Archiwum

Posty oznaczone ‘rozwój’

Vivere militare est (?)

Czerwiec 4th, 2011

Wczoraj sprawdzałam różne terminy w kalendarzu i znalazłam info, że  17 czerwca to Światowy Dzień Walki z Pustynnieniem i Suszą. Zaczęłam zatem sprawdzać, jakie jeszcze walki podkreślamy czy honorujemy  specjalnymi dniami. Znalazłam  m.in. Dzień Walki z Analfabetyzmem, Dzień Walki z Otyłością, Międzynarodowy Dzień Walki z Faszyzmem i Antysemityzmem,  Międzynarodowy Dzień Walki z Ubóstwem. Zaczęłam z ciekawości  „googlować’  i do tego doszły : dzień walki z depresją, dzień walki z AIDS, walki z anoreksją,  walki z bezrobociem, walki z dyskryminacją, dzień walki z głodem,  z homofobią ,  z hałasem, z narkomanią, dzień walki z ubóstwem, dzień walki ze stresem.

Idąc dalej w swoich poszukiwaniach znalazłam: walka o pokój, walka o władzę, walka o stanowisko, walka o prawa obywatelskie, o przyjaźń, o związek,  o ukochaną, o kulturę, o nasze szczęście, walka o zdrowe i piękne włosy, walka firmy o sukces rynkowy, walka o lepsze wyniki, walka o relacje, walka z trudnościami, walka ze słabościami …. To rzecz jasna nie wszystkie walki…

Rozbawiła mnie „walka ze stresem” bo uświadomiłam sobie, że stres jest nierozłączny jeśli chodzi o walkę!  Z kolei walka z otyłością,  to nic innego, jak działania na rzecz zdrowego stylu życia i odżywiania.  „Walka o kulturę” – kultura jako efekt walki? Trofeum wojenne?  Pomyślałam, że walka staje się swoista kulturą naszych czasów.  Zamiast „walki o zdrowe i piękne włosy” proponuję dbałość o włosy i zdrowie.  Zamiast Dnia Walki z Hałasem proponuję Dzień Ciszy.  Zamiast walki z chorobami, proponuję skupienie się na ich leczeniu, profilaktykę, działania prozdrowotne, wzmacnianie ludzi chorych, dodawanie im dobrej energii, wiary, siły, motywowanie do zmiany szkodliwego stylu życia etc. Nie walczmy o lepsze samopoczucie, o lepsze relacje – dbajmy raczej o nasze dobre samopoczucie, budujmy dobre relacje. Słowo „walka” wyklucza istnienie dobrej relacji! Wyklucza związek, a przecież powszechne jest powiedzenie, że o związek warto walczyć. Słowo „walka” jest po przeciwnej stronie do „budowania”, „tworzenia”, „rozwoju”, “pomagania”.

Jak można walczyć o pokój? Przecież sam ten zwrot wyklucza możliwości pokojowych rozwiązań, bo skoro sam walczysz, to dajesz walkę a nie pokój, niszczysz pokój – nie ma tu miejsca na pokój!  Matka Teresa z Kalkuty podobno regularnie odmawiała udziału i wiązania się z jakimikolwiek akcjami pod szyldem „walki o pokój” i ubolewała, że ludzie walczą o pokój, zamiast  działać na rzecz pokoju, bo wtedy mogłaby się dopiero do tego przyłączyć.

Jak chcesz wałczyć z analfabetyzmem? Zabijesz brak? Analfabetyzm to brak – brak umiejętności czytania i pisania. Walka z  głodem,  to kolejny przykład walki z brakiem (jedzenia).  Absurd? Tak. Bo zwrot niesie niewłaściwe przesłanie. Zamiast dnia walki z analfabetyzmem powinien być czas nauki czytania. Zamiast walki z głodem powinno być dostarczanie jedzenia, karmienie. Walka z brakiem skupia na braku, a nie na działaniach których celem jest dostatek. To jak wałczyć z brakiem pieniędzy zamiast zarabiać pieniądze! Skup się na zarabianiu, a nie na braku.

Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak znalezione w sieci: „Walcz z samym sobą” i „Życie to wielka walka z trudnościami”.

Walczyć z sobą samym? Przecież nie jestem swoim wrogiem. Mam agresywnie działać przeciwko sobie? Żeby się zniszczyć, pokonać? Może jednak nie walcz ze sobą. Rozwijaj się, dokształcaj, dbaj o harmonię, czyń dobro, twórz, buduj, wzmacniaj…

Walka to agresja, to przemoc, to napięcie, brak harmonii!  lepiej skup się na działaniu nieagresywnym – wspieraniu, uczeniu propagowaniu, dostarczaniu, uświadamianiu, etc. Skup się na efekcie pozytywnym, na dobrym celu.

Zobacz, jak inna jest energia w zwrotach: działanie na rzecz.., troska o… , starania o.. , dbałość o.. , rozwój czegoś.., wsparcie dla .. . budowanie czegoś… A te właśnie zwroty mogłyby w każdym z tych przypadków zostać wpisane w miejsce słowa „walka”.

Jeśli przyjąć, że nasze życie jest na miarę naszych najgłębszych przekonań i oczekiwań (często nieuświadomionych), które realizujemy, a język jest jedynie wyrazem tychże, to… popatrz, jak mówisz i popatrz, jak żyjesz…  Jeśli Twoje życie to walka, to zawsze znajdzie się jakiś wróg,  znajdziesz go, żeby walczyć. Jak go nie będzie, to go stworzysz, bo sensem Twojego życia będzie walka.
Zamiast skupiać się na wrogach – proponuję skupiać się na przyjaciołach i na tym, co dobre, na budowaniu.

Spodobało mi się to, co znalazłam na stronie Wałbrzyskiego Klubu Aikido:  ”Myśl o tym, aby nieść pokój ludziom na całej ziemi, a nie o tym, by nabrać siły i gromić zastępy wrogów.” W innym miejscu w sieci znalazłam to : „ Nie walcz z wiatrem, rozłóż ręce i spróbuj dzięki niemu szybować”.

Jestem przekonana, że życie jest lżejsze, łatwiejsze, piękniejsze i wartościowsze, gdy nie walczymy, a podejmujemy działania pokojowe. W każdej sferze. Warto zdjąć rękawice.

Pozdrawiam, Ewa

PS.

Tytuł tego  postu to sentencja Seneki Młodszego – Życie jest walką.
Mnie bardziej odpowiada życie, które jest pokojem, harmonią i wzrostem.

Uncategorized , , , , , , , , ,

Zmiana czyli nowe i lepsze

Maj 29th, 2011

Zaryzykuję twierdzenie, że w życiu każdego z nas przychodzą momenty zmian uznawanych przez nas za bardzo ważne czy poważne. Niektóre z nich są wynikiem naszych świadomie podejmowanych decyzji, inne – wynikiem braku tych decyzji lub decyzji niewłaściwych, jeszcze inne dokonują się wbrew naszej woli. Bez względu na to, to co będzie dalej zależy w największym stopniu od tego, jak podchodzimy do tej zmiany.

Przyszło mi do głowy, że gdyby nasze życie przyrównać do obrazka ułożonego z puzzli, to zmiana powoduje, że z obrazka wypada kilka elementów układanki (zwykle gdy wypada jeden element – wypada kilka z nim bezpośrednio związanych). Znajomy obrazek przestaje być znajomy, czasem traci na urodzie, czasem staje się bardziej tajemniczy, czasem pustka przestrasza… Różnie. każdy pewnie reaguje inaczej i nie każda zmiana budzi jednakowe reakcje.

Oczywiście można długo przyglądać się niekompletnemu obrazkowi i rozpamiętywać, że takie to było ładne, albo że “takie to mogło być ładne” i ,” taka szkoda”. Można też szukać identycznych elementów, do wpasowania w powstałą pustą przestrzeń i skupiać energię na takim poszukiwaniu. A można inaczej – np. wyjąc jeszcze kilka elementów, żeby móc stworzyć nową przestrzeń – i przypatrzeć się, czym ciekawym dla nas tę przestrzeń można teraz wypełnić. Uruchomić przy tym całą swoją kreatywność, pobudzić wyobraźnię, uruchomić marzenia etc. I na kanwie tego, co stabilne, stałe (zamiast cerowania dziur), tworzyć nowy ciekawy obraz swojej własnej rzeczywistości. Skorzystać z tej swobody, z wolności,  jaka powstała w wyniku zmiany lub jaką sobie sam stworzyłeś  inicjując zmianę.  Cerowanie to działanie według dotychczasowego schematu, doprowadzanie do stanu sprzed zmiany. A przecież zmiana to szansa spotkania się z czymś  zupełnie nowym, ciekawym, pasującym do nas w tej chwili.

Zatem nawet poważną zmianę można traktować jako okazję zrobienia czegoś zupełnie innego, szansę, możliwość, prezent…  albo jako konieczność, rodzaj „skazania”, źródło cierpienia, stratę etc. Co jest bardziej konstruktywne? Co bardziej nam służy?

Jak podchodzicie do zmian w życiu? Co dla Was wynika z takiego a nie innego Waszego podejścia?
Czy macie odwagę dokonywania ważnych zmian w Waszym życiu?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Historia pewnej “Matki Nie-Polki” – post gościnny

Listopad 16th, 2010

Kiedy Monika zamieściła swój komentarz tutaj, po jego przeczytaniu pomyślałam, że byłoby bardzo dobrze (mam nadzieje, że przynajmniej niektórzy z Was podzielą moje zdanie) zamieścić na tym blogu post o zachowywaniu równowagi i “siebie” w relacjach matka-dzieci. Poprosiłam zatem Monikę o napisanie gościnnego postu. Dostałam go następnego dnia, co mnie niezwykle ucieszyło. Dziś publikuję ten post – jako inspirację, jako podpowiedź, drogowskaz.

Jest okazja, by pytać, rozmawiać, sięgać do doświadczeń kogoś, kto wie, doświadczył i żyje w poczuciu radości i spełnienia.  Kogoś, kto pokonywał trudności, odnajdywał siebie w nowej rzeczywistości – jako matka. Kogoś, kto podobnie jak ja nie jest zwolennikiem “poświęcania” się matki dla dziecka, ale – w odróżnieniu ode mnie – ma własne doświadczenia jako matka i może się do nich odnosić. Sami zresztą przeczytajcie.

Moniko, raz jeszcze bardzo Ci dziękuję i życzę wielu jeszcze nowych radości i dalszego spełniania się.

Pozdrawiam, Ewa

HISTORIA PEWNEJ MATKI NIE-POLKI

Dostałam od Ewy propozycję napisania postu o blaskach i cieniach rodzicielstwa w kontekście dbania o siebie jako osobę nie tylko jako matkę.

No cóż łatwo nie było. Czy wpadłam w rolę matki rodzicielki? Oczywiście!

Mam dwoje dzieci: dziewczynkę – w zasadzie kobietę – 20 letnią i 18 letniego mężczyznę. Różnica wieku między nimi jest bardzo mała więc z jednych pieluch wpadłam w drugie. Miałam 23 lata jak urodziłam moje pierwsze dziecko. Czy za wcześnie? Oczywiście, że za wcześnie. Dopiero skończyłam studia, mąż jeszcze studiował,  tyle że mieliśmy gdzie mieszkać. Pełen żywioł. Nasze dzieci są nieplanowane ale chciane, to dzieci miłości :-) .

Nagle po bardzo intensywnym życiu młodej radosnej studentki w wolnych chwilach jeżdżącej namiętnie konno – zostałam na 16 godzin sama w domu z dzieckiem. Myślałam, że się wścieknę i w dodatku byłam naprawdę sama – dziadkowie nie garnęli się do jakiejkolwiek pomocy. Mężowi też nie było łatwo, rzucił studia i pracował po 14 godzin dziennie na trzy a potem na cztery osoby.

Podjęliśmy decyzję, że dzieci do czasu przedszkola wychowujemy sami.

Gdy córeczka była malutka, jeździłam z nią na dłuuuuuuuuuugie spacery 4-5 godzinne. Chodziłyśmy sobie po parku, chodziłam do muzeów, na wystawy, czasem wchodziłam do sklepów, poznałam matki takie jak ja, spotykałyśmy się z naszymi dziećmi  i wspólnie spędzałyśmy czas.

Pierwszy bunt przyszedł jak córka miała około roku. Miałam dość i zbyt duże poczucie winy aby oddać ją gdziekolwiek pod opiekę a na nianię nie było mnie stać. Co robić? Zapisałam się na angielski ! Trzy razy w tygodniu, wieczorem. Jak mąż wracał z pracy, zostawał z dzieckiem a ja pędziłam do szkoły. To było to !!! Byłam bardzo zmęczona ale szczęśliwa.

Przynajmniej do czasu, aż zaszłam w ciąże z synem. Byłam przerażona jak ja sobie poradzę sama z dwojgiem dzieci? Mąż wtedy zmienił pracę i nie było go całymi dniami a i tak liczyliśmy się z każdym groszem. Wtedy podjęliśmy decyzję o oddaniu córki do żłobka na 3 miesiące a ja poszłam do pracy na 3 godziny dziennie, aby wyjść z domu i  „dorobić się” zasiłku z ZUS. Ta praca miała potem wpływ na moje dalsze wybory.

Dzieciaki rosły i były coraz fajniejsze, ich radość i otwartość na świat mnie inspirowały. Uwielbiałam się z nimi bawić, przewracaliśmy wtedy dom do góry nogami. Zabawki były wtedy wyłącznie kreatywne, bo albo nie można było nic kupić albo były dla mnie za drogie. Wystarczały nam więc kredki, farby, plastelina, papier itp. i tworzyliśmy własne arcydzieła. To były wspaniałe chwile.

Wtedy przyszła refleksja, zaraz a co z moim małżeństwem? Męża prawie nie ma, dzieci nie ma komu podrzucić? Wprowadziliśmy więc nakaz codziennej bliskości, czułości i miłości, czteroosobowych rodzinnych długich spacerów, zabaw i wyjść wieczornych do miejsc gdzie dzieci nikogo nie gorszą. Wtedy było ich niewiele. Bywaliśmy razem :-)

Drugi bunt – a co ze mną – przyszedł gdy syn miał dwa lata. Co zrobiłam? Poszłam do pracy na 8 godzin tygodniowo – do liceum jako nauczycielka – za moją skromna pensje opłacałam na te kilka godzin nianię do syna ( córka chodziła już do przedszkola ) – wychodziło co do grosza, a po południu jak mąż wracał z pracy, biegłam na studia podyplomowe na SGH.

Pracowałam w liceum dwa lata – w drugim roku na cały etat – syn był już w przedszkolu i skończyłam Handel  Zagraniczny na SGH. Dużo się wtedy nauczyłam. Przygotowywałam lekcje ( prezentację ) miałam kontakt z wieloma młodymi i starszymi osobami, byłam cały czas oceniana, musiałam wywiązać się z obowiązków.

Gdy syn poszedł do przedszkola po pól roku zmieniłam pracę i w tym nurcie pracuje do dziś.

Generalnie w pierwszych latach życia moich dzieci skupiałam się aby nie zapomnieć o sobie a w późniejszych aby nie zapomnieć o dzieciach.

W pracy stawiałam warunki – musiałam mieć czas dla dzieci – nie chciałam aby chodziły z kluczem na szyi. Umówiłam się na pracę – „że będzie zrobione”, nie ważne w jakich godzinach i kiedy – ale na czas.

Miałam więc czas dla dzieciaków, chodziłam na przedstawienia, na basen, na tenisa – z dziećmi i sama w tym samym czasie. Codziennie miały ugotowany obiad i pomoc w lekcjach oraz dowolną ilość czasu na porozmawianie z mamą i również nareszcie z tatą. A ja? No cóż skończyłam jeszcze studia podatkowe, staram się do tej pory raz w miesiącu iść na jakieś szkolenie, ten mój typ tak ma, lubię się uczyć.

Mąż przez te lata awansował, zaczął dobrze zarabiać, stać nas było na prywatną szkołę i na panią do sprzątania, przeprowadziliśmy się do domu i co najdziwniejsze miał więcej czasu!!!

Jak dzieci były w połowie szkoły podstawowej, założyłam własną firmę i tak jest do dziś.

Nasza wspólną pasją z mężem są podróże. Od najmłodszych lat za ostanie grosze, zabieraliśmy dzieci najpierw w Polskę pod namiot ( nawet 10 miesięczną córkę ) potem coraz dalej i dalej. Nasze dzieciaki znają Polskę wzdłuż i wszerz i zaszczepiliśmy im ciekawość świata. Teraz znają po dwa języki biegle i podróżują sami, wszędzie bez żadnych oporów.

Od początku uczyłam dzieci samodzielności, trochę nie miałam wyjścia :-) , wychowując je tylko z mężem. Jak roczne dziecko chciało samo jeść – proszę bardzo łyżka do ręki – potem tylko trochę sprzątania.  :-) Dziś córka usamodzielniła się, mieszka z koleżankami w wynajętym na spółkę mieszkaniu na które sama zarabia, studiuje. Syn robi w tym roku maturę.

A my z mężem? Mamy drugą młodość, dzięki temu, że w porę się obudziliśmy i znaleźliśmy miłość w codzienności. Czy za wcześnie urodziłam dzieci – NIE -  w sam raz. Mam teraz 43 lata, własna firmę, wychowane dzieci, jestem ciągle młoda i szczęśliwa. Jestem żoną szczęśliwego,  zadbanego i spełnionego zawodowo i rodzinnie człowieka, który mnie kocha bardziej niż w dniu ślubu i którego ja kocham.

Co teraz robimy? Cieszymy się życiem i zdrowiem, podróżujemy, ja hoduję kwiaty w ogrodzie, mąż fotografuje. Mamy przyjacielskie stosunki z dziećmi, które dbają o to, abyśmy byli wszyscy szczęśliwi.

Jestem niefrasobliwą matką? :-) Może tak, za to bardzo dobrą dla siebie i dla dzieci.

Pozdrawiam Serdecznie

Monika Góralska



Uncategorized , , , , ,

Dag Hammarskjöld i spełnione życie

Listopad 14th, 2010

“Żyj tak, aby w dniu twojej śmierci wszyscy płakali -  ty jeden byś łzy nie miał w oku i śmierć przyjął spokojnie, kiedykolwiek przyjdzie.” (Dag Hammarskjöld)

Jakieś 20 lat temu a może więcej przeczytałam ten tekst w niewielkiego formatu książeczce pod tytułem (jeśli dobrze pamiętam) ‘Drogowskazy”. Niestety książki już nie mam, bo była to jedna z wielu rzeczy, jakie kilkanaście lat temu w wyniku kradzieży utraciłam w dniu przeprowadzki do Warszawy (nawiasem mówiąc zostałam z tym, co miałam na sobie – takie “serdeczne powitanie” w stolicy). Już wtedy tekst ten zrobił na mnie wielkie wrażenie. Zapamiętałam go i potraktowałam jako swój osobisty drogowskaz.

Pamiętam, że wówczas główną moją  myślą było: “żeby nikt przeze mnie nie płakał”. A zatem – “chcę być dobrym człowiekiem, żyć dobrze”. To wbrew pozorom wcale nie jest łatwe zadanie na życie.  :-) Przede wszystkim skupiłam się na tym, by w swoim życiu nie krzywdzić (przynajmniej świadomie i celowo) innych. I do tego – by jak najwięcej dobra dać innym, by pomagać, wspierać, Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że z realizacją bywało różnie, efekty moich działań nie zawsze były świetlane, choć intencje na ogół dobre i szczere. Myślę też, ze unikanie zła jest gorszą postawą życiową od nastawienia na dobro, ale to na marginesie. Przeżywszy kolejne 20 lat wracam do tego tekstu i wywołuje on nadal emocje i prowokuje do szeregu refleksji. Dziś jednak tych refleksji jest znacznie więcej:

- W czynieniu dobra nie wystarczą dobre chęci i najlepsze intencje, równie ważna jest realizacja, efekt finalny (niekoniecznie natychmiastowy).

- Jeśli  jakaś sprawa budzi moralne / etyczne  wątpliwości, wątpliwe są dobre efekty – warto zdać się na intuicję i nawet zaniechać działania, by nie przyczyniać się choćby samą swoją obecnością do działań wątpliwych.

- Bywa, że coś, co w krótkiej perspektywie wydaje się złe, niesie cierpienie, sprawia ból – z czasem (większa perspektywa) jest pozytywne i korzystne (jak z bólem zastrzyku czy wyrwania zęba). Poważne zmiany w życiu często obarczone są jakimś rodzajem cierpienia, wyrzeczenia itp.

Powyższe dotyczy zarówno działań nakierowanych na druga osobę, jak i tych, które dotyczą nas samych.

I jeszcze kilka następnych ważnych (według mnie) myśli, którymi chcę się z Wami podzielić:

- Obdarzać szczęściem czy radością i innymi pozytywnymi emocjami czy darami może naprawdę tylko osoba, która je posiada. To tylko pozornie oczywiste – czasem ludzie nie radząc sobie z własnym życiem skupiają się na życiu innych (ludzi, zwierząt), w ten sposób uciekając przed dokonaniem zmian u siebie. Oznacza to jeszcze jeden ważny obszar odpowiedzialności za własne życie (kiedyś przeze mnie marginalizowany lub pomijany), że trzeba koniecznie dbać o własne zasoby – w myśl powiedzenia, że “z próżnego i Salomon nie naleje”. Nie mam tu na myśli jedynie tych finansowych, materialnych zasobów i nawet w mniejszym stopniu te, a bardziej zasoby wewnętrzne, nazwijmy duchowe, emocjonalne, psychiczne.

- Aby pod koniec życia nie płakać, należy realizować też własne pragnienia, marzenia, żeby mieć poczucie spełnienia – nie da się życia nadrobić “na ostatnią chwilę”.

- Warto próbować różnych “smaków”, poznawać jak najwięcej, by wiedzieć, co się naprawdę lubi, co jest dla nas naprawdę dobre, by móc świadomie dokonywać wyborów.

- Pogodzenie z życiem to znacznie mniej, niż poczucie spełnionego życia (czy jesteś tylko pogodzony ze swoim życiem, czy też się w nim spełniasz?).

- Równowaga między dawaniem a braniem jest niezwykle ważna i warto o to dbać, żeby zachowywać równowagę,  wewnętrzną harmonię, mieć dobre relacje z ludźmi, nie hodować w sobie poczucia wykorzystania albo zaniedbania, krzywdy, żalu, niespełnienia, żeby nie oczekiwać wdzięczności i podziękowań jako rekompensaty, bo to odbiera dobrą energię i pozytywną motywację.

- Jeśli ktoś chce dawać dobro (jakkolwiek rozumiane – materialne czy niematerialne), powinien nauczyć się także przyjmować dobro. I odwrotnie – jeśli otrzymujesz, to także dawaj.  Bycie wyłącznie obdarowującym lub wyłącznie obdarowywanym  (niezależnie od rodzaju daru) zaburza równowagę, oddziela obdarowanego od obdarzającego i zaczyna być źródłem złych emocji czy doznań (np. poczucie wyższości, pycha,  roszczeniowość, poczucie braku,  zgorzknienie, zniechęcenie, poczucie niesprawiedliwości etc)

- Jeśli lubisz obdarowywać, bo sprawia Ci to radość, to pozwól drugiej stronie na doznawanie tego samego – pozwalaj się obdarowywać. Przyjmuj dary, pozwalaj sobie pomagać, pozwalaj innym na sprawianie Ci radości.

- Nie uprawiaj samooszukiwania się – jeśli nie jest dobrze, to nie wmawiaj sobie, że jest inaczej, nie “wytrzymuj”,  tylko szukaj drogi zmiany.

- Jeśli obdarowujesz – rób to z myślą o obdarowywanym, a nie o sobie i swoich korzyściach. W przeciwnym wypadku będziesz go jedynie używał dla własnego dobrego samopoczucia.

- Jeśli nie możesz oddać dobra temu, od kogo je dostałeś – podaj dobro dalej. :-)

- Skoro nie znamy dnia swojej śmierci – każdy dzień życia jest tak samo istotny i nie należy tego co dobre odkładać na później. Ani w dawaniu, ani w braniu.  Jeśli każdy dzień przeżyje dobrze, w poczuciu nasycenia, spełnienia, to niezależnie od czasu odejścia – moje życie będzie spełnione. Niezłe zadanie – niezależnie od wieku i warunków, w jakich żyjemy.

Czy dbacie o równowagę w dawaniu i braniu? Czy pod koniec dnia zastanawiacie się, co dobrego się w nim wydarzyło? Co dobrego zrobiliście dla innych a co dobrego dla siebie? Co dobrego otrzymaliście, co dobrego Was spotkało?

Czy pielęgnujecie w Waszym życiu  pasję, entuzjazm, radość?

Czy macie marzenia? Czy podążacie za swoim marzeniem, czy rozmieniliście je może niezauważalnie na codzienne rutynowe działania służące jedynie “zapełnieniu miski” i spłacie kredytu?

Jeśli w Waszym życiu (tak jak w  moim) – tzw. osobistym czy zawodowym -   są rzeczy, sfery, obszary, działania, postawy etc, które wymagają zmian, które chcecie zmienić – zacznijcie teraz. Nie jutro, za miesiąc, za rok – teraz. Krok po kroku – ale od już. Nie odkładajmy “prawdziwego życia” na “kiedyś”. Niezależnie od wieku – nie wiemy, ile mamy tego “kiedyś”. Życie jest teraz.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Róże Victorii

Październik 15th, 2010

W sierpniu w poście o ograniczających przekonaniach zacytowałam Victorię Schnabel. Teraz ciąg dalszy Jej wypowiedzi:

Nasze wcześniejsze niepowodzenia, winy, wstyd mogą stać się kompostem, który pomoże naszym różom wspaniale rozkwitnąć (Victoria Schnabel).

Bardzo podoba mi się i przemawia do mnie to zdanie o kompoście. Hmm, w tym tygodniu przygotowywałam na zimę pelargonie. Nadal pięknie kwitną, ale czas było porobić szczepki na nowy sezon. Lubię kwiaty w swoim otoczeniu. Lubię, gdy kwitną. I lubię, gdy moje życie kwitnie.

Do kompostownika na działce moich rodziców trafiają niepotrzebne organiczne odpadki, chwasty, uwiędłe i zepsute owoce, by po jakimś czasie wrócić na grządki w postaci nawozu – naturalnego i bardzo wartościowego. Ten naturalny nawóz wzmacnia młode rośliny i przyczynia się do powstania dobrych, dorodnych i wartościowych owoców.

Idąc myślą za Victorią, do kompostownika od pewnego już czasu wrzucam swoje  niepowodzenia, złe lub głupie wybory czy decyzje, rzeczy, z których dumna nie jestem, ale i poczucie winy czy wstydu (któż z nas nie doświadczał… ). Mogłabym oczywiście się nimi zasłaniać i usprawiedliwiać niczego nie zmieniając w sobie i swoim sposobie życia czy działania, tkwić w tym własnym zachwaszczonym ogródku. Ale mogę też powiedzieć sobie: to nie było dobre, nie jestem z siebie dumna, ale wybaczam sobie, zostawiam za sobą. Zamiast tygodniami analizować, przywracać do życia w myślach te zdarzenia – lepiej skupić się na tym, co teraz mogę zrobić w swoim życiu. Będąc bogatsza o nowe doświadczenia –  idę dalej. Nie zamykam się na to co było, nie zatrzaskuję za tym drzwi i nie udaję, że tego nigdy nie było. Nie odcinam się od swojego życia, ale nie zamierzam żyć przyglądając się niezmiennie temu co było. Bo z takiego przyglądania się i tkwienia w przeszłości owoców nie będzie. Mówię sobie: “Teraz wiem więcej o sobie i o życiu, jestem bogatsza o wiele doświadczeń i mogę żyć i działać lepiej.” Kompost pomaga  “rozkwitać różom”. Moim różom.

Podstawą do zmiany jest stawanie w prawdzie przed samym sobą. łagodnie i z życzliwością, choć bez znieczulenia.

Każdy czas jest dobry na taką zmianę – od patrzenia w przeszłość z poczuciem niezadowolenia, do patrzenia w przyszłość i działania „pro”. Nie ma nieodpowiedniego wieku dla takiej zmiany. Nie ma ograniczenia czasowego, że zmiana musi się dokonać w określonym czasie, a jak nie, to “przegrane”. Wszystko to, czego doświadczaliśmy do tej pory może nas wspierać, może być naszym kapitałem (nawet jeśli nie zawsze widzimy to właśnie w ten sposób). Co więcej – negatywne doświadczenia mogą nas inspirować, pomagać w znalezieniu nowych ciekawych dróg.

To, o czym piszę dotyczy zarówno sfery prywatnej jak i zawodowej. Jeśli w pracy potykamy się o projekty, ludzi, relacje etc, to możemy się skupiać na niepowodzeniach i trawiąc je – energia idzie w przeszłość a nie w przyszłość. Jeśli rzucam to na kompost – będą z tego korzyści. Doświadczałam kiedyś w pracy niesprawiedliwego traktowania, zachowań mobbyingowych, doświadczałam braku szacunku i docenienia. Dziś tamte doświadczenia owocują. Pamiętam o nich w codziennej pracy ze swoim zespołem. Lubię swój zespół i szanuję za ich pracę, postawę, odwagę, czasem bezkompromisowość, za  zaangażowanie, otwartość – sporo powodów do codziennego lubienia. Moje doświadczenia nauczyły mnie, jak mogę dawać to, czego nie doświadczałam sama. Oczywiście nie jestem aniołem :-) , bywam też trudnym szefem. Ale nawet w takich momentach przychodzi do mnie refleksja – wrzucam na kompost te nowe doświadczenia – doświadczanie siebie w nowych kontekstach i bogatsza działam dalej. Nie warto skupiać się na tym, co nadaje się już tylko na kompost. Warto jednak to wykorzystać, żeby róże mogły zakwitnąć. Na pustyni kwiaty nie rosną. Zatem nasze doświadczenia, także te „kompostowe” tworzą żyzną glebę dla naszego rozwoju. Nie warto się od nich odcinać.

Masz swój kompostownik? Czas wygrabić to, co nadaje się na kompost. :-) Zbierz wszystko co nadaje się na ten kompost właśnie teraz jesienią. Nie ma sensu nosić tego ze sobą przez całą zimę. Wiosną zakwitną Twoje róże – róże Victorii. Róże zwycięstw nad własnymi słabościami, niemocą, złymi doświadczeniami, potyczkami z życiem i ze sobą.

Pozdrawiam,

Ewa

ps. Chwasty mają to do siebie, że próbują utrzymać się przy życiu (w naszym życiu). Wyłażą zatem czasem z kompostownika i wpełzają znów na grządkę. Ale jeśli już wiemy, że to tylko chwast i że jego miejsce jest w kompostowniku – możemy to opanować. :-)

Uncategorized , , , , , , , , ,

Kochasz życie? Twoje życie to Twój czas

Wrzesień 22nd, 2010

Kochasz życie? Nie trwoń zatem swego czasu, ponieważ ono jest z niego utkane. “

(Benjamin Franklin)

To jedno zdanie sprawiło, że wzięłam dużą kartkę papieru i zaczęłam poważnie zapisywać, co robię w czasie danym mi na życie. Każdego dnia to  kilkanaście świadomych godzin. To godziny mojego życia, które nigdy nie wrócą, które się nigdy nie powtórzą. Nie da się niczego skorygować, wyciąć, przepisać. Tu nie zadziała ani “backspace”, ani “delete”.  Jest tylko “enter”. :-) Potem było kilka kolejnych kartek. :-)

Jak ten czas przeżywam? Jakich dostarczam sobie emocji, doznań? Czy to mnie wzmacnia i rozwija, czy osłabia i zniechęca? Z kim ten czas przeżywam, czy to dobre towarzystwo (w pracy i poza pracą), czy mi to służy – jeśli tak, to w jakim zakresie i czemu służy. Jeśli nie służy – to co mogę zrobić, żeby było inaczej. Czy to co robię ma pozytywny wpływ na moje samopoczucie i na moją  teraźniejszość oraz przyszłość. Na co brakuje mi wiecznie czasu i dlaczego od dawna “bronię się” czy “nie robię wysiłku” w kierunku podjęcia pewnych aktywności, choć wiem, że są ważne? Co odkładam na później? Czy to odkładanie mi służy? Jaka jest tkanina, którą tkam z poszczególnych chwil swojego życia? Co z niej chcę uszyć?  Czy proporcje pomiędzy pracą, czasem na odpoczynek fizyczny, czasem “ładowania baterii”, czasem na relacje z ludźmi, czy czasem na działania mogące pozytywnie wpływać na moje dalsze życie (rozwój zawodowy) są właściwe (dla mnie dobre)? Ile czasu mam dla siebie – przecież jestem dla siebie ważna – i jak ten czas wykorzystuję? Dużo ważnych pytań.

Kolejne (długie) spotkanie ze sobą mam za sobą. I kolejne działania na swoją rzecz mam przed sobą. :-) Czy to był dobrze wykorzystany czas? Zobaczę po efektach. ;-)

A Ty? Kochasz życie?

Trwonisz czas, z którego jest ono utkane? Coś warto poprawić w tej tkaninie? Co chcesz z niej uszyć?

A może jesteś bardzo dobrze zorganizowany, chodzisz w ramkach planu dnia? A czy w tym planie jesteś Ty czy tylko Twoje obowiązki?

Tu pojawia się kilka znanych przecież wszystkim Wam pytań, do których według mnie warto co jakiś czas wracać:

  • Jak gospodarujesz swoim czasem? jesteś z tego zadowolony? Robisz to świadomie?
  • Ile czasu przeznaczasz tylko dla siebie, na spotkanie sam na sam ze sobą?
  • Ile czasu przeznaczasz na swoją kondycję, dobre samopoczucie fizyczne?
  • Jaki procent czasu przeznaczasz na własny rozwój?
  • Gdybyś miał do syta czasu, na co byś go chciał jeszcze przeznaczyć?
  • Na co brakuje Ci czasu?
  • Jaki procent czasu przecieka Ci przez palce bez kontroli i bez potrzeby, nie służąc ani odpoczynkowi, ani relacjom, ani rozwojowi, ani pracy? Czy ten przeciekający przez palce czas sprawia, że masz więcej energii? Czy mniej?

Na czas przeszły nie mamy już wpływu. Szkoda więc teraźniejszości na przeszłość. :-)

Mamy wpływ na to, co wybieramy w każdej chwili czasu teraźniejszego. :-)

Pozdrawiam, Ewa


Uncategorized , , , , , , ,

Wyrośnięte dzieci

Wrzesień 12th, 2010

Dzieciństwo kojarzy mi się z beztroską, zabawą, oparciem w rodzicach, brakiem konieczności podejmowania trudnych decyzji i przede wszystkim z faktem, że na rodzicach a nie na mnie spoczywała odpowiedzialność za moje życie. To chyba dość typowe dla dzieciństwa (pomijam przypadki skrajne, patologiczne etc.).  I to było dla mnie wygodne. I długo nie chciałam z tego zrezygnować. A kiedy zrezygnowałam, to po jakimś czasie zbierania rożnych doświadczeń (nie tylko pozytywnych, ale i bolesnych) naprawdę posmakowałam w dorosłości. Zdobyte doświadczenia owocują od szeregu lat.

Dorosłość czy lepiej dojrzałość to umiejętność podejmowania samodzielnych decyzji i ponoszenie konsekwencji tych decyzji – niezależnie czy były dobre, czy złe. Nadal można się bawić, ale jak „zabawisz” i zawalisz w wyniku tego coś ważnego – Ty ponosisz i konsekwencje, i Ty ponosisz odpowiedzialność – nie Twój kolega, z którym byłeś w klubie, nie Twój partner, którego wybrałeś, nie “czasy, w których żyjesz”. Ty! W dorosłym życiu (życiu dorosłego, dojrzałego człowieka) liczba dostępnych zabaw jest wielka. W dorosłym życiu też nie musisz podejmować trudnych decyzji – możesz po prostu dać się rzeczom dziać bez Twojego udziału. Ale ten brak decydowania to też decyzja.  :-)  I Ty ponosisz jej konsekwencje i odpowiedzialność – nie Ci, którzy podjęli decyzję „za Ciebie”. I tak jest. Czy to dobre, czy złe? Nie wartościuję. Tak jest. Mnie to  odpowiada. :-)   Ja mogę powiedzieć, że  miałam dobre dzieciństwo,  stosunkowo długą drogę do dojrzałości dorosłego człowieka, a teraz  cieszę ze swojej drogi i tego, dokąd doszłam w wyniku swoich decyzji, choć nie zawsze było różowo.  ;-)

A Ty?
Co Ci się podoba w dorosłości?
Chciałbyś, żeby cofnął się czas do lat dzieciństwa?
Jeśli tak, to co takiego Cię pociąga w dzieciństwie?
Za co z dzieciństwa oddałbyś swój obecny stan / czas?

Ja niekiedy chciałabym przeżyć jeszcze raz kilka dziecięcych dni. Ale nie oddałabym za to dni swojego dorosłego życia. Bo jest mi w nim ze sobą dobrze. To wcale nie znaczy, że teraz jest zawsze lekko, łatwo i przyjemnie.

Bycie rodzicem małego dziecka to ponoszenie odpowiedzialności za jego życie, bezpieczeństwo, rozwój.  Jednak mądrzy rodzice pozostawiają margines na decyzje dziecka i pozwalają mu odczuć skutki (pozytywne lub negatywne) jego decyzji.  Im wcześniej – tym lepiej.  To piszę nie jako rodzic, ale jako dziecko swoich rodziców, które ponosi konsekwencje sposobu wychowania itp. A także jako baczny obserwator i słuchający rozmówca. :-) Chowanie dziecka „pod kloszem” nie jest według mnie dobrym pomysłem. Jeśli rodzice nie stwarzają dziecku możliwości podejmowanie decyzji lub też chronią je przed skutkami jego własnych decyzji – nie pozwalają mu dorosnąć, dojrzeć, nauczyć się tego, co jest esencja dorosłości. Nadopiekuńczość krzywdzi dziecko i nie pozwala mu dojrzeć.

Dlaczego o tym piszę tu na blogu?

Bo od czasu do czasu spotykam „wyrośnięte dziewczynki”  i “wyrośniętych chłopców” – być może właśnie  “ofiary” nadopiekuńczych rodziców, przywiązanych do dzieciństwa swojego dziecka, rodziców, których sensem życia jest dziecko i którzy chcą to dziecko zachować dla siebie jak najdłużej, przez co nie pozwalają tym dzieciom dojrzeć.  Rodziców, którzy niekiedy niezadowoleni ze swego życia, chcą uchronić swoje dzieci przed dorosłością. Może stąd mówi się, że szczęśliwi rodzice wychowują szczęśliwe dzieci? Może dlatego często pozostawione same sobie dzieci, choć niezadbane, wielokrotnie lepiej sobie radzą w dorosłym życiu, niż te “zadbane na wyrost”…

Te “dzieci” mają po dwadzieścia, trzydzieści, czasem wiele  więcej lat. Są grzeczni, miewają super oceny w indeksach, są na czas, a jednak coś jest nie tak…  Zachowują się jak grzeczne dzieci – miłe, uśmiechnięte, dygające na przywitanie. A w kontakcie ze starszą osobą od siebie lub przełożonym w pracy  przyjmujące natychmiast postawę podległą, postawę dziecka.  Nie są pewne swoich decyzji, często nie miewają własnego zdania, bywają uparte jak dzieci, maja niskie poczucie własnej wartosci, są niepewne, czasem zagubione. Przy tym w relacjach zawodowych natychmiast widać, że odstają od rówieśników.  W procesie rekrutacji nie zawsze to widać. A wiec szef zatrudnia dorosłego odpowiedzialnego człowieka, a w efekcie dostaje dobrze wykształcone duże dziecko. Wtedy pojawiają się problemy…

Wyrośnięte dzieci tęsknią za dzieciństwem, a dorosłość postrzegają jako cos negatywnego, trudnego, przykrego. Żyją w poczuciu krzywdy i niedocenienia, a to bardzo utrudnia codzienne życie i relacje zawodowe. Z racji wieku czują się dorosłe. Z racji dojrzałości – są dziećmi. Zbierają negatywne owoce takiej postawy, co jeszcze je utwierdza ich w pierwotnych przekonaniach. I  krzywda –  jak to krzywda – „ponosi odpowiedzialność”.  Bo skoro świat krzywdzi, a ja jestem ofiarą, to przecież nic nie mogę… I zwalniam się z odpowiedzialności. To błędne koło może przerwać tylko jedna osoba – to “wyrośnięte dziecko”.

Jeśli w jakikolwiek sposób odnosi się to do Ciebie, to mam dla Ciebie bardzo dobrą informację: Możesz to zmienić.  Możesz polubić dorosłość. Możesz nie być dzieckiem skazanym na trudy dorosłego życia. Możesz być zadowolonym z życia dorosłym. To zależy od Ciebie.

Jeśli podejmiesz decyzję, że będziesz szczęśliwym dorosłym i zdecydujesz działać w tym kierunku, to zapewniam Cię, droga choć bywa trudna, ale efekty są bardzo dobre.  Niezależnie ile masz lat. I nie musisz być śmiertelnie poważny, nudny, nie musisz być smutny, bez towarzystwa i zabawy, bez zabawek.  Tylko pluszowe maskotki z dzieciństwa spakuj do pudła i oddaj maluchom. A dla Ciebie otworzy się przestrzeń na nowe i ciekawe życie z “zabawkami” dla dorosłych. :-) Wraz z pluszakami chowaj powoli do pudła dziecięce reakcje – tupania nogą, obrażania się na świat i ludzi, fochy, fumy, humorki, dziecięce teatralne histerie pod publiczkę. Przejrzyj się w lustrze. Zobacz, jakim jesteś ciekawym dorosłym człowiekiem i sięgnij po tę prawdziwą dorosłość z odwagą. Stań się za siebie odpowiedzialny – nie tylko za jedzenie, ubranie i spanie, ale za jakość swojego życia.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Ograniczające myśli i przekonania

Sierpień 14th, 2010

W czerwcu dostałam informację o tegorocznych warsztatach z Victorią Schnabel. Warsztaty pod tytułem „Kompost i róże”. Z uwagą przeczytałam ich opis. W mailu było m.in. poniżej cytowane  zdanie (przetłumaczone przez organizatora na język polski):

Odrzucając myślowe ograniczenia odkrywamy, kim jeszcze możemy być, nie zamykając jednocześnie drzwi przed tym, kim do tej pory byliśmy. (Victoria Schnabel).

Ten cytowany fragment skłonił mnie do szeregu przemyśleń, którymi chcę się podzielić (zaznaczam, że są to wyłącznie moje własne przemyślenia, a nie autorki cytowanego tekstu; nie próbuję nawet zgadywać, jak Victoria rozwijałaby ten wątek).

W moim odczuciu ograniczenia myślowe to często przekonania, jakie nosimy w sobie, powtarzamy bezrefleksyjnie, a które wpływają na nasze decyzje, wybory, sposób życia. Wiele z nich “dostajemy w pakiecie” w toku wychowania od najbliższych nam osób. One też często “dziedziczą je” po swoich bliskich. Nie jesteśmy jednak na nie skazani. Gdy już zdajemy sobie z nich sprawę, gdy potrafimy nazwać, wówczas możemy na poziomie świadomym przyjąć je ponownie lub odrzucić.
W sobie w ciągu lat odkryłam wiele takich ograniczających mnie przekonań i co jakiś czas trafiam na nowe. Zauważałam je od pewnego czasu i nadal zauważam także u innych.

Przykłady? Proszę:
-  człowiek musi / powinien pokonywać własne słabości;
-  aby podróżować w ciekawe miejsca trzeba mieć dużo pieniędzy;
-  jeśli do określonego wieku (każdy może tu wpisać odpowiedni wiek) nie ma się szczególnych osiągnięć, to znaczy, że już i tak nic się nie osiągnie i trzeba się pogodzić z tym, że życie już takie po prostu jest;
- po czymś dobrym musi nastąpić coś złego;
- studia formalne są konieczne do osiągnięcia życiowego sukcesu (o tym pisałam w jednym z pierwszych postów);
- praca na etacie to bezpieczeństwo finansowe;
- pieniądze są podstawą dobrego życia.

Pewnie możecie  tę listę długo rozwijać, u każdego będzie nieco inna, choć – jak przypuszczam – znajdą się i wspólne ograniczające przekonania wynikające z kultury danego kraju czy religii. Ja też mogłabym stworzyć księgę, ale nie jest moim celem tworzenie leksykonu. Warto przyjrzeć się temu, jakie przekonania o życiu i o sobie nosimy – my sami a nie inni – i co w ślad za tym się dzieje lub nie dzieje w naszym życiu.

Są też  bardziej “osobiste” ograniczenia myślowe, które sami sobie tworzymy, niejako godząc się z sytuacją czy stanem, w jakim jesteśmy (byliśmy). Powszechnym ograniczeniem myślowym jest to wyrażające się w słowach “Nie nadaję się do tego”, “Nie dam sobie rady”, “Nie mogę”… Szczególnie bez podejmowania prób takiego działania.  To jak “Nie lubię zupy szczawiowej” na podstawie wyglądu tej zupy, a bez skosztowania.

Taka zgoda wewnętrzna na ograniczające myśli  uniemożliwia czy bardzo ogranicza nasze faktyczne możliwości rozwoju i sami skazujemy się na “tkwienie w bezruchu”, a nawet na regres. Budujemy je (te ograniczenia) m.in. w oparciu o własne doświadczenia i doświadczenia znajomych nam osób, i niesłusznie przydajemy im zbyt dużą moc, często przy tym dokonując uogólnień (np. “nie umiem występować publicznie” czy “jestem złym kochankiem”) w oparciu o jedno negatywne doświadczenie (odpowiednio: w trakcie jednej z prezentacji nie umiałeś odpowiedzieć na pytanie z sali / w relacji intymnej zdarzyło ci się nie być w dobrej kondycji) . Takim uogólnianiem sami sobie odbieramy siłę i ograniczamy się. To rodzaj czapki, która spada na oczy i nie pozwala zobaczyć więcej, niż to, co mamy pod nogami, przy samych stopach. próbował ktoś kiedyś zobaczyć niebo mając czapkę zsuniętą na oczy?  :-) To nas hamuje przed podejmowaniem kolejnych prób, ogranicza odwagę myślenia i działania, a tym samym odbiera wiele pozytywnych doświadczeń.

Jeśli określone przekonania determinowały nas w jakimkolwiek obszarze, to stwierdzamy ten fakt i … mamy po prostu więcej wiedzy na swój temat i prawdziwszy, bardziej obiektywny czy szerszy obraz siebie i świata. Możemy zostać tylko przy tym odkryciu, a możemy pójść za ta zmiana traktując ją jako ciekawy i wyzwalający początek wielkiej przygody.

Jeśli odkryjemy, jakimi przekonaniami jesteśmy nasiąknięci, możemy stopniowo i łagodnie sprawdzać je, poszukiwać siebie na nowo, zadawać pytania, budować inne przekonania, zmieniać się, odrzucać to, co do tej pory było niejako częścią nas. Zmieniając się jednocześnie i otwierając przed sobą nowe możliwości. Jeśli odrzucamy dotychczasowe przekonania i ograniczenia myślowe, to nie znaczy, że wszystko do tego momentu było w naszym życiu złe i niepotrzebne. Z łagodnością dla siebie i swoich dotychczasowych wyborów i decyzji, możemy zmieniać siebie i rozwijać się w zupełnie nowych obszarach i z nieznaną dotychczas dynamiką.

Warto przeznaczyć czas i usiąść sam na sam ze sobą i zapisać przekonania, w które wyposażono nas w toku wychowania, które sami sobie narzuciliśmy, przyjrzeć się, czy one miały wpływ na nasze dotychczasowe decyzje i wybory (które miały, które największy wpływ). Ważne według mnie jest to, by robić to bez równoczesnego oceniania siebie.

A potem zobaczyć, czy one są naprawdę dalej dla nas aktualne, czy nadal są „nasze”. Wykreślić te, które nie są aktualne i zastąpić je albo aktualnymi, albo … niczym – przestrzeń do wypełnienia może kiedyś w życiu, a może nie. Jo to dla mnie oznacza? Czy tak jest naprawdę? Czy tak właśnie myślę?

Posłużę się pierwszym wyżej przytoczonym przykładem:

„Człowiek musi / powinien pokonywać własne słabości” => To mnie oznacza, że muszę / musisz (!) lub przynajmniej powinnam/ powinieneś pracować nad wszystkimi swoimi słabościami, żeby je wyeliminować. => Energia, myślenie, skupienie uwagi i działanie są skoncentrowane zatem wokół słabości :-(  => Pozostaje w związku z tym mało czasu, energii i zapału do rozwijania innych obszarów, które stanowią mocną stronę.

Teraz pytam: Po co mam pokonywać wszystkie słabości (tu warto je nazwać konkretnie, żeby myśleć o konkretach a nie o ogólnikach)? Czy z tymi konkretnymi (nazwane) słabościami  mogę żyć szczęśliwie i realizować siebie w różnych obszarach (nazwać je też warto)? Może warto czasem zgodzić się na niektóre słabości i przyjąć, że tak czy inaczej nie będziemy doskonali, bo to nie tylko nierealne, ale i niepotrzebne.

Zatem mogę teraz powiedzieć: „Nieprawdziwe jest przekonanie, że człowiek musi/ powinien pokonywać własne słabości i ja to przekonanie odrzucam”. Co to dla mnie oznacza? Że mogę przestać się zajmować swoimi słabościami, przynajmniej niektórymi spośród nazwanych. Jaka ulga! Tak, tak, mogę przestać się na nich koncentrować. :-) To pozwala uwolnić energię i zasoby, jakie nosimy w sobie. To oznacza, że możesz (tak samo Ty jak i ja)  np. zacząć szukać swoich mocnych stron i na ich rozwoju budować swoje dalsze „ja”. Ile pomysłów przychodzi do głowy, na temat tego, co mogę robić, jak się rozwijać, jak doładowywać baterie, etc. W efekcie słabości, które były na pierwszym planie schodzą na dalszy plan, bo swoje silne strony nie tylko zauważasz, ale i rozwijasz. I – co może wydać się dziwne – w trakcie pracy nad umacnianiem mocnych stron i w toku takiego rozwoju nie wiedząc kiedy pokonujemy niektóre z tych słabości. :-)

Zmiana przekonań jest czymś do czego mamy prawo, jest czymś naturalnym. Tutaj piszę o ograniczających przekonaniach. Nie wszystkie przekonania są takimi ograniczającymi nas. Odrzucenie ograniczających nas przekonań pozwala nam rozwijać się w kierunkach, które sami przed sobą zamknęliśmy. A to, co do momentu zmiany przeżyliśmy może stać się źródłem jeszcze większej siły. :-)

Życzę przyjemnej pracy przy odkrywaniu i odrzucaniu ograniczających Was przekonań i poszukiwaniu siebie – niezależnie od wieku, stanu i pozycji zawodowej.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Pan Luzak i Pani Perfekcja

Sierpień 12th, 2010

Tak w pracy, jak i w relacjach ze znajomymi spoza pracy, czasem pojawia się temat perfekcjonizmu, precyzji, dokładności etc.  Zaczęłam się zastanawiać, jak to jest, gdy perfekcjonista spotyka się z kompletnym luzakiem, gdy osoba precyzyjna spotyka się z typem kreatora, dla którego ważny jest klimat, zarys, a nie detal, gdy pedant spotyka bałaganiarza, etc. Zobaczyłam to w wyobraźni w wersji mocno karykaturalnej i to przyprawiło mnie o dobry humor. :-)

W toku jednej z podobnych jak wspomniane rozmów przypomniały mi się dwa foldery… Oba z elementami graficznymi, zdjęciami i tekstami mającymi reklamować określoną firmę i informować o podstawowych usługach. Oba mające pełnić  jednocześnie funkcje okładki (teczki) na dokumenty. Każdy powstawał w innym czasie, w innym zespole, w innej firmie. Oba powstały, ale proces i efekt były zdecydowanie różne i według mnie pouczające.

Pierwszy folder  (Pani Perfekcja) powstawał przez szereg miesięcy (tak, tak, miesięcy) i wszyscy byli tym zadaniem umęczeni i udręczeni. Tylko osoba mająca zaakceptować całość do produkcji za każdym razem zmieniała jakiś detal. Na pewnym etapie zmian ich znaczenie było mniej niż kosmetyczne, niemal na poziomie wyboru pomiędzy słowem „lub”  a słowem „albo”. Wiele korekt powodowało powrót do wersji sprzed kilku tygodni.  W końcu folder poszedł do produkcji mimo wszystko, bo granice ostateczną wyznaczyło pewne wydarzenie marketingowe, kiedy to absolutnie coś takiego musiało być gotowe. Gdyby nie to – pewnie trzeba by dokonać jeszcze kilkudziesięciu nieistotnych zmian, a potem realia firmy zdążyłyby się zmienić i wszystko trzeba by było zacząć od nowa… Ten niezwykle długi proces akceptacji był w moim odczuciu wynikiem zbędnego i wręcz szkodliwego perfekcjonizmu . To zadanie zdeterminowało pracę wielu osób na długi czas, zabrało wiele energii i spowodowało, że zespół sprzedażowy musiał sobie radzić bez niego zdecydowanie zbyt długo. Pani Perfekcja umęczyła wszystkich, łącznie z folderem. :-)

Drugi folder (Pan Luzak) powstał bardzo sprawnie, w kilka dni na projekt, teksty, bardzo szybka akceptacja, szybka produkcja. Dobry efekt wizualny, dobry czas realizacji, teksty dobre, komunikaty właściwe, wrażenie  całości OK. Jednak gdy ktoś chciał ten folder wykorzystać jako okładkę do dokumentów, okazało się, że kartka dokumenty A-4 wystaje po dwa milimetry od góry i z boku. Pan Luzak zapomniał o Pani Precyzji i Pani Kontroli.

Kilka refleksji:

- Precyzja w wykonywaniu określonych zadań jest bardzo potrzebna, w niektórych działaniach czy nawet zawodach – konieczna.

-  Kontrola jakości (a czasem i kontrola celu czy kursu) na różnych etapach wykonywania prac jest potrzebna i pozwala unikać wpadek na etapie finalnym, pozwala oszczędzać czas i środki.

Perfekcjonizm jest szkodliwy zarówno w sferze zawodowej, jak i w tzw. życiu pozazawodowym. Perfekcjonizm męczy nie tylko otoczenie i samego perfekcjonistę. perfekcjonizm stoi często w sprzeczności z efektywnością i produktywnością.

Żartuję czasem, że zanim Pani Perfekcja skończy makijaż (wersja , z której będzie zadowolona), to Pani Wyluzowana zdąży już wrócić z imprezy, po czasie świetnej zabawy i dobrych relacji. :-) A jeśli nawet spotkają się na tej samej imprezie, to po 3 godzinach  oba makijaże będą wyglądały tak samo nieświeżo. Tylko perfekcjonistka odebrała sobie sporo przyjemności stresując się makijażem, a nieperfekcjonistka zdążyła w tym czasie zrobić jeszcze kilka innych rzeczy ku zadowoleniu własnemu lub/i innych

Ważne, by podejmując rożne działania zadać sobie pytanie, co jest najważniejsze, co jest istotą, co priorytetem. Kilka cech/przymiotów wypisać i nadać im kolejność, hierarchię. Może najważniejszy jest czas, może teksty, może ogólne wrażenie…

- Lepiej „tylko” dobrze przygotować folder i mieć czas na inne działania i kreacje, niż cyzelować projekt, podczas gdy zespół czeka na podstawowe narzędzie pracy (jeśli folder jest takim).

- Lepiej napisać trzy „tylko” dobre noty informacyjne,  niż w tym czasie jedną dopracowywać  w detalach – gdy priorytetem jest dostarczenie informacji.

- Lepiej przeprowadzić kilka szkoleń i nanosić korekty na podstawie zdobywanych w toku działania doświadczeń, niż poprawiać koncepcję i nadal siedzieć tylko nad komputerową wersją.

Jeśli masz tendencje do perfekcjonizmu – warto czasem przetestować, co się zdarzy, gdy np. oddasz tekst nie do końca dopracowany, zdjęcie nie idealne, podasz głodnemu przyjacielowi  nie do końca idealna zupę lub kanapkę z krzywo pokrojonego chleba, położysz niewyprasowane prześcieradło. Pewnie nic się nie stanie poza tym, ze druga strona podziękuje i będzie zadowolona, ze noc na niewyprasowanym prześcieradle będzie tak samo udana jak na tym wyprasowanym.  A jeśli ktoś uzna, ze cos trzeba poprawić, to zawsze możesz to jeszcze zrobić, jeśli to naprawdę będzie istotne.. I nic Ci się złego nie stanie. :-) Jeśli jesteś Luzak – zanim oddasz do produkcji np. folder lub wyślesz wymagający precyzji dokument – poproś kogoś z zespołu kto jest dokładny i uważniejszy, aby sprawdził, czy czegoś nie przeoczyłeś.Praca w zespole ma tę zaletę, ze ludzie uzupełniają się osobowościowo, uzupełniają się pod względem wiedzy i doświadczenia. Warto z tego korzystać.

O ile wartościowsze i ciekawsze  jest mieć czas na wzajemne delektowanie się sobą  w relacjach z partnerem czy partnerką w średnio wysprzątanym mieszkaniu, od  np. czekania na spotkanie w idealnie wysprzątanym mieszkaniu z dokładnie wyprasowanymi ściereczkami do naczyń… bo nie można wcześniej, zanim będzie wysprzątane, bo wstyd, bo nieładnie, bo głupio i co on/ ona pomyśli…

Perfekcjonizm może być oznaką niepewności,  braku wiary w siebie, braku zaufania do własnej wiedzy i umiejętności, braku poczucia własnej wartości, obawą przed krytyką. Może – nie musi rzecz jasna.

Powtórzę jednak – dokładność i precyzja, punktualność są pozytywne. Czasem jednak wystarczy tylko zarys, szkic – warto o tym pamiętać. Perfekcjonizm według mnie zawsze jest  szkodliwy i męczący dla wszystkich.

Pozdrawiam serdecznie. Doceniam Waszą cierpliwość w czekaniu na post.:-)

Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Powody do działania i “wstrzymywacze”

Marzec 16th, 2010

Przypuszczam, że przynajmniej niektórzy Czytelnicy tego blogu snują marzenia, robią plany, nawet podejmują decyzje odnośnie do dalszych działań. Czy doświadczaliście sytuacji rozpoczynania nowego projektu (realizacji planu) z impetem, z “ogniem”, zapałem w sobie?  A potem coś się zmieniało, wygasało, słabła wewnętrzna motywacja, brakowało sił, brakowało pozytywnych emocji, wiary…  Brzmi znajomo? Ja przypominam sobie przynajmniej kilka takich „decyzji”, które zgasły, zanim się tak naprawdę zdarzyły.

Co się stało, że wygasł „wewnętrzny płomień”, że straciłeś zapał, odpuściłeś, mimo, że miałeś marzenie, wizję, jasno określone cele, określone zadania, wiarę, zapał? Lang Lang, którego kiedyś przywoływałam w jednym z wcześniejszych postów powiedział: To TY jesteś KLUCZEM do swojej kariery. Tylko Ty!

Przyczyny takiego „wygaszenia” tkwią (tak ja na to patrzę) w trzech kluczowych obszarach (nie muszą zaistnieć wszystkie trzy – wystarczy, że zaistnieje jeden z poniższych przypadków):

A – Cel / wizja nie była tak do końca, naprawdę Twoja (choć być może tak Ci się wydawało) i przestałeś się z nią identyfikować; w poście o pianiście Lang Langu pisałam o tym, że błędem jest kopiowanie drogi innych i nie szukanie własnej. I w efekcie przestałeś czuć się częścią tego, co robisz.

B – Straciłeś cel z oczu, gdy zacząłeś się skupiać na doraźnych działaniach, zapomniałeś, o co tak naprawdę Ci chodziło, dokąd chciałeś dojść, czemu to miało służyć, co to miało zmienić w Twoim życiu i/lub w życiu innych.

D – Uwierzyłeś w to, co mówią inni – że się nie da, że to tylko dla wybitnych, że „lepszy wróbel w garści niż skowronek na dachu”, że nie starczy Ci zapału, że inni już próbowali i im nie wyszło, że rynek jest trudny i za mały, że ty znowu coś wymyślasz zamiast –  jak inni - zająć się “normalną” pracą, że masz już zbyt wiele lat na takie eksperymenty, że własny biznes wymaga wielkich nakładów finansowych, że szkoda życia na takie eksperymenty, że …. – w efekcie straciłeś swoją wewnętrzną harmonię, silę i determinację. Uwierzyłeś, że się nie uda. Zwątpiłeś, straciłeś entuzjazm.

To, co napisałam nie dotyczy tylko zakładania własnej firmy. Dotyczy nauki języków, uczenia się nowych rzeczy, rozwijania zainteresowań, realizacji marzeń, nauki pływania, a nawet – budowania bliskich relacji z ludźmi – praktycznie wszystkiego.

Z marzeniami jest różnie. Dla jednych marzenia są po to, by je przekładać na wizję, cele i zadania do realizacji. Dla innych – marzenia są tylko po to, by… marzyć. I nigdy nie przekładają się na cele i na działania, a stanowią jedynie chwilową odskocznię od „szarej rzeczywistości”. A Ty do której grupy należysz?

„Ci drudzy” często są autorami rad typu: „Zejdź na ziemię”, „Wydoroślej”, „Zostaw te mrzonki i zajmij się czymś pożytecznym”.  Skupiają się na wewnętrznym uzasadnieniu i udowodnieniu sobie, że marzenia są tylko do marzeń i że nie da się ich realizować.

Jeśli masz marzenia i chcesz je realizować, to możesz skorzystać z poniższych rad (nie jest to uniwersalna recepta; mnie pomaga utrzymać kurs, choć także miewam zwątpienia i trudności z „jak”, choć wiem „co”, a do tego jestem niecierpliwa).

  • Sprawdź, czy Twoje marzenia są Twoje, a nie „zaszczepione” lub „zapożyczone”.
  • Zbuduj wizję w swojej głowie, obrazy, emocje – poczuj to.
  • Spisz swoje powody do działania – korzyści własne i/lub te, które chcesz „dać światu”.
  • Zapisz przeszkody, które wydaje Ci się, że mogą Cie spotkać. Określ, co Cię tak naprawdę zatrzymuje. Które przeszkody / „wstrzymywacze” są najsilniejsze – wewnętrzne (typu strach przez przegraną, mała wiara w powodzenie przedsięwzięcia) i zewnętrzne (brak dostatecznej wiedzy w określonej dziedzinie, małe środki finansowe, ograniczenia czasowe).

Kiedy zaczynałam tworzyć ten blog miałam w sobie dużo obaw. Miałam też wizję, cel. Im częściej myślałam o celu, tym obawy malały. W końcu chęci “wygrały” i dziś czerpię z tego wielka radość. Wspominałam o tym pisząc po pierwszym miesiącu działania blogu.

  • Określ zadania, które Cie czekają, także te, które wiążą się z codziennym „wewnętrznym wzmacnianiem siebie”
  • Ustal cenę. Tak, cenę, jaką jesteś w stanie zapłacić za realizację marzenia. Być może to czas, który będziesz siedział sam przy komputerze a nie wśród przyjaciół, być może ilość kilometrów, które będzie Ci dane przejechać. Być może bardzo duża dyscyplina finansowa przez najbliższe miesiące, a może rezygnacja z innego działania na rzecz tego właśnie marzenia?
  • Zacznij działać. Wiele problemów znika, gdy zaczynasz działać. Im więcej działasz, tym więcej masz w sobie entuzjazmu, bo jesteś coraz bliżej tego, na czym Ci zależy. Tak przynajmniej jest w moim przypadku.
  • Skupiaj się nad tym „co chcesz zrobić”. Rób “cokolwiek”, ale w kierunku celu. Rób, a nie czekaj i nie myśl, jak to zrobić najlepiej. Zacznij działać.

Gdy usłyszałam kiedyś taką podpowiedź, to byłam autentycznie zła. Bo co to za rada “zacznij to robić”, skoro nie wiedziałam jak mam robić, od czego zacząć. Złościłam się, bo nie było to zgodne z moim przyzwyczajeniem. Wcześniej zawsze zaczynałam działać dopiero gdy miałam wszystko przemyślane i kiedy miałam szczegółowy plan. Mimo to zaryzykowałam (z dużymi oporami) tę nową, inną strategię.

Odpowiedź na pytanie „jak” przychodzi sama (krystalizuje się) w trakcie działania lub znajduje się ktoś, kto potrafi podpowiedzieć, zainspirować. Skupienie się na celu pozwala wyłapywać z otoczenia okazje. Działanie sprawia, że posuwam się w kierunku celu, nawet jeśli są to bardzo małe kroki. Działając widzę różne możliwości (wyostrzone zmysły?), których bez mocno ugruntowanej wizji i celu bym nie dostrzegła . To się dzieje chyba na poziomie podświadomym. Nie umiem tego wyjaśnić. Ale tego doświadczam.

  • Przypominaj sobie to, co spisałeś w powodach swojego działania. Umacniaj i odtwarzaj wizję (obrazy, emocje), żeby nie stracić z oczu kierunku i celu. Mnie to pozwala utrzymać kierunek.:-)
  • Monitoruj “wstrzymywacze” – sprawdzaj, co w danym momencie Cie wstrzymuje przed kolejnym krokiem, co rozprasza, co zjada Twój czas bezproduktywnie (uwaga: odpoczynek nie jest bezporoduktywnym traceniem czasu). Często nie są to rzeczy materialne czy bytowe. Często to naprawdę coś, co mamy (budujemy) w naszej głowie – z obaw, z potrzeby obrony dotychczasowych zwyczajów, z niechęci wyjścia poza strefę komfortu. Wyjście ze strefy komfortu w coś, co nieznajome, jest nieodłącznym elementem wielu przedsięwzięć – zrealizowanych marzeń. :-)

Pozdrawiam
i życzę wielu marzeń, które będziecie z radością realizowali.

Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,