Archiwum

Posty oznaczone ‘macierzyństwo’

Historia pewnej “Matki Nie-Polki” – post gościnny

Listopad 16th, 2010

Kiedy Monika zamieściła swój komentarz tutaj, po jego przeczytaniu pomyślałam, że byłoby bardzo dobrze (mam nadzieje, że przynajmniej niektórzy z Was podzielą moje zdanie) zamieścić na tym blogu post o zachowywaniu równowagi i “siebie” w relacjach matka-dzieci. Poprosiłam zatem Monikę o napisanie gościnnego postu. Dostałam go następnego dnia, co mnie niezwykle ucieszyło. Dziś publikuję ten post – jako inspirację, jako podpowiedź, drogowskaz.

Jest okazja, by pytać, rozmawiać, sięgać do doświadczeń kogoś, kto wie, doświadczył i żyje w poczuciu radości i spełnienia.  Kogoś, kto pokonywał trudności, odnajdywał siebie w nowej rzeczywistości – jako matka. Kogoś, kto podobnie jak ja nie jest zwolennikiem “poświęcania” się matki dla dziecka, ale – w odróżnieniu ode mnie – ma własne doświadczenia jako matka i może się do nich odnosić. Sami zresztą przeczytajcie.

Moniko, raz jeszcze bardzo Ci dziękuję i życzę wielu jeszcze nowych radości i dalszego spełniania się.

Pozdrawiam, Ewa

HISTORIA PEWNEJ MATKI NIE-POLKI

Dostałam od Ewy propozycję napisania postu o blaskach i cieniach rodzicielstwa w kontekście dbania o siebie jako osobę nie tylko jako matkę.

No cóż łatwo nie było. Czy wpadłam w rolę matki rodzicielki? Oczywiście!

Mam dwoje dzieci: dziewczynkę – w zasadzie kobietę – 20 letnią i 18 letniego mężczyznę. Różnica wieku między nimi jest bardzo mała więc z jednych pieluch wpadłam w drugie. Miałam 23 lata jak urodziłam moje pierwsze dziecko. Czy za wcześnie? Oczywiście, że za wcześnie. Dopiero skończyłam studia, mąż jeszcze studiował,  tyle że mieliśmy gdzie mieszkać. Pełen żywioł. Nasze dzieci są nieplanowane ale chciane, to dzieci miłości :-) .

Nagle po bardzo intensywnym życiu młodej radosnej studentki w wolnych chwilach jeżdżącej namiętnie konno – zostałam na 16 godzin sama w domu z dzieckiem. Myślałam, że się wścieknę i w dodatku byłam naprawdę sama – dziadkowie nie garnęli się do jakiejkolwiek pomocy. Mężowi też nie było łatwo, rzucił studia i pracował po 14 godzin dziennie na trzy a potem na cztery osoby.

Podjęliśmy decyzję, że dzieci do czasu przedszkola wychowujemy sami.

Gdy córeczka była malutka, jeździłam z nią na dłuuuuuuuuuugie spacery 4-5 godzinne. Chodziłyśmy sobie po parku, chodziłam do muzeów, na wystawy, czasem wchodziłam do sklepów, poznałam matki takie jak ja, spotykałyśmy się z naszymi dziećmi  i wspólnie spędzałyśmy czas.

Pierwszy bunt przyszedł jak córka miała około roku. Miałam dość i zbyt duże poczucie winy aby oddać ją gdziekolwiek pod opiekę a na nianię nie było mnie stać. Co robić? Zapisałam się na angielski ! Trzy razy w tygodniu, wieczorem. Jak mąż wracał z pracy, zostawał z dzieckiem a ja pędziłam do szkoły. To było to !!! Byłam bardzo zmęczona ale szczęśliwa.

Przynajmniej do czasu, aż zaszłam w ciąże z synem. Byłam przerażona jak ja sobie poradzę sama z dwojgiem dzieci? Mąż wtedy zmienił pracę i nie było go całymi dniami a i tak liczyliśmy się z każdym groszem. Wtedy podjęliśmy decyzję o oddaniu córki do żłobka na 3 miesiące a ja poszłam do pracy na 3 godziny dziennie, aby wyjść z domu i  „dorobić się” zasiłku z ZUS. Ta praca miała potem wpływ na moje dalsze wybory.

Dzieciaki rosły i były coraz fajniejsze, ich radość i otwartość na świat mnie inspirowały. Uwielbiałam się z nimi bawić, przewracaliśmy wtedy dom do góry nogami. Zabawki były wtedy wyłącznie kreatywne, bo albo nie można było nic kupić albo były dla mnie za drogie. Wystarczały nam więc kredki, farby, plastelina, papier itp. i tworzyliśmy własne arcydzieła. To były wspaniałe chwile.

Wtedy przyszła refleksja, zaraz a co z moim małżeństwem? Męża prawie nie ma, dzieci nie ma komu podrzucić? Wprowadziliśmy więc nakaz codziennej bliskości, czułości i miłości, czteroosobowych rodzinnych długich spacerów, zabaw i wyjść wieczornych do miejsc gdzie dzieci nikogo nie gorszą. Wtedy było ich niewiele. Bywaliśmy razem :-)

Drugi bunt – a co ze mną – przyszedł gdy syn miał dwa lata. Co zrobiłam? Poszłam do pracy na 8 godzin tygodniowo – do liceum jako nauczycielka – za moją skromna pensje opłacałam na te kilka godzin nianię do syna ( córka chodziła już do przedszkola ) – wychodziło co do grosza, a po południu jak mąż wracał z pracy, biegłam na studia podyplomowe na SGH.

Pracowałam w liceum dwa lata – w drugim roku na cały etat – syn był już w przedszkolu i skończyłam Handel  Zagraniczny na SGH. Dużo się wtedy nauczyłam. Przygotowywałam lekcje ( prezentację ) miałam kontakt z wieloma młodymi i starszymi osobami, byłam cały czas oceniana, musiałam wywiązać się z obowiązków.

Gdy syn poszedł do przedszkola po pól roku zmieniłam pracę i w tym nurcie pracuje do dziś.

Generalnie w pierwszych latach życia moich dzieci skupiałam się aby nie zapomnieć o sobie a w późniejszych aby nie zapomnieć o dzieciach.

W pracy stawiałam warunki – musiałam mieć czas dla dzieci – nie chciałam aby chodziły z kluczem na szyi. Umówiłam się na pracę – „że będzie zrobione”, nie ważne w jakich godzinach i kiedy – ale na czas.

Miałam więc czas dla dzieciaków, chodziłam na przedstawienia, na basen, na tenisa – z dziećmi i sama w tym samym czasie. Codziennie miały ugotowany obiad i pomoc w lekcjach oraz dowolną ilość czasu na porozmawianie z mamą i również nareszcie z tatą. A ja? No cóż skończyłam jeszcze studia podatkowe, staram się do tej pory raz w miesiącu iść na jakieś szkolenie, ten mój typ tak ma, lubię się uczyć.

Mąż przez te lata awansował, zaczął dobrze zarabiać, stać nas było na prywatną szkołę i na panią do sprzątania, przeprowadziliśmy się do domu i co najdziwniejsze miał więcej czasu!!!

Jak dzieci były w połowie szkoły podstawowej, założyłam własną firmę i tak jest do dziś.

Nasza wspólną pasją z mężem są podróże. Od najmłodszych lat za ostanie grosze, zabieraliśmy dzieci najpierw w Polskę pod namiot ( nawet 10 miesięczną córkę ) potem coraz dalej i dalej. Nasze dzieciaki znają Polskę wzdłuż i wszerz i zaszczepiliśmy im ciekawość świata. Teraz znają po dwa języki biegle i podróżują sami, wszędzie bez żadnych oporów.

Od początku uczyłam dzieci samodzielności, trochę nie miałam wyjścia :-) , wychowując je tylko z mężem. Jak roczne dziecko chciało samo jeść – proszę bardzo łyżka do ręki – potem tylko trochę sprzątania.  :-) Dziś córka usamodzielniła się, mieszka z koleżankami w wynajętym na spółkę mieszkaniu na które sama zarabia, studiuje. Syn robi w tym roku maturę.

A my z mężem? Mamy drugą młodość, dzięki temu, że w porę się obudziliśmy i znaleźliśmy miłość w codzienności. Czy za wcześnie urodziłam dzieci – NIE -  w sam raz. Mam teraz 43 lata, własna firmę, wychowane dzieci, jestem ciągle młoda i szczęśliwa. Jestem żoną szczęśliwego,  zadbanego i spełnionego zawodowo i rodzinnie człowieka, który mnie kocha bardziej niż w dniu ślubu i którego ja kocham.

Co teraz robimy? Cieszymy się życiem i zdrowiem, podróżujemy, ja hoduję kwiaty w ogrodzie, mąż fotografuje. Mamy przyjacielskie stosunki z dziećmi, które dbają o to, abyśmy byli wszyscy szczęśliwi.

Jestem niefrasobliwą matką? :-) Może tak, za to bardzo dobrą dla siebie i dla dzieci.

Pozdrawiam Serdecznie

Monika Góralska



Uncategorized , , , , ,

Serialowe macierzyństwo

Czerwiec 2nd, 2010

Ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad tym, dlaczego kobiety decydują się na macierzyństwo, skąd i jaką wiedzę młode dziewczyny i młode kobiety mają na ten temat zanim podejmą decyzję powołania nowego życia. I jak ten obraz (wyobrażenia i wiedza) jest potem konfrontowany z rzeczywistością oraz jakie to ma skutki dla matki, dla rodziców, dla dziecka.

Dla wielu przyszłych mam macierzyństwo kojarzy się z cudownym czasem, absolutną miłością dziecka i do dziecka, ze słodkim maleństwem, także z odpowiedzialnością. Bywają u koleżanek – już młodych mam z wizytą.  Widzą spacerujące mamy z wózkami. Słuchają wypowiedzi w programach telewizyjnych. Czasem ulegają też presji otoczenia. Oglądają seriale, w których wiele dzieci już przyszło na świat. Widzą reklamy z pięknymi bobasami w roli głównej i uśmiechniętymi szczęśliwymi rodzicami w tle. Marzą o idealnym domu, idealnej rodzinie, spełnieniu.

Serialowe (i reklamowe) dzieci – niemowlaki a rzeczywistość

Jeśli w serialu rodzi się dziecko, to jako noworodek pokazywane jest widzom niemowlę w wieku 2 - 3 miesiące. Ani w polskich, ani zagranicznych serialach nie widziałam grającego  noworodka ani nawet kilkunastodniowego dziecka. Jest to zrozumiałe, że kilkudniowe maleństwo nie może brać udziału w nagraniach z uwagi na jego delikatność. Mamy mające własne dziecko doskonale wiedzą, jaka to ogromna różnica w rozwoju i wyglądzie niemowlęcia.  Młode dziewczyny i młode kobiety nie mające doświadczenia w kwestii macierzyństwa rzadko kiedy w ogóle zwracają uwagę na ten fakt. Jest malutkie dziecko, niemowlak, wszystko się zgadza. Zapamiętują obraz: rumiane, zdrowe, z fałdkami jak trzeba, czyściutkie, uśmiechnięte, w ładnych czystych ubrankach,  niemal można wyczuć, że pięknie pachnie mlekiem, oliwką i pudrem. Jeśli nawet w filmie choruje, ma kolki, trzeba je przewinąć – jest to obraz z daleka, często tylko sygnalizowany – bez szczegółów.

Na takie dziecko młoda kobieta potem czeka. Na takie „słodkie maleństwo.” Czeka z pięknymi ubrankami, gotowa karmić, przewijać, gotowa zmieniać pieluszki i kochać, kochać, kochać. Bezwarunkowo i bezgranicznie.

Jaka jest często rzeczywistość poza serialem (przyjmuje założenie: dziecko zdrowe, urodzone w terminie, 10 punktów na 10)?

Noworodek w rzeczywistości jest dużo  mniejszy, bardziej „kruchy”, delikatniejszy, szczuplejszy, w większości bez tych ślicznych jeszcze fałdek na rączkach i nóżkach, za to z zaczerwienioną skórą, bezpośrednio po porodzie pokrytą śluzem, ma często ślady na twarzy (zaczerwienienia) od przejścia przez kanał rodny, jest pomarszczone, z zapuchniętymi oczami, skóra ma szczególny wygląd, wszak w życiu płodowym dziecko jest w środowisku wodnym, co ma znaczenie. Nawet najpiękniejsze niemowlęta i najbardziej kochane w momencie przyjścia na świat są… brzydkie i nie przypominają w niczym tych oglądanych w serialach niemowlaków, które „chce się zjeść”.

Cały świat jest dla niego nowy i obcy, a nawet wrogi. Do tej pory siedział u matki pod sercem, chroniony przed urazami i dotykiem przez wody płodowe, chroniony przez powłoki brzuszne przed dźwiękami zbyt głośnym i przed ostrym światłem. Przychodzi na świat w pomieszczeniu, gdzie są światła, masa dźwięków, obcych ludzi… Samo przejście przez kanał rodny jest niezwykłym wyczynem dla drobnego i delikatnego życia. A teraz go mierzą, ważą, grzebią w nosie gruszką oczyszczając drogi oddechowe ze śluzu i krwi. Dotykają, zawijają, sprawiają wiele nieprzyjemnych nowych doznań. Aż położy się je na brzuchu matki i na chwilę odetchnie, bo usłyszy bicie serca – znajome bicie serca matki, przy którym czuł się bezpiecznie przez szereg miesięcy.

Dziecko ma prawo się bać nowego świata. Musi oswoić nieznany świat. Nawet karmienie jest dla niego nowością. Ma instynkt ssania, ale to jednak zmiana sposobu odżywiania. Jelita się muszą nauczyć wszystkiego, system wydalniczy także. Wielu nowych rzeczy musi się szybko nauczyć.  Nigdy dotąd nie leżał w ostrym  drażniącym delikatne ciało moczu, a teraz ma pieluchę, którą zmienia się co jakiś czas… Nikt go wcześniej nie przekładał, nie dotykał, nie układał w niewygodnych bardziej lub mniej pozycjach, nie krępował ubraniem, które pewnie i ładne, ale jakie ma to znaczenie dla niemowlaka?

Jeśli rodzice to wiedzą, rozumieją – starają się swoim spokojem, ciszą, łagodnością zapewnić jak najlepsze warunki do przystosowania się. Dziecko bardzo odbiera (przejmuje) nastrój rodzica. A i tak czasem malec się “drze” ile sił, budzi, boi, męczy, bywa zły i rozdrażniony, pręży się i płacze, bo nie ma innego sposobu komunikacji. Jego możliwości komunikowania są minimalne.

Jak ten obraz ma się do serialowych uroczych „noworodków” – bobasków do przebierania, spacerów i kochania? Warto to wiedzieć, żeby nie czuć dyskomfortu, żeby być gotowym dać dziecku to, czego naprawdę potrzebuje: bliskości, spokoju, poczucia bezpieczeństwa, stabilności, czułości.

Serialowe (i reklamowe) mamy a rzeczywistość

Serialowe mamy nie chodzą w szlafroku, nie są śmiertelnie zmęczone, nie klęczą koło łóżeczka, bo szwy po porodzie dotkliwie ciągną i wszystko boli, że czasem nie da się siedzieć przez kilka a nawet kilkanaście dni. Mamy serialowe są pięknie ubrane, mają piękną cerę, makijaż, wypielęgnowane paznokcie, zadbane włosy. A Ty nie masz siły ich ułożyć, czasem nawet umyć, bo marzysz o chwili dla siebie, o tym, żeby była cisza, żeby pospać choć kilka godzin bez wstawania.

Mamy serialowe mają płaski brzuch i nie pokazują rozstępów. A Twoja skóra na brzuchu naciągnięta w okresie ciąży nagle nie znikła i trzeba czasu i umiejętności odpowiedniego dbania, by ciało wróciło do poprzedniej, a przynajmniej zbliżonej formy.  Serialowe mamy mają na wszystko czas, pieniądze i zwykle jeszcze mają pomoc – ciocie, babcie, nianie etc. A niestety  wiele kobiet w naszym kraju w okresie tak trudnym, jak pierwsze kilka miesięcy po porodzie, jest samych. Od rana do wieczora same, czasem same także w nocy. Wszak są ludzie, którzy pracują w systemie zmianowym. I to poczucie wielkiej odpowiedzialności za nowe życie, które jest wymagające, krzyczące, w kupie, z kolką, płaczące, niekeidy z biegunką, niekiedy nie chce ssać… I to dojmujące poczucie zmęczenia, często bezradności, gdy malec płacze, a Ty nie wiesz, co jeszcze możesz zrobić, żeby się uspokoiło… Serialowe mamy nawet budzą się rano z nieskazitelnym makijażem…

Wszyscy wokolo mówią, że karmienie piersią jest wazne dla wzajemnej więzi, dla zdrowia dziecka, że to cudowna sprawa, że to niemal metafizyczne przeżycie. A młoda mama niekiedy ma nabrzmiałe piersi, bolesne od ssania sutki i walcząc ze zmęczeniem usiłuje przystawić skutecznie dziecko do piersi, by ssało, a ono krzyczy. Im się bardziej denerwuje i stara, tym jest gorzej. W serialach tego nie ma. W realnym życiu tak bywa. Tak, jak dziecko oswaja nowy nieznany świat, tak i matka niekiedy z trudem i poświęceniem odnajduje się w nowej rzeczywistości.

Serialowe mamy nie mają problemu z tym, jak z wózkiem przedostać się przez przejście podziemne, bo ktoś nie pomyślał, że oprócz schodów powinna być winda.  Serialowe mamy nie chodzą po zakupy z wózkiem (zakupy w serialach robią się same lub robią je mężowie), nie stoją w kolejkach w przychodni, nie mają dylematu, czy starczy pieniędzy na zalecane szczepienia. Serialowe mamy wkładają wózek do samochodu, a dziecko przypinają w foteliku. Nie stoją na przystanku i nie wnoszą wózka do zatłoczonego tramwaju. I nie widać, ile waży ten fotelik z dzieckiem, gdy się chce tak niemowlaka wnieść na trzecie piętro w bloku bez windy, niosąc zakupy w drugiej ręce.

Jeśli miałaś wyobrażenie, że będziesz właśnie taką piękną, wypoczętą delektującą się macierzyństwem mamą, zadowoloną, szczęśliwą, zachwyconą, wzorcową, z wspaniałym dzieckiem, to tym bardziej czujesz dyskomfort.  Czujesz się czasem brzydka, nieatrakcyjna dla swojego partnera, niekiedy w ogóle nie masz ochoty na bliskość, bo nie akceptujesz swojego zmienionego ciała lub akceptujesz je z trudem. Masz chwilami ochotę uciec, rzucić to wszystko i nie możesz. I wiesz, że Twoje maleństwo jest od Ciebie zależne we wszystkim i że chcesz dla niego jak najlepiej. Tylko czasem nie wiesz jak. Marzysz o tym, by się wyspać. Niewyspana, zmęczona, zdenerwowana, sfrustrowana często zaczynasz porównywać się z innymi, z serialowymi matkami także. A to rodzi poczucie, że jesteś złą matką i że sobie nie radzisz, że jesteś gorsza. Bo inne są - te matki  serialowe albo te z odwiedzin u znajomych czy rodziny na chwilę, na dobrze przygotowaną chwilę – zadowolone i dobrze zorganizowane.

Taki jest początek wielu relacji rodzinnych (choć z pewnością nie wszystkich), gdy pojawia się dziecko i gdy brak naprawdę dużego wsparcia ze strony bliskich, gdy brak babci, niani, dziadka, cioci, a mąż wychodzi na cały dzień do pracy. Jeśli jesteś na to przygotowana, jeśli wiesz, jak może ten czas wyglądać  – masz dużo większe szanse, by sobie poradzić z własną słabością. Masz też szanse na zorganizowanie sobie pomocy i przede wszystkim nie obwiniasz się, nie oceniasz. Masz szansę na zorganizowanie sobie wsparcia. Ja bywałam wielokrotnie takim wsparciem i wiem z informacji zwrotnych, jak to dużo daje.

A jak przy tym jeszcze być atrakcyjną dla partnera kobietą (atrakcyjną w swoim odczuciu) i czułą oddaną kochanką?

Serialowe (i reklamowe) rodziny a rzeczywistość

Serialowe rodziny są na ogól wielopokoleniowe – nawet jeśli nie mieszkają razem, to dziadkowie wspierają. Jeśli nie ma dziadków – jest niania, pani do sprzątania, etc. Mężowie są zawsze przy kobiecie, przygotowani na tę poważną zmianę w życiu i rozumieją często znacznie więcej, niż w realnym życiu. Mężowie wspierają żony, wracają z pracy i przejmują domowe obowiązki, by odciążyć żonę. Okazują jej bliskość. Serialowi mężowie wracają do zadbanych czystych i wysprzątanych mieszkań, w których obiad sam się zrobił. W łazience nie wiszą rzędy śpiochów, a w przedpokoju nie stoi worek z brudnymi pieluchami do zniesienia do śmietnika. Naczynia myje zmywarka lub babcia, pranie robi się, wiesza i suszy się samo w niewidzialny sposób. Wieczorem jest czas na bliskość, ciepło, intymność.  Nie ma fury prasowania. W realnym życiu jest inaczej. Gdy dziecko wreszcie zaśnie, kobieta po całym dniu intensywnej opieki nad dzieckiem nadrabia zalęgłości w praniu, prasowaniu, układaniu rzeczy, myciu naczyń, etc. Mężczyzna jej czasem pomaga wykapać dziecko, czasem wesprze w zakupach, a czasem siedzi wieczorem przy komputerze, bo musi przygotować na następny dzień dokumenty do pracy, albo wyjechał w delegację, albo ma bankiet firmowy. A bywa, ze wychodzi z kolegami na mecz, bo nie jest w stanie zaakceptować obecnego stanu rzeczy. Bo nie był przygotowany na taką zmianę, bo się nie spodziewał, że aż tak wszystko się zmieni.

Tak, wiem,  są też chwile piękne. macierzyństwo bywa piękne. Czas wspólnych czułości, spacerów, kołysania dziecka, przytulania, kiedy czułość ogarnia wszystkich. One mają z pewnością wielką wartość.

Serialowe życie to złuda, to pułapka.

Czas mówić o tym głośno, żeby rodzice w trudach rodzicielstwa nie popadali w poczucie winy i poczucie niskiej wartości, żeby nie myśleli o sobie lub o dziecku źle, gdy ich życie odbiega od serialowego wzorca. To nie jest dobry start w rodzicielstwo, które przecież nie trwa kilka miesięcy, ale jest na zawsze, a przynajmniej przez kilkanaście lat determinuje życie kilku osób, a każdy dzień i miesiąc przynoszą nowe przeżycia i stawiają rodziców wobec nowych nigdy wcześniej nie poznanych sytuacji.

Dla potrzeb tego postu  przyjęłam założenie pełnej rodziny, zdrowego dziecka, jednego dziecka, pominięte niemal zupełnie zostały kwestie bytowe i materialne. To tylko „liźnięcie” tematu, ale mam nadzieję, zachęci Was do dowiadywania się, jaka jest prawda o macierzyństwie, żeby nie bazować na pozorach i obrazach z seriali oraz wypowiedziach tzw. celebrytów ograniczających się do „wspaniale” „cudownie”, „tego się nie da opisać”…  Ja słyszałam prawdziwie o wczesnym macierzyństwie kiedyś jedynie z ust Patrycji Markowskiej i Agnieszki Chylińskiej. Czasem ktoś uszczknie prawdy. Często prywatnie słyszę: “marzyłam, żeby się wyspać”, “myślałam, że zwariuję”, “‘chciałam uciec”, „marzyłam, by porozmawiać z kimś normalnie – nie o dziecku, kolkach i pieluchach”, „nie pamiętam kiedy byłam w kinie i kiedy przeczytałam jakąś książkę nie o dziecku”…

Każdy chce swoje macierzyństwo pokazać jako pozytywne i piękne doznanie czy stan. Tego poniekąd oczekuje otoczenie. Nie wypada inaczej, bo to by mogło źle świadczyć o kobiecie – matce. Trzeba wielu spotkań, zaufania, szczerych rozmów w klimacie akceptacji, żeby sięgnąć głęboko pod powierzchnię kocyka w misie, wózka dobrej firmy, grzechotek, pozytywek i śpioszków w supermodnym kolorze. Według mnie warto znać prawdziwy obraz macierzyństwa/ rodzicielstwa. Żeby się przygotować na rzeczywistość. Żeby świadomie podejmować decyzje.

Ja przedstawiłam początek drogi wielu mam i ojców. Zrobiłam to na podstawie szczerych i otwartych rozmów z przyjaciółkami – mamami. Niektóre mają już dorosłe dzieci, niektóre kilkuletnie, niektóre kilkumiesięczne. I na podstawie swoich przeżytych u nich w rodzinie czasem godzin, czasem dni i nocy, także tych przerywanych dziecięcym płaczem. A też na podstawie uważnej obserwacji otoczenia. Sama nie jestem matką. Świadomie podjęłam taką decyzję z powodów, które nie są tu szczególnie istotne. Nie chcę jednak w żadnym wypadku zniechęcać do macierzyństwa! Chcę, tylko powiedzieć: “Zrób wysiłek i poznaj prawdę o macierzyństwie. Wtedy będziesz mogła świadomie decydować. A jeśli podejmiesz decyzję, że chcesz mieć dziecko, to będziesz się mogła naprawdę przygotować i będzie trochę łatwiej. Będziesz mogła przygotować sobie „grupę wsparcia”. I być może będziesz miała dzięki temu mniej frustracji, lepsze samopoczucie i wyższą samoocenę”. A to wydaje mi się niezwykle ważne. To wpływać będzie na Twoje relacje z dzieckiem i relacje z partnerem już od pierwszych dni, i to owocować będzie w kolejnych latach.

Czas mówić o jasnych i ciemnych stronach bycia matką, by kobiety podejmowały decyzje o macierzyństwie świadomie. Świadome macierzyństwo (rodzicielstwo) nie dotyczy tylko kwestii poczęcia. Świadome decyzje można jednak podejmować dopiero wiedząc, co tak naprawdę się może wydarzyć, co się zmienia.

Moja mama mawiała, że dziecko wychowuje się na 20 lat przed jego urodzeniem. Dotyczyło to pokolenia, kiedy pierwsze dziecko kobieta rodziła w wieku ok. 19 – 25 lat. Czyli – zgodnie z tym – do macierzyństwa przygotowujemy się całe świadome życie. Trudno to nadrobić przeczytaniem jednej czy dwóch książek czy tygodniowym szkoleniem dla przyszłych mam. Dla mnie to też informacja, że możesz przekazać dziecku to, co masz w sobie – wartości, którymi żyjesz, wiedzę, którą posiadasz, wzorce, według których postępujesz, poczucie własnej wartości jakie masz, obraz świata, jaki nosisz w sobie. Warto więc także przyjrzeć się sobie – czy jesteś na tyle dojrzała, by powoływać nowe życie, które będzie w pełni od Ciebie zależne.

Serialowe obrazy przekłamują rzeczywistość i tym samym często wyrządzają wiele szkód.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,