Archiwum

Posty oznaczone ‘odpowiedzialność’

“Podaj dalej” – zrób coś dobrego dla kogoś innego

Grudzień 9th, 2011

Witam grudniowo. W zeszłym roku dwaj młodzi ludzie, Alek i Kamil, zainspirowani postem na popularnym blogu Alexa, podjęli działanie na rzecz osób potrzebujących, (piszą o tym w komentarzach), czym niezwykle mi zaimponowali. Nie jest bowiem łatwo pomagać bezdomnym w tak pełen szacunku i otwarty sposób. To zeszłoroczne doświadczenie dobra to był początek…

W tym roku postanowili w większym już gronie realizować pomoc na szerszą skalę i tak doszło do przygotowania akcji “Święta dla każdego”. Zapytałam więc, czy mogę rozpowszechnić tę akcję także u siebie na blogu. Odpowiedź była pozytywna. To dla mnie wielka radość, że w ten sposób także i ja mogę przyczynić się do czyjegoś dobra. To także mój ukłon w stronę Młodych Organizatorów, których działanie, zaangażowanie i odwaga czynienia dobra mi naprawdę imponują.

Zachęcam Was zatem do przeczytania poniższego postu gościnnego i zapoznania się ze szczegółami akcji, i oczywiście do udziału w niej. Dodam od siebie, że do akcji może włączyć się każdy, niezależnie od wieku, wykształcenia, miejsca aktualnego zamieszkania. Namawiam też: wykorzystajcie okazję, by zrobić coś dobrego dla innych. Nawet mały gest zwielokrotniony może okazać się megapomocą. Rozpowszechniajcie tę informację wśród swoich znajomych. Im nas więcej, tym więcej będzie dobra.

Poniżej , upoważniona przez Organizatorów, publikuję post w całości i pozdrawiam.
Ewa

__________________________________________________________________________

Rok temu Alex zorganizował na blogu akcję, która zainspirowała mojego Przyjaciela Kamila Przeorskiego i mnie (Alka) do zrobienia czegoś dobrego przy okazji Świąt dla zupełnie nieznanych nam osób. Można o tym przeczytać w komentarzach do podlinkowanego wyżej postu. Szczerze mówiąc było to dla nas dość trudne – podejść do nieznajomych, potrzebujących ludzi, przełamać się i okazać im dobroć i wsparcie, traktując ich przy tym na równi ze sobą, nie wywyższając się.

Ja się stresowałem :-) , ale warto było. Takie uczucie, świadomość tego, że faktycznie zrobiło się coś dobrego jest świetne, daje ogromną satysfakcję. Szczególnie, gdy widzimy autentyczną wdzięczność na twarzach obdarowanych.

Wzorem poprzedniego roku, teraz także zgodnie z zasadą “Podaj Dalej” zdecydowaliśmy zrobić coś dobrego z okazji Świąt dla potrzebujących – tym razem na większą skalę.
I podjęliśmy działania już teraz – to nasza akcja Święta dla każdego”.

Celem akcji Święta dla każdego” jest obdarowanie potrzebujących takimi produktami żywnościowymi, jakie sami chcielibyśmy znaleźć na naszym świątecznym stole i/lub pod choinką.

W związku z tym organizujemy w Krakowie zbiórkę żywności świątecznej, dobrej jakości, o długiej dacie przydatności chcąc w ten sposób rzucić promień słońca i pomóc rodzinom wychowującym/wspierającym osoby niepełnosprawne.

Dajesz im to, co sam chciałbyś mieć na wigilijnym stole.”

- świąteczna zbiórka żywności dla rodzin z osobami niepełnosprawnymi, beneficjentów Fundacji Anny Dymnej “Mimo Wszystko”). Dzięki temu wsparciu mamy możliwość dotarcia do tych najbardziej potrzebujących rodzin.

Zachęcamy Was do udziału w tej akcji, mamy nadzieję, że osoby, które przeczytają poniższy tekst zechcą połączyć siły i wspólnie z nami udzielić choć małej pomocy drugiemu człowiekowi. Zapraszamy do udziału w organizowanej przez nas świątecznej akcji.

Szukamy również osób z całej Polski, które byłyby chętne wesprzeć potrzebujących i nas w inny sposób – wszystkie informacje wysyłamy osobom chcącym dać coś od siebie na maila – patrz niżej.

Zbiórka żywności odbędzie się w Krakowie i Gdańsku 14, 15 i 16 grudnia (śr, czw, pt) między 10:00 i 18:00 na:

a) Politechnice Krakowskiej – Budynek Główny (WiL)
b) Uniwersytecie Jagiellońskim – Kampus
c) Wyższej Szkole Europejskiej w Krakowie
d) Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie
e) Uniwersytecie Gdańskim
f) Politechnice Gdańskiej

Dokładne lokalizacje znajdziecie na stronie internetowej akcji.

Bardzo ważna informacja – przeczytajcie tutaj o jakie produkty konkretnie chodzi.

Gorąco zachęcamy do dania czegoś od siebie i odwiedzenia nas. Paulina, Łukasz, Kamil i Alek będą na Politechnice Krakowskiej w piątek 16.XII między godziną 14:00 a 18:00, Piotr na Uniwersytecie Gdańskim w czwartek 15.XII od 10:00 do 17:00, wówczas będzie też możliwość by się poznać i porozmawiać :-)

W zamian za pomoc umieścimy Wasze imię i nazwisko na stronie internetowej w zakładce “Podziękowania” – oczywiście tylko wtedy, gdy taka będzie Wasza wola.

Osoby z całej Polski chcące pomóc w akcji i nie będące w stanie przyjść na zbiórkę gorąco prosimy o przesłanie do Pauliny, Łukasza, Piotrka i mnie wiadomości na adres: info[małpka]swietadlakazdego.pl
Przez kolejny tydzień będziemy odpisywać na wszystkie maile do 24 godzin. W odpowiedzi podamy niezbędne informacje o tym, co możecie zrobić dla potrzebujących. Odpowiemy na wszystkie Wasze pytania związane z naszym przedsięwzięciem. Jesteśmy do Waszej dyspozycji.

Zapraszamy również na profil akcji “Święta dla każdego” na Facebook.

Zachęcamy też do dyskusji tutaj, w komentarzach – jeśli choć jedna osoba opisze w jaki sposób coś zrobiła, cel tego postu zostanie osiągnięty.

Na ile możemy liczyć na Wasze wsparcie? :-)

__________________________________________________________________________

Paulina Pawlik o sobie: Skończyłam matematykę na Politechnice Krakowskiej, aktualnie prowadzę restaurację w Zabrzu. Jestem pasjonatką nurkowania i książek fantasty. Uwielbiam organizować różne akcje, od małych imprez po duże szkolenia. Jako studentka byłam przewodniczącą Erasmus Student Network na Politechnice.

Łukasz Lemański o sobie: Moją pasją jest sprzedaż. Mam 10 lat doświadczenia w sprzedaży i 4 lata jako menedżer. Obecnie łączę swoje zainteresowania i doświadczenie zajmując się marketingiem internetowym i z sukcesami prowadząc własną firmę – Enil. Pasjonują mnie pozytywne osoby dążące do szczęścia i sukcesu. Lubię grać w siatkówkę.

Aleksander Piechota o sobie: Interesuję się komunikacją interpersonalną, marketingiem internetowym, zarządzaniem projektami i sprzedażą. Mówię po angielsku i komunikuję po hiszpańsku – jestem fanem skutecznych metod nauki języków obcych – lubię uczyć innych angielskiego. Pracowałem w USA jako Beach Attendant, ogrodnik, kelner i osoba myjąca jachty motorowe. Lubię biegać, czytać i grać na gitarze elektrycznej. Mam 22 lata.

Piotr Stanek o sobie: Jestem miłośnikiem aktywności fizycznej i psychicznej, kocham biegać. Wdrażam ideę Running&Reading Jestem optymistą z doświadczenia. Interesuję się marketingiem (social media i osobistym), rozwojem osobistym, koordynacją projektów, poznawaniem ludzi z pasjami i przełamywaniem barier. Moje najważniejsze motto: “Be yourself”. Zachęcam do wsparcia naszej akcji i bardzo się cieszę, że mogę pomóc.

Uncategorized , , , , , , ,

Gdy zagrożone jest życie – nie czekaj, działaj!

Maj 21st, 2011

W ciągu niespełna 3 tygodni dwukrotnie stanęłam wobec sytuacji wymagającej ratowania czyjegoś życia w sensie dosłownym. Jak pewnie wielu z Was – nie jestem lekarzem, nie mam przygotowania medycznego, nigdy wcześniej nie byłam w takiej sytuacji. Tych sytuacji nie byłam w stanie przewidzieć.

Sytuacja bezpośredniego zagrożenia czyjegoś życia zawsze jest wyjątkowa, zaskakująca, budząca emocje. Zawsze jest też inna. Dla jednych – paraliżująca, dla innych – „wymuszająca” działanie. Wezwanie pomocy nie zawsze wystarcza, ale jest bardzo ważne i jak pokazało mi doświadczenie – dla wielu ludzi nie jest odruchem, nie jest działaniem “z automatu”.

