Archiwum

Posty oznaczone ‘przekonania’

O wartości życia i wartościach w życiu

Listopad 29th, 2011

Pozwólcie, że dziś włączę się nie wprost do dyskusji o przywróceniu kary śmierci w naszym kraju. Pomijam, czy jest to prawnie możliwe, czy nie. Chcę się skupić nad czymś w moim przekonaniu ważniejszym – na wierności wyznawanym wartościom i na tym, ile one są warte.

Mamy głośnie hasła dotyczące ochrony życia od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci i równolegle głosy (z tych samych źródeł) za wprowadzeniem kary śmierci.  Hierarchowie kościelni nie wypowiadają się jednoznacznie. Politycy inicjujący to przywrócenie kary śmierci podpierają się nawet autorytetem papieży. Jednak głos papieski wyraźnie mówi, że tak.  I dookreśla – tak,  ale tylko w tych szczególnych przypadkach, gdy nie ma innej możliwości ochrony społeczeństwa. A przecież jest inna możliwość – wystarczy orzekać kary dożywocia bez możliwości wcześniejszego zwolnienia i bez możliwości opuszczania zakładu karnego na tzw. przepustki. Demagogiczny polityk jednak mówi, ze nie można społeczeństwa obarczać utrzymywaniem przy życiu zbrodniarza, którego nie można nazwać już człowiekiem.

Pominę znowu milczeniem kwestię uprawnienia do decydowania, kto człowiekiem jest, a kto nie i kiedy przestaje się być człowiekiem… Pominę też sprawę że kara śmierci jest nieodwracalna, odmawia prawa do zmiany.

Chcę skupić się na tym:

Skoro argumentem za przywróceniem kary śmierci jest koszt utrzymania więźnia, co  opłacane jest z naszych podatków, to oznacza, że kara śmierci ma być elementem programu oszczędnościowego. Przyjmując stawkę 25 zł dziennie x 365 dni x 30 lat = 273 750 zł.

Tyle mniej więcej warte jest poszanowanie prawa pojedynczego człowieka do życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci w rozumieniu tych polityków, którzy optują za wprowadzeniem kary śmierci a nie biorących pod uwagę stosowania dożywocia bez prawa do przedterminowego zwolnienia, które stanowi pełną i wystarczającą ochronę społeczeństwa.

A może ta propozycja to tylko pretekst medialny do tego, by było głośno, by zainteresować sobą i podnieść swoją pozycje w rankingach? Jeśli tak, to życie ludzkie  ma wartość tego pozycjonowania w rankingach i kampanii PR. Albo – jak w przypadku hierarchów – wartość potencjalnych korzyści wynikających z przychylności jednej partii politycznej. Jak to się ma do tego, ile kosztuje podatnika utrzymanie takich polityków – to już też na osobny post.

Pewnie wielu z Was reaguje emocjonalnie na takie demagogiczne wypowiedzi polityków, na takie uzasadnienia, na przeciwstawianie wartości życia człowieka korzyściom dla budżetu.  To proponuję autorefleksję nad tym:
Ile warte są nasze wartości, które deklarujemy, głosimy, jak choćby przyjaźń, uczciwość, sprawiedliwość, wierność, trzeźwość, punktualność, słowność,  godność  (każdy może wpisać swoje)…  Czy ich nie sprzedajemy? Za ile? Za co? W imię czego?
Czy ich nie zdradzamy w imię interesów nazywanych dla „wybielenia” sukcesami?
Warto się sobie przyjrzeć. Warto zmienić, jeśli jest coś do zmiany.  Póki jeszcze to możemy zauważyć.

Jakie wartości są dla nas naprawdę ważne? Czy im się nie sprzeniewierzamy? Co możemy zrobić, by w imię tzw. sukcesu ich nie oddać, zgubić, porzucić, zdradzić?

Pozdrawiam, Ewa

PS.

Dawno nie pisałam, zauważyliście. Dziękuję za maile z pytaniami, kiedy kolejny post, za życzliwość i zainteresowanie. To dla mnie czas, gdy trudno oddawać się pisaniu. Mam nadzieję, że tym postem wrócę do regularnego pisania. Pozdrawiam Was. I do kolejnego „przeczytania” niebawem.

Uncategorized , , , , ,

Vivere militare est (?)

Czerwiec 4th, 2011

Wczoraj sprawdzałam różne terminy w kalendarzu i znalazłam info, że  17 czerwca to Światowy Dzień Walki z Pustynnieniem i Suszą. Zaczęłam zatem sprawdzać, jakie jeszcze walki podkreślamy czy honorujemy  specjalnymi dniami. Znalazłam  m.in. Dzień Walki z Analfabetyzmem, Dzień Walki z Otyłością, Międzynarodowy Dzień Walki z Faszyzmem i Antysemityzmem,  Międzynarodowy Dzień Walki z Ubóstwem. Zaczęłam z ciekawości  „googlować’  i do tego doszły : dzień walki z depresją, dzień walki z AIDS, walki z anoreksją,  walki z bezrobociem, walki z dyskryminacją, dzień walki z głodem,  z homofobią ,  z hałasem, z narkomanią, dzień walki z ubóstwem, dzień walki ze stresem.

Idąc dalej w swoich poszukiwaniach znalazłam: walka o pokój, walka o władzę, walka o stanowisko, walka o prawa obywatelskie, o przyjaźń, o związek,  o ukochaną, o kulturę, o nasze szczęście, walka o zdrowe i piękne włosy, walka firmy o sukces rynkowy, walka o lepsze wyniki, walka o relacje, walka z trudnościami, walka ze słabościami …. To rzecz jasna nie wszystkie walki…

Rozbawiła mnie „walka ze stresem” bo uświadomiłam sobie, że stres jest nierozłączny jeśli chodzi o walkę!  Z kolei walka z otyłością,  to nic innego, jak działania na rzecz zdrowego stylu życia i odżywiania.  „Walka o kulturę” – kultura jako efekt walki? Trofeum wojenne?  Pomyślałam, że walka staje się swoista kulturą naszych czasów.  Zamiast „walki o zdrowe i piękne włosy” proponuję dbałość o włosy i zdrowie.  Zamiast Dnia Walki z Hałasem proponuję Dzień Ciszy.  Zamiast walki z chorobami, proponuję skupienie się na ich leczeniu, profilaktykę, działania prozdrowotne, wzmacnianie ludzi chorych, dodawanie im dobrej energii, wiary, siły, motywowanie do zmiany szkodliwego stylu życia etc. Nie walczmy o lepsze samopoczucie, o lepsze relacje – dbajmy raczej o nasze dobre samopoczucie, budujmy dobre relacje. Słowo „walka” wyklucza istnienie dobrej relacji! Wyklucza związek, a przecież powszechne jest powiedzenie, że o związek warto walczyć. Słowo „walka” jest po przeciwnej stronie do „budowania”, „tworzenia”, „rozwoju”, “pomagania”.

Jak można walczyć o pokój? Przecież sam ten zwrot wyklucza możliwości pokojowych rozwiązań, bo skoro sam walczysz, to dajesz walkę a nie pokój, niszczysz pokój – nie ma tu miejsca na pokój!  Matka Teresa z Kalkuty podobno regularnie odmawiała udziału i wiązania się z jakimikolwiek akcjami pod szyldem „walki o pokój” i ubolewała, że ludzie walczą o pokój, zamiast  działać na rzecz pokoju, bo wtedy mogłaby się dopiero do tego przyłączyć.

Jak chcesz wałczyć z analfabetyzmem? Zabijesz brak? Analfabetyzm to brak – brak umiejętności czytania i pisania. Walka z  głodem,  to kolejny przykład walki z brakiem (jedzenia).  Absurd? Tak. Bo zwrot niesie niewłaściwe przesłanie. Zamiast dnia walki z analfabetyzmem powinien być czas nauki czytania. Zamiast walki z głodem powinno być dostarczanie jedzenia, karmienie. Walka z brakiem skupia na braku, a nie na działaniach których celem jest dostatek. To jak wałczyć z brakiem pieniędzy zamiast zarabiać pieniądze! Skup się na zarabianiu, a nie na braku.

Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak znalezione w sieci: „Walcz z samym sobą” i „Życie to wielka walka z trudnościami”.

Walczyć z sobą samym? Przecież nie jestem swoim wrogiem. Mam agresywnie działać przeciwko sobie? Żeby się zniszczyć, pokonać? Może jednak nie walcz ze sobą. Rozwijaj się, dokształcaj, dbaj o harmonię, czyń dobro, twórz, buduj, wzmacniaj…

Walka to agresja, to przemoc, to napięcie, brak harmonii!  lepiej skup się na działaniu nieagresywnym – wspieraniu, uczeniu propagowaniu, dostarczaniu, uświadamianiu, etc. Skup się na efekcie pozytywnym, na dobrym celu.

Zobacz, jak inna jest energia w zwrotach: działanie na rzecz.., troska o… , starania o.. , dbałość o.. , rozwój czegoś.., wsparcie dla .. . budowanie czegoś… A te właśnie zwroty mogłyby w każdym z tych przypadków zostać wpisane w miejsce słowa „walka”.

Jeśli przyjąć, że nasze życie jest na miarę naszych najgłębszych przekonań i oczekiwań (często nieuświadomionych), które realizujemy, a język jest jedynie wyrazem tychże, to… popatrz, jak mówisz i popatrz, jak żyjesz…  Jeśli Twoje życie to walka, to zawsze znajdzie się jakiś wróg,  znajdziesz go, żeby walczyć. Jak go nie będzie, to go stworzysz, bo sensem Twojego życia będzie walka.
Zamiast skupiać się na wrogach – proponuję skupiać się na przyjaciołach i na tym, co dobre, na budowaniu.

Spodobało mi się to, co znalazłam na stronie Wałbrzyskiego Klubu Aikido:  ”Myśl o tym, aby nieść pokój ludziom na całej ziemi, a nie o tym, by nabrać siły i gromić zastępy wrogów.” W innym miejscu w sieci znalazłam to : „ Nie walcz z wiatrem, rozłóż ręce i spróbuj dzięki niemu szybować”.

Jestem przekonana, że życie jest lżejsze, łatwiejsze, piękniejsze i wartościowsze, gdy nie walczymy, a podejmujemy działania pokojowe. W każdej sferze. Warto zdjąć rękawice.

Pozdrawiam, Ewa

PS.

Tytuł tego  postu to sentencja Seneki Młodszego – Życie jest walką.
Mnie bardziej odpowiada życie, które jest pokojem, harmonią i wzrostem.

Uncategorized , , , , , , , , ,

Puste nakrycie na wigilijnym stole

Grudzień 23rd, 2010

Puste nakrycie na wigilijnym stole ma w polskiej tradycji podwójną symbolikę:

1.       Wyraz pamięci o zmarłych (nowsze – jako wyraz pamięci o żyjących ale w tym dniu z nami nieobecnych),

2.       Wyraz gotowości przyjęcia wędrowców, niespodziewanych gości i zaproszenia ich do wspólnej wieczerzy wigilijnej.

W wielu domach to nakrycie jest ustawiane na stole i mam przekonanie, ze ustawiane ze świadomością tej podwójnej symboliki. Ja nie ustawiam tego pustego nakrycia. Dlaczego? Nie chcę pustej symboliki. Ani przy wigilijnym stole, ani w żadnym innym momencie życia. Zważam na tradycje, ale nie hołduję jej bezrefleksyjnie.

O zmarłych pamiętam, choć szczęśliwie ważni dla mnie ludzie żyją. Nie zawsze mogą lub nie zawsze chcą być obecni w tym dniu ciałem ze mną przy jednym stole (mają np. inne własne plany), ale mam ich w sercu, myślach, pamięci i wyrażam to poprzez kontakt choćby telefoniczny, codzienną dbałość o relacje i o ich potrzeby – rzecz jasna – na miarę moich możliwości. Jestem w tym prawdziwa, nie na pokaz. Nie mam zatem potrzeby wystawiania pustego nakrycia w tym kontekście i nie robię tego dla samego utrzymania tradycji. Nie czuję potrzeby manifestowania tej pamięci w taki sposób.

Jeśli chodzi o drugi punkt – już dawno uświadomiłam sobie, że wystawianie pustego nakrycia jako symbolu takiej mojej gotowości byłoby z gruntu fałszywe. Bo o ile przyjęłabym do stołu znajomych i przyjaciół niespodziewanie stających w drzwiach mojego domu (choć nie lubię takich niespodzianek), o tyle jestem też przekonana, że nie przyjęłabym obcych, nieznajomych, zabłąkanych wędrowców, nie przyjęłabym bezdomnego, etc. Nie wartościuję, czy to dobrze czy źle, bo nie o to teraz chodzi. Nie chcę też zagłębiać sie w uzasadnianie tego.

Znałam (teraz nie mam kontaktu, zatem nie wiem jaki jest stan aktualny) tylko jednego człowieka, który – gdy przychodził do niego żebrak, bezdomny – zapraszał go do domu, umożliwiał wykapanie się, prał jego odzież, dawał czysty ręcznik, przybory toaletowe, wyjmował swoje ubranie i dawał czyste, zapraszał do stołu. Zatem to możliwe. Dla mnie jednak nie – z różnych względów nie do zrobienia.  Nie chcę zatem stwarzać za pomocą symbolu nieprawdziwego obrazu, nie chcę  deklaracji bez pokrycia. Jestem oczywiście gotowa podać jedzenie, nawet wystawić nakryty stolik na klatkę schodową, podzielić się każdym jedzeniem, oddać ubrania (jednak nie każde i nie wszystkie), ale nie zaproszę zaniedbanego, nieznajomego bezdomnego  do wspólnego stołu. Ta symbolika pustego nakrycia byłaby zatem w moim przypadku deklaracją bez pokrycia – fałszem. To jak zobowiązanie, o którym wiem już na starcie, że go nie dopełnię. Po co zatem się obligować? Dla podtrzymania tradycji? Nie.

Jestem zwolenniczką hołdowania  tradycji, ale w sposób pogłębiony własną refleksją, z zachowaniem spójności pomiędzy znakiem (widoczna oznaką – jak ten pusty talerz), a tym, co ów znak, oznaka symbolizuje (tu – owa gotowość ) tak naprawdę w moim życiu. Lub takiej, która nie jest obligacją do określonego działania.

Według mnie symbole, których używamy powinny być spójne z naszym życiem -  z naszą postawą, działaniem. To dotyczy nie tylko aktualnych świąt, a wielu innych symboli. Może warto przy okazji świąt zastanowić się nad różnymi symbolami w naszym życiu. Nad ich znaczeniem dla nas, ich rolą w naszym życiu, wagą dla nas i dla innych z naszego otoczenia, a także odpowiedzialnością  z tytułu używania symboliki – nic nie wart jest symbol czy znak, za którym stoi… pustka lub fałsz.

Odróżniam symbole od dekoracji. :-) Dla mnie symbol to określona deklaracji lub oznaka określonego stanu. To szczególny język, komunikat, jaki przekazuję otoczeniu. I chcąc być wiarygodną i spójną – powinnam być gotowa tę deklarację wypełnić, jeśli zajdzie potrzeba.  Jeśli nie jestem – nie manifestuję tego zewnętrznymi oznakami, żeby nie być jak wydmuszka. By być w prawdzie – przed sobą i innymi, by po prostu nie kłamać.  A przynajmniej bardzo się staram, żeby tak było. :-)

A jak jest z Waszymi deklaracjami-symbolami?

Pozdrawiam,

Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Dag Hammarskjöld i spełnione życie

Listopad 14th, 2010

“Żyj tak, aby w dniu twojej śmierci wszyscy płakali -  ty jeden byś łzy nie miał w oku i śmierć przyjął spokojnie, kiedykolwiek przyjdzie.” (Dag Hammarskjöld)

Jakieś 20 lat temu a może więcej przeczytałam ten tekst w niewielkiego formatu książeczce pod tytułem (jeśli dobrze pamiętam) ‘Drogowskazy”. Niestety książki już nie mam, bo była to jedna z wielu rzeczy, jakie kilkanaście lat temu w wyniku kradzieży utraciłam w dniu przeprowadzki do Warszawy (nawiasem mówiąc zostałam z tym, co miałam na sobie – takie “serdeczne powitanie” w stolicy). Już wtedy tekst ten zrobił na mnie wielkie wrażenie. Zapamiętałam go i potraktowałam jako swój osobisty drogowskaz.

Pamiętam, że wówczas główną moją  myślą było: “żeby nikt przeze mnie nie płakał”. A zatem – “chcę być dobrym człowiekiem, żyć dobrze”. To wbrew pozorom wcale nie jest łatwe zadanie na życie.  :-) Przede wszystkim skupiłam się na tym, by w swoim życiu nie krzywdzić (przynajmniej świadomie i celowo) innych. I do tego – by jak najwięcej dobra dać innym, by pomagać, wspierać, Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że z realizacją bywało różnie, efekty moich działań nie zawsze były świetlane, choć intencje na ogół dobre i szczere. Myślę też, ze unikanie zła jest gorszą postawą życiową od nastawienia na dobro, ale to na marginesie. Przeżywszy kolejne 20 lat wracam do tego tekstu i wywołuje on nadal emocje i prowokuje do szeregu refleksji. Dziś jednak tych refleksji jest znacznie więcej:

- W czynieniu dobra nie wystarczą dobre chęci i najlepsze intencje, równie ważna jest realizacja, efekt finalny (niekoniecznie natychmiastowy).

- Jeśli  jakaś sprawa budzi moralne / etyczne  wątpliwości, wątpliwe są dobre efekty – warto zdać się na intuicję i nawet zaniechać działania, by nie przyczyniać się choćby samą swoją obecnością do działań wątpliwych.

- Bywa, że coś, co w krótkiej perspektywie wydaje się złe, niesie cierpienie, sprawia ból – z czasem (większa perspektywa) jest pozytywne i korzystne (jak z bólem zastrzyku czy wyrwania zęba). Poważne zmiany w życiu często obarczone są jakimś rodzajem cierpienia, wyrzeczenia itp.

Powyższe dotyczy zarówno działań nakierowanych na druga osobę, jak i tych, które dotyczą nas samych.

I jeszcze kilka następnych ważnych (według mnie) myśli, którymi chcę się z Wami podzielić:

- Obdarzać szczęściem czy radością i innymi pozytywnymi emocjami czy darami może naprawdę tylko osoba, która je posiada. To tylko pozornie oczywiste – czasem ludzie nie radząc sobie z własnym życiem skupiają się na życiu innych (ludzi, zwierząt), w ten sposób uciekając przed dokonaniem zmian u siebie. Oznacza to jeszcze jeden ważny obszar odpowiedzialności za własne życie (kiedyś przeze mnie marginalizowany lub pomijany), że trzeba koniecznie dbać o własne zasoby – w myśl powiedzenia, że “z próżnego i Salomon nie naleje”. Nie mam tu na myśli jedynie tych finansowych, materialnych zasobów i nawet w mniejszym stopniu te, a bardziej zasoby wewnętrzne, nazwijmy duchowe, emocjonalne, psychiczne.

- Aby pod koniec życia nie płakać, należy realizować też własne pragnienia, marzenia, żeby mieć poczucie spełnienia – nie da się życia nadrobić “na ostatnią chwilę”.

- Warto próbować różnych “smaków”, poznawać jak najwięcej, by wiedzieć, co się naprawdę lubi, co jest dla nas naprawdę dobre, by móc świadomie dokonywać wyborów.

- Pogodzenie z życiem to znacznie mniej, niż poczucie spełnionego życia (czy jesteś tylko pogodzony ze swoim życiem, czy też się w nim spełniasz?).

- Równowaga między dawaniem a braniem jest niezwykle ważna i warto o to dbać, żeby zachowywać równowagę,  wewnętrzną harmonię, mieć dobre relacje z ludźmi, nie hodować w sobie poczucia wykorzystania albo zaniedbania, krzywdy, żalu, niespełnienia, żeby nie oczekiwać wdzięczności i podziękowań jako rekompensaty, bo to odbiera dobrą energię i pozytywną motywację.

- Jeśli ktoś chce dawać dobro (jakkolwiek rozumiane – materialne czy niematerialne), powinien nauczyć się także przyjmować dobro. I odwrotnie – jeśli otrzymujesz, to także dawaj.  Bycie wyłącznie obdarowującym lub wyłącznie obdarowywanym  (niezależnie od rodzaju daru) zaburza równowagę, oddziela obdarowanego od obdarzającego i zaczyna być źródłem złych emocji czy doznań (np. poczucie wyższości, pycha,  roszczeniowość, poczucie braku,  zgorzknienie, zniechęcenie, poczucie niesprawiedliwości etc)

- Jeśli lubisz obdarowywać, bo sprawia Ci to radość, to pozwól drugiej stronie na doznawanie tego samego – pozwalaj się obdarowywać. Przyjmuj dary, pozwalaj sobie pomagać, pozwalaj innym na sprawianie Ci radości.

- Nie uprawiaj samooszukiwania się – jeśli nie jest dobrze, to nie wmawiaj sobie, że jest inaczej, nie “wytrzymuj”,  tylko szukaj drogi zmiany.

- Jeśli obdarowujesz – rób to z myślą o obdarowywanym, a nie o sobie i swoich korzyściach. W przeciwnym wypadku będziesz go jedynie używał dla własnego dobrego samopoczucia.

- Jeśli nie możesz oddać dobra temu, od kogo je dostałeś – podaj dobro dalej. :-)

- Skoro nie znamy dnia swojej śmierci – każdy dzień życia jest tak samo istotny i nie należy tego co dobre odkładać na później. Ani w dawaniu, ani w braniu.  Jeśli każdy dzień przeżyje dobrze, w poczuciu nasycenia, spełnienia, to niezależnie od czasu odejścia – moje życie będzie spełnione. Niezłe zadanie – niezależnie od wieku i warunków, w jakich żyjemy.

Czy dbacie o równowagę w dawaniu i braniu? Czy pod koniec dnia zastanawiacie się, co dobrego się w nim wydarzyło? Co dobrego zrobiliście dla innych a co dobrego dla siebie? Co dobrego otrzymaliście, co dobrego Was spotkało?

Czy pielęgnujecie w Waszym życiu  pasję, entuzjazm, radość?

Czy macie marzenia? Czy podążacie za swoim marzeniem, czy rozmieniliście je może niezauważalnie na codzienne rutynowe działania służące jedynie “zapełnieniu miski” i spłacie kredytu?

Jeśli w Waszym życiu (tak jak w  moim) – tzw. osobistym czy zawodowym -   są rzeczy, sfery, obszary, działania, postawy etc, które wymagają zmian, które chcecie zmienić – zacznijcie teraz. Nie jutro, za miesiąc, za rok – teraz. Krok po kroku – ale od już. Nie odkładajmy “prawdziwego życia” na “kiedyś”. Niezależnie od wieku – nie wiemy, ile mamy tego “kiedyś”. Życie jest teraz.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Róże Victorii

Październik 15th, 2010

W sierpniu w poście o ograniczających przekonaniach zacytowałam Victorię Schnabel. Teraz ciąg dalszy Jej wypowiedzi:

Nasze wcześniejsze niepowodzenia, winy, wstyd mogą stać się kompostem, który pomoże naszym różom wspaniale rozkwitnąć (Victoria Schnabel).

Bardzo podoba mi się i przemawia do mnie to zdanie o kompoście. Hmm, w tym tygodniu przygotowywałam na zimę pelargonie. Nadal pięknie kwitną, ale czas było porobić szczepki na nowy sezon. Lubię kwiaty w swoim otoczeniu. Lubię, gdy kwitną. I lubię, gdy moje życie kwitnie.

Do kompostownika na działce moich rodziców trafiają niepotrzebne organiczne odpadki, chwasty, uwiędłe i zepsute owoce, by po jakimś czasie wrócić na grządki w postaci nawozu – naturalnego i bardzo wartościowego. Ten naturalny nawóz wzmacnia młode rośliny i przyczynia się do powstania dobrych, dorodnych i wartościowych owoców.

Idąc myślą za Victorią, do kompostownika od pewnego już czasu wrzucam swoje  niepowodzenia, złe lub głupie wybory czy decyzje, rzeczy, z których dumna nie jestem, ale i poczucie winy czy wstydu (któż z nas nie doświadczał… ). Mogłabym oczywiście się nimi zasłaniać i usprawiedliwiać niczego nie zmieniając w sobie i swoim sposobie życia czy działania, tkwić w tym własnym zachwaszczonym ogródku. Ale mogę też powiedzieć sobie: to nie było dobre, nie jestem z siebie dumna, ale wybaczam sobie, zostawiam za sobą. Zamiast tygodniami analizować, przywracać do życia w myślach te zdarzenia – lepiej skupić się na tym, co teraz mogę zrobić w swoim życiu. Będąc bogatsza o nowe doświadczenia –  idę dalej. Nie zamykam się na to co było, nie zatrzaskuję za tym drzwi i nie udaję, że tego nigdy nie było. Nie odcinam się od swojego życia, ale nie zamierzam żyć przyglądając się niezmiennie temu co było. Bo z takiego przyglądania się i tkwienia w przeszłości owoców nie będzie. Mówię sobie: “Teraz wiem więcej o sobie i o życiu, jestem bogatsza o wiele doświadczeń i mogę żyć i działać lepiej.” Kompost pomaga  “rozkwitać różom”. Moim różom.

Podstawą do zmiany jest stawanie w prawdzie przed samym sobą. łagodnie i z życzliwością, choć bez znieczulenia.

Każdy czas jest dobry na taką zmianę – od patrzenia w przeszłość z poczuciem niezadowolenia, do patrzenia w przyszłość i działania „pro”. Nie ma nieodpowiedniego wieku dla takiej zmiany. Nie ma ograniczenia czasowego, że zmiana musi się dokonać w określonym czasie, a jak nie, to “przegrane”. Wszystko to, czego doświadczaliśmy do tej pory może nas wspierać, może być naszym kapitałem (nawet jeśli nie zawsze widzimy to właśnie w ten sposób). Co więcej – negatywne doświadczenia mogą nas inspirować, pomagać w znalezieniu nowych ciekawych dróg.

To, o czym piszę dotyczy zarówno sfery prywatnej jak i zawodowej. Jeśli w pracy potykamy się o projekty, ludzi, relacje etc, to możemy się skupiać na niepowodzeniach i trawiąc je – energia idzie w przeszłość a nie w przyszłość. Jeśli rzucam to na kompost – będą z tego korzyści. Doświadczałam kiedyś w pracy niesprawiedliwego traktowania, zachowań mobbyingowych, doświadczałam braku szacunku i docenienia. Dziś tamte doświadczenia owocują. Pamiętam o nich w codziennej pracy ze swoim zespołem. Lubię swój zespół i szanuję za ich pracę, postawę, odwagę, czasem bezkompromisowość, za  zaangażowanie, otwartość – sporo powodów do codziennego lubienia. Moje doświadczenia nauczyły mnie, jak mogę dawać to, czego nie doświadczałam sama. Oczywiście nie jestem aniołem :-) , bywam też trudnym szefem. Ale nawet w takich momentach przychodzi do mnie refleksja – wrzucam na kompost te nowe doświadczenia – doświadczanie siebie w nowych kontekstach i bogatsza działam dalej. Nie warto skupiać się na tym, co nadaje się już tylko na kompost. Warto jednak to wykorzystać, żeby róże mogły zakwitnąć. Na pustyni kwiaty nie rosną. Zatem nasze doświadczenia, także te „kompostowe” tworzą żyzną glebę dla naszego rozwoju. Nie warto się od nich odcinać.

Masz swój kompostownik? Czas wygrabić to, co nadaje się na kompost. :-) Zbierz wszystko co nadaje się na ten kompost właśnie teraz jesienią. Nie ma sensu nosić tego ze sobą przez całą zimę. Wiosną zakwitną Twoje róże – róże Victorii. Róże zwycięstw nad własnymi słabościami, niemocą, złymi doświadczeniami, potyczkami z życiem i ze sobą.

Pozdrawiam,

Ewa

ps. Chwasty mają to do siebie, że próbują utrzymać się przy życiu (w naszym życiu). Wyłażą zatem czasem z kompostownika i wpełzają znów na grządkę. Ale jeśli już wiemy, że to tylko chwast i że jego miejsce jest w kompostowniku – możemy to opanować. :-)

Uncategorized , , , , , , , , ,

Ograniczające myśli i przekonania

Sierpień 14th, 2010

W czerwcu dostałam informację o tegorocznych warsztatach z Victorią Schnabel. Warsztaty pod tytułem „Kompost i róże”. Z uwagą przeczytałam ich opis. W mailu było m.in. poniżej cytowane  zdanie (przetłumaczone przez organizatora na język polski):

Odrzucając myślowe ograniczenia odkrywamy, kim jeszcze możemy być, nie zamykając jednocześnie drzwi przed tym, kim do tej pory byliśmy. (Victoria Schnabel).

Ten cytowany fragment skłonił mnie do szeregu przemyśleń, którymi chcę się podzielić (zaznaczam, że są to wyłącznie moje własne przemyślenia, a nie autorki cytowanego tekstu; nie próbuję nawet zgadywać, jak Victoria rozwijałaby ten wątek).

W moim odczuciu ograniczenia myślowe to często przekonania, jakie nosimy w sobie, powtarzamy bezrefleksyjnie, a które wpływają na nasze decyzje, wybory, sposób życia. Wiele z nich “dostajemy w pakiecie” w toku wychowania od najbliższych nam osób. One też często “dziedziczą je” po swoich bliskich. Nie jesteśmy jednak na nie skazani. Gdy już zdajemy sobie z nich sprawę, gdy potrafimy nazwać, wówczas możemy na poziomie świadomym przyjąć je ponownie lub odrzucić.
W sobie w ciągu lat odkryłam wiele takich ograniczających mnie przekonań i co jakiś czas trafiam na nowe. Zauważałam je od pewnego czasu i nadal zauważam także u innych.

Przykłady? Proszę:
-  człowiek musi / powinien pokonywać własne słabości;
-  aby podróżować w ciekawe miejsca trzeba mieć dużo pieniędzy;
-  jeśli do określonego wieku (każdy może tu wpisać odpowiedni wiek) nie ma się szczególnych osiągnięć, to znaczy, że już i tak nic się nie osiągnie i trzeba się pogodzić z tym, że życie już takie po prostu jest;
- po czymś dobrym musi nastąpić coś złego;
- studia formalne są konieczne do osiągnięcia życiowego sukcesu (o tym pisałam w jednym z pierwszych postów);
- praca na etacie to bezpieczeństwo finansowe;
- pieniądze są podstawą dobrego życia.

Pewnie możecie  tę listę długo rozwijać, u każdego będzie nieco inna, choć – jak przypuszczam – znajdą się i wspólne ograniczające przekonania wynikające z kultury danego kraju czy religii. Ja też mogłabym stworzyć księgę, ale nie jest moim celem tworzenie leksykonu. Warto przyjrzeć się temu, jakie przekonania o życiu i o sobie nosimy – my sami a nie inni – i co w ślad za tym się dzieje lub nie dzieje w naszym życiu.

Są też  bardziej “osobiste” ograniczenia myślowe, które sami sobie tworzymy, niejako godząc się z sytuacją czy stanem, w jakim jesteśmy (byliśmy). Powszechnym ograniczeniem myślowym jest to wyrażające się w słowach “Nie nadaję się do tego”, “Nie dam sobie rady”, “Nie mogę”… Szczególnie bez podejmowania prób takiego działania.  To jak “Nie lubię zupy szczawiowej” na podstawie wyglądu tej zupy, a bez skosztowania.

Taka zgoda wewnętrzna na ograniczające myśli  uniemożliwia czy bardzo ogranicza nasze faktyczne możliwości rozwoju i sami skazujemy się na “tkwienie w bezruchu”, a nawet na regres. Budujemy je (te ograniczenia) m.in. w oparciu o własne doświadczenia i doświadczenia znajomych nam osób, i niesłusznie przydajemy im zbyt dużą moc, często przy tym dokonując uogólnień (np. “nie umiem występować publicznie” czy “jestem złym kochankiem”) w oparciu o jedno negatywne doświadczenie (odpowiednio: w trakcie jednej z prezentacji nie umiałeś odpowiedzieć na pytanie z sali / w relacji intymnej zdarzyło ci się nie być w dobrej kondycji) . Takim uogólnianiem sami sobie odbieramy siłę i ograniczamy się. To rodzaj czapki, która spada na oczy i nie pozwala zobaczyć więcej, niż to, co mamy pod nogami, przy samych stopach. próbował ktoś kiedyś zobaczyć niebo mając czapkę zsuniętą na oczy?  :-) To nas hamuje przed podejmowaniem kolejnych prób, ogranicza odwagę myślenia i działania, a tym samym odbiera wiele pozytywnych doświadczeń.

Jeśli określone przekonania determinowały nas w jakimkolwiek obszarze, to stwierdzamy ten fakt i … mamy po prostu więcej wiedzy na swój temat i prawdziwszy, bardziej obiektywny czy szerszy obraz siebie i świata. Możemy zostać tylko przy tym odkryciu, a możemy pójść za ta zmiana traktując ją jako ciekawy i wyzwalający początek wielkiej przygody.

Jeśli odkryjemy, jakimi przekonaniami jesteśmy nasiąknięci, możemy stopniowo i łagodnie sprawdzać je, poszukiwać siebie na nowo, zadawać pytania, budować inne przekonania, zmieniać się, odrzucać to, co do tej pory było niejako częścią nas. Zmieniając się jednocześnie i otwierając przed sobą nowe możliwości. Jeśli odrzucamy dotychczasowe przekonania i ograniczenia myślowe, to nie znaczy, że wszystko do tego momentu było w naszym życiu złe i niepotrzebne. Z łagodnością dla siebie i swoich dotychczasowych wyborów i decyzji, możemy zmieniać siebie i rozwijać się w zupełnie nowych obszarach i z nieznaną dotychczas dynamiką.

Warto przeznaczyć czas i usiąść sam na sam ze sobą i zapisać przekonania, w które wyposażono nas w toku wychowania, które sami sobie narzuciliśmy, przyjrzeć się, czy one miały wpływ na nasze dotychczasowe decyzje i wybory (które miały, które największy wpływ). Ważne według mnie jest to, by robić to bez równoczesnego oceniania siebie.

A potem zobaczyć, czy one są naprawdę dalej dla nas aktualne, czy nadal są „nasze”. Wykreślić te, które nie są aktualne i zastąpić je albo aktualnymi, albo … niczym – przestrzeń do wypełnienia może kiedyś w życiu, a może nie. Jo to dla mnie oznacza? Czy tak jest naprawdę? Czy tak właśnie myślę?

Posłużę się pierwszym wyżej przytoczonym przykładem:

„Człowiek musi / powinien pokonywać własne słabości” => To mnie oznacza, że muszę / musisz (!) lub przynajmniej powinnam/ powinieneś pracować nad wszystkimi swoimi słabościami, żeby je wyeliminować. => Energia, myślenie, skupienie uwagi i działanie są skoncentrowane zatem wokół słabości :-(  => Pozostaje w związku z tym mało czasu, energii i zapału do rozwijania innych obszarów, które stanowią mocną stronę.

Teraz pytam: Po co mam pokonywać wszystkie słabości (tu warto je nazwać konkretnie, żeby myśleć o konkretach a nie o ogólnikach)? Czy z tymi konkretnymi (nazwane) słabościami  mogę żyć szczęśliwie i realizować siebie w różnych obszarach (nazwać je też warto)? Może warto czasem zgodzić się na niektóre słabości i przyjąć, że tak czy inaczej nie będziemy doskonali, bo to nie tylko nierealne, ale i niepotrzebne.

Zatem mogę teraz powiedzieć: „Nieprawdziwe jest przekonanie, że człowiek musi/ powinien pokonywać własne słabości i ja to przekonanie odrzucam”. Co to dla mnie oznacza? Że mogę przestać się zajmować swoimi słabościami, przynajmniej niektórymi spośród nazwanych. Jaka ulga! Tak, tak, mogę przestać się na nich koncentrować. :-) To pozwala uwolnić energię i zasoby, jakie nosimy w sobie. To oznacza, że możesz (tak samo Ty jak i ja)  np. zacząć szukać swoich mocnych stron i na ich rozwoju budować swoje dalsze „ja”. Ile pomysłów przychodzi do głowy, na temat tego, co mogę robić, jak się rozwijać, jak doładowywać baterie, etc. W efekcie słabości, które były na pierwszym planie schodzą na dalszy plan, bo swoje silne strony nie tylko zauważasz, ale i rozwijasz. I – co może wydać się dziwne – w trakcie pracy nad umacnianiem mocnych stron i w toku takiego rozwoju nie wiedząc kiedy pokonujemy niektóre z tych słabości. :-)

Zmiana przekonań jest czymś do czego mamy prawo, jest czymś naturalnym. Tutaj piszę o ograniczających przekonaniach. Nie wszystkie przekonania są takimi ograniczającymi nas. Odrzucenie ograniczających nas przekonań pozwala nam rozwijać się w kierunkach, które sami przed sobą zamknęliśmy. A to, co do momentu zmiany przeżyliśmy może stać się źródłem jeszcze większej siły. :-)

Życzę przyjemnej pracy przy odkrywaniu i odrzucaniu ograniczających Was przekonań i poszukiwaniu siebie – niezależnie od wieku, stanu i pozycji zawodowej.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Życie bez „papierka”…

Styczeń 26th, 2010

Żyjemy w  kraju, w którym praktycznie każdy ma dziś “papierek” [„papierek” w znaczeniu dyplom potwierdzający ukończenie studiów]. To cytat z wypowiedzi jednego  Czytelników Blogu Alexa.

Temat wydał mi się na tyle ważny i poważny, by nie zamykać go krótkim komentarzem. Warto przyjrzeć się, czy tak jest naprawdę i odnieść się do podobnych przekonań i stereotypów. Podkreślę tutaj, że posiadanie dyplomu nie jest jednoznaczne z posiadaniem wykształcenia. Można mieć wspaniałe wykształcenie i nie mieć “papierka”, można mieć “papierek” i .. nie mieć przyzwoitego nawet wykształcenia. Wykształcenie, umiejętności i wiedza są ważne. Można je zdobywać w toku nieformalnej edukacji.

Czy naprawdę żyjemy w kraju, w którym każdy ma ”papierek” lub każdy studiuje? Poszukałam „na szybko” informacji dotyczących tematu (w niektórych przypadkach udało mi się dotrzeć do najświeższych danych) :

Według danych za 2006 rok, wyższe wykształcenie potwierdzone dyplomem, bez względu na jakość wyższej uczelni i poziom kształcenia, miało 5,5 mln Polaków, co stanowiło 16,5% społeczeństwa powyżej 13 roku życia. Dane te uwzględniają wykształcenie wyższe uzyskane  także przed 80 rokiem, zgodne z ówczesnymi programami kształcenia, jak i uzyskiwane obecnie. Dotyczą dyplomów państwowych i prywatnych uczelni, filii uczelni, seminariów duchownych, wyższych uczelni wojskowych, policyjnych, dyplomów uzyskiwanych w trybie zaocznym, wieczorowym, jak i dziennym. Uwzględniają też np. studia ukończone w Moskwie w latach 60 tych czy 70 tych na kierunkach politycznych czy związanych z wojskowością. To tak dla pełniejszego obrazu. Uwzględniają w tym osoby aktywne zawodowo, bezrobotnych z dyplomem, jak też np. emerytów posiadających dyplom. Po prostu wszystkich „z papierkiem”. Z kolei badania CBOS za 2009 rok wskazują, że 16 % wszystkich badanych uważa, że wyższe wykształcenie oznacza większy szacunek i uznanie wśród innych, co potwierdza z kolei jedynie 21% respondentów z wyższym wykształceniem. Warto mieć tę świadomość i weryfikować swoje wyobrażenia, żeby nie powielać informacji o tym, że “większość” osób w kraju studiuje i “większość” ma jakiś dyplom i że dyplom oznacza uznanie, a brak dyplomu oznacza, że się jest „nikim” i że się „nie ma szans”. Jeśli do tego co napisałam dodać fakt, że w 2009 roku odnotowano rosnący wskaźnik bezrobocia wśród absolwentów uczelni wyższych, to wątpliwym jest dla mnie przyjmowanie posiadania dyplomu jako kryterium sukcesu czy uznania oraz możliwości rozwoju. Pozostaje sobie zadać pytanie, co w takim razie o tych ostatnich decyduje, co ma na to wpływ, ale to temat na zupełnie inny post.

Środowisko, w którym ja się obracam utwierdza mnie w przekonaniu, że wielu ludzi nie posiadając dyplomu odnosi sukcesy, cieszy się szacunkiem, staje się doradcami czy nawet ekspertami w różnych dziedzinach, a dla rozsądnych pracodawców (to rosnąca liczba!) ważne jest, co umiesz, jakie masz doświadczenie, a nie to, czy legitymujesz się takim a nie innym “papierkiem”. Trzeba jednak minimum odwagi, żeby przeciwstawić się „zasysającemu” otoczeniu, które zatruwa nas wyssanymi z palca opiniami. Trzeba mieć minimum determinacji, żeby to otoczenie zamienić na inne.

Kolejne stwierdzenie to: W oczach niektórych ludzi, ukończenie studiów decyduje o tym, czy ktoś jest “kimś” .  Całe szczęście, że tylko w niektórych oczach, niektórych ludzi (co potwierdzają dane). To oznacza, że jest jeszcze bardzo duża liczba osób, dla których takie stwierdzenie wydaje się niemal „z kosmosu” lub bardziej – z minionej epoki.

Oczywiście są firmy, w których podstawowym kryterium doboru kandydatów do pracy wciąż jest “papier”, ale tak samo są firmy, w których podstawowym kryterium awansu są znajomości i układy, albo i takie, w których niepisanym kryterium zatrudnienia jest orientacja polityczna i poparcie polityczne. Na szczęście taki standard nie obowiązuje wszędzie. A to z kolei oznacza, że jeśli nawet nie masz “papierka”, to nie jesteś wykluczony i możesz znaleźć swoją własną drogę, bardzo ciekawą, niekiedy znacznie ciekawszą od tej znanej i przetartej przez tzw. większość.

Polska to kraj, w którym […]nie pójście na studia to wielki “obciach” przez znajomymi, rodziną, pracodawcą… oraz że w naszym społeczeństwie dominuje pogląd, że osoba bez ukończonych studiów jest automatycznie na przegranej pozycji, tak towarzyskiej (“ludzie Cię nie będą szanować”), jak na polu zawodowym (“kto zatrudni osobę bez studiów?”). Na takie stwierdzenia pozostaje mi tylko powiedzieć:  sugeruję szybką zamianę środowiska na mniej szkodliwe. Nieprawdziwość takich opinii jest dla mnie oczywista, co pokażą przytoczone dalej historie kilku osób.

Kolejna kwestia: Z jakimi innymi wyzwaniami, niż ludzie po studiach muszą się borykać ci bez ukończonych studiów formalnych? Tego nie wiem. Pewnie każdy ma inne wyzwania, według mnie nie zależy to od posiadania dyplomu. Zwracam jednak tu uwagę na użycie słowa „borykać”. Sugeruje ono, że osoby bez dyplomu stale napotykają – w odróżnieniu od tych z dyplomami – na jakieś mega trudności do ciągłego pokonywania. Na temat używania języka polskiego przygotowuję odrębny post, bo język to narzędzie, którym możemy sobie zarówno pomagać, jak i bardzo szkodzić.

Czytelnik Blogu Alexa przytacza też konkrety przykład rozmowy i odnosi się do niej.
Przykładowa rozmowa:
Osoba A: Na jakie studia idziesz/Jakie studia ukończyłeś?
Osoba B: Nie idę na żadne studia/Nie ukończyłem żadnych studiów.
W głowie osoby A w tym momencie często powstaje obraz osoby B, która jawi się jej jako ktoś gorszy, lub w lepszym przypadku osoba A stara się na siłę przekonać osobę B, że studia to w dzisiejszych czasach podstawa i bez ich ukończenia niewiele w życiu osiągnie.

Skąd wiedza, co się dzieje w głowie osoby A? Przecież to jedynie wyobrażenie o tym, co może pomyśleć osoba A. Takie wyobrażenia budujemy na podstawie naszego obrazu świata (naszego, a nie osoby pytającej!), obrazu, w którym człowiek bez studiów jest mniej wartościowy, ma gorsze szanse, jest na przegranej pozycji towarzyskiej. Jedna możliwość – tak myśli osoba A, a druga możliwość – tak odbiera to osoba B, choć osoba A w ogóle tak nie myśli.  Warto samemu sobie zadać kilka pytań: Co ja myślę o ludziach, którzy nie skończyli studiów? Czy ich szanuję? Czy sam przypadkiem nie myślę, że są „nikim”? Czy ja uważam, że „papierek” ustawia mnie / ustawiłby mnie w innej, lepszej lidze? Skąd u mnie takie przekonania? Czy są moje, czy zaszczepione? Jaki jest mój “obraz świata”? W środowisku, w którym ja się obracam takie pytania nie mają miejsca. Bywają pytania „co robisz, czym się zajmujesz”, ale one nie mają nic wspólnego z pytaniem o wykształcenie, a tym bardziej o dyplom. Czasem w przypadkowych rozmowach okazuje się, że ktoś nie ukończył studiów formalnych i nie ma papierka. Szanuję wiedzę, mądrość, osiągnięcia tych ludzi, a nie “papier”!

Pojawiły się też ważne pytania o:

- szanse osoby bez dyplomu na ciekawe, wartościowe kontakty towarzyskie,
- szanse na satysfakcjonującą, ciekawą pracę i realizację zawodowych marzeń
- czy ludzie bez dyplomu są szanowani (cenieni) poza pracą przez społeczeństwo,
- jak te osoby wytrzymują konkurencję z osobami mającymi ukończone studia?
- branże w jakich  pracują te osoby i o konkretne zawody, jakie mogą w dzisiejszych czasach wykonywać ludzie bez dyplomu ukończenia studiów.

Czytelnik przywołuje też obecne w jego środowisku przekonanie, że pracodawca, mając do wyboru osobę, która ukończyła studia chętniej wybierze osobę z ukończonymi studiami, co według mojej wiedzy i obserwacji w wielu przypadkach jest całkowitą nieprawdą.

Zamiast przekonywać i przeciwstawiać jednym poglądom inne - przytoczę kilka historii. One pokazują, że papier nie jest warunkiem koniecznym ani uznania, ani spełnienia zawodowego, ani szacunku, ani dostępu do ciekawych ludzi. Wnioski zostawiam Czytelnikom.

Historia 1.:

Szukałam grafika do zrobienia projektów pewnej kampanii. Co zrobiłam? Wypuściłam informację, że szukam kogoś, kto zrobi mi dobre projekty. Zgłosiły się małe i duże agencje reklamowe, a także indywidualni ludzie. Jak według Was dokonywałam wyboru? Otóż poprosiłam o zrealizowane projekty, żebym mogła je obejrzeć. Wyselekcjonowałam według tego kilku potencjalnych wykonawców (były to indywidualne osoby i agencje). Rozmawiałam o terminach realizacji i o kosztach. Poprosiłam o referencje od klientów. W ogóle nie padło pytanie o studia, bo mnie to nie interesowało. To człowiek a nie jego papierek będzie dla mnie pracował.

Historia 2.:

Młodego dwudziestoparoletniego człowieka, który „robił” szkolę policealną o “żadnej” renomie, zaprosiłam do Warszawy. Miał możliwość odbycia praktyki w bardzo dobrej agencji PR (to go interesowało). Ów młody człowiek po kilku tygodniach płatnej (!) praktyki dostał propozycję pracy na etacie w tej firmie – jednej z najlepszych w swojej branży. Dostał ciekawe stanowisko, dobre jak na pierwszą pracę wynagrodzenie. Uczył się od najlepszych. Odpuścił sobie w związku z tym szkoły i w pełni zaangażował sie w pracę, bo sprawiało mu to przyjemność. Niespełna pół roku później awansował. Dwa lata później zaczął realizować zlecenia już na własny rachunek. Sama zlecałam mu prace, kiedy nie miałam czasu sama się zająć realizacją projektu. Wiedziałam, że będzie to dobrze zrobione. Teraz ów młody człowiek szykuje się na wyjazd z kraju, bo znalazł ciekawe możliwości dalszego rozwoju.

Historia 3.:

Tym razem z pokolenia obecnych czterdziestolatków plus, historia sprzed kilkunastu lat. Młoda dziewczyna w niezbyt wielkim mieście po ukończeniu szkoły plastycznej nie poszła na studia, a zdecydowała realizować swoje marzenia i zajęła się… projektowaniem odzieży i jej produkcją. Jej pracownia w krótkim czasie rozrosła się do kilkunastu szwaczek. Jej sukienki lądowały w najlepszych butikach w owym mieście, a potem trafiły do innych miast. To u niej w pracowni przy kawie spotykało się najciekawszych ludzi. To nie była zwyczajna pracownia krawiecka, To było studio mody. Chodziło się do Małgosi, a nie do krawcowej. Była blisko środowiska artystycznego i blisko środowiska biznesowego. To o niej pisywały gazety, to ona była szanowana i ceniona jako projektantka i kobieta sukcesu. Do dziś jej dom bywa pełen nietuzinkowych ludzi. Nikt nawet nie zastanawiał się nad tym, jakie ona może mieć wykształcenie.

Historia 4.:

Miałam znajomego (kontakt się urwał), który nie ukończył studiów, miał niecałe 19 lat, gdy od pewnego już czasu pracował dla firmy, w której ja też byłam zatrudniona. Przychodził i prowadził szkolenia dotyczące komputerów (mniejsza o zakres). Klienci uwielbiali z nim zajęcia. Prowadził je z pasją, dobrą energią, a udział w jego zajęciach przekładał się na konkretne korzyści klientów. Jak trafił do tej firmy? Ów młody pasjonat, z długimi do pasa włosami, w spodniach bojówkach i zwykłej koszulce bawełnianej, przyszedł do firmy i powiedział, że to i to jest jego pasją, że chce robić to i to, i ma taki pomysł, żeby to robić z tą firmą. Poprosił, żeby ta firma dała mu szansę pokazania swoich umiejętności. Pokazał, został. Był bardzo ceniony, co przekładało się także na jego zarobki. Z czasem podkupiła go inna firma. Nikt nie pytał nawet, czy ma maturę.

Jeśli chcesz żyć jak większość, to droga jest taka jak większości. Ale czy naprawdę ta większość żyje w sposób, który Ci odpowiada? A jeśli nie, to dlaczego usilnie się do nich porównywać, starać się o ich uznanie jak o kromkę chleba?

Poniżej dla dopełnienia mojej wypowiedzi zamieszczam fragment styczniowego ogłoszenia o pracę (2010 rok), jakie przypadkiem znalazłam w Internecie.:

„Serwis internetowy adresowany do mężczyzn poszukuje zaangażowanego i dyspozycyjnego Redaktora.
Mile widziane osoby z Krakowa

Redaktor serwisu dla mężczyzn

[…]
Doświadczenie i wykształcenie to sprawy drugorzędne. Przede wszystkim szukamy kogoś z pasją i motywacją. Jeśli uważasz, że potrafisz pisać i jesteś w stanie zainteresować czytelników – prześlij do nas swoją aplikację wraz z kilkoma tekstami. Liczymy na konkretne odpowiedzi od kandydatów, którzy są gotowi podjąć z nami współpracę od zaraz.”

Jeśli znacie podobne historie – proszę dopiszcie. To może być bardzo inspirujące i przydatne dla wielu osób.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,