Archiwum

Posty oznaczone ‘motywacja’

Siła marzenia

Styczeń 22nd, 2012

„Dobrze, że ten rejs nie skończył się inaczej, bo i marzenia by się skończyły” – to komentarz dziennikarki  (usłyszany przed chwilą w TVP Info) odnośnie do informacji, że kilkunastoletnia żeglarka spełniła swoje marzenie opłynięcia świata. Wcześniej uzyskała ona w wyniku apelacji sądową zgodę na rejs, co potwierdza jej wielką determinację w dążeniu do realizacji tego marzenia. Młoda Holenderka (miała 14 lat w momencie startu) ponad 500 dni samotnie żeglowała  podejmując ryzyko i spełniając swoje wielkie młodzieńcze marzenie. Przeżyła sztormy, poznała co to znaczy bezsenność, strach, ból, ale i spełnienie, radość, niezwykłe sytuacje, widziała piękne miejsca, i obrazy, poznawała siebie w ekstremalnych sytuacjach. Młoda żeglarka  dzieli się swoją radością i szczęściem ze spełnionego marzenia, wielu ludzi jej gratuluje, inni podziwiają. Prowadząca program polska dziennikarka  robi coś zupełnie innego…

Co znaczy komentarz: „Dobrze, że ten rejs nie skończył się inaczej, bo i marzenia by się skończyły”? Że gdyby zginęła albo została kaleką, to nie mogłaby spełniać żadnych innych marzeń? He, ale zginęłaby spełniając marzenie! A kalectwo? Ono nie zabrania dalej marzyć i spełniać marzenia.  A czym jest marzenie bez choćby prób jego realizacji?

Jedno jest pewne – taki komentarz dla wielu jest jak ostrzeżenie: nie sięgaj po marzenia, bo możesz marzyć ostatni raz. Uważaj, bo Twoje śmiałe marzenia mogą skończyć się tragicznie. Czyż nie taki jest wydźwięk i znaczenie takiego komentarza?

Zamiast gratulacji, entuzjazmu, pozytywnego myślenia i zarażania ludzi wiarą, że warto się wysilić i ryzykować, by spełniać marzenia. Nawet te odległe i wymagające poświęcenia. Tak chyba może powiedzieć tylko człowiek, który sam nie ma odwagi do realizacji marzeń lub – co gorsza – nie ma marzeń….

To pokazuje, jak bardzo wiele w ludziach  ograniczeń, skostnienia,  wewnętrznie stetryczenia, jak mało pasji i zrozumienia dla pasji.

A jaki Wy dalibyście komentarz do takiej informacji o młodej Holenderce? Jak sami odbieracie jej wyczyn? Jaka jest Wasza determinacja do realizacji marzeń? Jak duży wysiłek jesteście w stanie zrobić i co zaryzykować, by spełnić marzenia?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , , , ,

Kilka refleksji o pracy

Lipiec 26th, 2011

Jakiś czas temu w magazynie Press ukazał się tekst o „antyrzecznikach” i ranking rzeczników prasowych. Nieco później przeczytałam informację w PRoto o pewnej pani rzecznik (!), która zamiast dostarczyć informację potrzebną dziennikarzowi, odpowiedziała mu, że „nie może rozmawiać, bo jest w pracy”. :-) :-) :-)

Hmmm…  Rzecznik prasowy to funkcja, której istotą jest komunikowanie się, w tym komunikowanie z mediami, wypowiadanie się w imieniu organizacji czy firmy, którą dany rzecznik reprezentuje i  reprezentowanie tej firmy w zakresie przypisanym do danego stanowiska. Tymczasem owa pani rzecznik nie mogła rozmawiać, bo była w pracy. Rozumiem – nie mogła rozmawiać z koleżanką czy kolegą o wczorajszej imprezie, o zakupie nowych mebli do domu, ale… Co zatem jest według niej istotą jej pracy na tym stanowisku?

Pomyślałam o czasem nieżyczliwych rejestratorkach w przychodniach, o niektórych urzędnikach, co zapominają, ze są w „służbie” – zdrowia, publicznej etc. Pomyślałam o nauczycielach, lekarzach, prawnikach….

Często i łatwo wyłapać tu niedociągnięcia innych. Jednak co z nami?

1.Co jest istotą Twojej pracy? To niekoniecznie jest tożsame z pytaniem „jakie masz obowiązki” i „za co odpowiadasz”.

2. Co dla Ciebie jest najistotniejsze w pracy?

3. Co stanowi dla Ciebie wartość w Twojej pracy?

4. Czy Ty stanowisz wartość dla swojego pracodawcy czy tylko siłę roboczą?

Warto czasem” sprawdzić”, jak jedna odpowiedź ma się do drugiej i jak odpowiedzi na te pytania mają się do realiów – do oczekiwań stawianych Tobie i do sposobu w jaki pracujesz, i do proporcji pomiędzy wykonywanymi czynnościami i zadaniami, do poziomu Twojej satysfakcji, energii, zaangażowania etc

Istotą pracy szefa działu jest w moim odczuciu wskazywanie kierunku, inspirowanie, motywowanie, skłanianie do podejmowania odpowiedzialności, wspieranie w rozwoju, współpraca z zespołem w celu znajdywania najbardziej efektywnych rozwiązań, a  wtórnie (jako efekt) – osiąganie wyznaczonych przez zarząd celów, np. celów finansowych.   Istota pracy szefa nie są analizy, tabelki, umowy. To dodatek, narzędzia, etc. Trzeba zrobić budżet (tabelki),  ale realne osiągniecie celów nie stanie się dzięki tabelkom, a dzięki zaangażowaniu ludzi, ich konkretnym działaniom,  pasji,  ich odpowiedzialności, , dobrej współpracy, proaktwności…  Są i tacy, dla których istotą pracy w charakterze szefa jest władza, kontrola – zatem to będą realizować w swoich działaniach, mając przecież taką samą odpowiedzialność i zakres obowiązków jak ten, co wspiera, motywuje…

Czy pracując np. w biurze informacji przeszkadza nam klient, który przychodzi po informację i dopytuje, i “męczy”, i nie rozumie…, a może sprawia nam przyjemność, że  informacją możemy go wspierać, pomagać mu w lepszym zrozumieniu? Przy takiej postawie własnej dążymy do tego, by być w tym coraz bardziej kompetentnymi zarówno pod względem wiedzy, umiejętności,  jak i sposobu komunikacji.

Istotą pracy telesprzedawcy jest komunikowanie się z ludźmi przez telefon.  Sprzedaż i wyrabianie norm jest wtórne (co nie znaczy, ze nie jest ważne z uwagi na cel). O czym myślisz podnosząc słuchawkę? Że chcesz sprzdać, czy chcesz się porozumieć, dobrze komunikować? Wyklepujesz zapisaną na kartce regułkę czy rozmawiasz? Słuchanie (nie tylko słyszenie słów) jest tu często ważniejsze niż mówienie.

A gdy ktoś jest sprzedawcą w osiedlowym  sklepie? To jest po to, by służyć ludziom. A poprzez to realizować wyniki sprzedaży. :-) Można też inaczej:  sprzedawca jest po to, żeby osiągać wyniki sprzedaży, rozliczać kasę, pilnować, by klienci nie kradli i robić utarg. Jego postawa służby jest  „płytsza” – jest ona tylko narzędziem, uśmiech też jest narzędziem, życzliwość też jest narzędziem, czysty fartuch i fryzura są narzędziem, jak krajalnica do mięsa, która na życzenie klienta kroi cienkie plasterki  – czyli sam sprzedawca sprowadza się (własna decyzją,  postawą i motywacją) do roli narzędzia. Ja wolę swoje „odwrócone” podejście. :-) Ono mnie nie odczłowiecza.

Wszędzie tam, gdzie pracuje się wykonując działania na rzecz ludzi (a jak się zastanowić – zawsze tak jest bardziej pośrednio lub bezpośrednio), to wszędzie niezwykle ważny jest szacunek dla ludzi i dobrze pojęta pokora. A za tym dopiero cała reszta.

Co jest istotą Twojej pracy? Co stanowi dla Ciebie wartość w aktualnej pracy? Co Cię cieszy i motywuje wewnętrznie? Jesteś w swojej pracy człowiekiem czy narzędziem? Co by się musiało zdarzyć, zmienić (np. w Tobie, w Twojej postawie), abyś nie był / nie czuł się narzędziem (sprawnym lub zawodnym)?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , ,

Ludzie czy liczby?

Maj 8th, 2011

Długi czas minął od opublikowania ostatniego postu, jako że jestem mocno zaangażowana w poważną transformację w swoim życiu i oddaję temu zadaniu zarówno wolny po pracy czas, jak i większość swoich myśli. Tak więc dziś krótko. :-)

Kiedy w Google wpiszemy hasło „firma to przede wszystkim ludzie”, wyszukiwarka wyrzuca sporo wyników. Wiele firm, zarówno wielkich jak i kilkuosobowych podziela pogląd, że firma to przede wszystkim ludzie, że o wartości firmy stanowią zatrudnieni w nich ludzie, że ludzie zaangażowani i kompetentni stanowią wartość, majątek firmy, etc. Często czytam zdanie “największą wartością naszej firmy są ludzie”. Nawet program „Rozwój kapitału ludzkiego” i liczne realizowane projekty wskazują na wartość inwestowania w ludzi, na wartość ludzi dla rozwoju firm.

Mimo to, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, ostatnio z ust kogoś z poziomu zarządu jednej z dużych firm usłyszałam, że firma to przede wszystkim liczby. Osłupiałam, po czym – gdy już mogłam złapać oddech – powiedziałam, że ja reprezentuję “szkołę” zupełnie odmienną, mianowicie tę, według której firma to przed wszystkim ludzie, a liczby są wtórne, jako efekt pracy ludzi.

Nie jest dla mnie niczym obcym i dziwnym, że wyniki finansowe są niezwykle istotne, ich nieustanne podnoszenia a choćby i utrzymanie na stabilnym poziomie umożliwia firmom dalsze działanie i bycie na rynku, rozwój etc. Nie jest też dla mnie tajemnicą, ze zarządy firm są rozliczne ze swojej pracy na podstawie wyników finansowych. Niemniej „liczby” czyli wyniki finansowe są efektem działania ludzi, a nie odwrotnie. Im lepsi ludzie, bardziej zmotywowani, szanowani, pobudzani, uznawani, kompetentni  etc, tym lepsze wyniki (przynajmniej w znanych mi przypadkach). Bez ludzi cyfry / liczby są jedynie w kalkulatorze, a w firmie trudno o wyniki bez ludzi.

Konsekwencje takiego „liczbowego” podejścia wydają mi się „opłakane” w długoterminowym podejściu. Oznaczać to bowiem może niewypowiedziany wprost ale przejawiający się w decyzjach i działaniach  brak szacunku dla ludzi jako kluczowego „elementu” firmy, co może się przekładać na brak troski o ich rozwój, brak działań motywujących, nieumiejętność wykorzystywania kompetencji ludzi, brak pobudzania w ludziach pasji etc. W efekcie można się spodziewać stopniowego odpływu wartościowej kadry, zespół “wyrobników” jako efekt takiego podejścia, stłumienie zaangażowania ludzi itd. W efekcie – gorsze wyniki, gorsza reputacja, trudniejsze zarządzanie. To oczywiście mój pogląd.

Ciekawa jestem Waszych refleksji, opinii i doświadczeń wokół tych dwóch odmiennych postaw zarządczych (tak chyba to mogę określić, bo za poglądami idą zwykle określone działania lub ich zaniechanie).

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Co nas uskrzydla i dodaje sił?

Marzec 1st, 2011

Po dość długiej przerwie, którą pewnie większość z Czytelników tego bloga zauważyła, wracam do pisania. Tematów uzbierało się w mojej głowie sporo, czas nie pozwalał na realizację. Tak bywa. :-) W tzw. “międzyczasie” minął rok od opublikowania pierwszego postu. W ciągu tego czasu uzbierało się tutaj 48 postów i 521 komentarzy. Tyle podsumowań. Dziękuję Wam za dzielenie się swoimi uwagami, za obecność w tym dla mnie ważnym miejscu.

Jeszcze w kwietniu ubiegłego roku zapisałam w notesie poniższy cytat:
“Stanowisko nigdy nie daje ci prawa do rozkazywania. Tylko zobowiązuje cię do takiego życia, by inni ludzie mogli przyjmować twoje rozkazy, nie doznając upokorzenia.” (Dag Hammarskjold).

I zrobiona przy tym przeze mnie notatka: Nie doznawać upokorzenia to za mało! Ludzie w zespole powinni czuć swoją siłę, wartość i moc dzięki temu jak się z nimi komunikujesz, jak się do nich zwracasz, jak się o nich troszczysz. powinni wiedzieć, że jesteś razem z nimi a nie obok nich. Autorytetu nie zdobywa się siłą, nie zdobywa się poprzez okazywanie władzy, a poprzez własne kompetentne działania, dobry przykład, zaufanie i szacunek dla ludzi oraz dla ich pracy.

W ciągu wielu lat pracy zawodowej doświadczałam i tych pozytywnych, i tych negatywnych przykładów jeśli chodzi o budowanie autorytetu i – nazwijmy to – “realizację władzy” w relacji zwierzchnik-podwładny. Bo czy tak naprawdę pracodawca, zwierzchnik może mieć nade mną władzę? Tak. Ale tylko wtedy, gdy ja mu na to pozwolę. :-) To bardzo ważne dla mnie odkrycie sprzed kilku lat co jakiś czas sobie przypominam (co znaczy też, że co jakiś czas niestety o tym zapominam – chyba wywieszę sobie to na ścianie), by ustawić różne rzeczy we właściwej kolejności i porządku – zarówno wobec siebie jako zwierzchnika, jak i podwładnego.

Zapamiętuję z reguły te dobre i staram się szybko zapominać o tych złych wzorcach i doświadczeniach, żeby przypadkiem się „nie zarazić”.  Żebym mogła w stosunku do swojego zespołu pozostawać zarówno zwierzchnikiem (w rozumieniu lidera, doradcy, wsparcia), jak i przyjaciela. Wyważenie pomiędzy koniecznością wskazania błędu, udzielenia „reprymendy” a wskazania drogi bywa niełatwe. Czasem trzeba chwile „zmarnować” na czcze gadanie i żart, żeby z większą intensywnością wrócić do właściwego zadania.

Staram się pamiętać, że na głębokim poziomie (poza powierzchownością) jesteśmy tacy sami. Dokładnie tacy sami (tak moi szefowie jak i moi podwładni) – mamy swoje lepsze i gorsze dni, swoje słabości i siły, swoje ambicje, swoje marzenia, swoje troski i smutki, swoje radości i tęsknoty, swoje umiejętności i braki, a przede wszystkim – nie jesteśmy w pracy za karę ani nie jesteśmy na nią skazani. I wobec tego lepiej pracujemy w atmosferze wzajemnego szacunku, zaufania, radości, docenienia, zauważenia. Ja reaguję pozytywnie na prośbę i rozmowę, a nie na rozkaz. Wiem, za co jestem odpowiedzialna i żadne narzucone ramy czasowe tego nie zmieniają – nie pracuje od-do, ale nad projektem, zadaniem. Wieczne kontrolowanie daje mi informacje, że przełożony nie ma do mnie zaufania (co nie zawsze jest prawdą, ale dla mnie to taki sygnał) itd. Lubię, gdy szef dziękuje mi za coś, co zostało przeze mnie dobrze wykonane, choć jest to moim obowiązkiem. Nie lubię dostawać sprzecznych poleceń. Staram się te swoje „lubienia i potrzeby” realizować w odniesieniu do mojego zespołu.  I nie zawsze mi wychodzi, nie jestem aniołem, też miewam gorsze dni. Pewnie. Pracuję tak, jakby to był mój biznes, a nie praca „u kogoś” czy „na kogoś”.  Czy to dobrze – nie wiem. Czy źle? Tego też nie wiem. Czasem jest z tym mniej wygodnie. :-)

Oprócz tego, że praca to miejsce, gdzie zarabiamy pieniądze wykonując określone zadania – to także miejsce, gdzie przebywamy sporą część świadomego życia i możemy to życie w pracy przeżywać jako pasmo pozytywnych doświadczeń, rozwijających, sprzyjających nam, a możemy po prostu tylko przetrwać. Dla mnie “przetrwać” to za mało w odniesieniu do czegoś, co zabiera mi spory kawałek życia, energii, czasu, zasobów.

A co dla Was jest ważne w relacjach między przełożonym a podwładnym? Co sprawia, że przychodzicie do pracy z radością i z pasją, a nie jak „na skazanie”? Co Was uskrzydla? A co byście chcieli, jeśli nie wszystko jest dobre i właściwe?

Podzielcie się tym – możemy się od siebie wiele dowiedzieć i nauczyć. Proponuje, by nie skupiać się na negatywach i narzekaniu, bo tego mamy aż nadto wokół. Napiszcie o pozytywach, oczekiwaniach, o tym, co Was uskrzydla, o dobrych doświadczeniach.

Pozdrawiam po długiej przerwie, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , , , , , , , ,

Język, który wspiera..

Maj 11th, 2010

Niedawno w czasie prezentacji usłyszałam zwrot: „Chciałabym dziś powiedzieć Państwu o…”. Natychmiast pomyślałam: „Chciałabyś czy powiesz o tym?”.

Zaczęłam uważnie słuchać, jakich czasowników używamy w odniesieniu do rzeczy, na których nam zależy, do decyzji, do działań, jakie planujemy, chcemy podjąć etc.

Najczęściej to niestety „miękkie”  i niezobowiązujące zwroty typu:

- Chciałabym nauczyć się tego…
- Chciałbym robić to i to….
- Chciałabym mieć lepszą pracę,
- Chciałbym więcej zarabiać…
- Chciałbym powiedzieć…

To niby takie grzeczniejsze, łagodniejsze… A tak naprawdę to „chcenie” jest w takich zwrotach bardzo małe i obwarowane wieloma cichymi „nie mogę”.

Zwrot typu „chciałbym” ma zupełnie inną moc, niż zwroty typu: „chcę”, „decyduję”, „zrobię to”.

Za słowem „chciałbym” idzie marzenie, a nie decyzja, słabość, a nie pewność. Trudno więc, by taki zwrot dodawał nam sił i mobilizował. Więcej nawet – za zwrotem „chciałbym to i to” niemal automatycznie staje „ale” i prowokuje postawienie szeregu ograniczeń i niemożności wykonawczych.

Za zwrotem „Decyduję,  że…” niemal automatycznie staje działanie – określenie, w jaki sposób będę realizowała swój cel, zadanie.

Jak zatem powinna się zaczynać prezentacja wspomniana na początku? Jak mówić, żeby się wspierać w działaniach i dodawać sobie energii?

Zamiast „Chciałabym dziś powiedzieć Państwu o …” powiedz: „Powiem dziś Państwu…”,  a jeszcze lepiej – „Dziś dowiedzą się Państwo o …”

Zamiast „Chciałabym czytać jedna książkę tygodniowo” powiedz” Decyduję, że przeczytam jedną książkę w tygodniu i zaczynam dziś”.

Zamiast „Chciałabym mieć lepszą pracę” powiedz: „Zdecydowałam zmienić pracę. Moja nowa praca będzie taka a taka. …” I zacznij działać.

Zamiast  „Chciałabym nauczyć się tego…” powiedz: „Chcę umieć to i to, a zatem decyduję uczyć się tego od dziś.” I zacznij działać.

Skup się na celach, zadaniach, a nie na niemożnościach i przeszkodach.  Sposób mówienia może przybliżać do jednego lub drugiego. :-) Nie osłabiaj się poprzez sposób mówienia, a dodawaj sobie mocy i wspieraj w decyzjach.

Jak Wy to widzicie?

Pozdrawiam po przerwie, Ewa

Uncategorized , , , , , ,

O wartościach i decyzjach… zadanie na wolną chwilę

Kwiecień 3rd, 2010

Inspiracja do napisania tego postu płynie z dwóch źródeł: to  komentarz zamieszczony na tym blogu przez katwer (boldowanie moje):

„W wielu momentach naszego życia rezygnujemy z ważnych wartości w imię chwilowego zysku

i uwaga, że każdy sam powinien sobie odpowiedzieć, czy warto.

Zatem ważne pytanie brzmi:  Czy wyznawane przez nas wartości są na sprzedaż i – jeśli odpowiedź brzmi „tak” – za jaką cenę. Przy tym nie chodzi mi o to, czy zdarzyło się nam czasem sprzeniewierzyć się swoim wartościom (wszak nie jesteśmy doskonali), ale czy świadomie je sprzedajemy, rezygnujemy z nich. Jaką wartość dla Ciebie mają Twoje wartości :-)

Bodźcem drugim / inspiracją do napisania tego postu było też zaproszenie, jakie dostałam ze trzy tygodnie temu i chciałam o tym napisać odrębny post.

Łączę więc dwa w jednym. :-) A że czas około-świąteczny sprzyja różnym refleksjom i do tego dysponujemy większą ilością wolnego czasu – uznałam, że zaryzykuję nietypową (jak na ten blog) formułę tego postu.

Zapraszam Was do aktywnego udziału w studium przypadku. Opiszę sytuację, jaka mi się przydarzyła i przedstawię poniżej kilka możliwych rozwiązań.

ZADANIE DLA WAS:

Zastanówcie się i napiszcie , jakie według Was  konsekwencje (pozytywne lub negatywne) lub jakie ryzyko niesie każde z tych rozwiązań. UWAGA: nie piszcie (!), jak Wy postąpilibyście w takiej sytuacji, bo nie jest moją rolą ani celem tego miejsca ocenianie działania innych ludzi.

OPIS PRZYPADKU:

Zaproszenie brzmiało (okrojone tu z danych pozwalających na identyfikację nadawcy; boldowanie moje):

[…]chciałem Panią zaprosić, oczywiście bezpłatnie, na szkolenie [tu dane], które odbędzie się [data] w Warszawie. Więcej informacji o szkoleniu  znajdzie Pani tutaj: [link]
W zamian prosiłbym o jedno – żeby po szkoleniu napisała Pani kilka zdań o nim i swoich wrażeniach z niego na swoim blogu. Czy jest Pani zainteresowana takim rozwiązaniem?

W pierwszym odruchu weszłam na podaną stronę i przeczytałam, na co jest to zaproszenie. Potem pomyślałam: Fajne szkolenie i do tego certyfikowane. Hmm, nie wiem, kiedy znowu ten gość będzie w Polsce… Słyszałam o tym ciekawe rzeczy… To przydatne i rozwojowe, mogłabym przy tym  poznać ciekawych ludzi i nawiązać nowe  wartościowe kontakty.. Nieźle, po 6 tygodniach  pisania blogu ktoś zaprasza mnie na szkolenie warte prawie 2 tys zł. Hmm… tylko czy za darmo – jak deklaruje? Nie! Zapłatą jest napisanie o tym szkoleniu! Dalej pomyślałam, że w takim razie post na moim blogu, jako – nazwijmy to “artykuł sponsorowany” – wart jest prawie 2 tys  już po tak krótkim okresie działania blogu.

Cały czas miałam w głowie, że ktoś pisze do mnie, że zaprasza mnie na całkowicie bezpłatne dla mnie szkolenie, podczas gdy nie jest to prawdą, bo zapłata ma być napisanie tekstu. Czyli jest to tak naprawdę wymiana usług, a nie prezent. (!).  Uśmiechnęłam się pod nosem – co z podatkiem VAT? Wszak umowy barterowe…  W głowie świeciła mi się pomarańczowa lampka. Co zyskujesz, co tracisz, czy wchodząc w to nie rezygnujesz ze swoich zasad?  Podjęłam decyzję szybko. Nie było co zwlekać….

MOŻLIWE DECYZJE (według mnie):

1 – zgodzić się i po szkoleniu napisać o nim zgodnie z podjętym zobowiązaniem (napisać zgodnie ze swoimi odczuciami – dobrze lub krytycznie),

2 – zgodzić się i napisać o tym, w jaki sposób trafiłam na to szkolenie wyrażając jednocześnie swoją opinie na temat takich form” kupowania” artykułów,

3 – zgodzić się, wziąć udział w szkoleniu, zrealizować własne cele i nie napisać,

4 – odmówić skorzystania z  „całkowicie bezpłatnego” udziału i nie wziąć udziału w wydarzeniu,

5 – odmówić skorzystania z „bezpłatnego udziału” w szkoleniu i wykupić sobie normalne pełnopłatne uczestnictwo.

Napiszcie, jakie według Was  konsekwencje (pozytywne lub negatywne) lub jakie ryzyko niesie każde z tych rozwiązań. UWAGA: nie piszcie, jak Wy postąpilibyście w takiej sytuacji. Jeśli ktoś będzie miał ochotę odnieść się tylko do jednego z możliwych rozwiązań i wskazać konsekwencje tylko danego rozwiązania – także zapraszam. :-) Pomyślałam, że w taki sposób możemy się od siebie wzajemnie uczyć.

Ja już podjęłam decyzję, więc Wasze informacje na nią nie wpłyną – to dla jasności.  Niedługo dopiszę do tego postu uzupełnienie -  „rozwiązanie”,  jak ja widzę konsekwencje podjęcia każdej z tych możliwych decyzji. Napiszę też, jak ja postąpiłam. Przy tym: nie twierdzę, że moja decyzja jest najlepsza na świecie, ale że moja decyzja jest najlepsza dla mnie. :-)

Zapraszam do “zabawy” i pozdrawiam,

Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Powody do działania i “wstrzymywacze”

Marzec 16th, 2010

Przypuszczam, że przynajmniej niektórzy Czytelnicy tego blogu snują marzenia, robią plany, nawet podejmują decyzje odnośnie do dalszych działań. Czy doświadczaliście sytuacji rozpoczynania nowego projektu (realizacji planu) z impetem, z “ogniem”, zapałem w sobie?  A potem coś się zmieniało, wygasało, słabła wewnętrzna motywacja, brakowało sił, brakowało pozytywnych emocji, wiary…  Brzmi znajomo? Ja przypominam sobie przynajmniej kilka takich „decyzji”, które zgasły, zanim się tak naprawdę zdarzyły.

Co się stało, że wygasł „wewnętrzny płomień”, że straciłeś zapał, odpuściłeś, mimo, że miałeś marzenie, wizję, jasno określone cele, określone zadania, wiarę, zapał? Lang Lang, którego kiedyś przywoływałam w jednym z wcześniejszych postów powiedział: To TY jesteś KLUCZEM do swojej kariery. Tylko Ty!

Przyczyny takiego „wygaszenia” tkwią (tak ja na to patrzę) w trzech kluczowych obszarach (nie muszą zaistnieć wszystkie trzy – wystarczy, że zaistnieje jeden z poniższych przypadków):

A – Cel / wizja nie była tak do końca, naprawdę Twoja (choć być może tak Ci się wydawało) i przestałeś się z nią identyfikować; w poście o pianiście Lang Langu pisałam o tym, że błędem jest kopiowanie drogi innych i nie szukanie własnej. I w efekcie przestałeś czuć się częścią tego, co robisz.

B – Straciłeś cel z oczu, gdy zacząłeś się skupiać na doraźnych działaniach, zapomniałeś, o co tak naprawdę Ci chodziło, dokąd chciałeś dojść, czemu to miało służyć, co to miało zmienić w Twoim życiu i/lub w życiu innych.

D – Uwierzyłeś w to, co mówią inni – że się nie da, że to tylko dla wybitnych, że „lepszy wróbel w garści niż skowronek na dachu”, że nie starczy Ci zapału, że inni już próbowali i im nie wyszło, że rynek jest trudny i za mały, że ty znowu coś wymyślasz zamiast –  jak inni - zająć się “normalną” pracą, że masz już zbyt wiele lat na takie eksperymenty, że własny biznes wymaga wielkich nakładów finansowych, że szkoda życia na takie eksperymenty, że …. – w efekcie straciłeś swoją wewnętrzną harmonię, silę i determinację. Uwierzyłeś, że się nie uda. Zwątpiłeś, straciłeś entuzjazm.

To, co napisałam nie dotyczy tylko zakładania własnej firmy. Dotyczy nauki języków, uczenia się nowych rzeczy, rozwijania zainteresowań, realizacji marzeń, nauki pływania, a nawet – budowania bliskich relacji z ludźmi – praktycznie wszystkiego.

Z marzeniami jest różnie. Dla jednych marzenia są po to, by je przekładać na wizję, cele i zadania do realizacji. Dla innych – marzenia są tylko po to, by… marzyć. I nigdy nie przekładają się na cele i na działania, a stanowią jedynie chwilową odskocznię od „szarej rzeczywistości”. A Ty do której grupy należysz?

„Ci drudzy” często są autorami rad typu: „Zejdź na ziemię”, „Wydoroślej”, „Zostaw te mrzonki i zajmij się czymś pożytecznym”.  Skupiają się na wewnętrznym uzasadnieniu i udowodnieniu sobie, że marzenia są tylko do marzeń i że nie da się ich realizować.

Jeśli masz marzenia i chcesz je realizować, to możesz skorzystać z poniższych rad (nie jest to uniwersalna recepta; mnie pomaga utrzymać kurs, choć także miewam zwątpienia i trudności z „jak”, choć wiem „co”, a do tego jestem niecierpliwa).

  • Sprawdź, czy Twoje marzenia są Twoje, a nie „zaszczepione” lub „zapożyczone”.
  • Zbuduj wizję w swojej głowie, obrazy, emocje – poczuj to.
  • Spisz swoje powody do działania – korzyści własne i/lub te, które chcesz „dać światu”.
  • Zapisz przeszkody, które wydaje Ci się, że mogą Cie spotkać. Określ, co Cię tak naprawdę zatrzymuje. Które przeszkody / „wstrzymywacze” są najsilniejsze – wewnętrzne (typu strach przez przegraną, mała wiara w powodzenie przedsięwzięcia) i zewnętrzne (brak dostatecznej wiedzy w określonej dziedzinie, małe środki finansowe, ograniczenia czasowe).

Kiedy zaczynałam tworzyć ten blog miałam w sobie dużo obaw. Miałam też wizję, cel. Im częściej myślałam o celu, tym obawy malały. W końcu chęci “wygrały” i dziś czerpię z tego wielka radość. Wspominałam o tym pisząc po pierwszym miesiącu działania blogu.

  • Określ zadania, które Cie czekają, także te, które wiążą się z codziennym „wewnętrznym wzmacnianiem siebie”
  • Ustal cenę. Tak, cenę, jaką jesteś w stanie zapłacić za realizację marzenia. Być może to czas, który będziesz siedział sam przy komputerze a nie wśród przyjaciół, być może ilość kilometrów, które będzie Ci dane przejechać. Być może bardzo duża dyscyplina finansowa przez najbliższe miesiące, a może rezygnacja z innego działania na rzecz tego właśnie marzenia?
  • Zacznij działać. Wiele problemów znika, gdy zaczynasz działać. Im więcej działasz, tym więcej masz w sobie entuzjazmu, bo jesteś coraz bliżej tego, na czym Ci zależy. Tak przynajmniej jest w moim przypadku.
  • Skupiaj się nad tym „co chcesz zrobić”. Rób “cokolwiek”, ale w kierunku celu. Rób, a nie czekaj i nie myśl, jak to zrobić najlepiej. Zacznij działać.

Gdy usłyszałam kiedyś taką podpowiedź, to byłam autentycznie zła. Bo co to za rada “zacznij to robić”, skoro nie wiedziałam jak mam robić, od czego zacząć. Złościłam się, bo nie było to zgodne z moim przyzwyczajeniem. Wcześniej zawsze zaczynałam działać dopiero gdy miałam wszystko przemyślane i kiedy miałam szczegółowy plan. Mimo to zaryzykowałam (z dużymi oporami) tę nową, inną strategię.

Odpowiedź na pytanie „jak” przychodzi sama (krystalizuje się) w trakcie działania lub znajduje się ktoś, kto potrafi podpowiedzieć, zainspirować. Skupienie się na celu pozwala wyłapywać z otoczenia okazje. Działanie sprawia, że posuwam się w kierunku celu, nawet jeśli są to bardzo małe kroki. Działając widzę różne możliwości (wyostrzone zmysły?), których bez mocno ugruntowanej wizji i celu bym nie dostrzegła . To się dzieje chyba na poziomie podświadomym. Nie umiem tego wyjaśnić. Ale tego doświadczam.

  • Przypominaj sobie to, co spisałeś w powodach swojego działania. Umacniaj i odtwarzaj wizję (obrazy, emocje), żeby nie stracić z oczu kierunku i celu. Mnie to pozwala utrzymać kierunek.:-)
  • Monitoruj “wstrzymywacze” – sprawdzaj, co w danym momencie Cie wstrzymuje przed kolejnym krokiem, co rozprasza, co zjada Twój czas bezproduktywnie (uwaga: odpoczynek nie jest bezporoduktywnym traceniem czasu). Często nie są to rzeczy materialne czy bytowe. Często to naprawdę coś, co mamy (budujemy) w naszej głowie – z obaw, z potrzeby obrony dotychczasowych zwyczajów, z niechęci wyjścia poza strefę komfortu. Wyjście ze strefy komfortu w coś, co nieznajome, jest nieodłącznym elementem wielu przedsięwzięć – zrealizowanych marzeń. :-)

Pozdrawiam
i życzę wielu marzeń, które będziecie z radością realizowali.

Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Muszę, chcę, wybieram… Słowa mogą wiele

Marzec 1st, 2010

Jakiś czas temu zauważyłam, że niektórzy ludzie, zwłaszcza Ci pełni dobrej energii, intensywnie ale i efektywnie działający w swoim życiu, rzadko kiedy czują się zmęczeni. Podobnie stosunkowo rzadko miewają złe nastroje. Zaczęłam słuchać, jak i co mówią. Jakich słów używają.  Zwróciłam też uwagę na to, że modyfikacja sposobu komunikowania się ze sobą i z otoczeniem pozwala na zmianę postawy, samopoczucia, a tym samym niemal automatycznie wpływa to na  zwiększenie świadomości i komfortu tego życia. Najprościej według mnie tych zmian dokonać na poziomie słownictwa. Nie znaczy to oczywiście, że zmiany powinny dokonywać się wyłącznie w tej sferze, ale od czegoś trzeba zacząć. :-)

Zaczęłam zatem „przyglądać się” słowom.  Testy robiłam na sobie. :-) Przestałam prawie w ogóle używać słowa „porażka”. Pisałam już o tym. Rzadko używam słowa “przegrana”. Przyszła kolej na inne słowa. Uważnie słuchałam, co sama do siebie mówię, jakich słów używam. Potem ćwiczyłam nowy sposób wyrażania się. Czasem było tak (sprawdźcie, czy też tak czasem sobie mówicie):

TEKST A  Muszę jutro wstać dużo wcześniej, bo muszę umyć głowę, muszę wyprasować bluzkę (dziś nie mam już siły). Muszę zdążyć na ten pociąg o siódmej, ale wcześniej muszę zdążyć na pocztę.  Jak ja to poskładam. Nic to, jakoś dam radę, muszę dać radę. W pracy muszę przygotować dokumenty dla biura XX, dla dyrektora YY i muszę zdążyć spotkać się z moim zespołem ZZ, bo trzeba przygotować się do spotkania XY. Oj, muszę zaraz po pracy zdążyć do fryzjera, bo przecież nie mogę z taką głową iść wieczorem na kolację z YZ. Czyli muszę dziś iść wcześniej spać, bo inaczej tego nie ogarnę…. Boże, jaka jestem zmęczona tym wszystkim.

Wcale się nie dziwię temu zmęczeniu. Dziś z samego pisania i czytania takiego tekstu czuję się zmęczona i przytłoczona. :-)

Zaczęłam słuchać, czy inni ludzie też tak stale “muszą” wszystko. Wiecie co zauważyłam? Niektórzy nawet „muszą iść siku”. Pomyślałam, że nie jest ze mną tak źle, bo to akurat robię bez żadnego przymusu, a jedynie z potrzeby. To już coś, jestem o krok dalej.

Jak wyeliminować ilość rzeczy, które musimy danego dnia zrobić? Macie pomysły? Przekładanie części zadań na kolejny dzień nie jest rozwiązaniem. Delegowanie obowiązków też nie załatwia sprawy do końca. Ja znalazłam jeden bardzo skuteczny sposób:
Zamieniłam słowo “muszę”, na słowa „chcę” i „wybieram” oraz „decyduję”. W efekcie częściej niż kiedyś robię to, co chcę, co wybieram, co jest moją decyzją, co wynika z mojego planu. I wykonując te same czynności co poprzednio, czuję mniejsze zmęczenie i nie żyję z poczuciem, że tak strasznie dużo rzeczy “muszę” i nie mam siły na robienie tego, co chcę… Dokonałam zmiany na poziomie języka, a efekt przeniósł się na poziom emocji i na samopoczucie. W efekcie dodał mi energii. Wdrażanie tego programu powoli zmienia jakość mojego życia. Przy okazji częściej niż kiedyś poważnie zastanawiam się nad tym, czego naprawdę chcę – w krótkiej i długiej perspektywie czasowej.

Ilość rzeczy koniecznych i ilość rzeczy pilnych, ilość “muszę” potrafi przytłoczyć nawet silnego mężczyznę, a co tu mówić o drobnej kobiecie. Jak dobrze sobie uświadomić, że jedyne, co musimy tak naprawdę, to umrzeć. Niektórzy dodają do tego płacenie podatków. :-) Reszta to coś, co wybieramy, chcemy, o czym sami decydujemy. Nawet z tym “muszę iść siku” jest tak, ze to wybieramy, bo przecież możemy nie iść i poddać się potrzebie fizjologicznej, tylko będziemy potrzebowali zmienić ubranie na suche. :-)

Oczywiście jestem człowiekiem, który dopiero zmienia złe nawyki na dobre, a ta zmiana to proces, więc wpadam jeszcze w pułapki „muszenia”, niemniej pracuję nad tym.  W moim przypadku „muszę” najwierniej przylgnęło do wszelkich określeń dotyczących porannego wstawania, ale i nad tym popracuję. Wszak nie muszę rano wstawać. Naprawdę. Ty też nie musisz rano wstawać. I w nocy do dziecka też nie musisz wstawać. Tylko nasz wybór implikuje określone konsekwencje i jako odpowiedzialni ludzie wraz z wyborem działania wybieramy jego konsekwencje. A to też wybór, a nie „muszenie”. Wybieram to, bo to służy mnie samej lub służy innym (moja korzyść ), a ja tego chcę. Ale jeśli podejmę taką decyzję, to mogę nie wstawać.  I nie przychodzić na czas do pracy. I mogę do niej w ogóle nie chodzić, tylko to będzie miało wiadome rezultaty. Jeśli zgadzam się na takie rezultaty (a mogę się zgodzić – mój wybór) – to wybieram niewstawanie. Ewentualne konsekwencje mojego wyboru, że wstanę są zgodne z moimi planami, które chcę realizować. Zatem wybieram wstawanie. Wybieram, bo mam z tego korzyść.

Teraz zobaczcie jak monolog wewnętrzny oznaczony jako TEKST A zmienia się, w zależności od doboru czasowników i wskazania korzyści :

TEKST B  Jutro chcę wstać dużo wcześniej, żeby umyć głowę, bo lubię mieć świeże włosy i czuję się z tym dobrze. Chcę też wyprasować bluzkę, żeby ładnie wyglądać . Tak to sobie zorganizuję, żeby pojechać tym pociągiem o siódmej, wtedy będę miała więcej niż zwykle czasu i będę mogła napić się spokojnie kawy zanim podejmę ważne działania. Więc skoro chcę jeszcze przed tym pójść na pocztę, to nastawię budzik na godzinę piątą. Tak, dobrze to sobie zaplanowałam.  W pracy po tej kawie chcę zacząć od przygotowania dokumentów dla biura XX, dla dyrektora YY, wtedy będę miała załatwione najważniejsze sprawy. Potem chcę się spotkać się z moim zespołem ZZ, żebyśmy się dobrze przygotowali do spotkania XY. Zwiększymy prawdopodobieństwo dobrych i skutecznych negocjacji i będzie to fajne spotkanie. Po pracy wskoczę do mojej fryzjerki obciąć włosy, dzięki czemu będę miała z nimi mniej pracy, a do tego będę świeżo i atrakcyjnie wyglądać na wieczornej kolacji z YZ. Lubię takie wieczorne spotkania, sprawiają mi wiele radości. No dobrze, to już sobie wszystko zaplanowałam, więc wcześniej pójdę dziś spać, żeby zrealizować ten plan. To będzie dobry dzień.

Zobaczcie, nie zmienia się ilość czynności. Zmienia się ich waga. Są lżejsze i nie przytłaczają. Wszystkie czynności zaplanowane do wykonania zostały w tych samych miejscach tak w przypadku A, jak i B  i w tym samym czasie. Moje zasoby się nie zmieniły – poza zmianą wewnętrznych zasobów energetycznych. Przy takim planowaniu i mówieniu o podejmowanych czy planowanych działaniach, nie czuję zmęczenia na samą myśl o swoich planach. Widzę też potencjalne korzyści i to mi sprzyja. Czuję przypływ energii.

Przeczytajcie tekst A i tekst B jeden po drugim, najlepiej głośno, zobaczcie, jak się z tym czujecie. Widzicie różnicę? Jak Wam się to podoba? Przyda się?

Może zechcecie poćwiczyć w podobny sposób w odniesieniu do Waszych aktywności? Co o tym sądzicie?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,