Ważne jest, by mieć wewnętrzną gotowość udzielania pomocy. Według mnie to zależy od kilku ważnych elementów (pewnie jest ich więcej, jednak te wydają mi się kluczowe):
- drugi człowiek, kimkolwiek by był – jest dla Ciebie ważny i ważne jest jego życie, i zakładasz, że jeśli ktoś będzie potrzebował pomocy ratującej życie, to Ty będziesz działać
- wiesz, co możesz zrobić, wiesz, jak wykonać resuscytację dorosłego człowieka, a jak dziecka – choćby teoretycznie (w Internecie bez problemu znajdziesz info, jak udzielać pierwszej pomocy.
- przyjmujesz jako zasadę, że nie wolno Ci zaniechać działania i czekać aż inni będą działać,  jesteś gotowy wziąć na siebie te odpowiedzialność
- wiesz, co może zaszkodzić (w większości przypadków nie rusza się np. człowieka z podejrzeniem uszkodzenia kręgosłupa, chyba że tylko to może mu uratować życie – nawet kosztem późniejszej jego jakości)
- znasz numer pogotowia (112 z komórki bezpłatnie), GOPR/TOPR (601 100 300) i masz gotowość korzystania z tego numeru (ja wielokrotnie dzwoniłam np. widząc, że ktoś zasłabł, że ktoś bezdomny i brudny leżał gdzieś na chodniku, etc)

Warto się dowiedzieć,co zrobić, żeby w sytuacjach, które – jeśli się zdarzą – móc podjąć właściwe działanie. Po pierwsze – wezwać pomoc. Wezwanie pomocy jednak nie zawsze wystarczy. Zawsze liczy się czas. Nie zawsze damy radę uratować życie. Nie na wszystko mamy wpływ. Ale zawsze jesteśmy w stanie zrobić to, co naprawdę ważne i konieczne, by zwiększyć czyjeś szanse na przeżycie i móc go przekazać lekarzom, gdy fachowa pomoc przyjedzie. Ważna jest trzeźwa ocena sytuacji – ocena stanu człowieka i potencjalnych największych zagrożeń i określenie możliwości działania.

Kiedy sąsiadka przybiegła z informacją, że jej mąż umiera, natychmiast wezwałam pogotowie i wraz z drugą osobą pobiegłam do jej mieszkania. Człowiek siedział w fotelu bez oznak życia. Brak tętna na tętnicy szyjnej, brak oddechu, skóra bez koloru, serce nie pracowało. Sąsiadka w płaczu, że on nie żyje. Nie mnie oceniać szanse przeżycia w takich sytuacjach. Moją rolą było udzielanie koniecznej i możliwej pomocy. Po pierwszych sekundach, kiedy się spociłam z emocji i na moment nogi mi się ugięły – jak maszyna przystąpiłam do działania. Podniesionym zdecydowanym głosem wrzasnęłam: ratujemy. Na trzy na ziemię: raz, dwa, trzy. Solidnie zbudowanego mężczyznę szybko dałyśmy rade położyć na ziemi (w takich sytuacjach siłę ma się ogromną). Natychmiast podjęłam masaż serca. Obiema dłońmi położonymi jedna na drugiej, klęcząc obok człowieka zaczęłam rytmiczne na głębokość kilku centymetrów uciskać klatkę piersiową. Krzyknęłam do sąsiadki, że teraz nie płaczemy tylko ratujemy. Kazałam odchylić głowę pacjenta i opróżnić jamę ustną (proteza zębowa), a następnie zatkać noc w wykonać 2 wdmuchnięcia, żeby się uniosła klatka piersiowa. Pilnowałam co robi i jak. Ja robiłam masaż i liczyłam, a sąsiadka na moje komendy wykonywała wdmuchnięcia. 30 ucisków, 2 wdmuchnięcia. Szybkie komendy podniesionym głosem wymuszały na niej działanie. Okazało się, że mój głos, zdecydowanie spowodowały, że przejęłam pełną kontrolę nad sytuacją. Oddech nie wracał, akcja serca też nie. Byłam konsekwentna. Karetka przyjechała bardzo szybko. Ale w takich sytuacjach czas upływa zupełnie inaczej, dlatego ja koncentrowałam się na działaniu, a nie na czekaniu. Zadbałam o to, by kolejna osoba wyszła przed budynek i czekała na karetkę, żeby im machać i żeby nie szukali, nie czekali, aż ktoś domofonem otworzy drzwi. To są sytuacje, kiedy liczy się każda sekunda. I ona trwa bardzo długo. Kiedy lekarze weszli, przejęli ratowanie, ja odraportowałam jaka była sytuacja i co zrobiłam. Usłyszałam: „Zrobiła pani wszystko co trzeba”. Kiedy lekarze ratowali życie – ja zajęłam się sąsiadką. Chodziło o to, by nie przeszkadzać ratownikom, nie płakać im nad głową, żeby mieli jak największy komfort pracy, spokój, przestrzeń. Długo trwała jeszcze akcja ratunkowa. Nie udało się niestety uratować życia. Wolałabym, żeby było inaczej. Jednak zrobione zostało wszystko, co można było. Ja zrobiłam wszystko, co mogłam, nie zaniechałam działania.

Na emocje przyszedł dla mnie czas dopiero wieczorem. W nocy nie spałam. I szczerze mówiąc kilka dni później jeszcze nie mogłam tak zupełnie ochłonąć. Ale na czas ratowania życia emocje zeszły na plan zupełnie nieistotny. Takiej siebie nie znałam. Bo i w takiej sytuacji nigdy nie byłam.  Wtedy też przyszło mi na myśl, że wiedza o tym, jak ratować życie powinna być powszechnie znana, bo przecież to na wagę życia. Stąd ten post.

Dwa dni temu wysiadłam z pociągu , przejście jest nad torami, kładką. Z kładki zobaczyłam człowieka leżącego na torach. Szynę miał dokładnie pod plecami, leżał na wznak, na środku torów, którymi za chwile mógł jechać pociąg. Pociągi podmiejskie jeżdżą często. Dwóch mężczyzn stało obok. Nie wchodziłam na tory. Miałam inne zadania. Szybko oszacowałam, ze największym zagrożeniem jest pociąg i na tym się skupiłam. Nie schodząc z kładki zapytałam, czy przytomny – usłyszałam, że tak. Czy w kontakcie – tak. Czy może się ruszyć – nie. Czy wezwali pomoc – nie. Natychmiast wybrałam 112, poinformowałam, gdzie jestem, na jakim torowisku leży człowiek, w jakim kierunku pociąg jeździ tym torem, żeby wstrzymać pociągi i wezwać karetkę. W mojej ocenie najważniejsze było, by pociąg, który może przyjechać, nie zabił człowieka. Rozmawiając przez telefon szłam już na stacje, gdzie także przekazałam info, by szybko wstrzymać ruch. Gdy pani ze stacji potwierdziła mi, że ruch wstrzymany – zadzwoniłam ponownie pod 112 i szybko i konkretnie opisałam sytuację. Dowiedziałam się, że karetka jedzie, więc poszłam w kierunku torów, żeby to powiedzieć, żeby i ten poszkodowany dostał informację, że pomoc w drodze i że pociąg mu nie zagraża (leżał przecież bez możliwości ruchu, świadomy sytuacji). Potem wyszłam przed stację, podniosłam rękę do góry, żeby karetka podjechała we właściwe najbliższe możliwe miejsce. Od razu odraportowałam jaki jest stan człowieka i ruch pociągów wstrzymany. Potem poczekałam, aż zabiorą człowieka do karetki.

W pierwszej sytuacji nie było wielu ludzi – wołanie o pomoc było konkretnie skierowane – sąsiadka przyszła do nas po pomoc. Jednak w drugim przypadku, z pociągu wraz ze mną wysiadło sporo ludzi. Ja nie oglądałam się na innych – podjęłam działanie. Przede mną nie było zgłoszeń o tym wypadku! A przecież telefony komórkowe ma niemal każdy.

Piszę o tym, by zaapelować: warto choćby dla uratowania jednego życia podjąć działanie, zadzwonić po pomoc, wiedzieć, co samemu można zrobić. Powinniśmy wiedzieć, jak możemy ratować cudze życie. I powinniśmy podejmować działanie nie czekając, aż zrobi to ktoś inny. Bo może się okazać, że wszyscy tylko patrzą i czekają, a nikt nie wzywa pomocy i nikt nie działa. Jeśli pogotowie dostanie 5 informacji, to pacjentowi to nie zaszkodzi. Jeśli wszyscy będą się oglądać na innych – pomoc może nigdy nie nadejdzie. Może nigdy nie staniesz w podobnych sytuacjach, ale może się zdarzyć, że będziesz jedynym, który to może i potrafi to zrobić. Więc działaj nie oglądając się na innych.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , ,

Ludzie czy liczby?

Maj 8th, 2011

Długi czas minął od opublikowania ostatniego postu, jako że jestem mocno zaangażowana w poważną transformację w swoim życiu i oddaję temu zadaniu zarówno wolny po pracy czas, jak i większość swoich myśli. Tak więc dziś krótko. :-)

Kiedy w Google wpiszemy hasło „firma to przede wszystkim ludzie”, wyszukiwarka wyrzuca sporo wyników. Wiele firm, zarówno wielkich jak i kilkuosobowych podziela pogląd, że firma to przede wszystkim ludzie, że o wartości firmy stanowią zatrudnieni w nich ludzie, że ludzie zaangażowani i kompetentni stanowią wartość, majątek firmy, etc. Często czytam zdanie “największą wartością naszej firmy są ludzie”. Nawet program „Rozwój kapitału ludzkiego” i liczne realizowane projekty wskazują na wartość inwestowania w ludzi, na wartość ludzi dla rozwoju firm.

Mimo to, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, ostatnio z ust kogoś z poziomu zarządu jednej z dużych firm usłyszałam, że firma to przede wszystkim liczby. Osłupiałam, po czym – gdy już mogłam złapać oddech – powiedziałam, że ja reprezentuję “szkołę” zupełnie odmienną, mianowicie tę, według której firma to przed wszystkim ludzie, a liczby są wtórne, jako efekt pracy ludzi.

Nie jest dla mnie niczym obcym i dziwnym, że wyniki finansowe są niezwykle istotne, ich nieustanne podnoszenia a choćby i utrzymanie na stabilnym poziomie umożliwia firmom dalsze działanie i bycie na rynku, rozwój etc. Nie jest też dla mnie tajemnicą, ze zarządy firm są rozliczne ze swojej pracy na podstawie wyników finansowych. Niemniej „liczby” czyli wyniki finansowe są efektem działania ludzi, a nie odwrotnie. Im lepsi ludzie, bardziej zmotywowani, szanowani, pobudzani, uznawani, kompetentni  etc, tym lepsze wyniki (przynajmniej w znanych mi przypadkach). Bez ludzi cyfry / liczby są jedynie w kalkulatorze, a w firmie trudno o wyniki bez ludzi.

Konsekwencje takiego „liczbowego” podejścia wydają mi się „opłakane” w długoterminowym podejściu. Oznaczać to bowiem może niewypowiedziany wprost ale przejawiający się w decyzjach i działaniach  brak szacunku dla ludzi jako kluczowego „elementu” firmy, co może się przekładać na brak troski o ich rozwój, brak działań motywujących, nieumiejętność wykorzystywania kompetencji ludzi, brak pobudzania w ludziach pasji etc. W efekcie można się spodziewać stopniowego odpływu wartościowej kadry, zespół “wyrobników” jako efekt takiego podejścia, stłumienie zaangażowania ludzi itd. W efekcie – gorsze wyniki, gorsza reputacja, trudniejsze zarządzanie. To oczywiście mój pogląd.

Ciekawa jestem Waszych refleksji, opinii i doświadczeń wokół tych dwóch odmiennych postaw zarządczych (tak chyba to mogę określić, bo za poglądami idą zwykle określone działania lub ich zaniechanie).

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Żeby się Wam lepiej pracowało…

Marzec 20th, 2011

Mam za sobą sporo lat pracy i niemało tzw. doświadczenia życiowego, niemniej wciąż spotykam się z postawami czy sytuacjami, które mnie zaskakują.  Niekiedy bardzo pozytywnie. Dziś wracam do notatki zrobionej jakiś czas temu, by w poście podzielić się z Wami swoim pozytywnym doświadczeniem. Uznałam, że to może być inspirujące.

Po kolei może. Działy techniki, informatyki etc są takimi komórkami w organizacji, które z założenia mają służyć tzw. wewnętrznym klientom, czyli innym pracownikom / działom. Z moich obserwacji jednak nie często się zdarza, że pracownicy tych działów to rozumieją. Wielu ludziom trudno jest przyjąć postawę służby. Wewnętrzny klient często „przeszkadza w pracy”, a działania tych zespołów sprowadzają się do „gaszenia pożarów”.  Wtedy jest „niedoczas”, nerwy, zniecierpliwienie etc.

Jakiś czas temu przeżyłam wielkie pozytywne zaskoczenie. Do każdego z moich pracowników podszedł człowiek i z pogodnym nastawieniem, ciepło, spokojnie i z niekłamana życzliwością zadał pytanie: „Co możemy dla Was zrobić, żeby Wam się lepiej pracowało?”. Świetne pytanie, super postawa! Słuchał cierpliwie o problemach, o czym rzecz jasna większość z nas opowiadała językiem nietechnicznym, wskazując na objawy, a nie przyczyny. Po nitce do kłębka powstała lista rozwiązań zawierająca informacje o koniecznych i o przydatnych zmianach. To był bardzo szybki proces i skuteczny, a przy tym przyjemny, życzliwy, serdeczny.

Po tej “roboczej wizycie” została w nas bardzo dobra energia, dodatkowa wartość, której nie umiem teraz nazwać. Poczucie, że dzieją się dobre rzeczy, gdy ludzie chcą się nawzajem zauważać, szanować, wspierać – właśnie w pracy, zgodnie z dobrze rozumianym pojęciem „służby”.,

Podejście takie jak zaprezentował zespół nazwijmy to wsparcia technicznego jest według mnie świetne z kilku powodów:

- pozwala wyprzedzać problemy, a nie reagować dopiero, gdy się pojawiają i “gasić pożary”,
- jest to postawa proaktywna, a nie reaktywna, co bardzo cenię i szanuję,
- inni pracownicy doceniają takie działania i odpowiadają na to życzliwością i chęcią współpracy,
- buduje się relacja wzajemnego szacunku i uznania,
- pracownicy, którzy spotkali się z takim pozytywnym traktowaniem chcą przekazywać to dalej,
- pracownicy budują dzięki temu bardzo pozytywny wizerunek siebie i swojej pracy.

Przy okazji – taka postawa to nie wynik odbytego szkolenia. Ci ludzie po prostu zdecydowali, że chcą być pomocni i wzajemnie się zarażają takim podejściem. Dla mnie super!

To zdarzenie, z pozoru niewinne i niewielkie, uświadomiło mi, że mogę częściej pytać moich ludzi: Czy jest coś, co mogę dla Was zrobić, żeby się Wam lepiej pracowało? Czy jest coś, co mogę dla Was zrobić, żebyście mogli być bardziej skuteczni? Czy jest coś, co mogę dla Was zrobić, żebyście przychodzili tu z coraz chętniej ?

To pytanie bardzo mi przypadło do gustu, bo  w samym pytaniu ukryty jest komunikat, że jestem gotowa zrobić coś konkretnie dla Ciebie czego potrzebujesz. Zgodzicie się, że to zupełnie inaczej brzmi, niż np. „Co można zrobić, żeby się nam lepiej pracowało, żebyśmy osiągali lepsze wyniki…”?. Zdecydowanie jestem za postawą: „Co mogę dla Ciebie zrobić, żeby Ci się lepiej pracowało”.

W kontekście powyższego przyszło mi do głowy, że warto analizować swoje postępowanie/działanie: Czy jesteś strażakiem nieustannie gaszącym pożary? Czy wyprzedzasz problemy, czy tylko za nimi podążasz? Działasz reaktywnie czy proaktywnie? Czy jesteś wsparciem dla innych? Czy tak właśnie postrzegają Cię inni ludzie i inne zespoły? Czy masz poczucie służby?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , , , ,

Niesmaczne Czekoladowe Życie

Marzec 13th, 2011

Co jakiś czas, zwykle w soboty, u mnie na osiedlu pewna kobieta zbiera jedzenie, bo sama nie jest w tej chwili w stanie utrzymać swoich dorastających córek. Bardzo skromna, pokorna, kontaktowa, życzliwie nastawiona do ludzi. Widać też, że bardzo zmęczona, a z rozmowy wiem, jak i dlaczego jest jej tak trudno. Mniejsza o szczegóły. Jakiś człowiek, jakaś konkretna rodzina potrzebuje pomocy – jedzenia.

Dziś (także w sobotę) usłyszałam o tzw. festiwalu związanym z kawą, czekoladą etc. – Telewizyjny Kurier Warszawski 12 marca 2011 – o festiwalu „Czekoladowe Życie” (ostatnia wiadomość w programie)  TUTAJ [Uwaga: teraz link działa już mam nadzieję poprawnie, poprzedni błędny był wynikiem skorzystania z opcji "prześlij link znajomym", a system przesyłał błędny link].

Co ma jedno do drugiego? To za chwilę.

Na stronie internetowej tego festiwalu jest informacja, że u 3,5-metrowe Czekoladowe Drzewo od pewnej firmy zostanie zlicytowane na szczytny cel (tego nie ma w telewizji) – to dobre działanie. Tylko jak ono  ma się do specyficznego pożegnania zimy w czasie tego samego wydarzenia? O czym konkretnie mówię? Otóż do kamery pewna zadbana i zadowolona młoda kobieta (związana z organizacją wydarzenia jak sądzę) powiedziała o tzw. czekoladowym pożegnaniu zimy: „Zamiast Marzannę topić, chcemy obrzucić  ją pysznymi kremowymi tortami”. Zatkało mnie.  Natychmiast sobie to ładne “okrągłe” zdanie przełożyłam na konkret: pełnowartościowe, pyszne jedzenie zostanie wyrzucone dla zabawy i w związku z zabawą. Będzie lądowało na kukle i spadało na podłogę a potem trafi na śmietnik. Co to za wydarzenie, co to za pomysł, co to za promocja, co to za pseudo PR?!

Wyrzucanie pełnowartościowego jedzenia czy rzucanie jedzeniem wydaje mi się niegodziwe, szczególnie w kontekście tego, co obserwuję wokół. Jak dla mnie – coś tu nie gra: z jednej strony licytacja drzewka na szczytny cel, a z drugiej – pożegnanie zimy sprowadzające się do wyrzucania jedzenia i robienia z tego widowiska.

Mamy w Polsce (w Warszawie także) niedożywione dzieci, niskie kwoty przeznaczane na posiłki dla ludzi z ośrodków opieki, szpitali, domów pomocy, domów dziecka, ośrodków dla bezdomnych, mamy emerytów żyjących na granicy ubóstwa. Mamy po drugiej stronie firmy, instytucje,organizacje wspierające ubogich, finansujące obiady dla dzieci, realizujące zbiórki żywności, mamy indywidualnych ludzi pomagających potrzebującym, czasem dzielących się po prostu tym, co mają w lodówce.

Zimę można było symbolicznie zakończyć inaczej – zaprosić dzieci, by może po raz pierwszy miały okazję skosztowania  pysznego kremowego tortu i poczuć się ważnymi, ugoszczonymi, a “Marzannę” potraktować jako wyłącznie dekorację? Albo zawieźć te torty do potrzebujących w jakimś ośrodku i dać je jako zapowiedź wiosny (nie mówcie tylko, że problemem jest tu podatek od darowizny) ? A może wystawić tę “Marzannę” i zaprosić ludzi “z ulicy” na „Marzannowe Delicje”?
Że to wszystko mniej medialne? Bzdura. Mniej widowiskowe, ale nie mniej medialne.

Mogę sobie nawet wyobrazić, ile przy tym rzucaniu tortami będzie śmiechu i zabawy. Ja jednak całkowicie pozbawiona jestem w takich sytuacjach poczucia humoru. Czy my żyjemy w kraju, w którym jedzenia wszyscy mają tyle, że możemy je wyrzucać robiąc przy tym imprezę i widowisko? Dla kogo? Po co? Żeby w kronice wydarzenia zamieścić „fantastyczne” zdjęcia obrzuconej tortami Marzanny? Żeby patron czy sponsor mógł się sfotografować jak rzuca tortem?

Niestosowne. Zgrzyta zwłaszcza, gdy się sprawdzi, kto jest organizatorem i co ma w statucie . Zgrzyta mi także, gdy wiem, kto temu patronuje (o tym, kto jest organizatorem, a kto patronem dowiedziałam się TUTAJ- na stronie Festiwalu tego nie znalazłam).

To oczywiście tylko moje zdanie, moja subiektywna opinia – każdy ma prawo mieć własny pogląd na ten temat. Ja nie mogłam tego przemilczeć. Może ktoś z ludzi organizujących różne special events przeczyta i uchroni się (i nas) przed podobnymi nie do końca przemyślanymi pomysłami i realizacjami w przyszłości…

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Igrzyska, igrzyska…

Grudzień 20th, 2010

Dziś, spokojnie mieszając w garnku z kapustą, oglądałam “Wiadomości” w telewizorze :-)   Usłyszałam dwie następujące informacje – jedna po drugiej w kolejności, w jakiej przytaczam:

1.       Dziecko ciężko poparzone leży we wrocławskim szpitalu, matka nie odwiedza, ograniczone prawa rodzicielskie etc. Rany oparzeniowe dziecka szybciej i lepiej by się goiły, gdyby dziecko mogło mieć specjalne „ubranko” uciskowe. Niestety – jak informuje na antenie  lekarz prowadzący – NFZ nie refunduje takich „ubranek”, szpital też nie kupuje. zwykle kupują je rodzice. jak się łatwo domyślić – ten ostatni przypadek tutaj nie zaistnieje. Matka nie kupi. Efekt – dziecko będzie dłużej chore, co nas będzie więcej kosztowało i efekt takiego leczenia będzie gorszy etc, etc.

2.       Widowisko otwarcia Stadionu Narodowego w Warszawie będzie kosztowało10 mln zł . Trwać będzie ok. 2 godzin.

Co łączy te dwa zdarzenia? Pieniądze i słowo “odpowiedzialność”

Ile ubranek uciskowych można zamówić za 10 mln. ? Ilu chorym na np. mukowiscydozę i inne kosztowne a rzadkie choroby można pomóc?  Miesiąc leczenia chorego na mukowiscydozę to 4 tys zł. Ile badań przesiewowych można zrobić? Nie zaspokoimy tym wszystkich potrzeb, ale… Ważne, jakie są priorytety.

W poznańskim szpitalu skończyły się pieniądze na unikalny i ważny program badawczy, w efekcie którego chorzy na nowotwór skóry – czerniaka złośliwego mają przedłużone życie o wiele lat. Zaniechanie szczepienia spowoduje u nich prawdopodobnie silny atak choroby i śmierć. Ludzie są przerażeni, ale pieniądze się skończyły. Nie ma!  NFZ nie może pokrywać kosztów niezarejestrowanego leku. Heh, tak się zaprzepaszcza nie tylko pracę wielu ludzi, dotychczas wydane środki idą w błoto, a badacze – jeśli ważne jest dla nich doprowadzenie badań do końca – wyjadą z kraju. My będziemy potem płakać, ze Polski nie stać na zakup takiego leku i leczenie naszych chorych. Chorzy będą leżeć w szpitalach i będą “uzasadnionym kosztem” … Aż do śmierci.

Wiem, wiem, to inne budżety, inne regiony kraju, inne resorty, urzędy, inni ludzie, inne zakresy kompetencji etc, etc. Czy to wystarczające uzasadnienie czy usprawiedliwienie?

Tam, gdzie wydaje się pieniądze tzw. “państwowe” nie można zapominać, że to pieniądze Twoje, moje – z naszych kieszeni, przez nas wypracowane, bo z naszych podatków. Być może widowisko otwarcia będzie sfinansowane z innych środków, jednak trudno mi wewnętrznie zgodzić się z takim ich wydawaniem. Co do pieniędzy z budżetu państwa – nikt nigdy nie próbował się przed nami rozliczyć, wykazać, że dobrze gospodaruje powierzanym majątkiem i pieniędzmi – odpowiedzialnie i mądrze, czy głupio, bezrefleksyjnie, bez odpowiedzialności i niestety bez konsekwencji.

Igrzyska, igrzyska, widowiska…

Na co dzień o tym nie myślę, nie chcę, nie mam czasu – różnie. Gdy jednak słyszę takie dwie informacje w ciągu dwóch minut, to mnie to bulwersuje, gorszy, zniesmacza. I wtedy zastanawiam się, jakie jest prawdopodobieństwo, że dożyję czasów, gdy życie i zdrowie człowieka będzie ważniejsze od igrzysk i fajerwerków…. Co mogę zrobić? Nie wiem.

Ktoś powie, że wielkie otwarcie stadionu jest ważne. Ok. Czemu zatem nie może to być mega koncert charytatywny na rzecz np. zebrania środków na badania szczepionki na raka skóry (zysk z biletów), a pieniądze – te 10 mln. zamiast do agencji na zrobienie imprezy mogą trafić na leczenie chorych, doposażenie szpitala, etc.  To byłby fajerwerk, ale innej klasy…

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Wyrośnięte dzieci

Wrzesień 12th, 2010

Dzieciństwo kojarzy mi się z beztroską, zabawą, oparciem w rodzicach, brakiem konieczności podejmowania trudnych decyzji i przede wszystkim z faktem, że na rodzicach a nie na mnie spoczywała odpowiedzialność za moje życie. To chyba dość typowe dla dzieciństwa (pomijam przypadki skrajne, patologiczne etc.).  I to było dla mnie wygodne. I długo nie chciałam z tego zrezygnować. A kiedy zrezygnowałam, to po jakimś czasie zbierania rożnych doświadczeń (nie tylko pozytywnych, ale i bolesnych) naprawdę posmakowałam w dorosłości. Zdobyte doświadczenia owocują od szeregu lat.

Dorosłość czy lepiej dojrzałość to umiejętność podejmowania samodzielnych decyzji i ponoszenie konsekwencji tych decyzji – niezależnie czy były dobre, czy złe. Nadal można się bawić, ale jak „zabawisz” i zawalisz w wyniku tego coś ważnego – Ty ponosisz i konsekwencje, i Ty ponosisz odpowiedzialność – nie Twój kolega, z którym byłeś w klubie, nie Twój partner, którego wybrałeś, nie “czasy, w których żyjesz”. Ty! W dorosłym życiu (życiu dorosłego, dojrzałego człowieka) liczba dostępnych zabaw jest wielka. W dorosłym życiu też nie musisz podejmować trudnych decyzji – możesz po prostu dać się rzeczom dziać bez Twojego udziału. Ale ten brak decydowania to też decyzja.  :-)  I Ty ponosisz jej konsekwencje i odpowiedzialność – nie Ci, którzy podjęli decyzję „za Ciebie”. I tak jest. Czy to dobre, czy złe? Nie wartościuję. Tak jest. Mnie to  odpowiada. :-)   Ja mogę powiedzieć, że  miałam dobre dzieciństwo,  stosunkowo długą drogę do dojrzałości dorosłego człowieka, a teraz  cieszę ze swojej drogi i tego, dokąd doszłam w wyniku swoich decyzji, choć nie zawsze było różowo.  ;-)

A Ty?
Co Ci się podoba w dorosłości?
Chciałbyś, żeby cofnął się czas do lat dzieciństwa?
Jeśli tak, to co takiego Cię pociąga w dzieciństwie?
Za co z dzieciństwa oddałbyś swój obecny stan / czas?

Ja niekiedy chciałabym przeżyć jeszcze raz kilka dziecięcych dni. Ale nie oddałabym za to dni swojego dorosłego życia. Bo jest mi w nim ze sobą dobrze. To wcale nie znaczy, że teraz jest zawsze lekko, łatwo i przyjemnie.

Bycie rodzicem małego dziecka to ponoszenie odpowiedzialności za jego życie, bezpieczeństwo, rozwój.  Jednak mądrzy rodzice pozostawiają margines na decyzje dziecka i pozwalają mu odczuć skutki (pozytywne lub negatywne) jego decyzji.  Im wcześniej – tym lepiej.  To piszę nie jako rodzic, ale jako dziecko swoich rodziców, które ponosi konsekwencje sposobu wychowania itp. A także jako baczny obserwator i słuchający rozmówca. :-) Chowanie dziecka „pod kloszem” nie jest według mnie dobrym pomysłem. Jeśli rodzice nie stwarzają dziecku możliwości podejmowanie decyzji lub też chronią je przed skutkami jego własnych decyzji – nie pozwalają mu dorosnąć, dojrzeć, nauczyć się tego, co jest esencja dorosłości. Nadopiekuńczość krzywdzi dziecko i nie pozwala mu dojrzeć.

Dlaczego o tym piszę tu na blogu?

Bo od czasu do czasu spotykam „wyrośnięte dziewczynki”  i “wyrośniętych chłopców” – być może właśnie  “ofiary” nadopiekuńczych rodziców, przywiązanych do dzieciństwa swojego dziecka, rodziców, których sensem życia jest dziecko i którzy chcą to dziecko zachować dla siebie jak najdłużej, przez co nie pozwalają tym dzieciom dojrzeć.  Rodziców, którzy niekiedy niezadowoleni ze swego życia, chcą uchronić swoje dzieci przed dorosłością. Może stąd mówi się, że szczęśliwi rodzice wychowują szczęśliwe dzieci? Może dlatego często pozostawione same sobie dzieci, choć niezadbane, wielokrotnie lepiej sobie radzą w dorosłym życiu, niż te “zadbane na wyrost”…

Te “dzieci” mają po dwadzieścia, trzydzieści, czasem wiele  więcej lat. Są grzeczni, miewają super oceny w indeksach, są na czas, a jednak coś jest nie tak…  Zachowują się jak grzeczne dzieci – miłe, uśmiechnięte, dygające na przywitanie. A w kontakcie ze starszą osobą od siebie lub przełożonym w pracy  przyjmujące natychmiast postawę podległą, postawę dziecka.  Nie są pewne swoich decyzji, często nie miewają własnego zdania, bywają uparte jak dzieci, maja niskie poczucie własnej wartosci, są niepewne, czasem zagubione. Przy tym w relacjach zawodowych natychmiast widać, że odstają od rówieśników.  W procesie rekrutacji nie zawsze to widać. A wiec szef zatrudnia dorosłego odpowiedzialnego człowieka, a w efekcie dostaje dobrze wykształcone duże dziecko. Wtedy pojawiają się problemy…

Wyrośnięte dzieci tęsknią za dzieciństwem, a dorosłość postrzegają jako cos negatywnego, trudnego, przykrego. Żyją w poczuciu krzywdy i niedocenienia, a to bardzo utrudnia codzienne życie i relacje zawodowe. Z racji wieku czują się dorosłe. Z racji dojrzałości – są dziećmi. Zbierają negatywne owoce takiej postawy, co jeszcze je utwierdza ich w pierwotnych przekonaniach. I  krzywda –  jak to krzywda – „ponosi odpowiedzialność”.  Bo skoro świat krzywdzi, a ja jestem ofiarą, to przecież nic nie mogę… I zwalniam się z odpowiedzialności. To błędne koło może przerwać tylko jedna osoba – to “wyrośnięte dziecko”.

Jeśli w jakikolwiek sposób odnosi się to do Ciebie, to mam dla Ciebie bardzo dobrą informację: Możesz to zmienić.  Możesz polubić dorosłość. Możesz nie być dzieckiem skazanym na trudy dorosłego życia. Możesz być zadowolonym z życia dorosłym. To zależy od Ciebie.

Jeśli podejmiesz decyzję, że będziesz szczęśliwym dorosłym i zdecydujesz działać w tym kierunku, to zapewniam Cię, droga choć bywa trudna, ale efekty są bardzo dobre.  Niezależnie ile masz lat. I nie musisz być śmiertelnie poważny, nudny, nie musisz być smutny, bez towarzystwa i zabawy, bez zabawek.  Tylko pluszowe maskotki z dzieciństwa spakuj do pudła i oddaj maluchom. A dla Ciebie otworzy się przestrzeń na nowe i ciekawe życie z “zabawkami” dla dorosłych. :-) Wraz z pluszakami chowaj powoli do pudła dziecięce reakcje – tupania nogą, obrażania się na świat i ludzi, fochy, fumy, humorki, dziecięce teatralne histerie pod publiczkę. Przejrzyj się w lustrze. Zobacz, jakim jesteś ciekawym dorosłym człowiekiem i sięgnij po tę prawdziwą dorosłość z odwagą. Stań się za siebie odpowiedzialny – nie tylko za jedzenie, ubranie i spanie, ale za jakość swojego życia.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Serialowe macierzyństwo

Czerwiec 2nd, 2010

Ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad tym, dlaczego kobiety decydują się na macierzyństwo, skąd i jaką wiedzę młode dziewczyny i młode kobiety mają na ten temat zanim podejmą decyzję powołania nowego życia. I jak ten obraz (wyobrażenia i wiedza) jest potem konfrontowany z rzeczywistością oraz jakie to ma skutki dla matki, dla rodziców, dla dziecka.

Dla wielu przyszłych mam macierzyństwo kojarzy się z cudownym czasem, absolutną miłością dziecka i do dziecka, ze słodkim maleństwem, także z odpowiedzialnością. Bywają u koleżanek – już młodych mam z wizytą.  Widzą spacerujące mamy z wózkami. Słuchają wypowiedzi w programach telewizyjnych. Czasem ulegają też presji otoczenia. Oglądają seriale, w których wiele dzieci już przyszło na świat. Widzą reklamy z pięknymi bobasami w roli głównej i uśmiechniętymi szczęśliwymi rodzicami w tle. Marzą o idealnym domu, idealnej rodzinie, spełnieniu.

Serialowe (i reklamowe) dzieci – niemowlaki a rzeczywistość

Jeśli w serialu rodzi się dziecko, to jako noworodek pokazywane jest widzom niemowlę w wieku 2 - 3 miesiące. Ani w polskich, ani zagranicznych serialach nie widziałam grającego  noworodka ani nawet kilkunastodniowego dziecka. Jest to zrozumiałe, że kilkudniowe maleństwo nie może brać udziału w nagraniach z uwagi na jego delikatność. Mamy mające własne dziecko doskonale wiedzą, jaka to ogromna różnica w rozwoju i wyglądzie niemowlęcia.  Młode dziewczyny i młode kobiety nie mające doświadczenia w kwestii macierzyństwa rzadko kiedy w ogóle zwracają uwagę na ten fakt. Jest malutkie dziecko, niemowlak, wszystko się zgadza. Zapamiętują obraz: rumiane, zdrowe, z fałdkami jak trzeba, czyściutkie, uśmiechnięte, w ładnych czystych ubrankach,  niemal można wyczuć, że pięknie pachnie mlekiem, oliwką i pudrem. Jeśli nawet w filmie choruje, ma kolki, trzeba je przewinąć – jest to obraz z daleka, często tylko sygnalizowany – bez szczegółów.

Na takie dziecko młoda kobieta potem czeka. Na takie „słodkie maleństwo.” Czeka z pięknymi ubrankami, gotowa karmić, przewijać, gotowa zmieniać pieluszki i kochać, kochać, kochać. Bezwarunkowo i bezgranicznie.

Jaka jest często rzeczywistość poza serialem (przyjmuje założenie: dziecko zdrowe, urodzone w terminie, 10 punktów na 10)?

Noworodek w rzeczywistości jest dużo  mniejszy, bardziej „kruchy”, delikatniejszy, szczuplejszy, w większości bez tych ślicznych jeszcze fałdek na rączkach i nóżkach, za to z zaczerwienioną skórą, bezpośrednio po porodzie pokrytą śluzem, ma często ślady na twarzy (zaczerwienienia) od przejścia przez kanał rodny, jest pomarszczone, z zapuchniętymi oczami, skóra ma szczególny wygląd, wszak w życiu płodowym dziecko jest w środowisku wodnym, co ma znaczenie. Nawet najpiękniejsze niemowlęta i najbardziej kochane w momencie przyjścia na świat są… brzydkie i nie przypominają w niczym tych oglądanych w serialach niemowlaków, które „chce się zjeść”.

Cały świat jest dla niego nowy i obcy, a nawet wrogi. Do tej pory siedział u matki pod sercem, chroniony przed urazami i dotykiem przez wody płodowe, chroniony przez powłoki brzuszne przed dźwiękami zbyt głośnym i przed ostrym światłem. Przychodzi na świat w pomieszczeniu, gdzie są światła, masa dźwięków, obcych ludzi… Samo przejście przez kanał rodny jest niezwykłym wyczynem dla drobnego i delikatnego życia. A teraz go mierzą, ważą, grzebią w nosie gruszką oczyszczając drogi oddechowe ze śluzu i krwi. Dotykają, zawijają, sprawiają wiele nieprzyjemnych nowych doznań. Aż położy się je na brzuchu matki i na chwilę odetchnie, bo usłyszy bicie serca – znajome bicie serca matki, przy którym czuł się bezpiecznie przez szereg miesięcy.

Dziecko ma prawo się bać nowego świata. Musi oswoić nieznany świat. Nawet karmienie jest dla niego nowością. Ma instynkt ssania, ale to jednak zmiana sposobu odżywiania. Jelita się muszą nauczyć wszystkiego, system wydalniczy także. Wielu nowych rzeczy musi się szybko nauczyć.  Nigdy dotąd nie leżał w ostrym  drażniącym delikatne ciało moczu, a teraz ma pieluchę, którą zmienia się co jakiś czas… Nikt go wcześniej nie przekładał, nie dotykał, nie układał w niewygodnych bardziej lub mniej pozycjach, nie krępował ubraniem, które pewnie i ładne, ale jakie ma to znaczenie dla niemowlaka?

Jeśli rodzice to wiedzą, rozumieją – starają się swoim spokojem, ciszą, łagodnością zapewnić jak najlepsze warunki do przystosowania się. Dziecko bardzo odbiera (przejmuje) nastrój rodzica. A i tak czasem malec się “drze” ile sił, budzi, boi, męczy, bywa zły i rozdrażniony, pręży się i płacze, bo nie ma innego sposobu komunikacji. Jego możliwości komunikowania są minimalne.

Jak ten obraz ma się do serialowych uroczych „noworodków” – bobasków do przebierania, spacerów i kochania? Warto to wiedzieć, żeby nie czuć dyskomfortu, żeby być gotowym dać dziecku to, czego naprawdę potrzebuje: bliskości, spokoju, poczucia bezpieczeństwa, stabilności, czułości.

Serialowe (i reklamowe) mamy a rzeczywistość

Serialowe mamy nie chodzą w szlafroku, nie są śmiertelnie zmęczone, nie klęczą koło łóżeczka, bo szwy po porodzie dotkliwie ciągną i wszystko boli, że czasem nie da się siedzieć przez kilka a nawet kilkanaście dni. Mamy serialowe są pięknie ubrane, mają piękną cerę, makijaż, wypielęgnowane paznokcie, zadbane włosy. A Ty nie masz siły ich ułożyć, czasem nawet umyć, bo marzysz o chwili dla siebie, o tym, żeby była cisza, żeby pospać choć kilka godzin bez wstawania.

Mamy serialowe mają płaski brzuch i nie pokazują rozstępów. A Twoja skóra na brzuchu naciągnięta w okresie ciąży nagle nie znikła i trzeba czasu i umiejętności odpowiedniego dbania, by ciało wróciło do poprzedniej, a przynajmniej zbliżonej formy.  Serialowe mamy mają na wszystko czas, pieniądze i zwykle jeszcze mają pomoc – ciocie, babcie, nianie etc. A niestety  wiele kobiet w naszym kraju w okresie tak trudnym, jak pierwsze kilka miesięcy po porodzie, jest samych. Od rana do wieczora same, czasem same także w nocy. Wszak są ludzie, którzy pracują w systemie zmianowym. I to poczucie wielkiej odpowiedzialności za nowe życie, które jest wymagające, krzyczące, w kupie, z kolką, płaczące, niekeidy z biegunką, niekiedy nie chce ssać… I to dojmujące poczucie zmęczenia, często bezradności, gdy malec płacze, a Ty nie wiesz, co jeszcze możesz zrobić, żeby się uspokoiło… Serialowe mamy nawet budzą się rano z nieskazitelnym makijażem…

Wszyscy wokolo mówią, że karmienie piersią jest wazne dla wzajemnej więzi, dla zdrowia dziecka, że to cudowna sprawa, że to niemal metafizyczne przeżycie. A młoda mama niekiedy ma nabrzmiałe piersi, bolesne od ssania sutki i walcząc ze zmęczeniem usiłuje przystawić skutecznie dziecko do piersi, by ssało, a ono krzyczy. Im się bardziej denerwuje i stara, tym jest gorzej. W serialach tego nie ma. W realnym życiu tak bywa. Tak, jak dziecko oswaja nowy nieznany świat, tak i matka niekiedy z trudem i poświęceniem odnajduje się w nowej rzeczywistości.

Serialowe mamy nie mają problemu z tym, jak z wózkiem przedostać się przez przejście podziemne, bo ktoś nie pomyślał, że oprócz schodów powinna być winda.  Serialowe mamy nie chodzą po zakupy z wózkiem (zakupy w serialach robią się same lub robią je mężowie), nie stoją w kolejkach w przychodni, nie mają dylematu, czy starczy pieniędzy na zalecane szczepienia. Serialowe mamy wkładają wózek do samochodu, a dziecko przypinają w foteliku. Nie stoją na przystanku i nie wnoszą wózka do zatłoczonego tramwaju. I nie widać, ile waży ten fotelik z dzieckiem, gdy się chce tak niemowlaka wnieść na trzecie piętro w bloku bez windy, niosąc zakupy w drugiej ręce.

Jeśli miałaś wyobrażenie, że będziesz właśnie taką piękną, wypoczętą delektującą się macierzyństwem mamą, zadowoloną, szczęśliwą, zachwyconą, wzorcową, z wspaniałym dzieckiem, to tym bardziej czujesz dyskomfort.  Czujesz się czasem brzydka, nieatrakcyjna dla swojego partnera, niekiedy w ogóle nie masz ochoty na bliskość, bo nie akceptujesz swojego zmienionego ciała lub akceptujesz je z trudem. Masz chwilami ochotę uciec, rzucić to wszystko i nie możesz. I wiesz, że Twoje maleństwo jest od Ciebie zależne we wszystkim i że chcesz dla niego jak najlepiej. Tylko czasem nie wiesz jak. Marzysz o tym, by się wyspać. Niewyspana, zmęczona, zdenerwowana, sfrustrowana często zaczynasz porównywać się z innymi, z serialowymi matkami także. A to rodzi poczucie, że jesteś złą matką i że sobie nie radzisz, że jesteś gorsza. Bo inne są - te matki  serialowe albo te z odwiedzin u znajomych czy rodziny na chwilę, na dobrze przygotowaną chwilę – zadowolone i dobrze zorganizowane.

Taki jest początek wielu relacji rodzinnych (choć z pewnością nie wszystkich), gdy pojawia się dziecko i gdy brak naprawdę dużego wsparcia ze strony bliskich, gdy brak babci, niani, dziadka, cioci, a mąż wychodzi na cały dzień do pracy. Jeśli jesteś na to przygotowana, jeśli wiesz, jak może ten czas wyglądać  – masz dużo większe szanse, by sobie poradzić z własną słabością. Masz też szanse na zorganizowanie sobie pomocy i przede wszystkim nie obwiniasz się, nie oceniasz. Masz szansę na zorganizowanie sobie wsparcia. Ja bywałam wielokrotnie takim wsparciem i wiem z informacji zwrotnych, jak to dużo daje.

A jak przy tym jeszcze być atrakcyjną dla partnera kobietą (atrakcyjną w swoim odczuciu) i czułą oddaną kochanką?

Serialowe (i reklamowe) rodziny a rzeczywistość

Serialowe rodziny są na ogól wielopokoleniowe – nawet jeśli nie mieszkają razem, to dziadkowie wspierają. Jeśli nie ma dziadków – jest niania, pani do sprzątania, etc. Mężowie są zawsze przy kobiecie, przygotowani na tę poważną zmianę w życiu i rozumieją często znacznie więcej, niż w realnym życiu. Mężowie wspierają żony, wracają z pracy i przejmują domowe obowiązki, by odciążyć żonę. Okazują jej bliskość. Serialowi mężowie wracają do zadbanych czystych i wysprzątanych mieszkań, w których obiad sam się zrobił. W łazience nie wiszą rzędy śpiochów, a w przedpokoju nie stoi worek z brudnymi pieluchami do zniesienia do śmietnika. Naczynia myje zmywarka lub babcia, pranie robi się, wiesza i suszy się samo w niewidzialny sposób. Wieczorem jest czas na bliskość, ciepło, intymność.  Nie ma fury prasowania. W realnym życiu jest inaczej. Gdy dziecko wreszcie zaśnie, kobieta po całym dniu intensywnej opieki nad dzieckiem nadrabia zalęgłości w praniu, prasowaniu, układaniu rzeczy, myciu naczyń, etc. Mężczyzna jej czasem pomaga wykapać dziecko, czasem wesprze w zakupach, a czasem siedzi wieczorem przy komputerze, bo musi przygotować na następny dzień dokumenty do pracy, albo wyjechał w delegację, albo ma bankiet firmowy. A bywa, ze wychodzi z kolegami na mecz, bo nie jest w stanie zaakceptować obecnego stanu rzeczy. Bo nie był przygotowany na taką zmianę, bo się nie spodziewał, że aż tak wszystko się zmieni.

Tak, wiem,  są też chwile piękne. macierzyństwo bywa piękne. Czas wspólnych czułości, spacerów, kołysania dziecka, przytulania, kiedy czułość ogarnia wszystkich. One mają z pewnością wielką wartość.

Serialowe życie to złuda, to pułapka.

Czas mówić o tym głośno, żeby rodzice w trudach rodzicielstwa nie popadali w poczucie winy i poczucie niskiej wartości, żeby nie myśleli o sobie lub o dziecku źle, gdy ich życie odbiega od serialowego wzorca. To nie jest dobry start w rodzicielstwo, które przecież nie trwa kilka miesięcy, ale jest na zawsze, a przynajmniej przez kilkanaście lat determinuje życie kilku osób, a każdy dzień i miesiąc przynoszą nowe przeżycia i stawiają rodziców wobec nowych nigdy wcześniej nie poznanych sytuacji.

Dla potrzeb tego postu  przyjęłam założenie pełnej rodziny, zdrowego dziecka, jednego dziecka, pominięte niemal zupełnie zostały kwestie bytowe i materialne. To tylko „liźnięcie” tematu, ale mam nadzieję, zachęci Was do dowiadywania się, jaka jest prawda o macierzyństwie, żeby nie bazować na pozorach i obrazach z seriali oraz wypowiedziach tzw. celebrytów ograniczających się do „wspaniale” „cudownie”, „tego się nie da opisać”…  Ja słyszałam prawdziwie o wczesnym macierzyństwie kiedyś jedynie z ust Patrycji Markowskiej i Agnieszki Chylińskiej. Czasem ktoś uszczknie prawdy. Często prywatnie słyszę: “marzyłam, żeby się wyspać”, “myślałam, że zwariuję”, “‘chciałam uciec”, „marzyłam, by porozmawiać z kimś normalnie – nie o dziecku, kolkach i pieluchach”, „nie pamiętam kiedy byłam w kinie i kiedy przeczytałam jakąś książkę nie o dziecku”…

Każdy chce swoje macierzyństwo pokazać jako pozytywne i piękne doznanie czy stan. Tego poniekąd oczekuje otoczenie. Nie wypada inaczej, bo to by mogło źle świadczyć o kobiecie – matce. Trzeba wielu spotkań, zaufania, szczerych rozmów w klimacie akceptacji, żeby sięgnąć głęboko pod powierzchnię kocyka w misie, wózka dobrej firmy, grzechotek, pozytywek i śpioszków w supermodnym kolorze. Według mnie warto znać prawdziwy obraz macierzyństwa/ rodzicielstwa. Żeby się przygotować na rzeczywistość. Żeby świadomie podejmować decyzje.

Ja przedstawiłam początek drogi wielu mam i ojców. Zrobiłam to na podstawie szczerych i otwartych rozmów z przyjaciółkami – mamami. Niektóre mają już dorosłe dzieci, niektóre kilkuletnie, niektóre kilkumiesięczne. I na podstawie swoich przeżytych u nich w rodzinie czasem godzin, czasem dni i nocy, także tych przerywanych dziecięcym płaczem. A też na podstawie uważnej obserwacji otoczenia. Sama nie jestem matką. Świadomie podjęłam taką decyzję z powodów, które nie są tu szczególnie istotne. Nie chcę jednak w żadnym wypadku zniechęcać do macierzyństwa! Chcę, tylko powiedzieć: “Zrób wysiłek i poznaj prawdę o macierzyństwie. Wtedy będziesz mogła świadomie decydować. A jeśli podejmiesz decyzję, że chcesz mieć dziecko, to będziesz się mogła naprawdę przygotować i będzie trochę łatwiej. Będziesz mogła przygotować sobie „grupę wsparcia”. I być może będziesz miała dzięki temu mniej frustracji, lepsze samopoczucie i wyższą samoocenę”. A to wydaje mi się niezwykle ważne. To wpływać będzie na Twoje relacje z dzieckiem i relacje z partnerem już od pierwszych dni, i to owocować będzie w kolejnych latach.

Czas mówić o jasnych i ciemnych stronach bycia matką, by kobiety podejmowały decyzje o macierzyństwie świadomie. Świadome macierzyństwo (rodzicielstwo) nie dotyczy tylko kwestii poczęcia. Świadome decyzje można jednak podejmować dopiero wiedząc, co tak naprawdę się może wydarzyć, co się zmienia.

Moja mama mawiała, że dziecko wychowuje się na 20 lat przed jego urodzeniem. Dotyczyło to pokolenia, kiedy pierwsze dziecko kobieta rodziła w wieku ok. 19 – 25 lat. Czyli – zgodnie z tym – do macierzyństwa przygotowujemy się całe świadome życie. Trudno to nadrobić przeczytaniem jednej czy dwóch książek czy tygodniowym szkoleniem dla przyszłych mam. Dla mnie to też informacja, że możesz przekazać dziecku to, co masz w sobie – wartości, którymi żyjesz, wiedzę, którą posiadasz, wzorce, według których postępujesz, poczucie własnej wartości jakie masz, obraz świata, jaki nosisz w sobie. Warto więc także przyjrzeć się sobie – czy jesteś na tyle dojrzała, by powoływać nowe życie, które będzie w pełni od Ciebie zależne.

Serialowe obrazy przekłamują rzeczywistość i tym samym często wyrządzają wiele szkód.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

„Martwię się przez Ciebie…”

Maj 25th, 2010

Tytuł tego postu to cytat – właśnie w taki sposób mawia matka do dorosłej córki – jednej z moich znajomych. Są też inne powszechnie używane zwroty, np. „Mam przez Ciebie tyle zmartwień”, “przez Ciebie nie sypiam po nocach, bo się martwię”…

Ja zauważam dwa dość powszechnie występujące stany (sytuacje):

  1. My się martwimy (i zamartwiamy) z jakiegoś powodu,
  2. Inni martwią się o nas (lub co gorsza – przez nas, z naszego powodu).

Martwienie się jest u nas dość często spotykane. Wydaje mi się, że martwienie się to bardzo wygodna postawa wobec życia. Wygodna. :-) Tak, tak. To sposób na życie dający konkretne „korzyści”.

Co dokładnie mam na myśli?

Otóż martwienie się  jest biernym zastępnikiem działania, jest usprawiedliwieniem „nicnierobienia”.  Jest  zwolnieniem się z odpowiedzialności za własne życie. Ucieczką od tej odpowiedzialności i przerzuceniem jej na innych lub na tzw. okoliczności zewnętrzne. Wygodnie. Niesłusznie niekiedy wiąże się je z miłością, odpowiedzialnością, troską, pomocą. Martwienie się nie pomaga! To nie ma nic wspólnego z empatią!

Martwienie się dodatkowo pozwala na manipulowanie otoczeniem poprzez wywoływanie w innych poczucia winy – jak w tytułowym zwrocie – „Martwię się przez Ciebie”. To nic innego jak powiedzenie drugiej osobie: Jesteś odpowiedzialna(y) za to, że jest mi źle, za to, że nie odczuwam radości, etc …

Większość rzeczy, o które się martwimy nigdy nie następuje lub następuje w mniejszym nasileniu, niż w naszych “zamartwionych” wyobrażeniach. Martwienie się jest w takich przypadkach osłabianiem siebie, wydawaniem własnej energii na próżno. Ale jak się martwisz to masz pozory działania.

Jak często się martwisz? O co się martwisz?

  • Martwisz się o zdrowie? Nie martw się tylko zacznij o nie dbać. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, ze stracisz pracę? Nie martw się, tylko np.  podnoś swoje kwalifikacje, zabezpiecz sobie „wyjście awaryjne”,  rozmawiaj z przełożonym o Twoim rozwoju, poproś o ocenę Twojej pracy i sugestie, co powinieneś poprawić, żeby ta ocena była lepsza… Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, ze nie dostaniesz pracy? Zamiast się martwić wykonaj pracę – np. sprawdź, jakie kompetencje są wymagane, określ, czego się powinieneś nauczyć, żeby podnieść swoją atrakcyjność na rynku pracy, etc. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się o kogoś? Sprawdź, czy możesz pomóc lub czy ktoś może pomóc. I zrób to. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, bo brakuje Ci pieniędzy? A czy z martwienia się będziesz ich mieć więcej? Właśnie… Więc zastanów, jak możesz je zarobić, gdzie. Nie martw się, tylko podejmij działanie!

Z faktu martwienia się nie przybywa ani pieniędzy, ani energii do działania, ani zdrowia, ani przyjaciół…  Martwienie się dodatkowo osłabia poczucie własnej wartości. Martwienie się odbiera energię. Martwienie się łatwo może stać się przyzwyczajeniem, sposobem reagowania na trudności. Przestań się zatem martwić, a zacznij zadawać sobie pytanie: “Co mogę zrobić, żeby zmienić daną sytuację”. Stwórz plan i działaj. Szukaj rozwiązań. Rozmawiaj na ten temat. Szukaj sposobów na działanie rzeczywiste, na konstruktywne rozwiązania, a nie na działanie pozorne. Bierność i usprawiedliwienia – to właśnie niesie ze sobą martwienie się. Problemami zajmuj się wtedy, kiedy one już będą rzeczywiste. Nie zajmuj się nimi, gdy są tylko w Twojej głowie, w Twoich wyobrażeniach.

Jeśli natomiast ktoś mówi Ci, że martwi się przez Ciebie, to uciekaj daleko (!), a przynajmniej bardzo uważaj. To oznacza, że ten ktoś próbuje Tobą manipulować, przerzucać na Ciebie odpowiedzialność za swoje samopoczucie, wbijać Cię w poczucie winy i samemu ustawiać się jako skrzywdzony przez Ciebie.  To manipulacyjne i toksyczne.

Życzę, żebyście nie mieli zmartwień, tylko sprawy do załatwienia i nowe pomysły na rozwiązanie różnych spraw i nawet problemów.

To Twoja decyzja, czy będziesz się martwić, czy działać. Tylko Twoja!

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Reputacja a rekomendacje – historia weekendowa

Maj 2nd, 2010

W czwartek przed długim weekendem dopadł mnie ból zęba. Pobiegłam do swojego stomatologa, który zdiagnozował problem, zaordynował odpowiednie leczenie. Wiedziałam jednak, że ząb jest zagrożony, a sprawa nie jest banalna. Dodam, że nie wynikało to z mojego zaniedbania. Pani Kasia, jest moim stomatologiem od ok. 10 lat  i zapracowała na moje wielkie zaufanie. Polecałam ją wielu znajomym i polecam nadal. Wielu moich znajomych teraz rekomenduje ją dalej. To zaufanie okazało się dla mnie bardzo istotne gdy w piątek ból był już bardzo silny, ale Pani Kasi nie było w Warszawie, bo – jak wielu ludzi – wyjechała na przedłużony majowy weekend.

Postanowiłam doraźnie skorzystać z innego lekarza, żeby przetrwać weekend. Zobaczyłam szyld: „Stomatologia laserowa, RTG”. Podany telefon. Pani doktor – nazwijmy ją dla potrzeb postu Pani Laser – po wysłuchaniu mnie zaczęła ostukiwać inny niż opisany ząb (nie słuchała uważnie, bo by wiedziała). Wskazałam palcem problematyczny ząb, a w głowie zaświeciła mi się pomarańczowa lampka ostrzegawcza…

- Trzeba wyrwać – Pani Laser powiedziała zdecydowanie, jakby wyrwanie zęba było czymś mało istotnym.
- Wolę, żeby mi Pani pomogła zachowując ząb, jestem umówiona na dalsze leczenie – powiedziałam i opisałam dokładnie, co ma być zrobione.
- Przecież nikt Pani tego nie zrobi, nikt się z tym tak nie będzie bawił, wie Pani jaka to robota… a jeszcze przy takim bólu… – brnęła dalej, a we mnie narastało poczucie niepewności i lęk, że za chwilę stracę ząb, ale też, ze nie mam innego wyjścia, jak się z tym zgodzić… – Mogę Pani założyć lekarstwo, ale i tak Pani wyląduje jutro na Ludnej [nazwa ulicy, przy której jest całodobowe Centrum Stomatologii] i tam Pani wyrwą tego zęba, a zapłaci Pani 3 razy więcej niż dziś u mnie.
- Może jednak nie będzie takiej konieczności, może antybiotyk zadziała – walczyłam o zęba nadal…
- Kiedyś go Pani i tak straci [tu wskazała na przyczynę], a niepotrzebnie się Pani będzie męczyć. My mamy dobrego protetyka, a i implanty robimy….
- Wie Pani, kiedyś także umrę, ale widzę konieczności, by to przyspieszać… Tak samo jest z moim zębem– powiedziałam do Pani Laser

Ząb został na miejscu. Wyszłam od Pani Laser po zapłaceniu 30 zł za założenie lekarstwa, które nota bene niewiele pomogło. Wzięłam lek przeciwbólowy i  z wielkim trudem dotrwałam do następnego dnia. Niestety następnego dnia było już bardzo źle. Po konsultacji telefonicznej z moim urlopowanym stomatologiem pojechałam na ową Ludną. W uszach brzmiały mi słowa Pani Laser, że tutaj i tak wyrwą mi tego zęba…

Przyjął mnie Pan Marek. Powiedział, że jest kiepsko, ale zęba uratował. Nawet nie proponował wyrywania. A więc było inaczej, niż przewidywała Pani Laser. Gdybym jej uwierzyła – straciłabym ząb, który był do uratowania.

Doktor Marek zadziałał skutecznie, co mogę już dziś potwierdzić.  Przy okazji bardzo dobrze się rozmawiało (tzn.  ja głównie słuchałam i robiłam uhmm…). Dowiedziałam się, że otworzył własną praktykę, opowiadał o tym, o świetnym chirurgu szczękowym, którego pozyskał do współpracy, etc.  Poprosiłam o kontakt. W ten sposób mam stomatologa „rezerwowego”, gdyby kiedyś zabrakło pod ręką mojej Pani Kasi lub gdyby ktoś ze znajomych pytał mnie o stomatologa, któremu można zaufać.

Stomatolog to przede wszystkim ktoś, kto ratuje zęby, a nie je wyrywa. Wyrywa, gdy już nic nie da się innego zrobić, a nie wtedy, gdy on nie potrafi nic zrobić lub gdy mu się nie opłaca ratować. To istotna różnica.

Koszt zabiegu, który mi wykonał Pan Marek  to 60 zł. Wyrwanie zęba kosztuje jakieś 150 zł. Pan Marek  nie dał się skusić szybkiemu zarobkowi, a mimo to zyskał więcej – zaufanie klienta i dobrą opinię, co w przypadku niedawnego otwarcia własnej praktyki jest bardzo cenne. Pan Marek buduje swoją markę w najlepszy sposób: poprzez dobrą jakość swojej pracy i pozytywne efekty dla klienta. Nie będzie musiał przy takim działaniu wydawać na reklamę – ludzie będą sobie jego wizytówkę przekazywać i wymieniać informacjami. To jeden z tych zawodów, w których najlepiej sprzedaje się poprzez rekomendacje.

  • Gdyby nie marka mojej Pani Kasi i zaufanie do jej działań i decyzji – pozwoliłabym Pani Laser wyrwać zęba. Pani Kasia pozostawała ze mną w kontakcie telefonicznym mimo urlopu od momentu, gdy zgłosiłam problem. Zaufanie do Pani Kasi oznacza dla mnie wiarę, że ona uratuje mój ząb, jeśli to tylko będzie możliwe.
  • Pani Laser zastosowała  “marketing oparty na strachu”.  Ze strachu przed bólem i wyższymi kosztami miałam się poddać…  Jednocześnie mnie oszukała. Pani Laser według mnie nie dba o markę, ale o chwilowy szybki zysk. Wyrwanie byłoby dla niej bardziej opłacalne. Przypadek Pani Laser to lekcja pt. Jak nie prowadzić firmy i jak skutecznie tracić klientów i reputację.  Gdyby Pani Laser powiedziała: Ja nie umiem Pani pomóc, mogę jedynie wyrwać, ale niech Pani jedzie tu i tu, to może da się uratować ten ząb - byłoby ok. Wtedy wiedziałabym, że jest dla niej ważne dobre rozwiązanie mojego problemu. I byłoby to ok. Mówiłabym ludziom: Możesz tam iść, jak sama nie poradzi, to wskaże kogoś, kto rozwiąże problem. Uczciwość jest bardzo ważna. Zadbam, żeby nikt z moich znajomych nie trafił do Pani Laser.
  • Pan Marek wie co robi – mniej zarobił niż za wyrwanie, ale uratował ząb. Zyskał moje zaufanie, postrzeganie przeze mnie jako lekarza zaangażowanego i kompetentnego. Zyskał to, że będzie na liście rezerwowej u mnie i będę go rekomendowała wielu osobom. To lekcja, w jaki sposób dobrze wykonana usługa -  pozytywna zmiana dostarczona klientowi, bardzo dobre rozwiązanie problemu klienta,  działa lepiej niż jakakolwiek reklama i nawet największy szyld na budynku. Pan Marek buduje świadomie swoją markę. To będzie owocowało.

Na dobrą reputację pracuje się czasem latami,  a stracić można ją w ciągu kilku chwil. Utrata reputacji nawet u jednego klienta to strata zdecydowanie większa, niż utracony na jednym kliencie zarobek. To utrata kawałka potencjalnego rynku. To jest szczególnie ważne wszędzie tam, gdzie sprzedaż i pozyskiwanie klienta opiera się przede wszystkim na rekomendacjach.

Jak budujecie własną markę? Jakie jest DNA waszej marki? Co w tym DNA się znajduje?  Rzetelność? Uczciwość? Niezawodność?  Jak budujecie swoją reputację? Warto o tym pomyśleć. Czy podobnie jak Pan Marek dostarczacie pozytywnych zmian, czy działacie jak Pani Laser? Co ma sprawiać, że inni będą chcieli Was rekomendować?

Pozdrawiam, Ewa

ps. Gdyby ktoś szukał stomatologa w Warszawie – polecam:  Pan Marek Skrzycki – przyjmuje w Całodobowym Centrum Stomatologii przy ul. Ludnej 10 w Warszawie. Ma też własna praktykę. http://www.znanylekarz.pl/37704/marek-skrzycki/stomatolog-protetyk/warszawa-stare-babice . Nie podaję na tu forum telefonu komórkowego tego stomatologa, bo nie zostałam do tego upoważniona.

Uncategorized , , , , , , , ,