Archiwum

Posty oznaczone ‘komunikacja’

Nie bądź jak tabloid

Marzec 3rd, 2010

Wszyscy znamy tabloidy. Są dostępne w każdym kiosku, w sieci także. Karmią się sensacją, złymi informacjami, żerują na ciekawości ludzkiej, ale przede wszystkim bazują na emocjach – na złych emocjach. Wprowadzają napięcie, poczucie niepewności, zagrożenia, niesprawiedliwości. Jednocześnie często nie przekazują prawdy – dopasowują fragmenty rzeczywistości na potrzeby wywołania skandalu, pobudzenia emocji… Ważne, żeby się działo. Ważne, żeby się sprzedało. Czy po takiej lekturze czujesz się spokojny, myślisz konstruktywnie?

Obok mojego przystanku jest kiosk z gazetami. Przy nim – na specjalnych stojakach eksponowane są codzienne wydania tabloidów. Czekając na autobus z nudów czytałam. Same tytuły przyprawiają o ból głowy. Świat według tabloidów jest niesprawiedliwy, pełen nieuczciwości, niesłusznie bogatych ludzi, co krzywdzą tych biednych. Tabloidy porównują i zmuszają niejako do porównywania się z innymi, budząc złe emocje – zazdrość, poczucie bycia gorszym, krzywdzonym etc.

Jakiś czas temu przestałam zatrzymywać się przy kiosku, omijam tabloidowe publikacje. Zaczęłam natomiast przysłuchiwać się rozmowom w otoczeniu: w autobusie, w pociągu, w pracy, u fryzjera…  Ku mojemu zdziwieniu zauważyłam, że wiele z nich przypomina właśnie tabloidy. Teraz często wtykam słuchawki w uszy i słucham tego, co mi służy.

Przyjrzyj się (posłuchaj) rozmów znajomych, „stań obok siebie” i posłuchaj, jak przebiegają Twoje rozmowy ze znajomymi. Czy przypadkiem nie bazują na plotkach, sensacjach mniejszych i większych, nie „nakręcają” w Tobie lub innych różnych niepokojów, emocji? Sprawdź, o czym toczą się rozmowy w pracy, gdy przerwa na kawę… Przemyśl, czy szeptane w firmie rozmowy to nie są właśnie niepisane tabloidy… Czy je „czytasz”? A może „współredagujesz”?

A ciche, szeptane po kątach informacje  „chodzące po firmie” o tych nowych, co ich mają dopiero przyjąć, o tym, kim są ci już przyjęci, których nawet nie widziałeś? O podwyżkach, co miały być a ich nie ma, o zagrożeniach zwolnieniami… Szeptane kule śnieżne… Zobacz, jak się toczą… Jeśli chcesz wiedzieć – zapytaj swojego szefa. Albo w dziale personalnym. To skuteczne. Bierz informacje ze źródła.

Warto poobserwować, jakimi ludźmi i jakimi informacjami się karmimy i czy przypadkiem – niechętni dostępnym w kioskach tabloidom – nie przyswajamy codziennej dawki szkodliwych emocji od znajomych, od rodziny, od współpracowników. Warto sprawdzić też, na ile uczestniczymy w tworzeniu takiego kontentu, w zbiorowym lub indywidualnym polowaniu na sensację.

Ile czasu i energii pochłaniają takie codzienne szeptania i ile z tego złych emocji… Jak bardzo oddalają od „tu i teraz”, od tego, co naprawdę nas dotyczy i ma rzeczywisty wpływ na nasze życie? Może lepiej iść na kawę z dobrą książką?

W wolnym czasie odpowiedz sobie uczciwie sam przed sobą na kilka pytań:

- Czy w relacjach z innymi ludźmi nie węszysz za sensacją, nie przekazujesz sensacji, nie przenosisz plotek?

- Czy Twoje rozmowy budzą dobre, pozytywne emocje u innych i są dla Ciebie źródłem dobrych emocji?

- Czy rozmawiając o ludziach skupiasz się na ich pozytywnych cechach i wartościach?

- Czy jeśli chodzi o Twoich przyjaciół i znajomych – rozpowszechniasz o nich dobre czy złe wiadomości? Czy  jesteś dla swoich przyjaciół dobrą agencją PR? Czy oni upoważnili Cię do rozpowszechniania informacji o nich?

- Czy aby zabłysnąć i „dobrze się sprzedać” w towarzystwie np. w czasie imprezy, nie przekazujesz tego, co sensacyjne, plotkarskie?

- Czy w Twoim otoczeniu są ludzie – tabloidy, dla których jesteś tylko dostawcą atrakcyjnego kontentu?

Tabloidy to pożeracze czasu i pożeracze dobrej energii. Jakie są Wasze doświadczenia, spostrzeżenia i opinie?

Pozdrawiam Ewa

_______________________________________________________

Okiem PRowca

Szereg lat obserwacji pozwala mi na wysnucie wniosków, że w firmach, gdzie ludzie pracują z pasją i zaangażowaniem i gdzie jest dobra komunikacja pionowa (od zarządu w dół do pracowników), gdzie ludzie czują się doceniani i szanowani, wiedzą o planach firmy, o przyjętej strategii, gdzie zwłaszcza decyzje personalne podejmowane są w oparciu o jasne reguły – tam mniej jest lub wcale nie ma szeptania i tabloidowych emocji.

Tabloidowe tematy wysączają się poza firmę poprzez sfrustrowanych pracowników nie radzących sobie z generowanymi przez otoczenie emocjami. To często po cichu i powoli, niezauważalnie wpływa na pogorszenie reputacji firmy. To także osłabia ludzi, ich entuzjazm, ich chęć działania. Rośnie poczucie niepewności i zagrożenia, a to nie sprzyja efektywnej pracy i twórczym działaniom

Uncategorized , , , , , ,

Raz się uda, a raz nie… O języku polskim cz. 2

Luty 14th, 2010

Pamiętam ze studiów, jak z sali egzaminacyjnej wychodzili szczęśliwi ludzie i podekscytowani szeptali do oczekujących przed salą:  ”Zdałam! Nie umiałam wszystkiego, ale się udało! Tobie też się uda!”, „Udało się, zdałam, dostałam łatwe pytania!”, „Zdałem, udało się! Trafiłem w pytania. A byłem przekonany, że nie zdam…”. Nie mogę natomiast przypomnieć sobie, by ktoś wyszedł i powiedział: „Byłem bardzo dobrze przygotowany i udało mi się zdać!”.

Czy zwróciliście uwagę, w jakich kontekstach i jak często mówicie lub słyszycie „Udało się”, „Udało mi się”? Ja słyszę to bardzo często, mówię znacznie rzadziej. Dlaczego? „Udało się” stosuję na ogół w sytuacjach, gdy nie miałam wpływu na efekt, gdy był on dziełem przypadku, szczęścia, a nie wynikiem moich konkretnych działań, przemyślanych, świadomych decyzji, konkretnych umiejętności. Zwrot „udało mi się” osłabia moją rolę, mój wpływ na efekt. Daje on też otoczeniu informację, że kolejny raz w podobnej sytuacji może się nie udać.

W zdaniu „Udało mi się poprowadzić bardzo dobrą prezentację.” przekazuję dwie informacje:

- Informacja 1 – prezentacja była bardzo dobrze poprowadzona.

- Informacja 2 – kolejny raz może się to nie powtórzyć, bo było to przypadkowe.

W zdaniu: „Poprowadziłam bardzo dobrą prezentację dzięki dobremu przygotowaniu,  moim umiejętnościom i doświadczeniu.” także przekazuję kilka informacji:

- Informacja 1 – prezentacja była bardzo dobrze poprowadzona (identycznie jak w poprzednim przypadku).

- Informacja 2 – potrafię to powtórzyć, bo jestem kompetentna, bo się przygotowuję, bo mam doświadczenie, bo mam umiejętności i jestem tego świadoma.

Wyobraźcie sobie teraz, że staracie się o dobrą pracę i na rozmowie kwalifikacyjnej na pytanie o sukcesy odpowiadacie:

- „Udało mi się osiągnąć najlepszy w regionie wynik sprzedaży…”

- „Udało mi się tak pokierować zespołem projektowym, że odniósł on sukces….”

A teraz odpowiadacie inaczej (proponuję wypowiedzieć na głos i usłyszeć te zdania):

- „Osiągnęłam najlepszy w regionie wynik sprzedaży dzięki mojemu zaangażowaniu, dobrej komunikacji i doświadczeniu…”

- „Zespół, którym kierowałam, odniósł sukces dzięki mojemu doświadczeniu i umiejętnościom kierowania złożonymi projektami…”

Widzicie różnicę? Komu chętniej pracodawca da odpowiedzialne zadanie? Kogo chętniej zatrudni? Uwaga: efekty oraz przyczyny należy podawać prawdziwe. :-)

Nie umniejszajcie swojej roli, swojej zasługi, swoich kompetencji przy użyciu pozornie niewinnego czasownika. Umacniajcie swój wizerunek. Język jest tu bardzo pomocnym narzędziem.

Zwrot „udało się” wskazuje na  efekt i jednocześnie na … przypadkowość. To tak, jakby mówić: Dziś mi się udało, ale to kwestia przypadku, zrządzenia losu, szczęście… Nie wiem, czy uda mi się następnym razem, więc … nie możesz mi ufać w tej kwestii :-)

Co o tym sądzicie? Jakie są Wasze spostrzeżenia?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , ,

Jakby sukces jakby specjalisty… O języku polskim cz. 1

Luty 5th, 2010

Wspominałam w jednym z postów, że przygotowuję tekst o języku polskim. Doszłam jednak do wniosku, że lepiej będzie, jeśli opublikuję kilka krótszych postów. Dziś część pierwsza. :-) Kolejne są w przygotowaniu.

Kilka dni temu oglądałam program telewizyjny, w którym wypowiadali się znani i mniej znani ludzie. Oto co wynotowałam w ciągu niespełna 15 minut:

- „Sława jakby nie zmieniła go.”
- „Jest to jakby przekraczanie barier (…)”
- „Jestem aktorką i jakby ciało jest też narzędziem (…)”
- „Jestem człowiekiem młodym, przed którym życie jakby się otwiera (…)”
- „Jakby wydaje mi się (…)”
- „(…) jakby leczenie zależało tylko ode mnie.”

Niedawno usłyszałam zwrot „jakby prezentacja”.  Powiedziała to osoba chcąca spotkać się z uznaniem słuchaczy i zaprezentować się jako ekspert. Pomyślałam natychmiast: ” To może darujmy sobie tę „jakby prezentację” i spotkajmy się, kiedy gotowa będzie prawdziwa, porządna prezentacja…” Po kilku kolejnych „jakby” nie mogłam się skupić na treści wystąpienia. Z zaciekawieniem i ze skrywanym rozbawieniem czekałam na kolejne „jakby”. O prelegencie trudno mi było myśleć jako o ekspercie.

„Jakby” osłabia sens, znaczenie słowa, do którego się odnosi. „Jakby sukces”, to coś, co przypomina sukces, ale nim nie jest. „Jakby otwarcie”, to nie to samo co otwarcie.  „Jakby życie” to nie życie. „Jakby ekspert” to nie ekspert.

„Jakby”, a robi różnicę. :-)

Specjaliści wskazują na metatekstowe funkcje owego „jakby”. Użycie tego słowa ułatwia wycofanie się z wypowiedzi, jest w pewnym sensie asekuracją:

- Powiedział Pan, że to przekraczanie barier, a ja się z tym nie zgadzam.
- Nie, ja powiedziałem „jakby przekraczanie granic”. Chodziło mi tak naprawdę nie o przekraczanie granic, ale …

Mam jednak przekonanie, że w większości przypadków używamy tego słowa całkowicie bezrefleksyjnie i nieświadomie, nawykowo. Używamy go, kiedy nie wiemy, co chcemy powiedzieć, kiedy brakuje nam słów  etc.  To rodzaj „wypełniacza”.

Przyjrzyjmy się, jak mogą brzmieć cytowane wyzej fragmenty wypowiedzi, gdy pozbawimy je owego „jakby” lub w jego miejsce wstawimy inne słowo:

- „Sława wcale go nie zmieniła.” [skorzystałam z okazji i przestawiłam też zaimek]
- „Jest to wyraźne przekraczanie barier (…)”
- „Jestem aktorką i moje ciało jest też narzędziem (…)”
- „Jestem człowiekiem młodym, przed którym życie dopiero się otwiera (…)”
- „Wydaje mi się (…)”
- „(…) Leczenie zależało tylko ode mnie.”

Czy nie brzmi to lepiej? Czy wypowiedź nie jest bardziej spójna, konkretna, zdecydowana? Wyeliminowanie tego słowa (wyeliminowanie złego nawyku językowego) polepszy nasz wizerunek. Jeśli jesteśmy specjalistami w określonej dziedzinie, to mówmy jak specjalista, a nie jak „jakby” specjalista.

Słuchajcie się nawzajem, sprawdzajcie, czy sami nie używacie słowa „jakby” w niewłaściwy sposób. Świadome i celowe używanie języka polskiego jest szczególnie ważne w czasie wystąpień publicznych, wywiadów, a także np. w czasie rozmów rekrutacyjnych. Proponuję zacząć polowanie na „jakby”. To może być dobrą zabawą.

Co o tym myślicie? Czy takie informacje są dla Was przydatne?

Czy Wasze obserwacje są podobne do moich?

Jakby pozdrawiam ;-)

Ewa

_______________________________________________________

Okiem PRowca

Zwracamy uwagę swoim wyglądem, zachowaniem oraz tym, co mówimy i w jaki sposób mówimy. Język, jakiego używamy, wiele o nas mówi. Za nas mówi:-) Ubiór znacznie łatwiej zmienić niż sposób wypowiadania się. Ważne zatem, by jak najszybciej eliminować wszelkie złe nawyki językowe. One osłabiają przekaz i tym samym osłabiają nasz wizerunek.
Jeśli zadbamy o poprawną i ładną polszczyznę, to będziemy się pozytywnie wyróżniać.
Język jest wizytówką. Ważnym elementem budowania wizerunku specjalisty, eksperta, człowieka wykształconego.

Uncategorized , , , , ,

Wanna z kierunkowskazami? – tzw. rozmowy kwalifikacyjne

Styczeń 26th, 2010

Niedawno prowadziłam spotkania rekrutacyjne, a jednocześnie rozmawiałam z młodymi ludźmi o ich doświadczeniach związanych z poszukiwaniem pracy. Te rozmowy przypomniały mi, jak przed wielu, wielu laty na spotkaniu „o pracę” toczyłam szczególną rozmowę z moim późniejszym dyrektorem. Wracam do tego, gdyż moje doświadczenia pokazują, jak różnie mogą przebiegać spotkania w sprawie pracy (rozmowa kwalifikacyjna). Im więcej wiemy o tym – tym łatwiej się odnaleźć w konkretnej sytuacji. To często może decydować o wygranej.
Po kilku pierwszych pytaniach, mój potencjalny szef zaskoczył mnie swoim pytaniem:
- Czy pani mieszka sama? – Zatkało mnie. Nie było to pierwsze pytanie, ale mimo wszystko mnie zatkało.
- Co to ma wspólnego z moją pracą? Naprawdę interesuje Pana z kim mieszkam? – wypaliłam spontanicznie, choć przecież nie pytał z kim, tylko czy sama (tak czy inaczej pytanie nietypowe). Dziś pewnie zapytałabym: „Dlaczego Pana to interesuje?” lub „Dlaczego Pan o to pyta”, lub „ Po co Panu ta informacja?”
- Nooo, widzę, że „nie daje sobie Pani w kaszę dmuchać” – odparł poważnie.
- Czy potrafi pani .. /tu wymienił zadanie nie mające nic wspólnego z przyszłą wykonywaną pracą…/ ?
- Tak, potrafię.
- To proszę to zaprezentować.
- Nie. – odparłam stanowczo i nawet nie drgnęłam. Zapadła cisza. Nie chciałam “popisywać się” wykonaniem zadania, które nie miało nic wspólnego z moją przyszłą pracą, a jedynie z prezentowanymi w cv umiejętnościami.
- Dlaczego nie?
- Bo praca, której dotyczy to spotkanie, nie ma nic wspólnego z wykonywaniem takich zadań. (Dziś zapytałabym, czemu to ma służyć, skoro nie ma nic wspólnego z przyszłą pracą.)

Tak dostałam (!) swoją pierwszą poważną pracę w życiu, pokonałam przy tym wielu kandydatów, choć po przebiegu rozmowy kwalifikacyjnej byłam przekonana, że nigdy, ale to „przenigdy” mnie tam nie zatrudnią…

Dlaczego o tym piszę? Wielu ludzi (nie tylko młodych) na spotkaniach z przyszłym pracodawcą zachowuje się jak na przesłuchaniu, wykonuje każde zadanie, nie pyta, czemu to ma służyć, nie podejmuje rozmowy. Odpowiada, wykonuje….  Tymczasem ja mam przekonanie, że to właśnie moja postawa nieuległości i takie właśnie odpowiedzi na niektóre pytania przyczyniły się do tamtego sukcesu (oczywiście można było poradzić sobie lepiej – to wiem dziś). Zapamiętano mnie, wyróżniłam się spośród wielu, okazałam się osobą, która się nie boi, jest odważna, zdecydowana etc. Czy działałam wtedy z taką świadomością? Nie. Działałam spontanicznie. Chciałam, żeby mnie poznali “nieudawaną”, prawdziwą. Trudno przecież potem udawać 8 godzin dziennie przez szereg miesięcy czy kilka lat.

Wiele lat później uczestniczyłam w spotkaniu, na którym okazało się, że pani od rekrutacji nie zadała sobie trudu przeczytania ze zrozumieniem mojego cv. Przerwałam spotkanie po kilkunastu minutach i kilku jej pytaniach uznając, że szkoda mojego czasu. Jeśli ktoś nie zadał sobie trudu i nie poświecił czasu dla mnie, to znaczy że mnie nie szanuje. Wyszłam, odpowiednio acz grzecznie podsumowując sytuację i zostawiając panią od rekrutacji bardzo zdziwioną. Pracy dalej nie miałam, ale jakąż miałam satysfakcję!

Te i inne doświadczenia skłoniły mnie do kilku refleksji (możecie się nimi zgodzić lub nie – to nie jest „absolutna prawda” tylko moje zdanie):

- Nie tylko firma wybiera, Ty także wybierasz. Patrz zatem w co wchodzisz, wszak będziesz tam spędzał ponad połowę swojego świadomego życia.

- Rozmowa rekrutacyjna to nie przesłuchanie! Nie stawiaj się poniżej osoby rekrutującej, ale jako partner do rozmowy. To Ci da większą swobodę. Nie tylko odpowiadaj, ale i zadawaj pytania. Masz szansę nawet przejąć przywództwo w rozmowie, co jest wielkim plusem (poza sytuacjami, gdy firma szuka trybiku do maszyny, a nie człowieka samodzielnego, gotowego do podejmowania wyzwań  etc).

- Jeśli rozmowa robi się – powiedzmy – nieprzyjemna, zaczynasz odczuwać dyskomfort lub ponosić straty (np w zakresie poczucia własnej wartości),  to możesz zmienić jej przebieg albo zrezygnować z dalszego jej prowadzenia. Nie jesteś skazany na to, by dobrnąć do końca nawet dużym kosztem własnym.

- Grzeczny nie zawsze wygrywa! Czy wiecie, że raz doświadczyłam procesu rekrutacji, w którym wygrywał ten, kto się postawił, zbuntował na przebieg rekrutacji, zapytał o co chodzi “w tym cyrku”, „strzelił drzwiami” w połowie rozmowy, a nie ten, kto grzecznie odpowiadał na pytania i wytrwał do końca? Ja wtedy grzecznie odpowiadałam… Nie miałam pojęcia, że bywaja i takie sposoby rekrutacji. Kilka miesięcy “lizałam rany” po tym spotkaniu i odbudowywałam poczucie własnej wartości. Nie warto sobie tego robić.

Rynek się zmienił? Z pewnością, ale pewne metody i sposoby rekrutacji nie. Oto przykład, jak wygląda to teraz:

Młody, dwudziestoparoletni człowiek po studiach, w czasie których pracował na etacie 2 lata dla bardzo dobrej i rozpoznawalnej marki  jako handlowiec, poszukiwał niedawno pracy. Ostatnio dzielił się ze mną swoimi uwagami na temat rozmów kwalifikacyjnych. Powiedział, że kiedyś  prowadzono z nim normalne rozmowy, a teraz uczestniczy w jakimś „wariactwie”.  Jest zapraszany na wiele spotkań, ale rzadko kiedy na tych spotkaniach ma okazję rzeczywiście rozmawiać. Po prostu odpowiada na dziwne pytania i rozwiązuje najróżniejsze testy. Rzadko ma możliwość powiedzieć o swoich doświadczeniach i umiejętnościach, usłyszeć o tym, czego oczekuje pracodawca (czasem nie wiadomo, kto jest pracodawcą, bo rekrutuje firma, która nie ujawnia informacji o zleceniodawcy), powiedzieć o swoich kompetencjach, o swoich planach zawodowych etc.

Oto sytuacje, w jakich się znalazł i pytania,  na które przyszło mu odpowiadać:

A – „Jakie ma Pan 3 największe wady?” (To pytanie pojawia się nawet w rekrutacji na wymagające dużego doświadczenia stanowiska.)
B – „Proszę wymienić 3 według Pana największe wady swojego najlepszego przyjaciela.”
C – „Proszę narysować  najpiękniejszą według Pana bryłę.” Po narysowaniu przez kandydata bryły, rekruter rysuje inną bryłę i mówi:  „Proszę mnie przekonać, że narysowana przez Pana bryła jest piękniejsza od tej, którą ja narysowałam.” (Jeśli to ma służyć przetestowaniu, jak potencjalny sprzedawca będzie się sprawdzał w relacji z klientem i przekonywał klienta,  to oznacza, że osoba rekrutująca nie ma pojęcia o procesie sprzedaży, albo w firmie stosuje się niestety techniki sprzedaży sprzed wielu, wielu lat!)
D – „Proszę sobie wyobrazić, że ja jestem Pana klientem [rozmowa z kierownikiem a nie z HRowcem], a Pan ma mi teraz sprzedać wannę z kierunkowskazami (!). Przypomniał mi się komiksowy Tytus, Romek i A’Tomek oraz wyprawa wannolotem na olimpiadę w Meksyku…

Większość osób stara się odpowiedzieć na takie pytania jak najlepiej. Gimnastykują się przed rekrutującym. Kandydat do pracy chce się za wszelka cenę okazać elokwentny, kreatywny, grzeczny. Chce dobrze wypaść, tylko… nie wie, co to znaczy “dobrze wypaść”. Nie wie, co to znaczy “dobrze odpowiedzieć na to pytanie”. Tylko sobie wyobraża… Może trzaśnięcie drzwiami wygrywa? Może celna riposta daje przewagę w tej grze? Może odmowa wykonania zadania daje przewagę? Może zadanie pytania, o cel wykonania takiego zadania jest plusem? Wyobrażacie sobie, ile razy ten HRowiec czy kierownik usłyszał to samo???

Nie trzeba być niegrzecznym, aroganckim. Ale nie trzeba też odpowiadać na każde pytanie. Rozmowa to rozmowa, a nie przesłuchanie. Mam więc prawo zadawania pytań, a nie tylko odpowiadania. „Czemu ma służyć to pytanie/ ćwiczenie?”,  „Jakie są kryteria doboru na to stanowisko?”, „Dlaczego poleca mi Pan sprzedawać sobie coś tak absurdalnego, jak wanna z kierunkowskazami? “, “Czy Państwa produkty są podobne?” (to ostatnie jest ryzykowne). Ja jako szef wolałabym kogoś, kto mi powie, że nie będzie realizował takich poleceń, bo to strata czasu. Wtedy mogłabym zacząć ciekawą rozmowę. Kandydat pokazałby mi, że “ma jaja”. Czy wyobrażacie sobie szefa, który kilka razy dziennie słucha, jak ktoś kombinuje, jak mu sprzedać wannę z kierunkowskazami? Wyróżniając się ryzykujesz, że firma Cię nie zatrudni. Ale czy odpowiadając pokornie na każde pytanie na pewno zwiększasz sobie szansę na zatrudnienie?

Warto przed rozmową kwalifikacyjną poćwiczyć w domu, samemu lub w grupie. Poćwiczyć możliwe sytuacje: od momentu wejścia, przywitania się ze spojrzeniem w oczy, aż po sposób radzenia sobie z takimi pytaniami lub odrzucania takich pytań, kontrowania, dopytywania albo nawet… wychodzenia z rozmowy kwalifikacyjnej, gdy jest ona na żenującym poziomie. Nie zawsze trzeba to wykorzystać, ale warto umieć, być przygotowanym.

Na stronach internetowych HR-owcy zamieszczają wiele pytań. Proponują także odpowiedzi. Niedawno to przestudiowałam. Nigdzie nie znalazłam informacji typu:
- Jeśli nie rozumiesz pytania, to dopytaj, a nie odpowiadaj na podstawie swoich domysłów.
- Jeśli potrzebne Ci dodatkowe dane, to dopytaj, a potem odpowiadaj.
Proponuje się ludziom przyjmowanie postawy jak na przesłuchaniu. Warto zadać sobie trud i zamiast  dać się przesłuchiwać – zacząć zadawać pytania. Bez tego nie będzie rozmowy. Będziemy się tylko tłumaczyć, a to nie jest symetryczne, nie sprzyja też utrzymywaniu poczucia własnej wartości.

Wielu czytelników spotykało się i spotyka z różnymi pytaniami na rozmowach kwalifikacyjnych, więc zapraszam i zachęcam do uzupełnienia tej listy (najlepiej z podaniem stanowiska, na jakie była prowadzona rekrutacja). Zapraszam do dzielenia się Waszymi doświadczeniami. Przyda się innym jako materiał do ćwiczeń. A może jakiś szef kiedyś przeczyta i zada pytanie swoim HRowcom, jak w jego firmie rekrutuje się ludzi? Mam takie wyobrażenie, że wspólnie możemy sobie pomóc dzieląc się doświadczeniami i wiedzą.

Jeśli wiemy, czego można się spodziewać, to łatwiej się przygotować do takiego spotkania.

Pozdrawiam, Ewa

_______________________________________________________

Okiem PRowca

Rozmowa kwalifikacyjna wiele mówi o firmie, w której ewentualnie przyszłoby nam pracować… Firma buduje swój wizerunek także poprzez sposób, w jaki prowadzi proces rekrutacji, jak traktuje kandydatów do pracy.

Komunikaty dawane do mediów, wypowiedzi o wartości zespołów i poszczególnych ludzi, reklamy powinny być spójne z codzienną praktyką.  Kandydaci to często klienci, potencjalni klienci, konsumenci produktów tej firmy… To osoby, które w swoje środowiska zaniosą własną opinię o tej firmie. Ważne jest więc, jak przebiega proces rekrutacji, komu firma powierza realizację tego procesu. Brak poszanowania człowieka, brak kultury, brak kompetencji rekrutera wcale nie są rzadkie, a są elementem wizytówki firmy.

Uncategorized , , , , , , ,