendarz w komputerze, powiedziałam przyjaciółce, żeby mnie przypilnowała.  Związałam badania z jednym konkretnym dniem i teraz już  pamiętam. Dzień X = Mój Czas Na Zdrowie.

Możesz wybrać każdy dzień – imieniny, urodziny, urodziny dziecka, pierwszy dzień wiosny, święto pracy (czyli dzień po, bo w samo święto poradnie nieczynne), Dzień Niepodległości, Dzień Zwycięstwa  – każdy, nawet datę Rewolucji Październikowej. Byle pamiętać. Im bardziej charakterystyczny dzień – tym łatwiej pamiętać. Ale lepiej wybrać taki dzień, o którym przypominają także media, np. 8 marca – Dzień Kobiet, Dzień Matki…  Wtedy „przez nieuwagę” i „przez zabieganie” z raz do roku nie zrobi się raz na trzy lata…

Możesz umówić się na określony stały dzień ze swoją najlepszą przyjaciółką. Będzie Wam raźniej, a i ją zmobilizujesz. Będziecie sobie przypominać. Każda metoda jest dobra, jeśli jest skuteczna. Stały termin sprzyja pamiętaniu.

Czy możemy się umówić – kobiety, które tu w „Inspiratorium” bywamy – że te podstawowe badania ważne dla każdej z nas już od teraz będziemy wykonywały regularnie? I będziemy na nie odkładały pieniądze co miesiąc do specjalnego pudełeczka? To pudełeczko to też forma zobowiązania się i przypominania :-) I nie będzie wymówki, że “w tym miesiącu nie mam kasy”.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , ,

W zgodzie ze sobą

Kwiecień 16th, 2010

Czas poświąteczny okazał się dla mnie bardzo aktywny, wymagający, pełen różnych emocji,  także tych związanych z tragiczną katastrofą samolotu z 96 osobami na pokładzie, w tym Prezydentem RP i Jego Małżonką. Był to także czas wytężonej pracy, refleksji, wartościowych spotkań i  rozmów, a i różnych lektur, kilku “odkryć”. ;-)

Znalazłam m.in. wywiad z Marią Kaczyńską, którego fragment zdecydowałam dziś zamieścić w poście – bez zbytniego “przegadywania”. Pomyślałam, że to dobry tekst,  niezależnie od czasu, poglądów politycznych, wyznania, stanu cywilnego, wieku – aktualny, inspirujący, skłaniający do refleksji i pozytywnych zmian. Chociaż tekst odnosi się do kobiet, śmiało można go odnieść do każdego człowieka – niezależnie od płci:

[…] Daleka jestem od wygłaszania stwierdzeń: współczesna kobieta powinna być taka i taka. Nie, niech każda robi tak, jak czuje, że dla niej najlepiej. Niech się spełnia. Niech dopasowuje życie do siebie, a nie do trendów.[…]
(Maria Kaczyńska – fragment wywiadu z 29.02.2008 13:04/Cooltura, Sylwia Chudak, przytoczony za Onet.pl)

Dla mnie te powyżej zacytowane zdania p. Kaczyńskiej mają wielką siłę i wartość. Czytam je po raz kolejny i za każdym razem skłaniają mnie do nowych przemyśleń. Stosownie do dnia, do okoliczności, do działań, jakie podejmuję.
Dopowiem od siebie: Ważne, by przy tym nie krzywdzić innych, nie ograniczać innym ich prawa do rozwoju i spełnienia.
Moje życie jest moim życiem. Twoje życie jest Twoje. Mamy prawo przeżywać je tak, jak uważamy, że będzie najlepiej. Nawet gdyby inni uważali inaczej. Także my, a nie inni, jesteśmy za nie odpowiedzialni. To wymaga odwagi. Jestem przekonana, że warto ją w sobie odnajdywać każdego dnia. :-) .

Jeśli zechcecie – podzielcie się swoimi przemyśleniami i refleksjami.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , ,

Gdy słyszysz miłe rzeczy na swój temat…

Kwiecień 11th, 2010

Zauważam, że ludzie reagują na dobre słowa na swój temat, komplementy według 3 głównych wzorców. Pewnie są ich modyfikacje, ale skupmy się na tych trzech według mnie podstawowych. Żeby nie przegadywać – posłużę się przykładami.

Reakcja pierwsza – zaprzeczenie, umniejszenie:

A – Masz piękną sukienkę.
B – Żartujesz, mam ją już 4 lata. Poza tym powinna być nieco krótsza. Byłoby lepiej.
A – Ale ładnie  wyglądasz.
B – No co Ty, daj spokój.

Możliwa reakcja komplementujacego: Dobra, daję spokój. Peszy mnie taka sytuacja. Nie lubię, jak ktoś się domaga, żeby go w nieskończoność komplementować. Właściwie to rzeczywiście ta sukienka mogłaby być ciut krótsza.

A – To była wspaniała prezentacja.
B – Dziękuję, ale nie jestem zadowolony, początek mógł być lepszy.
A – Naprawdę była świetna. Dawno nie słyszałam nikogo tak przekonującego, tak dobrze argumentującego, przemawiającego do wyobraźni.
B – Naprawdę? A ta wpadka z odpowiedzią na pytanie z sali?
A – No tak, widzę, że nie jesteś zadowolony, ale niesłusznie. To było dobre wystąpienie.

Możliwa reakcja komplementujacego: Wycofuję się.  Nie chce przekonywać, że naprawdę zrobiło to na mnie takie wrażenie. Dlaczego on neguje moje odczucia i wrażenia? Może rzeczywiście nie był aż tak dobry, jak mi się zdawało? Dziwny człowiek.

Reakcja druga – przegadanie, zamęczenie rozmówcy:

A – Masz piękną sukienkę.
B – Ach, wiesz, ona ma już 4 lata, nawet się lekko wytarła na łokciach, ale lubię ją. Pamiętam, jak kupowałam ją z moją koleżanką. Wtedy jeszcze był taki sklep obok domów towarowych. pamiętasz? Była jeszcze identyczna, ale w odcieniach czerwieni. Wybrałam tę, bo uznałam, że ten będzie bardziej uniwersalny i że będzie mi dłużej służyła. Poza tym ta druga miała trochę inaczej skrojony dekolt, a mnie jest lepiej w takich. Już to sprawdziłam. I zobacz, tyle lat, a ona nadal się dobrze spisuje. Jak byś kiedyś chciała wybrać się na zakupy, to znam kilka takich miejsc, w których…
A – Dobrze. Przepraszam Cię na chwilę, jeszcze podejdę do kilku osób, bo zaraz muszę wyjść.
B – Ok, do zobaczenia.

Możliwa reakcja komplementujacego: Po co ja to mówiłam… Ona jest niezrównoważona. Co mnie obchodzi historia jej sukienki. Niektórym ludziom nie powinno się mówić dobrych rzeczy, bo się im coś w głowie robi… po co ona mi to opowiadała… Tak, jeszcze razem na zakupy – chyba bym zwariowała od tego gadania.

Jeśli ktoś mówi Ci dobre, miłe rzeczy – podziękuj. Nie zaprzeczaj! Nie mów wtedy o błędach i niedociągnięciach. Wiem, tak wychowano wielu z nas, żeby być skromnym, nie wywyższać się, etc. Skromność to jedno, a głupota to drugie. Ta pozorna skromność może być poczytana jako dopominanie się o dalsze komplementowanie. Czasem wręcz bije z niej niskie poczucie własnej wartości. Nie chciej także nagle wylać na rozmówcę całej swojej wiedzy, jakbyś chciał opowiedzieć historię życia, albo udowodnić, że jesteś super ekspertem – na wypadek, gdyby dobra prezentacja nie wystarczyła. Pomijając wszystko inne – to niegrzeczne i odpychające, gdy nie liczysz się z tym, co interesuje rozmówcę.

Umiejętne przyjmowanie komplementów nie jest szczególnie trudną sztuką. Czasem jednak trzeba poćwiczyć, żeby wyzbyć się starych nawyków. :-)

Ważne, żeby zauważyć, jaki mamy model/wzorzec reagowania. Wtedy można go zmienić. Zawsze podziękuj za słowa uznania – patrząc rozmówcy prosto w oczy. Nie odpowiadaj fałszywym komplementem. Fałsz jest łatwo wyczuwalny i ktoś może Cię “sprawdzić”. Czasem nawet na rozmowie rekrutacyjnej można usłyszeć pozytywną informację. Nasza reakcja wiele powie rekruterowi.

Reakcja trzecia – zgoda, podziękowanie, budowanie relacji:

A – To była wspaniała prezentacja.
B – Dziękuję. Miło słyszeć taką opinię. Ten temat zajmuje mnie od dawna. Jeśli będzie Pan zainteresowany dodatkowymi informacjami – zapraszam do kontaktu (wizytówka). Napije się Pan kawy? Właśnie wybierałem się do bufetu?
A – Dziękuję, jeszcze tu zostanę, by porozmawiać z kilkoma osobami.
B – Zatem do zobaczenia.

Możliwa reakcja komplementujacego: Fajny gość. Miło się z nim rozmawia, wie, co mówi, jest otwarty, zna swoją wartość, kompetentny. I widać, że ma pasję.  Przydałby mi się taki ktoś w zespole.

A – Masz piękną sukienkę.
B – Dziękuję. Miło mi to słyszeć. Jak Ci się  podoba to miejsce?
A – Już tu kiedyś byłem, ale dziś odkryłem kolejne smaki tego miejsca.
B – Ja jestem tu pierwszy raz. Na co powinnam zwrócić szczególną uwagę?

Możliwa reakcja komplementujacego: Ciekawa osoba, zapowiada się interesująca znajomość.  Przyciąga uwagę, nie jest nachalna, spokojna, dojrzała…

A – Imponujące cv jak na tak młodą osobę.
B – Dziękuję, Czy jest coś, co szczególnie Pana zainteresowało i o czym chciałby Pan ode mnie usłyszeć więcej? / Nie mówię: “Czy jest coś, co szczególnie Pana zainteresowało i o czym mogę więcej powiedzieć”, bo wiadomo, że mogę mówić dużo o sobie. Ważne jest, by mówić o tym, co interesuje rozmówcę :-)

Możliwa reakcja komplementujacego: Interesująca osoba. Śmiała, ma poczucie własnej wartości, otwarta, łatwo wchodzi w kontakt…

Są reakcje na komplementy, które powodują, że komplementująca osoba żałuje już po chwili tego, co powiedziała. Zadba, by podobna sytuacja się nie powtórzyła, bo nikt nie lubi stawiać się w trudnych czy niezręcznych sytuacjach. Umiejętne przyjmowanie komplementów i pozytywnych informacji może być początkiem ciekawych znajomości i pozwoli budować dobre kontakty i relacje. Może być dobrym początkiem ciekawej znajomości, sposobem na nawiązanie rozmowy, albo na … przejęcie przywództwa w rozmowie. W zależności od kontekstu.

A jak Ty reagujesz na komplementy i słowa uznania? Te odnoszące się do Ciebie – jako pracownika i te odnoszące się do Ciebie w pozapracowych kontekstach? Przypomnij sobie, kiedy ostatnio ktoś powiedział Ci komplement. Jak zareagowałeś? Kiedy Ty ostatnio powiedziałeś komuś komplement? Jak zareagował? Jaki wzorzec reagowania jest Ci najbliższy? Może warto coś poprawić?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , ,

Zanim powiesz “tak” – nie tylko dla kobiet

Styczeń 30th, 2010

Z małżeństwem prawie jak z biznesem…:) Nie zawsze wychodzi, wymaga zaangażowania, przygotowania, mądrości, wielu by chciało, wielu próbuje, niektórzy się boją a inni pragną, udaje się niektórym… Mamy w odniesieniu do obu określone oczekiwania, plany, motywacje, cele do zrealizowania, korzyści, ale i straty (koszty, w tym koszty utraconych możliwości). Oba wymagają określonych inwestycji (niekoniecznie finansowych). Jedno i drugie nie wyklucza miłości:) Jedno i drugie lubi zaangażowanie, czas, skupia uwagę. Rzadko kiedy się udają z samego faktu, że chcemy. Nie każdy się do tego nadaje, nie każdy tego chce, nie każdy musi… Bez tego też można dobrze żyć i być szczęśliwym, spełnionym człowiekiem.

Często zauroczone, nawet zakochane, kobiety decydują się na związek małżeński, nie zastanawiając się i nie dochodząc do tego, dlaczego, po co, jak… (nie dotyczy to tylko kobiet, jednak jako kobieta wolę w tym momencie mówić o kobietach:)

Słyszysz, że ważne, że on kocha, ważne, że ty kochasz. I taki przystojny, i na stanowisku, widać, że zaradny i że lubi dzieci, że nie pije, nie bije, szanuje ludzi, kocha zwierzęta, jest czysty, ma mieszkanie i samochód, wykształcony, ma dobrą pracę… Wszystkie ciotki, koleżanki i mama są zachwycone… Nawet jeśli miewasz wątpliwości, to słyszysz, że ideałów nie ma, że “jakoś” się ułoży, ważne, że jest miłość, że wszystkie kobiety miewają wątpliwości i obawy, to takie naturalne. Z czasem więc nabierasz przekonania, że jesteś na jedynej słusznej i najlepszej drodze do wyjątkowego i szczęśliwego życia.

Powiedzieli Ci już, że kobieta nie powinna być sama, że nie jest dobrze iść przez życie bez mężczyzny u boku, że nie ma co dłużej czekać, bo szanse maleją, że wszystkie koleżanki z twojej klasy już założyły rodziny, że Anka ma już trójkę dzieci, że Baśka popatrz jaka szczęśliwa, że Tomek, na którego nie zwracałaś uwagi, a który starał się o Twoje względy już się ożenił i “poszło ci koło nosa”, że Marysia z mężem założyli własny biznes i świetnie się im powodzi, a Ty nadal nie wiadomo czemu czekasz i wybrzydzasz, a rodzice chcieliby doczekać wnuków, że zegar biologiczny, że “na kocią łapę” to grzech, to niemoralne, że…. Za każdym razem, kiedy spotykasz się ze znajomymi, pierwszym pytaniem jest, czy wyszłaś za mąż, a Ty, nie wiedzieć dlaczego, czujesz się gorsza odpowiadając ”jeszcze nie” … Staje się niemal oczywiste, że powinnaś realizować następujący schemat: skończyć studia, wyjść za mąż, kupić mieszkanie, mieć dzieci, dopracować do emerytury (najlepiej w jednej firmie) i “godnie się zestarzeć” u boku jednego mężczyzny. Nawet reklamy bazują na tym schemacie i niektóre kampanie wyborcze utwierdzają w takim przekonaniu, nie mówiąc o serialach…

Zastanawiałaś się, czy można inaczej? Co dla Ciebie oznacza to “inaczej”? Zanim  podejmiesz decyzję – zatrzymaj się i przemyśl to tak, jakbyś właśnie miała zainwestować wszystkie swoje oszczędności, środki materialne, cały swój potencjał, czas i zaangażowanie w rozruszanie własnego biznesu – “biznesu życia”. Przede wszystkim analiza strat i zysków, świadomość szans i utraconych możliwości. SWOT:). Przecież Twoje życie jest szczególnie ważne dla Ciebie, prawda?

Przyszło mi do głowy, by stworzyć listę pytań, na które warto sobie odpowiedzieć zanim stworzy się fakty w postaci małżeństwa, dzieci, wspólnego gospodarstwa domowego i wspólnoty życia “dopóki Was śmierć nie rozłączy”. Oto „zestaw startowy”:

- Czego oczekujesz od mężczyzny? Jakie są Twoje potrzeby, które ten mężczyzna ma zaspokoić? Kim on ma być w Twoim życiu (rozumiem, że mężem, ale co dla Ciebie kryje się pod tym słowem)?  Czy te potrzeby rzeczywiście masz możliwość zaspokoić wyłącznie przez małżeństwo? Dlaczego? Czy znasz inne możliwości ciekawego, dobrego, godnego, szczęśliwego życia?
- Czy Twój potencjalny mąż ma świadomość Twoich potrzeb i oczekiwań? Czy on widzi to tak samo?
- Jakie jego cechy, przymioty, przekonania decydują o tym, że będzie on według Ciebie w stanie zaspokoić Twoje potrzeby? Skąd przekonanie, że będzie chciał?
- Czy akceptujesz partnera “w całości”, czy też jest coś, czego w nim nie znosisz, nie lubisz? Czy masz potrzebę zmieniania go? Dlaczego on miałby się poddać procesowi zmieniania?
- Co zrobisz, jeśli Twoje potrzeby się zmienią (wszak to naturalne jeśli się rozwijasz, dojrzewasz, zmieniasz) i on ich już nie będzie zaspokajał, małżeństwo nie będzie ich zaspokajało?
- Czy bierzesz pod uwagę rozwód? W jakiej sytuacji? Czy też decydujesz, że za wszelką cenę “utrzymasz związek”? Ile wyrzeczeń i kompromisów (jakich) jesteś w stanie wpakować do worka z napisem “za wszelką cenę”?
- Kto wybiera Twojego małżonka? Ty samodzielnie, czy ktoś z Twojego otoczenia (rodzice, rodzeństwo, koleżanki)? Innymi słowy, czy to jest jedynie Twój niezależny wybór?
- Czy wiesz od swojego potencjalnego męża (a nie tylko domyślasz się lub wydaje Ci się), jakie są jego potrzeby, które Ty masz zaspokoić? Bo o tym, że on ma swoje własne potrzeby mam nadzieję już wiesz:). Jak on sobie wyobraża Wasze wspólne życie za 5 lat, za 10 lat? Czy Twoje wyobrażenie jest podobne?
- Czy chcesz i uważasz, że będziesz potrafiła bez cierpienia, wyrzeczeń spełniać potrzeby partnera i będziesz z tego czerpać przyjemność, zadowolenie, dobrą energię?
- Czy naprawdę chcesz wziąć ślub? Dlaczego? Jakie są Twoje motywacje? Dla sukienki? Dla uroczystości? Dla mamy? Dla sąsiadów i koleżanek? Bo tak wypada? Bo jesteście ze sobą już jakiś czas, jest wam dobrze, mieszkacie razem? A jeśli nie jest tak dobrze, to czy formalizowanie tego jest dobrym rozwiązaniem? Czy ślub coś zmienia, a jeśli, to co ?
- Czy masz pomysł na szczęśliwe życie, jeśli przyjąć, że nigdy, nigdy, nigdy nie wyjdziesz za mąż? Jaki? Czy masz pomysł na szczęśliwe życie, jeśli przyjąć, że nigdy nie wyjdziesz za mąż i nigdy nie będziesz miała własnych dzieci?  Jaki?
- Czy możesz przynajmniej część z tych pomysłów realizować będąc mężatką?
- Których pomysłów nie zrealizujesz, jeśli będziesz w małżeństwie? Czy to Ci pasuje?

Mam takie przekonanie, że absolutnym fundamentem jest szczere, samodzielne (!) i uczciwe określenie swoich prawdziwych potrzeb i oczekiwań oraz otwarta rozmowa z potencjalnym mężem o Jego potrzebach i oczekiwaniach oraz motywacjach.

Dla jasności: nie mam nic przeciwko dzieciom, ślubom, małżeństwom, wspólnemu życiu bez ślubu, wspólnemu życiu ze ślubem, wielodzietności i bezdzietności. Każdy ma prawo żyć tak, jak chce (z zastrzeżeniem, że nie krzywdzi innych).

Jeszcze taka refleksja: Może partner nie musi wcale spełniać wszystkich twoich potrzeb i oczekiwań, a jedynie niektóre? Może wystarczy, że Ty będziesz spełniała tylko niektóre jego potrzeby i oczekiwania? Tylko jakie to są te “niektóre” – kluczowe? Może wtedy lepiej, żeby to nie było małżeństwo w sensie formalnym? Może nawet nie musicie razem mieszkać? Bądź naprawdę wolna w swoich wyborach i decyzjach. Nie twórz nieodwracalnych faktów, szczególnie gdy masz jakiekolwiek wątpliwości.

W biznesie musisz wiedzieć, czego oczekujesz, mieć wizję, strategię działania, wiedzieć na co się zgadzasz i jaką cenę jesteś w stanie zapłacić. Też warto mieć wariant B.:) Zanim zarejestrujesz firmę, wynajmiesz lokal, kupisz sprzęt i  zaciągniesz kredyt, powinnaś (powinieneś) dokładnie przemyśleć, jak to ma działać. Czy Twoje życie nie jest ważniejsze od Twojej firmy?

Ciekawa jestem Waszego zdania.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , ,