Archiwum

Posty oznaczone ‘komunikacja’

Co nas uskrzydla i dodaje sił?

Marzec 1st, 2011

Po dość długiej przerwie, którą pewnie większość z Czytelników tego bloga zauważyła, wracam do pisania. Tematów uzbierało się w mojej głowie sporo, czas nie pozwalał na realizację. Tak bywa. :-) W tzw. “międzyczasie” minął rok od opublikowania pierwszego postu. W ciągu tego czasu uzbierało się tutaj 48 postów i 521 komentarzy. Tyle podsumowań. Dziękuję Wam za dzielenie się swoimi uwagami, za obecność w tym dla mnie ważnym miejscu.

Jeszcze w kwietniu ubiegłego roku zapisałam w notesie poniższy cytat:
“Stanowisko nigdy nie daje ci prawa do rozkazywania. Tylko zobowiązuje cię do takiego życia, by inni ludzie mogli przyjmować twoje rozkazy, nie doznając upokorzenia.” (Dag Hammarskjold).

I zrobiona przy tym przeze mnie notatka: Nie doznawać upokorzenia to za mało! Ludzie w zespole powinni czuć swoją siłę, wartość i moc dzięki temu jak się z nimi komunikujesz, jak się do nich zwracasz, jak się o nich troszczysz. powinni wiedzieć, że jesteś razem z nimi a nie obok nich. Autorytetu nie zdobywa się siłą, nie zdobywa się poprzez okazywanie władzy, a poprzez własne kompetentne działania, dobry przykład, zaufanie i szacunek dla ludzi oraz dla ich pracy.

W ciągu wielu lat pracy zawodowej doświadczałam i tych pozytywnych, i tych negatywnych przykładów jeśli chodzi o budowanie autorytetu i – nazwijmy to – “realizację władzy” w relacji zwierzchnik-podwładny. Bo czy tak naprawdę pracodawca, zwierzchnik może mieć nade mną władzę? Tak. Ale tylko wtedy, gdy ja mu na to pozwolę. :-) To bardzo ważne dla mnie odkrycie sprzed kilku lat co jakiś czas sobie przypominam (co znaczy też, że co jakiś czas niestety o tym zapominam – chyba wywieszę sobie to na ścianie), by ustawić różne rzeczy we właściwej kolejności i porządku – zarówno wobec siebie jako zwierzchnika, jak i podwładnego.

Zapamiętuję z reguły te dobre i staram się szybko zapominać o tych złych wzorcach i doświadczeniach, żeby przypadkiem się „nie zarazić”.  Żebym mogła w stosunku do swojego zespołu pozostawać zarówno zwierzchnikiem (w rozumieniu lidera, doradcy, wsparcia), jak i przyjaciela. Wyważenie pomiędzy koniecznością wskazania błędu, udzielenia „reprymendy” a wskazania drogi bywa niełatwe. Czasem trzeba chwile „zmarnować” na czcze gadanie i żart, żeby z większą intensywnością wrócić do właściwego zadania.

Staram się pamiętać, że na głębokim poziomie (poza powierzchownością) jesteśmy tacy sami. Dokładnie tacy sami (tak moi szefowie jak i moi podwładni) – mamy swoje lepsze i gorsze dni, swoje słabości i siły, swoje ambicje, swoje marzenia, swoje troski i smutki, swoje radości i tęsknoty, swoje umiejętności i braki, a przede wszystkim – nie jesteśmy w pracy za karę ani nie jesteśmy na nią skazani. I wobec tego lepiej pracujemy w atmosferze wzajemnego szacunku, zaufania, radości, docenienia, zauważenia. Ja reaguję pozytywnie na prośbę i rozmowę, a nie na rozkaz. Wiem, za co jestem odpowiedzialna i żadne narzucone ramy czasowe tego nie zmieniają – nie pracuje od-do, ale nad projektem, zadaniem. Wieczne kontrolowanie daje mi informacje, że przełożony nie ma do mnie zaufania (co nie zawsze jest prawdą, ale dla mnie to taki sygnał) itd. Lubię, gdy szef dziękuje mi za coś, co zostało przeze mnie dobrze wykonane, choć jest to moim obowiązkiem. Nie lubię dostawać sprzecznych poleceń. Staram się te swoje „lubienia i potrzeby” realizować w odniesieniu do mojego zespołu.  I nie zawsze mi wychodzi, nie jestem aniołem, też miewam gorsze dni. Pewnie. Pracuję tak, jakby to był mój biznes, a nie praca „u kogoś” czy „na kogoś”.  Czy to dobrze – nie wiem. Czy źle? Tego też nie wiem. Czasem jest z tym mniej wygodnie. :-)

Oprócz tego, że praca to miejsce, gdzie zarabiamy pieniądze wykonując określone zadania – to także miejsce, gdzie przebywamy sporą część świadomego życia i możemy to życie w pracy przeżywać jako pasmo pozytywnych doświadczeń, rozwijających, sprzyjających nam, a możemy po prostu tylko przetrwać. Dla mnie “przetrwać” to za mało w odniesieniu do czegoś, co zabiera mi spory kawałek życia, energii, czasu, zasobów.

A co dla Was jest ważne w relacjach między przełożonym a podwładnym? Co sprawia, że przychodzicie do pracy z radością i z pasją, a nie jak „na skazanie”? Co Was uskrzydla? A co byście chcieli, jeśli nie wszystko jest dobre i właściwe?

Podzielcie się tym – możemy się od siebie wiele dowiedzieć i nauczyć. Proponuje, by nie skupiać się na negatywach i narzekaniu, bo tego mamy aż nadto wokół. Napiszcie o pozytywach, oczekiwaniach, o tym, co Was uskrzydla, o dobrych doświadczeniach.

Pozdrawiam po długiej przerwie, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , , , , , , , ,

Puste nakrycie na wigilijnym stole

Grudzień 23rd, 2010

Puste nakrycie na wigilijnym stole ma w polskiej tradycji podwójną symbolikę:

1.       Wyraz pamięci o zmarłych (nowsze – jako wyraz pamięci o żyjących ale w tym dniu z nami nieobecnych),

2.       Wyraz gotowości przyjęcia wędrowców, niespodziewanych gości i zaproszenia ich do wspólnej wieczerzy wigilijnej.

W wielu domach to nakrycie jest ustawiane na stole i mam przekonanie, ze ustawiane ze świadomością tej podwójnej symboliki. Ja nie ustawiam tego pustego nakrycia. Dlaczego? Nie chcę pustej symboliki. Ani przy wigilijnym stole, ani w żadnym innym momencie życia. Zważam na tradycje, ale nie hołduję jej bezrefleksyjnie.

O zmarłych pamiętam, choć szczęśliwie ważni dla mnie ludzie żyją. Nie zawsze mogą lub nie zawsze chcą być obecni w tym dniu ciałem ze mną przy jednym stole (mają np. inne własne plany), ale mam ich w sercu, myślach, pamięci i wyrażam to poprzez kontakt choćby telefoniczny, codzienną dbałość o relacje i o ich potrzeby – rzecz jasna – na miarę moich możliwości. Jestem w tym prawdziwa, nie na pokaz. Nie mam zatem potrzeby wystawiania pustego nakrycia w tym kontekście i nie robię tego dla samego utrzymania tradycji. Nie czuję potrzeby manifestowania tej pamięci w taki sposób.

Jeśli chodzi o drugi punkt – już dawno uświadomiłam sobie, że wystawianie pustego nakrycia jako symbolu takiej mojej gotowości byłoby z gruntu fałszywe. Bo o ile przyjęłabym do stołu znajomych i przyjaciół niespodziewanie stających w drzwiach mojego domu (choć nie lubię takich niespodzianek), o tyle jestem też przekonana, że nie przyjęłabym obcych, nieznajomych, zabłąkanych wędrowców, nie przyjęłabym bezdomnego, etc. Nie wartościuję, czy to dobrze czy źle, bo nie o to teraz chodzi. Nie chcę też zagłębiać sie w uzasadnianie tego.

Znałam (teraz nie mam kontaktu, zatem nie wiem jaki jest stan aktualny) tylko jednego człowieka, który – gdy przychodził do niego żebrak, bezdomny – zapraszał go do domu, umożliwiał wykapanie się, prał jego odzież, dawał czysty ręcznik, przybory toaletowe, wyjmował swoje ubranie i dawał czyste, zapraszał do stołu. Zatem to możliwe. Dla mnie jednak nie – z różnych względów nie do zrobienia.  Nie chcę zatem stwarzać za pomocą symbolu nieprawdziwego obrazu, nie chcę  deklaracji bez pokrycia. Jestem oczywiście gotowa podać jedzenie, nawet wystawić nakryty stolik na klatkę schodową, podzielić się każdym jedzeniem, oddać ubrania (jednak nie każde i nie wszystkie), ale nie zaproszę zaniedbanego, nieznajomego bezdomnego  do wspólnego stołu. Ta symbolika pustego nakrycia byłaby zatem w moim przypadku deklaracją bez pokrycia – fałszem. To jak zobowiązanie, o którym wiem już na starcie, że go nie dopełnię. Po co zatem się obligować? Dla podtrzymania tradycji? Nie.

Jestem zwolenniczką hołdowania  tradycji, ale w sposób pogłębiony własną refleksją, z zachowaniem spójności pomiędzy znakiem (widoczna oznaką – jak ten pusty talerz), a tym, co ów znak, oznaka symbolizuje (tu – owa gotowość ) tak naprawdę w moim życiu. Lub takiej, która nie jest obligacją do określonego działania.

Według mnie symbole, których używamy powinny być spójne z naszym życiem -  z naszą postawą, działaniem. To dotyczy nie tylko aktualnych świąt, a wielu innych symboli. Może warto przy okazji świąt zastanowić się nad różnymi symbolami w naszym życiu. Nad ich znaczeniem dla nas, ich rolą w naszym życiu, wagą dla nas i dla innych z naszego otoczenia, a także odpowiedzialnością  z tytułu używania symboliki – nic nie wart jest symbol czy znak, za którym stoi… pustka lub fałsz.

Odróżniam symbole od dekoracji. :-) Dla mnie symbol to określona deklaracji lub oznaka określonego stanu. To szczególny język, komunikat, jaki przekazuję otoczeniu. I chcąc być wiarygodną i spójną – powinnam być gotowa tę deklarację wypełnić, jeśli zajdzie potrzeba.  Jeśli nie jestem – nie manifestuję tego zewnętrznymi oznakami, żeby nie być jak wydmuszka. By być w prawdzie – przed sobą i innymi, by po prostu nie kłamać.  A przynajmniej bardzo się staram, żeby tak było. :-)

A jak jest z Waszymi deklaracjami-symbolami?

Pozdrawiam,

Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Po konferencji – kilka praktycznych uwag i sugestii

Październik 27th, 2010

Dziś uczestniczyłam w konferencji – prowadziłam prezentację. Nic nowego. :-) Dwa dni, wykłady wspólne dla wszystkich i te „do wyboru” – równolegle w kilku salach. Dla uczestników takie dwa dni są dużym wysiłkiem.  Szczególnie, gdy sale duszne, wykłady czy prezentacje zbyt długie i nudne. I nie chodzi o brak wartości prezentowanego produktu czy usługi, ale sposób przekazywania informacji, komunikację, formę.

Moja prezentacja (mimo innych ustaleń z organizatorem) przypadła na dzień drugi, w okolicach godziny 15.00 -  jako przedostatnia. Każdy, kto choć raz uczestniczył w takim przedsięwzięciu wie, że to moment dużego znużenia uczestników, że po posiłku najlepiej się drzemie a nie pracuje, że niektórzy już w takim momencie szykują się do wyjścia. W takiej sytuacji dynamika wystąpienia jest niezwykle ważna.  Inaczej ludzie usną (dosłownie lub w przenośni) albo wyjdą.

Wrogiem dynamiki są między innymi: monotonny sposób mówienia, zbyt dużo teksu na slajdach, rozwlekłość, zbyt wiele detali, brak jasno określonego celu wystąpienia, wielowątkowość, a nawet statyczność prezentera. Gdy uczestnik widzi na ekranie dokładnie to samo, co mówi prezenter – powoli przestaje go słuchać. Czytając wyprzedza mówcę i powoli… usypia.

Przyszłam jak zawsze wcześniej, żeby oswoić salę, podłączyć sprzęt, w przerwie nawiązać kontakt z uczestnikami – wtedy lepiej prowadzi się spotkanie. Niestety w odróżnieniu od poprzednich konferencji, tym razem organizator nie zapewnił takiej możliwości. Prezentacje – jak się okazało na miejscu – odbywały się jedna po drugiej, bez nawet krótkiej przerwy na wywietrzenie sali czy małą kawę i rozmowę z osoba prowadzącą. Podobnych błędów organizacyjnych było zdecydowanie więcej.  To dla mnie lekcja, że nie wszyscy wiedzą, jak przygotować od strony organizacyjnej dużą konferencję i że powinnam pytać wcześniej o rzeczy dla mnie oczywiste i konieczne. Na dodatek na moim identyfikatorze widniał istotny błąd, co mnie zaniepokoiło. Podobnie na informacjach przy sali. Organizacyjnie to bardzo poważne niedopatrzenie, brak szacunku dla prelegentów i uczestników. Wyraz lekceważenia własnego przedsięwzięcia. Co mi po przeprosinach w takiej sytuacji? Uznałam jednak, że uczestnicy zasługują na to, bym ja ich nie lekceważyła z powodu złej organizacji. Nie wyszłam, nie odwołałam swojego wystąpienia. Miałam swój cel i zdecydowałam go osiągnąć mimo braku profesjonalizmu organizatora.

Zanim przyszedł czas na moje wystąpienie, przysłuchałam się kilku innym. Tematy ciekawe. Ale… Podstawowy błąd popełniany przez większość prezenterów, jakich mi przyszło słuchać, to prezentowanie w stylu „zrobiliśmy”, „włożyliśmy wiele wysiłku”,  „jesteśmy bardzo zadowoleni”,  „udało nam się” „robimy”, „oferujemy”, „bardzo się staramy” , „mamy świetnych ekspertów” etc. 20-30 minut czytania z ekranu i mówienia o sobie jest w stanie zanudzić i jest wrogiem dobrej energii, zabija zainteresowanie uczestników. Naprawdę trudno mi było tego słuchać. Pytanie, które ja sobie zadaję w takich chwilach jako słuchacz to: „A co to ma ze mną wspólnego”, „Co mnie obchodzi , ile pracy wykonaliście i czy jesteście zadowoleni”, „Czy naprawdę trzeba mi mówić, z czego jesteście zadowoleni”  i wreszcie – „Gdzie ja jestem w tym wszystkim jako słuchacz, potencjalny klient, użytkownik”.

Zastanówcie się: gdyby uczestnik Waszego spotkania miał zapamiętać wyłącznie 3 rzeczy z Waszej prezentacji, to co to powinno być? Przecież nie to, że jesteś zadowolony Ty czy Twoja firma :-) . Przecież nie to, jak powstawała koncepcja czy produkt…. A zatem co???  Odpowiedź na to jest jednym z pierwszych kroków do dobrej prezentacji.

Podstawa przyzwoitej prezentacji osadza się na odpowiedzi na kilka pytań w toku przygotowania: Co masz do zaoferowania klientowi / słuchaczowi? Co dla niego (a nie dla Ciebie) jest ważne, cenne, wartościowe, przydatne? Co powinien zapamiętać? Jakie działania chcesz, by podjął po spotkaniu z Tobą – prezentującym? W czym to, co prezentujesz może mu pomóc, jakie jego problemy rozwiązać? Zrób notatki i dopiero potem myśl, jak ułożyć prezentację, jakie przygotować slajdy. I pilnuj czasu. Długo nie znaczy dobrze.

Jakieś dziesięć lat temu człowiek, który uczył mnie prowadzenia prezentacji powiedział bardzo ważne zdanie, które zapamiętałam i stosuję: „Nie mów wszystkiego co wiesz, a jedynie to, co może być ważne dla słuchacza.” To była pierwsza i ważna dla mnie lekcja. Potem w ciągu lat otrzymałam kolejne, uzupełniające :-) .

Opowiadanie słuchaczom np.  „o historii’ (jak powstał produkt, jakie badania go poprzedziły, jak było trudno czy łatwo) to strata czasu i zmęczenie słuchacza. Takie kwestie nadają  się co najwyżej jako uzupełnienie gdy słuchacz o to dopyta, ewentualnie na rozmowę w przerwie przy kawie, jeśli uczestnik będzie o to pytał. A i tak wtedy (w czasie przerwy) warto przenieść punkt ciężkości na klienta i jego problemy, jego potrzeby, jego doświadczenia.

Pomyśl też w toku przygotowań, co byś powiedział i jak byś sobie poradził, gdyby w trakcie prezentacji, po pierwszych dwóch slajdach (tytułowych) zepsuł się rzutnik i laptop (?). To dobre ćwiczenie, a nie moja próba straszenia Was. :-) Wtedy nie mógłbyś przecież czytać z ekranu ani z monitora…  Nie opowiedziałbyś wykresów, szczegółowych wyników badań, statystyk, a co najwyżej przekazałbyś kilka wniosków z tego. :-) Czy bez tego Twoje wystąpienie miałoby nadal sens i wartość?

Swoją dzisiejszą prezentację przygotowałam z myślą o słuchaczach, zgodnie m.in. z tym, co wyżej napisałam. Między innymi – bo trudno tu napisać wszystko o prezentacji w jednym poście – nawiasem mówiąc to bardzo aktualny temat na szkolenia w małych grupach; mimo wielu lat tradycji prowadzenia prezentacji wciąż dla wielu osób jest problemem. Większość slajdów obywała się bez tekstu, czasem to było tylko krótkie hasło. Obraz działa na wyobraźnię, przyciąga, inspiruje, pobudza zainteresowanie i słuchacz Cię słucha, a nie czyta. :-) Tekst dostarczałam ja – mówca. Większość slajdów miała ustawiony czas i zmieniały się same, żebym nie była przywiązana do laptopa i myszki (pilota) – to wymaga próby czasowej i dokładnego przemyślenia i przygotowania treści wystąpienia. To jednak zawsze daje mi możliwość wyjścia do ludzi, odejścia od stołu, skupienia się na słuchaczach, reagowania także na energię grupy. Tak łatwiej wejść w kontakt. Mówiłam „o nich” –  o tym, co oni otrzymują, jakie oni mają (mogą mieć) możliwości, jakie oni mogą mieć korzyści i ułatwienia, jak mogą korzystać z… ,  jakie działania mogą podjąć.  Dziesięć minut wystarczyło. Z reguły wystarczy 10-20 min, jeśli nie chcemy “przegadać”. Uważam, ze w takiej sytuacji zawsze lepszy jest niedosyt niż przesyt. A potem jest czas na rozmowę. Świadomie nie piszę „czas na zadawanie pytań”, bo pytania z sali są podstawą do prowadzenia rozmowy, wchodzenia w dialog, dopełniania informacji, a nie formą przesłuchania prelegenta.

Zatem jeśli przygotowujesz prezentację – nie skupiaj się na tym, co wiesz, a na tym, co chciałbyś usłyszeć, gdybyś sam był słuchaczem. Zacznij od tego, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie: Po co ten człowiek przyszedł i z czym wyjdzie. Nie skupiaj się na odpowiedzi na pytanie, po co Ty przyszedłeś. :-) Twój słuchacz będzie najlepszym kluczem do przegotowania dobrej prezentacji i do jej właściwego przeprowadzenia. On czasem ma oczekiwania, często konkretne potrzeby i problemy. Twój produkt czy usługa może być rozwiązaniem.  Czy to zauważy, czy podejmie działanie  – zależy od Ciebie.  Tak naprawdę jesteś po to, by On to zauważył, poczuł, zainteresował się, zaangażował, podjął działanie (lub decyzję, że działanie podejmie).

Pozdrawiam, Ewa

Ps. Mam wrażenie, że w kwestii prezentacji szkolne uczenie (na maturze ustnej  jest prezentacja) często szkodzi, zaszczepia złe wzorce – młodego człowieka uczy się bowiem często, że ma przedstawić w formie prezentacji swoją wiedzę, ze to jest głównym celem – by pokazać, co się wie. A potem skutki – jak wyżej. Choć są na szczęście znam i pozytywne przykłady.

Uncategorized , , , , , ,

Stop wojennej retoryce

Sierpień 19th, 2010

Pokonać, zwyciężyć, walczyć, zawalczyć, wywalczyć, zadziałać, podejść (domyślnie : przeciwnika), zmiażdżyć (przeciwnika), przywalić, dokopać, nie dać się, ustąpić pola, oddać pole, przegrać bitwę a wygrać wojnę, strategia, manewry, wygrana-przegrana, przegrana-wygrana, wygrana-wygrana, polec, wytrwać, odeprzeć atak, partyzantka, uzbroić się w .. (cierpliwość, argumenty etc), agresywnie, przeczekać,  zawrzeć pokój – te zwroty nie pochodzą z opisów bitew, manewrów bojówek ani z walk grup osiedlowych, a z biura, z rozmów znajomych, z  wygłaszanych czy pisanych tekstów dotyczących negocjacji, spotkań z klientami, rozmów o pracy zespołu, z mediów, które opisują tym językiem nie tylko relacje z walk…

Negocjacje to dla wielu okazja i przestrzeń do toczenia bitwy, odreagowywania, pokazywania władzy i sily. Co ciekawe – tak do tego wiele osób nawykło, że dotyczy to nie tylko sytuacji biznesowych, ale i relacji bardzo rodzinnych i – nazwijmy – partnerskich. I choć bardzo wiele osób negocjujących (w różnych sytuacjach i różne rzeczy – niekoniecznie potężne kontrakty) wie, że dobrze gdy jest “win-win” (nie zawsze zastanawiając się, co to w praktyce oznacza), to nadal w toku przygotowań i rozmów po spotkaniach ta retoryka wojenna jest obecna. Ta niemal  akceptowana powszechnie retoryka, to retoryka bitwy a nie porozumienia. To retoryka agresji i obrony, a nie ustalania wzajemnych potrzeb, korzyści i rozwiązań. Jak więc zachować spokój i postawę dialogu i porozumienia, jeśli język jest pełen przemocy i nie wspiera procesu porozumienia, a nakręca agresję?

Ta retoryka jest wszechobecna, zaczyna się rozlewać na wiele obszarów – od świata polityki, poprzez media, po szkoły, ośrodki zdrowia, a nawet szpitale, gdzie np. zamiast diagnozować i leczyć, walczy się o życie, przetrwanie, pieniądze. Jeśli nie wojenna retoryka – to magiczne słowo kompromis… Słowo, które oznacza, że każda ze stron z czegoś rezygnuje, żeby obie były zadowolone. Słyszycie to? Ja rezygnuję, żeby druga strona była zadowolona, druga strona rezygnuje, żebym ja była zadowolona. Rezygnacja, strata, oddanie czegoś – to ma przynieść satysfakcje obu stronom?

A może po prostu spotkajmy się i wspólnie poszukajmy rozwiązań, które są korzystne dla obu stron i zgodne z potrzebami. Nikt nie będzie musiał walczyć, nikt nie musi przegrać, nie ma kompromisu, który sprawia, że tak naprawdę żadna ze stron nie jest w pełni zadowolona…

Retoryka wojenna, czy tego chcemy czy nie, powoduje napięcie i agresję. Możemy w najbliższym otoczeniu to zmieniać – zaczynając od siebie. Kompromisy przyzwyczajają z kolei do tego, żeby akceptować sytuacje niesatysfakcjonujące i powodujące niedosyt.

Posłuchajcie siebie samych, swojego otoczenia, tego, czym na co dzień się „karmicie” – ile jest w tym wojny, a ile spokoju, harmonii, chęci zrozumienia, etc. Może warto zacząć od siebie i przestać „się zbroić” ?

W zbroi nie jest dobrze ani wygodnie iść przez życie. I w zbroi trudno się pochylić nad sprawa, człowiekiem, potrzebą. I w zbroi trudno wyciągnąć ku górze szyję i popatrzeć na niebo, gwiazdy i marzyć.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Rekrutacja – casting czy transakcja handlowa

Czerwiec 14th, 2010

Temat rekrutacji podejmowałam już kilkakrotnie na tym blogu tutaj (kilka postów). Dziś kontynuacja tego tematu, choć ujecie  może niektórych zdziwić. Zastrzegam jednak, że nie jest to uniwersalna recepta, a jedynie podpowiedź, że można inaczej.

Ostatnio w pewnym kilkunastoosobowym gronie miało miejsce ciekawe ćwiczenie: wybrane z grupy osoby miały wystąpić (indywidualnie) przed pozostałymi i przekonać ich do tego, żeby daną osobę (prezentującą się) zatrudnili u siebie.

Zanim przeczytacie dalej, spróbujcie w wyobraźni stanąć w sytuacji takiego ćwiczenia. Macie minutę na swoje wystąpienie. Jest określone, co to za branża (znacie ją dobrze i dobrze wiecie o różnych potrzebach i niedostatkach personalnych w tej branży – możecie w to miejsce wstawić swoja branżę i np. konkurencyjną firmę do tej, w której pracujecie). Jak przebiegać będzie Wasze wystąpienie? Co powiecie w ciągu tej minuty? Co może spowodować takie zainteresowanie odbiorców, żeby zechcieli kontynuować z Wami proces rekrutacji, żebyście przeszli do kolejnego etapu i nawet wygrali w tej grze?
Minuta dla Was. Teraz! (o tym ćwiczeniu też wcześniej nikt nie był uprzedzony, a w realnym życiu taka sytuacja może się zdarzyć zawsze – np. na spotkaniu towarzyskim, na bankiecie, w czasie urlopu etc)

————— tutaj jest minuta dla Was —————

I jak? A co powiedzieliście (powiedzielibyście) w tej sytuacji? Jak wykorzystaliście tę minutę na to, by przejść dalej w tym „procesie rekrutacji”?

Wiele rozmów kwalifikacyjnych sprowadza się do opowieści kandydata o tym, jakie on ma wykształcenie, doświadczenie, jakimi „zasobami” on dysponuje. Uczestnicy tego ćwiczenia (wszyscy) także przyjęli, że muszą powiedzieć o sobie i muszą to zrobić w jak najbardziej atrakcyjny, klarowny sposób.

Tak czy inaczej sprowadziło się to do kilku wystąpień, w czasie których ludzie recytowali lepsze czy gorsze wersje swojego skróconego CV. Jedni wyliczali swoje szkoły i dyplomy, inni mówili o tym, jakie wspaniałe projekty zrealizowali i jakie odnieśli sukcesy. Jeszcze inni – jakie posiadają praktyczne umiejętności, jeszcze inni mówili o tym, że dany zawód jest ich pasją i że chcą się dalej rozwijać. Podsumowując – wszyscy mówili … O SOBIE. A Ty?
Ja nie miałam okazji wystąpić przed tą grupą, niemniej wieczorem w domu poważnie się zastanawiałam, jak wyglądałoby moje wystąpienie.

Zadałam sobie kilka istotnych pytań, zanim wygłosiłam swoje kwestie przed lustrem :-) Oto te pytania, wraz z ramowymi odpowiedziami (ja je rozwijałam jeszcze bardziej):
- Dlaczego firma prowadzi tę rekrutację?
Odpowiedź, że dlatego, iż potrzebuje pracownika nie jest prawdziwa, tzn. nie dotyka istoty. Tak naprawdę firma ma jakiś problem lub zadania, do rozwiązania którego potrzebne jej są określone kompetencje i umiejętności, a ich nie ma. Więc ich szuka. Szuka sposobu na rozwiązanie swojego problemu. Szuka kompetencji a nie świadectw szkolnych. Szuka kompetencji, a nie człowieka. Zatem kolejne pytanie: Jakich kompetencji może potrzebować ta firma? Jakie może mieć problemy do rozwiązania?
- Czy ja jestem nośnikiem tych potrzebnych kompetencji / umiejętności/ cech osobowości? Czy ja mogę rozwiązać ten problem firmy, bo to posiadam? Co to jest szczegółowo?
- Co firma zyska, jeśli mnie zatrudni, co dostanie? Przecież nie mój dyplom ani moje marzenia, ani nawet moje doświadczenie. ;-) Otrzyma rozwiązanie swoich problemów, a pośrednio rozwiązanie problemów swoich klientów. Jeśli zatem przekonam, że właśnie TO firma  kupuje zatrudniając mnie, to firma dokona tej transakcji.
- Jak mogę się wyróżnić spośród wszystkich starających się o te pracę i co mnie tak naprawdę wyróżnia na tym rynku „produktów”?
- O czym szef mający konkretne problemy w firmie chciałby rozmawiać najchętniej i co chciałby usłyszeć? O mnie? A co go obchodzi życiorys kolejnej osoby? A może o tym, że jest rozwiązanie problemów? Każdy lubi rozmawiać o tym, co jego dotyczy. Więc dobrze, jeśli przyjdę i powiem, że mam dla niego rozwiązanie jego problemów (nie nazywając tego problemami), sposób na rozwój firmy, sposób na zwiększenie sprzedaży, etc. Firma działa dla zysku, dla pieniędzy. Czy to, co przynoszę może powiększyć zyski? Pewnie tak. PR czy dobra komunikacja też mogą przekładać się na zysk (lub zmniejszenie straty, co też jest “zyskiem”).

Uświadomienie sobie powyższych rzeczy okazało się dla mnie bardzo pomocne do przygotowania wyjątkowego i zupełnie odbiegającego od wcześniejszych wystąpienia. Ułożyłam je sobie i wygłosiłam (tak, głośno) przed lustrem i potem przed wyobrażonym audytorium. Głośne ćwiczenia są skuteczniejsze niż te dokonywane w myślach. Na początku czułam sie nieswojo, potem miałam z tego niezłą zabawę. W wolnym czasie sobie to nagram i zobaczę “okiem z zewnątrz”.

W moim minutowym wystąpieniu nie było słowa o moim wykształceniu! I nie było ani jednego słowa o moich marzeniach i chęciach rozwoju. Nie było też słowa o tym, że bardzo chcę dla nich pracować. O takie rzeczy potem taki szef dopyta, albo zna je już z cv.

Powiedziałam, co ONI zyskują zatrudniając mnie. Co dostają dla swojej firmy i dla swoich klientów poprzez fakt zatrudnienia mnie. O co wzbogaci się ich firma, o jakie kompetencje, o jakie doświadczenie, o jakie umiejętności. Mówiłam O ICH KORZYŚCIACH. Zamiast zacząć od „Ukończyłam z wyróżnieniem…” , zaczęłam „Zatrudniając mnie uzyskujecie Państwo…”. W ten sposób nawet swój wiek mogłam “sprzedać” jako coś, co dla firmy jest zyskiem, co jest dla niej wzbogacające i ważne. Nie tłumaczyłam, że “mimo wieku metrykalnego jaki mam jestem duchem młoda”. :-) To duży komfort i istotna różnica.
To mi potem przypomniało że na wielu dobrych szkoleniach sprzedażowych powtarza się : „Nie mów o produkcie (jego cechach), mów o korzyściach dla klienta.”. Mów językiem korzyści”. Jeśli przyjąć, że ja jestem produktem, który firma kupuje i płaci za ten produkt każdego miesiąca, to od cech tego produktu (ukończone studia, ukończone szkolenia, znajomość języków) zdecydowanie ważniejsze dla klienta są jego korzyści, jakie będzie miał z zakupu tego “produktu”.
Tak, tak, na rekrutację można spojrzeć jak na casting i autoprezentację, albo jak na… negocjacje handlowe, na proces kupna i sprzedaży. Ja jestem produktem/usługą, a moje wynagrodzenie to cena za ten produkt/usługę, jaką firma płaci. Najlepsi handlowcy wiedza, że produkt sprzedaje się, bo klient kupuje korzyści dla siebie. I trzeba często klientowi uświadomić te korzyści. Liczy się, co możesz zrobić dla TEJ firmy, a nie co zrobiłeś dla innych firm wcześniej (np. dla konkurencji:-)).

Jeśli zastosujemy to w rekrutacji, to z pewnością się wyróżnimy, zostaniemy zapamiętani, a jednocześnie zachęcimy do tego, by nas dopytać o różne rzeczy. I wchodzimy w dialog, co już jest niezwykle ważne, bo w rozmowie możemy przejąć przywództwo i ja poprowadzić z korzyścią dla nas. Żeby jednak móc to zrealizować, trzeba się odciąć od stereotypu, sztampy, a na swoje cv spojrzeć z zupełnie innej strony. Od strony korzyści kupującego! Warto zrobić takie ćwiczenie w domu, by (co nie jest łatwe) nazwać te korzyści, które firma będzie miała. Poszukać właściwych określeń, poszukać odpowiednich słów. A dopiero potem wskazywać na potwierdzenie tych korzyści w samym produkcie (czyli odnieść się do doświadczenia, wcześniejszych sukcesów etc.)

Nie patrz, co TY masz, tylko co z tego jest ważne i potrzebne TEJ FIRMIE i dlaczego. Czy jest coś, co będzie nowością, unikalną umiejętnością, o którą wzbogaci się TA FIRMA, gdy Cie kupi i co to dla niej oznacza.
I ważne, żeby mówić rzeczy na „tak” – że „firma uzyska” (zwracam uwagę na to, co pozytywne) – zamiast „firma nie będzie miała problemu” (podkreślam niestety negatywne). Co lepiej brzmi: „nie będziecie już mieli Państwo problemu z realizacją…” czy „Będziecie Państwo mogli skutecznie realizować…”. Niby to samo, a jednak…

Bywa, że w czasie realnych, prawdziwych spotkań rekrutacyjnych, gdy już opowiecie o sobie, rekrutująca osoba zadaje pytanie : Dlaczego mam Pana / Panią zatrudnić. I tutaj ludzie znowu często mówią o sobie ( „Bo jestem najlepszy”, „Bo wnoszę do firmy wiele swoich umiejętności”, „ Bo potrafię pracować z pasją i zaangażowaniem”, „Zawsze marzyłem o pracy w tej firmie”), zamiast mówić o firmie i rozwiązaniu jej problemów ( „bo zatrudniając mnie firma uzyskuje …”)

Każdy z Was sam podejmuje decyzje, kiedy i jak prowadzić swoje rozmowy, ja pokazuję jedną z możliwości. Nie jest to jednak recepta na każde spotkanie rekrutacyjne. Jednak może zainspiruje Was do głębszego spojrzenia w siebie i analizy swoich kompetencji pod kątem ich unikalności i korzyści dla firmy.

A dla tych, którzy pracują i nie planują zmian – żeby zadać sobie pytanie: Jakie korzyści z zakupu tego “produktu”, jakim jestem, ma moja firma. Jakie problemy firmy tak naprawdę rozwiązuję. Czy jestem unikalną i potrzebną umiejętnością/ kompetencją firmy?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Ustaw namiot tam, gdzie jest potrzebny

Maj 29th, 2010

W  Warszawie przy stacji metra, na której często wsiadam lub wysiadam był do niedawna bazarek. Można było kupić świeże warzywa, dobrej jakości środki chemiczne, słodycze, etc. Bazarek był na trasie metro – pętla autobusowa. Rzecz jasna, było to bardzo wygodne. My – klienci – mieliśmy łatwy dostęp do towarów po drodze do autobusu, bez dodatkowej drogi, a sprzedawcy – klientów i przyzwoity utarg.  Estetyka i tzw. “zaplecze socjalne” pozostawiało wiele do życzenia.

Nagle bazarek zniknął. Jeden, drugi, kolejny dzień – nie ma…  Już uznałam, że przepadło, gdy któregoś dnia zobaczyłam na desce wypisaną informację kierującą na bazarek…

Teraz na ogrodzonym terenie stoją ładne kremowe namioty oznakowane Syrenką logo „Zakochaj się w Warszawie” . Tam mają swoje w rządku ustawione stoiska (namioty) dotychczasowi handlowcy. Tak, jest ładnie. I tylko ładnie.  :-(  Żwir nie pozwala na normalne chodzenie po bazarku w butach na obcasie. Ale to można przeżyć.  Bazarek jest kilkadziesiąt metrów od zupełnie przeciwnego niż dotychczas wyjścia z metra.  W przeciwnym kierunku niż autobusowa pętla. Nie jest oznakowany. Jest kompletnie „nie po drodze”.

Dla dotychczasowych klientów to konieczny dodatkowy czas, żeby coś kupić. A bazarek służył przede wszystkim tym, którzy jeżdżą od metra autobusem dalej. Nie dla miejscowych, bo ich prawie tam nie ma. Sprzedawcy, z którymi rozmawiałam narzekają, bo ilość klientów bardzo spadła a i utarg spadł… Ja też narzekam… Miasto nie narzeka. Kasuje czynsz i tyle. Ciekawe jak długo jeszcze…

Gdyby te same namioty ustawić w dotychczasowym miejscu – wszyscy byliby zadowoleni, a i opłaty nie stanowiłyby problemu. Miasto (w znaczeniu urzędu) nie skonsultowało pomysłu z mieszkańcami – klientami, nie brało pod uwagę interesów klientów i sprzedawców (to też klienci  urzędu). Urząd ma działać na rzecz i dla dobra mieszkańców… Jak chce to robić nie rozmawiając z mieszkańcami? Napis „Zakochaj się w Warszawie” tylko mnie tu złości, bo jak mam się zakochać w kimś, kto się ze mną nie liczy?

Każdy z nas podejmuje decyzje zarówno w odniesieniu do swoich bliskich, jak i w firmach – w odniesieniu do pracowników, do klientów, tworząc systemy obsługi, ulepszając produkty, etc.

Warto zawsze brać pod uwagę dobro i interes klienta (w tym klienta wewnętrznego).

– Potrzebę jakich zmian sygnalizuje / zgłasza klient?
– Czy opracowane przez nas zmiany są niego naprawdę korzystne? jakie są te korzyści? Czy klient widzi to tak samo?
– Czy klient je akceptuje?
– Czy ten klient tego potrzebuje?

Nawet jeśli wydaje się Wam, że wiecie, jak coś zrobić i jakich zmian dokonać – lepiej zapytać przyszłych użytkowników systemu / produktu / rozwiązania – może ich zdanie być zupełnie inne! Po co wydawać pieniądze i czas na zmiany? Przecież po to, żeby było lepiej a nie inaczej.

Jeśli jesteś szefem – rozmawiaj z pracownikami o zmianach systemu pracy, procedurach etc, zanim je zatwierdzisz i zaczniesz wdrażać. Pracownicy w tym przypadku są szczególnego rodzaju klientem wewnętrznym. Oni na co dzień pracują z dostawcami, partnerami biznesowymi, klientami – oni wiedzą to, czego Ty możesz się najwyżej domyślać. Oni też wiedzą, co im utrudnia pracę, a co może ją usprawnić.

  • “Nie ustawiaj namiotów” jeśli klient ich nie chce – nawet gdyby były najpiękniejsze na świecie! Najpierw przekonaj klienta!
  • “Nie ustawiaj namiotów” tam, gdzie nikt ich nie potrzebuje, ale tam, gdzie będą służyły Twoim klientom. Żeby tak było, musisz ich rozumieć. A żeby rozumieć – musisz rozmawiać.
  • “Nie ustawiaj namiotów” uszytych na Twój wymiar, ale takie, które są na wymiar Twoich klientów. Żeby tak było – musisz ich poznać!

Możesz to zrobić tylko wtedy, gdy będziesz rozmawiał z klientem i słuchał tego, co on ma do powiedzenia, zamiast słuchać tylko siebie lub naśladować innych.

Nie uszczęśliwiaj nikogo według własnego wyobrażenia szczęścia, ale według jego potrzeb i odczuć, wyobrażeń jego szczęścia. Wtedy obie strony będą zadowolone. I inwestycja nie pójdzie na marne.

W przeciwnym wypadku dotychczasowi klienci znajdą to, czego potrzebują w innym miejscu, u konkurencji. Nawet jeśli nie będzie to  lepsze – tylko po to, żeby Ci pokazać, że się nie zgadzają na to, że się z nimi nie liczysz.

To samo dotyczy relacji partnerskich i relacji z dziećmi.

Jakie są Wasze doświadczenia i spostrzeżenia w tym zakresie?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , ,

Język, który wspiera..

Maj 11th, 2010

Niedawno w czasie prezentacji usłyszałam zwrot: „Chciałabym dziś powiedzieć Państwu o…”. Natychmiast pomyślałam: „Chciałabyś czy powiesz o tym?”.

Zaczęłam uważnie słuchać, jakich czasowników używamy w odniesieniu do rzeczy, na których nam zależy, do decyzji, do działań, jakie planujemy, chcemy podjąć etc.

Najczęściej to niestety „miękkie”  i niezobowiązujące zwroty typu:

- Chciałabym nauczyć się tego…
- Chciałbym robić to i to….
- Chciałabym mieć lepszą pracę,
- Chciałbym więcej zarabiać…
- Chciałbym powiedzieć…

To niby takie grzeczniejsze, łagodniejsze… A tak naprawdę to „chcenie” jest w takich zwrotach bardzo małe i obwarowane wieloma cichymi „nie mogę”.

Zwrot typu „chciałbym” ma zupełnie inną moc, niż zwroty typu: „chcę”, „decyduję”, „zrobię to”.

Za słowem „chciałbym” idzie marzenie, a nie decyzja, słabość, a nie pewność. Trudno więc, by taki zwrot dodawał nam sił i mobilizował. Więcej nawet – za zwrotem „chciałbym to i to” niemal automatycznie staje „ale” i prowokuje postawienie szeregu ograniczeń i niemożności wykonawczych.

Za zwrotem „Decyduję,  że…” niemal automatycznie staje działanie – określenie, w jaki sposób będę realizowała swój cel, zadanie.

Jak zatem powinna się zaczynać prezentacja wspomniana na początku? Jak mówić, żeby się wspierać w działaniach i dodawać sobie energii?

Zamiast „Chciałabym dziś powiedzieć Państwu o …” powiedz: „Powiem dziś Państwu…”,  a jeszcze lepiej – „Dziś dowiedzą się Państwo o …”

Zamiast „Chciałabym czytać jedna książkę tygodniowo” powiedz” Decyduję, że przeczytam jedną książkę w tygodniu i zaczynam dziś”.

Zamiast „Chciałabym mieć lepszą pracę” powiedz: „Zdecydowałam zmienić pracę. Moja nowa praca będzie taka a taka. …” I zacznij działać.

Zamiast  „Chciałabym nauczyć się tego…” powiedz: „Chcę umieć to i to, a zatem decyduję uczyć się tego od dziś.” I zacznij działać.

Skup się na celach, zadaniach, a nie na niemożnościach i przeszkodach.  Sposób mówienia może przybliżać do jednego lub drugiego. :-) Nie osłabiaj się poprzez sposób mówienia, a dodawaj sobie mocy i wspieraj w decyzjach.

Jak Wy to widzicie?

Pozdrawiam po przerwie, Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Rekrutacja czy badanie rynku?

Kwiecień 23rd, 2010

W pierwszym poście opublikowanym na tym blogu pisałam o procesie rekrutacji. Kilka dni temu ktoś ze znajomych przesłał mi link do strony internetowej jednej z firm, która prowadzi proces rekrutacji na kilkanaście różnorodnych stanowisk – od praktykantów, księgowych po dyrektora IT. Temat rekrutacji zatem wraca. :-)   Treść tego maila skłoniła mnie do wejścia na stronę i przejrzenia informacji.

Znalazłam listę stanowisk, opis wymagań, a także obowiązkową ankietę – tzw.  „formularz aplikacyjny”. Analiza danych z tego formularza – jak przedstawia to potencjalny pracodawca – ma pomóc wyłonić grupę osób, która przejdzie do kolejnego etapu procesu rekrutacji. Zatem ankieta ważna, bo według mnie powinna umożliwić wyłapanie osób o najwyższych kompetencjach.  Formularz jest identyczny dla wszystkich stanowisk, np. dla praktykanta  w dziale IT, jak i dla Dyrektora IT. To mnie zdziwiło.

Formularz aplikacyjny poprzedzony jest następującą informacją (boldowanie moje):

Prosimy wypełnić formularz aplikacyjny, który trafi do naszego działu rekrutacji. Szczególną uwagę przykładamy do treści zawartych w polach oznaczonych logo naszej firmy.

Co zostało oznaczone logotypem firmy jako szczególnie ważne? Pod hasłem Ważne informacje (jakby następne były nieważne) czytam:

Osiągnięcia pozanaukowe (dyplomy, puchary, wyróżnienia, kursy)
Wymień swoje 3 wady i zalety.
Co powinno nas skłonić do zatrudnienia Ciebie?

Ciekawe jest, że nie ma oznaczonego logo firmy miejsca na wskazanie osiągnięć ZAWODOWYCH. Rozumiem, że pracodawca chce mieć w zespole nietuzinkowych ludzi z rożnymi zainteresowaniami i pasjami, ale żeby to było kluczowe w procesie rekrutacji?

Co do wad i zalet – jaki obszar wad i zalet tych państwa interesuje? Dopytać nie ma jak, bo to formularz. Pole obowiązkowe, więc i pominąć nie można. Takie pytania – jeśli już – są zadawane zwykle w rozmowie, a nie w formularzu. Jeśli wpiszę tutaj, że mam wadę zgryzu, wzroku i np. lekką wadę wymowy lub wadę postawy, to mogę zostać odrzucona, jako osoba bezczelna lub niepoważna. Nie wiem, co tak naprawdę interesuje tu pracodawcę.  Jak zatem odpowiedzieć w ankiecie na tak postawione pytanie o wady i zalety, skoro to, co w jednych sytuacjach jest wadą, w innych jest zaletą. Mam napisać wypracowanie? Ja mogę, ale czy osoba starająca się na stanowisko dyrektora IT będzie pisała rozprawkę? Dwa ostatnie powyżej podane pytania są zwykle elementem rozmowy, a nie ankiety.

Wśród pytań dotyczących wykształcenia oznaczone logotypem firmy (szczególnie ważne) jest tylko jedno: Osiągnięcia szczególne (wyróżnienia, stypendia, stopnie naukowe).

Natomiast oznaczone gwiazdką, jako pola obowiązkowe są następujące pytania:

Wykształcenie – do wyboru: pomaturalne, niepełne wyższe, wyższe
Uczelnia / uczelnie
Kierunek / specjalizacja / tryb studiów
Średnia ocen z dwóch ostatnich semestrów
(boldowanie moje)

To ostatnie mnie „zwaliło z nóg”! Czy wyobrażacie sobie człowieka, który ma doświadczenie i kompetencje predestynujące go do zajmowania stanowiska dyrektora IT, który pamięta średnią z dwóch ostatnich semestrów? Ja nie. Dla mnie, jeśli ktoś to pamięta po kilku latach pracy, oznacza, że ów człowiek został w szkolnej ławce i nadal trzyma się niegdysiejszych osiągnięć z ławy szkolnej.  Mam za sobą lata pracy, kompetencje do pełnienia funkcji kierowniczych, określone sukcesy, osiągnięcia zawodowe, dawno przestałam żyć studiami i tym, co miałam w indeksie, a tu takie pytanie! Ja nawet nie wiem, gdzie mam indeks! Jak wpiszę „ nie pamiętam i nie mam jak sprawdzić” – znowu narażę się na odrzucenie…

Dla kogo jest ten formularz? Czemu on ma służyć? Może jakiś specjalista od HR czyta ten post i mi to wyjaśni? Jak na tej podstawie wyłonić najlepszych kandydatów na stanowisko  Dyrektora IT? Bo że na stanowisko praktykanta można – to rozumiem.

Pola oznaczone logotypem firmy są w formularzu szczególnie ważne. Tak napisano. Nie jest oznaczone logotypem żadne pole dotyczące doświadczenia zawodowego! Wnioskuję, że doświadczenie jest mniej ważne dla rekrutera, od  3 wad i 3 zalet, od  pozanaukowych osiągnięć, od dyplomów, pucharów, wyróżnień, kursów…

W formularzu dla praktykanta jako obowiązkowe pola (oznaczone gwiazdką) są rubryki dotyczące doświadczenia zawodowego. Tak, bo formularz jest identyczny dla wszystkich stanowisk. Czyli praktykant powinien mieć za sobą już doświadczenie zawodowe? Dziwne, że osoba mająca już doświadczenie zawodowe stara się o możliwość odbycia praktyki, która standardowo jest dopiero startem w życie zawodowe i ma dawać możliwość zdobycia pierwszych doświadczeń zawodowych… Już to w moim odczuciu świadczy o nieprzemyślanej formule rekrutacji.

Także pytania z kategorii „dane osobowe” są tu według mnie nieprzemyślane i nie służą wyłonieniu właściwego kandydata, a jedynie zebraniu danych. Po co do rekrutacji np. na owo stanowisko np. dyrektora IT wiedzieć, gdzie ja się urodziłam? A jest to pole obowiązkowe (!): Data i miejsce urodzenia. Czy może mi to ktoś wyjaśnić? Na spotkaniu rekrutacyjnym miałabym szansę zapytać: po co Państwu ta informacja? Formularza nie zapytam. Ominąć nie mogę.

Będę lepszym dyrektorem, jeśli urodziłam się w Warszawie? A może lepszym, jeśli urodziłam się w Grójcu lub w Ciechocinku? Łapię się za głowę. Kto to wymyślił?  HR-owiec? Ciekawe, gdzie on się urodził i jakie miał osiągnięcia pozanaukowe, jakie kursy i przede wszystkim jakie doświadczenia zawodowe…

Ankietę kończą pytania o warunki zatrudnienia, w tym:

Preferowany wymiar czasu pracy – do wyboru: pełny etat, 4/5 etatu, 3/5 etatu, 3/4 etatu i 1/2 etatu.

Hm… Wyobrażacie sobie Dyrektora IT na pół etatu lub 3/5 etatu?

Jeśli jest to naprawdę proces rekrutacji, to według mnie ta firma powinna przede wszystkim zatrudnić zupełnie nowe osoby do działu HR, żeby rekrutacją zajmowali się ludzie świadomi tego co robią i po co to robią. Ten formularz rekrutacyjny według mnie pozostaje w sprzeczności z tym, co firma napisała na swojej stronie: O pracę w [XXX ] ubiegają się osoby z najwyższymi kwalifikacjami. Po prostu nie wierzę, że osoby kompetentne, mające rzeczywiście dużą wartość rynkową będą wchodziły w taki proces rekrutacji.

Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że jest to kolejne badanie rynku, zbieranie danych, a nie proces rekrutacji. Jeśli badanie rynku – to firma ta buduje bardzo niedobry wizerunek własny, bo stosuje działanie nieuczciwe wobec potencjalnych kandydatów. Cóż, zakładając jednak dobre intencje tego potencjalnego pracodawcy – pozostaje mi wierzyć, że jest to “tylko” brak kompetencji działu HR.

A jakie są Wasze wrażenia i refleksje?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , ,

Gdy słyszysz miłe rzeczy na swój temat…

Kwiecień 11th, 2010

Zauważam, że ludzie reagują na dobre słowa na swój temat, komplementy według 3 głównych wzorców. Pewnie są ich modyfikacje, ale skupmy się na tych trzech według mnie podstawowych. Żeby nie przegadywać – posłużę się przykładami.

Reakcja pierwsza – zaprzeczenie, umniejszenie:

A – Masz piękną sukienkę.
B – Żartujesz, mam ją już 4 lata. Poza tym powinna być nieco krótsza. Byłoby lepiej.
A – Ale ładnie  wyglądasz.
B – No co Ty, daj spokój.

Możliwa reakcja komplementujacego: Dobra, daję spokój. Peszy mnie taka sytuacja. Nie lubię, jak ktoś się domaga, żeby go w nieskończoność komplementować. Właściwie to rzeczywiście ta sukienka mogłaby być ciut krótsza.

A – To była wspaniała prezentacja.
B – Dziękuję, ale nie jestem zadowolony, początek mógł być lepszy.
A – Naprawdę była świetna. Dawno nie słyszałam nikogo tak przekonującego, tak dobrze argumentującego, przemawiającego do wyobraźni.
B – Naprawdę? A ta wpadka z odpowiedzią na pytanie z sali?
A – No tak, widzę, że nie jesteś zadowolony, ale niesłusznie. To było dobre wystąpienie.

Możliwa reakcja komplementujacego: Wycofuję się.  Nie chce przekonywać, że naprawdę zrobiło to na mnie takie wrażenie. Dlaczego on neguje moje odczucia i wrażenia? Może rzeczywiście nie był aż tak dobry, jak mi się zdawało? Dziwny człowiek.

Reakcja druga – przegadanie, zamęczenie rozmówcy:

A – Masz piękną sukienkę.
B – Ach, wiesz, ona ma już 4 lata, nawet się lekko wytarła na łokciach, ale lubię ją. Pamiętam, jak kupowałam ją z moją koleżanką. Wtedy jeszcze był taki sklep obok domów towarowych. pamiętasz? Była jeszcze identyczna, ale w odcieniach czerwieni. Wybrałam tę, bo uznałam, że ten będzie bardziej uniwersalny i że będzie mi dłużej służyła. Poza tym ta druga miała trochę inaczej skrojony dekolt, a mnie jest lepiej w takich. Już to sprawdziłam. I zobacz, tyle lat, a ona nadal się dobrze spisuje. Jak byś kiedyś chciała wybrać się na zakupy, to znam kilka takich miejsc, w których…
A – Dobrze. Przepraszam Cię na chwilę, jeszcze podejdę do kilku osób, bo zaraz muszę wyjść.
B – Ok, do zobaczenia.

Możliwa reakcja komplementujacego: Po co ja to mówiłam… Ona jest niezrównoważona. Co mnie obchodzi historia jej sukienki. Niektórym ludziom nie powinno się mówić dobrych rzeczy, bo się im coś w głowie robi… po co ona mi to opowiadała… Tak, jeszcze razem na zakupy – chyba bym zwariowała od tego gadania.

Jeśli ktoś mówi Ci dobre, miłe rzeczy – podziękuj. Nie zaprzeczaj! Nie mów wtedy o błędach i niedociągnięciach. Wiem, tak wychowano wielu z nas, żeby być skromnym, nie wywyższać się, etc. Skromność to jedno, a głupota to drugie. Ta pozorna skromność może być poczytana jako dopominanie się o dalsze komplementowanie. Czasem wręcz bije z niej niskie poczucie własnej wartości. Nie chciej także nagle wylać na rozmówcę całej swojej wiedzy, jakbyś chciał opowiedzieć historię życia, albo udowodnić, że jesteś super ekspertem – na wypadek, gdyby dobra prezentacja nie wystarczyła. Pomijając wszystko inne – to niegrzeczne i odpychające, gdy nie liczysz się z tym, co interesuje rozmówcę.

Umiejętne przyjmowanie komplementów nie jest szczególnie trudną sztuką. Czasem jednak trzeba poćwiczyć, żeby wyzbyć się starych nawyków. :-)

Ważne, żeby zauważyć, jaki mamy model/wzorzec reagowania. Wtedy można go zmienić. Zawsze podziękuj za słowa uznania – patrząc rozmówcy prosto w oczy. Nie odpowiadaj fałszywym komplementem. Fałsz jest łatwo wyczuwalny i ktoś może Cię “sprawdzić”. Czasem nawet na rozmowie rekrutacyjnej można usłyszeć pozytywną informację. Nasza reakcja wiele powie rekruterowi.

Reakcja trzecia – zgoda, podziękowanie, budowanie relacji:

A – To była wspaniała prezentacja.
B – Dziękuję. Miło słyszeć taką opinię. Ten temat zajmuje mnie od dawna. Jeśli będzie Pan zainteresowany dodatkowymi informacjami – zapraszam do kontaktu (wizytówka). Napije się Pan kawy? Właśnie wybierałem się do bufetu?
A – Dziękuję, jeszcze tu zostanę, by porozmawiać z kilkoma osobami.
B – Zatem do zobaczenia.

Możliwa reakcja komplementujacego: Fajny gość. Miło się z nim rozmawia, wie, co mówi, jest otwarty, zna swoją wartość, kompetentny. I widać, że ma pasję.  Przydałby mi się taki ktoś w zespole.

A – Masz piękną sukienkę.
B – Dziękuję. Miło mi to słyszeć. Jak Ci się  podoba to miejsce?
A – Już tu kiedyś byłem, ale dziś odkryłem kolejne smaki tego miejsca.
B – Ja jestem tu pierwszy raz. Na co powinnam zwrócić szczególną uwagę?

Możliwa reakcja komplementujacego: Ciekawa osoba, zapowiada się interesująca znajomość.  Przyciąga uwagę, nie jest nachalna, spokojna, dojrzała…

A – Imponujące cv jak na tak młodą osobę.
B – Dziękuję, Czy jest coś, co szczególnie Pana zainteresowało i o czym chciałby Pan ode mnie usłyszeć więcej? / Nie mówię: “Czy jest coś, co szczególnie Pana zainteresowało i o czym mogę więcej powiedzieć”, bo wiadomo, że mogę mówić dużo o sobie. Ważne jest, by mówić o tym, co interesuje rozmówcę :-)

Możliwa reakcja komplementujacego: Interesująca osoba. Śmiała, ma poczucie własnej wartości, otwarta, łatwo wchodzi w kontakt…

Są reakcje na komplementy, które powodują, że komplementująca osoba żałuje już po chwili tego, co powiedziała. Zadba, by podobna sytuacja się nie powtórzyła, bo nikt nie lubi stawiać się w trudnych czy niezręcznych sytuacjach. Umiejętne przyjmowanie komplementów i pozytywnych informacji może być początkiem ciekawych znajomości i pozwoli budować dobre kontakty i relacje. Może być dobrym początkiem ciekawej znajomości, sposobem na nawiązanie rozmowy, albo na … przejęcie przywództwa w rozmowie. W zależności od kontekstu.

A jak Ty reagujesz na komplementy i słowa uznania? Te odnoszące się do Ciebie – jako pracownika i te odnoszące się do Ciebie w pozapracowych kontekstach? Przypomnij sobie, kiedy ostatnio ktoś powiedział Ci komplement. Jak zareagowałeś? Kiedy Ty ostatnio powiedziałeś komuś komplement? Jak zareagował? Jaki wzorzec reagowania jest Ci najbliższy? Może warto coś poprawić?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , ,

O “spędzaniu” czasu

Marzec 13th, 2010

Słowo “spędzać” (“spędzić”) kojarzy mi się z pozbywaniem się czegoś, przepędzaniem, gonieniem, wypędzaniem, wyganianiem, a nie z doświadczaniem, przeżywaniem, ubogacaniem się, rozwojem… “Spędzić czas”, to jak “Spędzić psa z kanapy”. Był tu i go nie ma:-).

Jak spędzasz wolny czas?  Ile czasu spędzasz nad książkami? Spędziłem weekend z rodziną. – na co dzień używamy takich zwrotów i są one językowo poprawne. Ja ich nie lubię. Kiedyś (dawno, dawno temu) mawiało się “spędzić płód”, co oznaczało aborcję (a dokładniej – doprowadzenie do poronienia) .

Nie pozbywaj się czasu, tylko go przeżywaj. Nie spędzaj go, tylko wykorzystuj w dobry dla Ciebie sposób. Czasem się mówi: “robiłem to dla zabicia czasu”… Nie zabijaj go, ale ciesz się nim.

Jak zatem radzić sobie na poziomie języka? Poniżej kilka podpowiedzi:

- Spędziłam wieczór przed TV. -> To akurat bardzo adekwatna odpowiedź, bo w większości przypadków siedzenie przed TV pozbawia nas czasu, a korzyści z tego mizerne . :-)

- Spędziliśmy nad tym projektem wiele czasu. -> według mnie lepiej powiedzieć np. : Ten projekt wymagał od nas wiele pracy i czasu lub Ten projekt był czasochłonny.
- Spędziłem czas w bibliotece. ->Ta odpowiedź  przekonuje mnie tylko wówczas, jeśli bezproduktywnie siedziałeś między regałami :-) ; jeśli czytałeś lub uczyłeś się – powiedz o tym:  Byłam w bibliotece i uczyłam się ….  lub Byłem w bibliotece i czytałem ciekawe książki (tu przy okazji otwierasz możliwość rozmowy o tym, co czytasz, czym się interesujesz).
- Siedziałem w domu. -> Czyli nic nie robiłeś tylko siedziałeś? Wiem, że w skrócie chcesz przekazać, że nigdzie nie wychodziłeś. Ale to nie jest budujący komunikat. Jeśli nie przesiedziałeś bezczynnie popołudnia, to lepiej powiedz: byłem w domu albo zajmowałem się sprawami domowymi. To otwiera możliwość rozmowy o tym, co robiłeś będąc w domu.

Taka zmiana sposobu komunikowania o tym, jak przeżywasz swój czas i czego doświadczasz (a nie “spędzasz” czas) pozwoli Ci zobaczyć, czym się karmisz, jak wykorzystujesz czas, a dodatkowo pozwoli wyeksponować to, co robisz. Otwiera możliwość głębszej rozmowy, chociażby o zainteresowaniach.

Prawie każdy możne powiedzieć Spędziłem X godzin w pracy. Powiedzenie spędziłem w pracy cały dzień nie przekonuje mnie o tym, że to był konstruktywnie wykorzystany czas. Ja nie spędzam czasu w pracy, ja w pracy… pracuję, robię ciekawe i pożyteczne rzeczy, czasem mniej ciekawe ale potrzebne. Lepiej powiedzieć: Wczoraj miałem bardzo intensywny dzień, pracowałem do późnego wieczora, ale dzięki temu skończyłem ważny projekt.

Zamiast Spędziłem święta u Rodziców lepiej gdy mówisz Przeżywałem te święta wspólnie z Rodzicami / u Rodziców.

Zamiast Spędziłem wieczór z rodziną lepiej powiedzieć Wieczór przeżywałem w towarzystwie rodziny.

Słyszycie różnicę? Zauważacie ją?

Używanie języka w sposób świadomy może nas pozytywnie wyróżniać. Nie mówię, by w ogóle nie używać słowa “spędzać”. Zachęcam, by używać świadomie, a jeśli można – zamiennie, eksponując naszą aktywność, rozwój, pasje, zainteresowania. To może w wielu sytuacjach zmienić sposób postrzegania nas przez innych, a także zmienić nasz sposób myślenia o nas samych.

To, jak zadajemy pytania  wiele o nas mówi. Od tego, jak zadamy pytanie, zależy odpowiedź, jaką usłyszymy. Zamiast pytać znajomego, jak spędzi wakacje, zapytaj, co planuje robić w czasie wakacji lub jakie ma plany na wakacje. Zamiast pytać dziewczynę, jak chce spędzić wieczór, zapytaj, jak chce przeżyć ten wieczór lub czy ma plany na ten wieczór.

Jestem ciekawa Waszych opinii.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , ,