Jakiś czas temu zauważyłam, że niektórzy ludzie, zwłaszcza Ci pełni dobrej energii, intensywnie ale i efektywnie działający w swoim życiu, rzadko kiedy czują się zmęczeni. Podobnie stosunkowo rzadko miewają złe nastroje. Zaczęłam słuchać, jak i co mówią. Jakich słów używają. Zwróciłam też uwagę na to, że modyfikacja sposobu komunikowania się ze sobą i z otoczeniem pozwala na zmianę postawy, samopoczucia, a tym samym niemal automatycznie wpływa to na zwiększenie świadomości i komfortu tego życia. Najprościej według mnie tych zmian dokonać na poziomie słownictwa. Nie znaczy to oczywiście, że zmiany powinny dokonywać się wyłącznie w tej sferze, ale od czegoś trzeba zacząć.
Zaczęłam zatem „przyglądać się” słowom. Testy robiłam na sobie.
Przestałam prawie w ogóle używać słowa „porażka”. Pisałam już o tym. Rzadko używam słowa “przegrana”. Przyszła kolej na inne słowa. Uważnie słuchałam, co sama do siebie mówię, jakich słów używam. Potem ćwiczyłam nowy sposób wyrażania się. Czasem było tak (sprawdźcie, czy też tak czasem sobie mówicie):
TEKST A Muszę jutro wstać dużo wcześniej, bo muszę umyć głowę, muszę wyprasować bluzkę (dziś nie mam już siły). Muszę zdążyć na ten pociąg o siódmej, ale wcześniej muszę zdążyć na pocztę. Jak ja to poskładam. Nic to, jakoś dam radę, muszę dać radę. W pracy muszę przygotować dokumenty dla biura XX, dla dyrektora YY i muszę zdążyć spotkać się z moim zespołem ZZ, bo trzeba przygotować się do spotkania XY. Oj, muszę zaraz po pracy zdążyć do fryzjera, bo przecież nie mogę z taką głową iść wieczorem na kolację z YZ. Czyli muszę dziś iść wcześniej spać, bo inaczej tego nie ogarnę…. Boże, jaka jestem zmęczona tym wszystkim.
Wcale się nie dziwię temu zmęczeniu. Dziś z samego pisania i czytania takiego tekstu czuję się zmęczona i przytłoczona.
Zaczęłam słuchać, czy inni ludzie też tak stale “muszą” wszystko. Wiecie co zauważyłam? Niektórzy nawet „muszą iść siku”. Pomyślałam, że nie jest ze mną tak źle, bo to akurat robię bez żadnego przymusu, a jedynie z potrzeby. To już coś, jestem o krok dalej.
Jak wyeliminować ilość rzeczy, które musimy danego dnia zrobić? Macie pomysły? Przekładanie części zadań na kolejny dzień nie jest rozwiązaniem. Delegowanie obowiązków też nie załatwia sprawy do końca. Ja znalazłam jeden bardzo skuteczny sposób:
Zamieniłam słowo “muszę”, na słowa „chcę” i „wybieram” oraz „decyduję”. W efekcie częściej niż kiedyś robię to, co chcę, co wybieram, co jest moją decyzją, co wynika z mojego planu. I wykonując te same czynności co poprzednio, czuję mniejsze zmęczenie i nie żyję z poczuciem, że tak strasznie dużo rzeczy “muszę” i nie mam siły na robienie tego, co chcę… Dokonałam zmiany na poziomie języka, a efekt przeniósł się na poziom emocji i na samopoczucie. W efekcie dodał mi energii. Wdrażanie tego programu powoli zmienia jakość mojego życia. Przy okazji częściej niż kiedyś poważnie zastanawiam się nad tym, czego naprawdę chcę – w krótkiej i długiej perspektywie czasowej.
Ilość rzeczy koniecznych i ilość rzeczy pilnych, ilość “muszę” potrafi przytłoczyć nawet silnego mężczyznę, a co tu mówić o drobnej kobiecie. Jak dobrze sobie uświadomić, że jedyne, co musimy tak naprawdę, to umrzeć. Niektórzy dodają do tego płacenie podatków.
Reszta to coś, co wybieramy, chcemy, o czym sami decydujemy. Nawet z tym “muszę iść siku” jest tak, ze to wybieramy, bo przecież możemy nie iść i poddać się potrzebie fizjologicznej, tylko będziemy potrzebowali zmienić ubranie na suche.
Oczywiście jestem człowiekiem, który dopiero zmienia złe nawyki na dobre, a ta zmiana to proces, więc wpadam jeszcze w pułapki „muszenia”, niemniej pracuję nad tym. W moim przypadku „muszę” najwierniej przylgnęło do wszelkich określeń dotyczących porannego wstawania, ale i nad tym popracuję. Wszak nie muszę rano wstawać. Naprawdę. Ty też nie musisz rano wstawać. I w nocy do dziecka też nie musisz wstawać. Tylko nasz wybór implikuje określone konsekwencje i jako odpowiedzialni ludzie wraz z wyborem działania wybieramy jego konsekwencje. A to też wybór, a nie „muszenie”. Wybieram to, bo to służy mnie samej lub służy innym (moja korzyść ), a ja tego chcę. Ale jeśli podejmę taką decyzję, to mogę nie wstawać. I nie przychodzić na czas do pracy. I mogę do niej w ogóle nie chodzić, tylko to będzie miało wiadome rezultaty. Jeśli zgadzam się na takie rezultaty (a mogę się zgodzić – mój wybór) – to wybieram niewstawanie. Ewentualne konsekwencje mojego wyboru, że wstanę są zgodne z moimi planami, które chcę realizować. Zatem wybieram wstawanie. Wybieram, bo mam z tego korzyść.
Teraz zobaczcie jak monolog wewnętrzny oznaczony jako TEKST A zmienia się, w zależności od doboru czasowników i wskazania korzyści :
TEKST B Jutro chcę wstać dużo wcześniej, żeby umyć głowę, bo lubię mieć świeże włosy i czuję się z tym dobrze. Chcę też wyprasować bluzkę, żeby ładnie wyglądać . Tak to sobie zorganizuję, żeby pojechać tym pociągiem o siódmej, wtedy będę miała więcej niż zwykle czasu i będę mogła napić się spokojnie kawy zanim podejmę ważne działania. Więc skoro chcę jeszcze przed tym pójść na pocztę, to nastawię budzik na godzinę piątą. Tak, dobrze to sobie zaplanowałam. W pracy po tej kawie chcę zacząć od przygotowania dokumentów dla biura XX, dla dyrektora YY, wtedy będę miała załatwione najważniejsze sprawy. Potem chcę się spotkać się z moim zespołem ZZ, żebyśmy się dobrze przygotowali do spotkania XY. Zwiększymy prawdopodobieństwo dobrych i skutecznych negocjacji i będzie to fajne spotkanie. Po pracy wskoczę do mojej fryzjerki obciąć włosy, dzięki czemu będę miała z nimi mniej pracy, a do tego będę świeżo i atrakcyjnie wyglądać na wieczornej kolacji z YZ. Lubię takie wieczorne spotkania, sprawiają mi wiele radości. No dobrze, to już sobie wszystko zaplanowałam, więc wcześniej pójdę dziś spać, żeby zrealizować ten plan. To będzie dobry dzień.
Zobaczcie, nie zmienia się ilość czynności. Zmienia się ich waga. Są lżejsze i nie przytłaczają. Wszystkie czynności zaplanowane do wykonania zostały w tych samych miejscach tak w przypadku A, jak i B i w tym samym czasie. Moje zasoby się nie zmieniły – poza zmianą wewnętrznych zasobów energetycznych. Przy takim planowaniu i mówieniu o podejmowanych czy planowanych działaniach, nie czuję zmęczenia na samą myśl o swoich planach. Widzę też potencjalne korzyści i to mi sprzyja. Czuję przypływ energii.
Przeczytajcie tekst A i tekst B jeden po drugim, najlepiej głośno, zobaczcie, jak się z tym czujecie. Widzicie różnicę? Jak Wam się to podoba? Przyda się?
Może zechcecie poćwiczyć w podobny sposób w odniesieniu do Waszych aktywności? Co o tym sądzicie?
Pozdrawiam, Ewa
Uncategorized
cele, decyzje, energia, jakość życia, motywacja, planowanie, wolność, wybór
Najnowsze komentarze