Archiwum

Posty oznaczone ‘rozwój’

Powody do działania i “wstrzymywacze”

Marzec 16th, 2010

Przypuszczam, że przynajmniej niektórzy Czytelnicy tego blogu snują marzenia, robią plany, nawet podejmują decyzje odnośnie do dalszych działań. Czy doświadczaliście sytuacji rozpoczynania nowego projektu (realizacji planu) z impetem, z “ogniem”, zapałem w sobie?  A potem coś się zmieniało, wygasało, słabła wewnętrzna motywacja, brakowało sił, brakowało pozytywnych emocji, wiary…  Brzmi znajomo? Ja przypominam sobie przynajmniej kilka takich „decyzji”, które zgasły, zanim się tak naprawdę zdarzyły.

Co się stało, że wygasł „wewnętrzny płomień”, że straciłeś zapał, odpuściłeś, mimo, że miałeś marzenie, wizję, jasno określone cele, określone zadania, wiarę, zapał? Lang Lang, którego kiedyś przywoływałam w jednym z wcześniejszych postów powiedział: To TY jesteś KLUCZEM do swojej kariery. Tylko Ty!

Przyczyny takiego „wygaszenia” tkwią (tak ja na to patrzę) w trzech kluczowych obszarach (nie muszą zaistnieć wszystkie trzy – wystarczy, że zaistnieje jeden z poniższych przypadków):

A – Cel / wizja nie była tak do końca, naprawdę Twoja (choć być może tak Ci się wydawało) i przestałeś się z nią identyfikować; w poście o pianiście Lang Langu pisałam o tym, że błędem jest kopiowanie drogi innych i nie szukanie własnej. I w efekcie przestałeś czuć się częścią tego, co robisz.

B – Straciłeś cel z oczu, gdy zacząłeś się skupiać na doraźnych działaniach, zapomniałeś, o co tak naprawdę Ci chodziło, dokąd chciałeś dojść, czemu to miało służyć, co to miało zmienić w Twoim życiu i/lub w życiu innych.

D – Uwierzyłeś w to, co mówią inni – że się nie da, że to tylko dla wybitnych, że „lepszy wróbel w garści niż skowronek na dachu”, że nie starczy Ci zapału, że inni już próbowali i im nie wyszło, że rynek jest trudny i za mały, że ty znowu coś wymyślasz zamiast –  jak inni - zająć się “normalną” pracą, że masz już zbyt wiele lat na takie eksperymenty, że własny biznes wymaga wielkich nakładów finansowych, że szkoda życia na takie eksperymenty, że …. – w efekcie straciłeś swoją wewnętrzną harmonię, silę i determinację. Uwierzyłeś, że się nie uda. Zwątpiłeś, straciłeś entuzjazm.

To, co napisałam nie dotyczy tylko zakładania własnej firmy. Dotyczy nauki języków, uczenia się nowych rzeczy, rozwijania zainteresowań, realizacji marzeń, nauki pływania, a nawet – budowania bliskich relacji z ludźmi – praktycznie wszystkiego.

Z marzeniami jest różnie. Dla jednych marzenia są po to, by je przekładać na wizję, cele i zadania do realizacji. Dla innych – marzenia są tylko po to, by… marzyć. I nigdy nie przekładają się na cele i na działania, a stanowią jedynie chwilową odskocznię od „szarej rzeczywistości”. A Ty do której grupy należysz?

„Ci drudzy” często są autorami rad typu: „Zejdź na ziemię”, „Wydoroślej”, „Zostaw te mrzonki i zajmij się czymś pożytecznym”.  Skupiają się na wewnętrznym uzasadnieniu i udowodnieniu sobie, że marzenia są tylko do marzeń i że nie da się ich realizować.

Jeśli masz marzenia i chcesz je realizować, to możesz skorzystać z poniższych rad (nie jest to uniwersalna recepta; mnie pomaga utrzymać kurs, choć także miewam zwątpienia i trudności z „jak”, choć wiem „co”, a do tego jestem niecierpliwa).

  • Sprawdź, czy Twoje marzenia są Twoje, a nie „zaszczepione” lub „zapożyczone”.
  • Zbuduj wizję w swojej głowie, obrazy, emocje – poczuj to.
  • Spisz swoje powody do działania – korzyści własne i/lub te, które chcesz „dać światu”.
  • Zapisz przeszkody, które wydaje Ci się, że mogą Cie spotkać. Określ, co Cię tak naprawdę zatrzymuje. Które przeszkody / „wstrzymywacze” są najsilniejsze – wewnętrzne (typu strach przez przegraną, mała wiara w powodzenie przedsięwzięcia) i zewnętrzne (brak dostatecznej wiedzy w określonej dziedzinie, małe środki finansowe, ograniczenia czasowe).

Kiedy zaczynałam tworzyć ten blog miałam w sobie dużo obaw. Miałam też wizję, cel. Im częściej myślałam o celu, tym obawy malały. W końcu chęci “wygrały” i dziś czerpię z tego wielka radość. Wspominałam o tym pisząc po pierwszym miesiącu działania blogu.

  • Określ zadania, które Cie czekają, także te, które wiążą się z codziennym „wewnętrznym wzmacnianiem siebie”
  • Ustal cenę. Tak, cenę, jaką jesteś w stanie zapłacić za realizację marzenia. Być może to czas, który będziesz siedział sam przy komputerze a nie wśród przyjaciół, być może ilość kilometrów, które będzie Ci dane przejechać. Być może bardzo duża dyscyplina finansowa przez najbliższe miesiące, a może rezygnacja z innego działania na rzecz tego właśnie marzenia?
  • Zacznij działać. Wiele problemów znika, gdy zaczynasz działać. Im więcej działasz, tym więcej masz w sobie entuzjazmu, bo jesteś coraz bliżej tego, na czym Ci zależy. Tak przynajmniej jest w moim przypadku.
  • Skupiaj się nad tym „co chcesz zrobić”. Rób “cokolwiek”, ale w kierunku celu. Rób, a nie czekaj i nie myśl, jak to zrobić najlepiej. Zacznij działać.

Gdy usłyszałam kiedyś taką podpowiedź, to byłam autentycznie zła. Bo co to za rada “zacznij to robić”, skoro nie wiedziałam jak mam robić, od czego zacząć. Złościłam się, bo nie było to zgodne z moim przyzwyczajeniem. Wcześniej zawsze zaczynałam działać dopiero gdy miałam wszystko przemyślane i kiedy miałam szczegółowy plan. Mimo to zaryzykowałam (z dużymi oporami) tę nową, inną strategię.

Odpowiedź na pytanie „jak” przychodzi sama (krystalizuje się) w trakcie działania lub znajduje się ktoś, kto potrafi podpowiedzieć, zainspirować. Skupienie się na celu pozwala wyłapywać z otoczenia okazje. Działanie sprawia, że posuwam się w kierunku celu, nawet jeśli są to bardzo małe kroki. Działając widzę różne możliwości (wyostrzone zmysły?), których bez mocno ugruntowanej wizji i celu bym nie dostrzegła . To się dzieje chyba na poziomie podświadomym. Nie umiem tego wyjaśnić. Ale tego doświadczam.

  • Przypominaj sobie to, co spisałeś w powodach swojego działania. Umacniaj i odtwarzaj wizję (obrazy, emocje), żeby nie stracić z oczu kierunku i celu. Mnie to pozwala utrzymać kierunek.:-)
  • Monitoruj “wstrzymywacze” – sprawdzaj, co w danym momencie Cie wstrzymuje przed kolejnym krokiem, co rozprasza, co zjada Twój czas bezproduktywnie (uwaga: odpoczynek nie jest bezporoduktywnym traceniem czasu). Często nie są to rzeczy materialne czy bytowe. Często to naprawdę coś, co mamy (budujemy) w naszej głowie – z obaw, z potrzeby obrony dotychczasowych zwyczajów, z niechęci wyjścia poza strefę komfortu. Wyjście ze strefy komfortu w coś, co nieznajome, jest nieodłącznym elementem wielu przedsięwzięć – zrealizowanych marzeń. :-)

Pozdrawiam
i życzę wielu marzeń, które będziecie z radością realizowali.

Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Czy jesteś swoim przyjacielem?

Marzec 6th, 2010

Możemy uczyć się od naszych przyjaciół życzliwego i wspierającego stosunku do siebie. Czy to oznacza, że mamy od siebie przestać wymagać, że mamy się tylko “klepać po ramieniu” i mówić miłe rzeczy?  Nie. Chodzi o to, by nie sabotować własnych działań, nie podstawiać sobie nogi, nie gasić w sobie zapału, nie osłabiać chęci do rozwoju, nie oszukiwać siebie samych.

Przyjaciel, to według mnie osoba, która:

  1. Jest mi życzliwa.
  2. Wspiera mnie w moich dążeniach.
  3. Pomaga mi, jeśli może i jeśli ja tego potrzebuję, i jeśli o to poproszę.
  4. Szanuje moją niezależność i indywidualizm.
  5. Nie ocenia mnie, nie krytykuje, nie ośmiesza, nie umniejsza mojej wartości.
  6. Nie daje mi gotowych recept na moje życie, zostawia mi wolność wyborów.
  7. Daje mi uczciwe informacje zwrotne, jeśli o to proszę, jest wobec mnie uczciwy.
  8. Potrafi znaleźć dla mnie czas, interesuje się mną.
  9. Ma do mnie zaufanie i ja obdarzam go zaufaniem.
  10. Czuję się w jego towarzystwie dobrze i bezpiecznie, cieszy mnie jego towarzystwo.

Oczywiście każdy może do tego dodać szereg innych rzeczy według własnej definicji Przyjaciela, ja skupię się na tych, bo wydają mi się kluczowe i uniwersalne..

Zatem  przyjrzyj się sobie i zobacz, czy naprawdę jesteś swoim przyjacielem, a nad czym dobrze popracować, żeby być swoim prawdziwym przyjacielem. Oto podręczna  „ściąga”:

  • Czy lubisz siebie? Czy mówisz sobie dobre rzeczy? Kiedy ostatnio pochwaliłeś siebie za coś codziennego? Kiedy ostatnio powiedziałeś sobie np.: „jestem w tym dobry”, „świetnie sobie z tym radzę”, „jestem z siebie dumny”?
  • Czy lubisz swoje własne towarzystwo? Ile czasu bywasz świadomie i z wyboru we własnym towarzystwie – bez radia, TV, znajomych etc i rozmawiasz ze sobą (w myślach lub nawet głośno)?
  • Czy dbasz o swoje zdrowie, o swoją kondycję, o swoje otoczenie, o swój wygląd? Czy chwalisz się za to?
  • Jak odpoczywasz? Poleciłabyś to swojej najlepszej przyjaciółce / przyjacielowi?
  • Czy potrafisz wymienić  5 rzeczy, które w sobie lubisz? A 3, z których jesteś dumny?
  • Czy mówisz sobie dobre rzeczy i życzysz sobie “dobrego dnia”, “powodzenia”?
  • Czy masz dla siebie szacunek?
  • Czy masz zaufanie do siebie i swoich wyborów?
  • Kiedy ostatni raz pytałeś siebie, jak się czujesz i co u Ciebie słychać dobrego?
  • Kiedy pytałeś się siebie, jak możesz sobie pomóc?
  • Kiedy pytałeś się siebie o swoje marzenia i o to, jak chcesz je realizować?
  • Czy dodajesz sobie sił i energii, np. mówiąc „dobrze sobie radzisz, jest ok.”, „nie masz powodu się martwić”, „zobacz, w trudniejszych sytuacjach tak sobie dobrze poradziłeś, że teraz to małe miki”, “to nie problem, to tylko sprawa do załatwienia”, „jesteś zdolny, znajdziesz właściwe rozwiązanie” (tak mówią do Ciebie przyjaciele, prawda?)?

Teraz dla odmiany: Kiedy ostatnio powiedziałeś sobie: „nic mi się nie udaje”, że „znowu mi nie wyszło”, ” jestem do d…”, „głupi”, „nieodpowiedzialny”, „zachowałem się jak idiota”, „brak mi profesjonalizmu”, „nie poradzę sobie”, “nic mi nie wychodzi”, “wszystko jest nie tak”…  Jaki dialog  toczysz ze sobą?  Czy ten dialog dodaje Ci sił? Czy swojemu przyjacielowi też tak mówisz, gdy ma gorszy czas, albo trudności? Czy takie słowa mówione do siebie są dla Ciebie wsparciem i dodają Ci sił w Twoich dążeniach? Czy tak rozmawia z Tobą najlepszy przyjaciel? Jesteś swoim przyjacielem, czy tylko “kumplem od piwa” i “koleżanką od plotek i zakupów”?

Przypomniało mi się powiedzenie: “Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”. Hmm… Czy jesteś swoim przyjacielem na co dzień i w trudnych sytuacjach?

Jesteś swoim przyjacielem? Jak wzmacniasz tę przyjaźń? Możesz zacząć np. od tego, by każdego dnia wieczorem i każdego dnia rano powiedzieć sobie (czyli swojemu przyjacielowi)  jedną dobrą rzecz, pochwalić się za coś, co zrobiłeś danego dnia. Zawsze jest coś takiego. :-)

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Ta przygoda zaczęła się równo miesiąc temu…

Luty 26th, 2010

Witam Was serdecznie.

Dokładnie miesiąc temu, bo 26 stycznia 2010  późnym wieczorem, opublikowałam tutaj pierwsze dwa posty. Dzień później pojawił się pierwszy komentarz. Od tamtej chwili  każdego dnia z ciekawością dziecka tu wchodzę, czytam Wasze komentarze, uwagi, przeglądam statystyki. Zastanawiam się w wolnych chwilach nad kolejnymi wpisami. Życie mnie inspiruje do pisania kolejnych postów. W  “poczekalni” jest już mała kolejka.

Jednocześnie przyglądam się, jakie tematy budzą Waszą szczególną ciekawość czy zainteresowanie. Odbieram maile od Was – Czytelników. ”Inspiratorium” się rozwija. Ten wpis jest dziesiąty. Postom towarzyszy 86 komentarzy. Liczba wizyt od momentu startu bloga to 2377. I stale rośnie. :-)

Zanim opublikowałam posty na tym blogu, napisałam 2 gościnne na blogu alexba.eu zachęcona przez jego Autora. W  lutym rok temu -  “Kupowanie nieruchomości” , a w tym roku – “O dziękowaniu” . Ilość i jakość komentarzy była dla mnie sporym zaskoczeniem. Z radością patrzyłam, że mogę w ten sposób dzielić się z innymi swoim doświadczeniem i wynikającą z tego wiedzą.

Przy tej okazji – Alex, jeśli tu czasem zaglądasz – dziękuję za taką możliwość i inspirację.
Dziękuję także Ludwikowi, bez którego pomocy “Inspiratorium” nie wyglądałoby tak, jak teraz i nie działałoby sprawnie.

Ten pierwszy gościnny post był moim blogowym debiutem, pierwszą w życiu  przygodą z – nazwijmy – blogosferą!  Wtedy nawet cieniem przez głowę mi nie przeszło, że będę komunikować się z Czytelnikami właśnie tu, w “Inspiratorium” – moim miejscu w wirtualnej przestrzeni. Obawy i wątpliwości były mniejsze od chęci. :-)

Dzisiejszy dzień skłonił mnie nie tylko do tej “podroży sentymentalnej”, ale i do następującej ważnej refleksji:

Poprzez ludzi i ich podpowiedzi czy propozycje (nawet te z pozoru niewielkiej wagi), poprzez rożne z pozoru przypadkowe zdarzenia -  życie podsuwa nam rozwiązania, podpowiada kierunek, pokazuje możliwości i sposobności. Także inspiruje, pobudza, zachęca. Wyłącznie (!) od nas zależy, co z tym zrobimy. Od nas zależy, czy wyjdziemy ze swojej strefy komfortu, podejmiemy działanie i będziemy realizować nowe projekty / zadania / zmierzać ku nowym celom. Od nas zależy, czy podejmiemy wysiłek i ryzyko, odważymy się wyróżnić.  Nikt nie zrobi tego ani za nas, ani w naszym imieniu. Dlaczego? Bo nie można żyć “w czyimś imieniu” ani “za kogoś”. To wyłącznie  my sami możemy podjąć wyzwanie, “złapać haczyk”, a w efekcie “chciałabym” zamienić na “chcę” i potem na “robię”. Jak powiedział Lang Lang:  musisz ponieść odpowiedzialność.

Gdybym rok temu nie zareagowała otwartością i gotowością napisania gościnnego postu, to jest wielce prawdopodobne, że nie spotykalibyśmy się tutaj. Nie byłoby tego “tutaj”. To doświadczenie jest dla mnie ważną lekcją do zapamiętania. Ważną – dlatego dzielę się nią z Wami.

Rok temu nie miałam pojęcia, że czeka mnie taka wspaniała przygoda. :-) To Wy, Czytelnicy, potwierdzacie mi każdego dnia, że warto było uruchomić ten blog. Poprzez aktywne współtworzenie “Inspiratorium” (Wasze komentarze), pobudzacie mnie do dalszej aktywności.

Dziękuję. Pozdrawiam. Zapraszam.

Ewa

Uncategorized , , , ,

W pułapce sukcesów i porażek

Luty 24th, 2010

Twoje życie to sukcesy czy porażki? Czego  jest więcej – sukcesów czy porażek? Zadajecie sobie czasem takie pytania? A czy odpowiedzi, które uzyskujecie są dla Was wzmocnieniem, czy pogrążacie się w poczuciu, że nie jest dobrze?

Podzielę się z Wami moimi refleksjami na ten temat. Odpowiedzi na powyższe pytanie jest kilka (chodzi o możliwe kombinacje, formę, a nie treść, ilość czy przykłady). A mianowicie:
- mam sukcesy, nie mam porażek,
- mam sukcesy i mam porażki,
- mam porażki i nie mam sukcesów,
- nie mam sukcesów i nie mam porażek.

Jeśli człowiek powie, że ma sukcesy, a nie ma porażek – szybko zakwalifikujemy go jako eksperta, szczęściarza lub… kłamcę :) Dostanie “metkę”.
Jeśli powie, że ma same porażki – dostanie etykietę  niedojdy, nieudacznika, niekompetentnego, słabego.
Jeśli twierdzi, że ma na swoim koncie sukcesy i porażki – no cóż, powiecie pewnie, że jest taki jak wszyscy….
A co z tym, który nie ma ani sukcesów, ani porażek? Jakiś szary i nijaki człowiek, pospolity, bez wyrazu, o nic się nie stara, nie ryzykuje, nie walczy…? A może on tylko tego nie widzi lub inaczej wartościuje?

W każdym z powyższych przypadków możemy mieć tak naprawdę do czynienia z identycznym działaniem, z identycznymi kompetencjami i z identycznymi efektami tych działań. Każde to stwierdzenie może tak samo odnosić się do Ciebie, do mnie, do niego…
Wszystko zależy od tego, jak nazwiemy to, co nas spotyka lub to, co tworzymy. Jak to zakwalifikujemy. Jakie kwantyfikatory zastosujemy. Określenia “sukces” i “porażka” nie są obiektywne. Są bardzo subiektywnie.  Wszystko zależy od naszego sposobu postrzegania siebie i świata. Od wzorców, w jakich byliśmy wychowywani, od naszego poczucia własnej wartości … I wszystko to można zmieniać wykonując kawałek pracy nad sobą.

Brak sukcesu nie jest porażką! Brak porażki nie jest sukcesem. Pomiędzy tymi dwoma biegunami jest przestrzeń na codzienne starania, pracę, działanie, uczenie się etc. Brak sukcesu jest tylko brakiem sukcesu. Pokazuje drogę, działanie, staranie.

Sukces – stan normalny – porażka.
Radość – stan zwykły (bez szczególnych emocji) – smutek.
Zimno – normalnie (dobrze) – gorąco.

Jak widać, pomiędzy skrajnościami jest przestrzeń na tzw. codzienność, normalność, spokój, dobro etc. Jeśli tak patrzę – nie odbijam się od porażki do sukcesu i nie spadam od sukcesu do porażki. Łatwiej mi o płynność w działaniu, spójność, stabilność, wewnętrzny spokój.

Gdyby każda z moich podejmowanych prób zrobienia czegoś była udana, to znaczyłoby tylko, że za każdym razem byłaby wyłącznie jedna próba! Udana albo nie. Tylko jedna. Zakończona sukcesem lub porażką. A przecież tak nie jest.

Jakże często próbujemy raz, a gdy nie wychodzi, mówimy, że ponieśliśmy porażkę. A gdy wychodzi – skaczemy z radości i rozpiera nas duma, że odnieśliśmy sukces… Wpadamy w pułapkę naszych emocji nazywając efekt sukcesem albo porażką. “Nakręcamy się”  i gonimy za kolejnym “sukcesem”, aż tchu nam brakuje, albo popadamy w zniechęcenie, rezygnację z powodu “porażki”. Żyjemy na huśtawce emocjonalnej pomiędzy jednym a drugim: góra – dół,  góra – dół….

Ile prób musi podjąć badacz, żeby uzyskać spodziewany efekt?
Ile razy upadłeś ucząc się jeździć na nartach?
Ile litrów wody wypiłeś w basenie zanim nauczyłeś się pływać?
Właśnie.

Mam takie poczucie, że za często kwalifikujemy w swoim życiu rożne zdarzenia jako porażki i jako sukcesy. Jeśli każde nałykanie się wody traktowałbyś jako porażkę, to nigdy byś się nie nauczył pływać, bo Twoja psychika by tego prawdopodobnie nie wytrzymała. Zrezygnowałbyś w poczuciu przegranej już po kilku pierwszych łykach chlorowanej wody! Warto o tym pamiętać, podejmując rożne działania zawodowe i nie tylko. Nieudana próba to tylko nieudana próba. To jednocześnie ważna lekcja. Za drugim razem zrobisz to inaczej, coś poprawisz i będziesz bliżej celu. W końcu nie będziesz pił tej wody i utrzymasz się na powierzchni, a może nawet przepłyniesz pół basenu.  Za kolejnym – będziesz jeszcze bliżej celu. Nieudana próba to tylko i aż  informacja, że trzeba coś zmienić, poprawić i spróbować ponownie. Udana próba to tylko i aż udana próba, dowód, że być może znalazłeś właściwy sposób, recepturę.… Być może, bo jest jeszcze miejsce na przypadek. Potrzebne jest wielokrotne powtórzenie udanej próby, żeby uznać efekt za będący wynikiem celowych i świadomych działań. Jeden człowiek nazwie to wtedy sukcesem, a inny tylko wykonaniem  zadania, planu,szeregu udanych prób, osiągnięciem celu. Będzie to wykonywał zgodnie z określoną procedurą i podejmował kolejne próby w innej lub podobnej dziedzinie, rozwijając się systematycznie i bez niepotrzebnej huśtawki emocji.

Jeśli dziecko uczy się wiązać sznurowadła, to nie pokazujesz mu, że odnosi porażkę, gdy but spada z nogi, a sznurówki się plączą. Namawiasz do kolejnej próby i wspierasz je w tym działaniu. Nagradzasz udaną próbę. Aż dziecko nabiera sprawności i pewności, że podejmowanie wielu prób skutkuje osiągnięciem pożądanego celu. A ile razy my o tym zapominamy i po pierwszej nieudanej próbie mówimy sobie, że to porażka, osłabiamy się, zniechęcamy, odbieramy energię…
Bywa też niekiedy, że rodzic działa inaczej -  złości się, gdy dziecku nie wychodzi, gdy but się “sam rozwiązuje” i lekceważy, i zbywa milczeniem moment, gdy dziecko poprawnie sznuruje but. Łatwo domyślić się, jaką lekcję w tym przypadku dziecko otrzymuje. Potem właśnie tak postępujemy sami ze sobą. :-(

W taki sposób nas uczono, w taki sposób my uczymy innych. Robimy to samo w stosunku do dzieci, pracowników, w stosunku do siebie samych. Czego się uczymy? Patrzeć i oceniać własne działania w kategoriach sukces-porażka i nic między tym.  Albo uczymy podejmowania wielu kolejnych prób, jako naturalnego sposobu osiągania zamierzonego celu. Dodajemy sobie energii, albo się osłabiamy. Nasz wybór.  Albo się czujemy lepiej, albo gorzej. To od nas zależy. Mamy wybór.

Kiedyś bardzo przeżywałam wszystko – emocjonowałam się, bo widziałam swoje działania wyłącznie dwubiegunowo: jeśli nie było spektakularnego sukcesu i oklasków, i nagród, i uznania – to oznaczało porażkę. I przeżywałam tę porażkę, odbierając sobie na jakiś czas silę do dalszego działania. i wycofywałam się, żeby nie narażać się na ewentualną kolejną “porażkę”. Albo – osłabiona – z trudem ruszałam dalej, niosąc sobie bardzo obciążającą obawę, że znowu mogę odnieść porażkę…. To nie pomagało mi w rozwoju. To było szkodliwe. podobnie szkodliwe jest porównywanie się do innych i wyolbrzymianie ich “sukcesów” i swoich “porażek”.

Dziś wiem i akceptuję fakt, że jedne rzeczy robię wyjątkowo dobrze, inne czasami robię rewelacyjnie, a czasami tak sobie. Akceptuję to, że popełniam błędy. I uczę się na tych błędach. To moi “nauczyciele”. Akceptuję to. Przynajmniej w większości sytuacji (nie jestem doskonała) :-) Dziś brak sukcesu nie jest dla mnie porażką. Nie czuję się przegrana, gdy po skończonej prezentacji nie słyszę: “To była wyjątkowa prezentacja, dawno takiej nie widzieliśmy”.  Nie potrzebuje tego. Dziś wiem: coś było wyjątkowo dobre, unikalne, a coś po prostu dobre albo poprawne. A czasem było złe i trzeba wyciągnąć wnioski, coś poprawić, wykorzystać to jako lekcję. Dziś (na ogół) zaczynając zadanie nie spinam się cała pod wpływem własnej presji, że musi być wzorcowo, najlepiej. To nie znaczy, że zgadzam się na “bylejakość” jako standard, ale daję sobie prawo do rożnych poziomów efektów. Nie oceniam siebie, tylko efekty swojego działania.

Sportowcy rzadko bija rekordy świata. Sportowcy rzadko biją ustanowione przez siebie rekordy. Czy to znaczy, że odnoszą porażki? Jedna z ważniejszych rzeczy, których się nauczyłam w ostatnich latach, to nienazywanie braku sukcesu porażką. Kolejną rzeczą: że nie zawsze musi być sukces, że może wystarczy czasem poprawność. A czasem wystarczy po prostu dobiec do mety. :-)

Wbrew pozorom takie zdystansowanie się do dwubiegunowego modelu “sukces – porażka”, bardzo pomaga w osiąganiu celów, a czasem nawet…. sukcesów.

Co o tym myślicie? Jak jest to u Was?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Fenomen Lang Langa

Luty 9th, 2010

Wczoraj w nocy oglądałam program o wybitnym chińskim pianiście Lang Lang. Artysta ma dziś 28 lat. Prowadząc kursy mistrzowskie dla studentów w Chinach, dzielił się z nimi zarówno doświadczeniem artystycznym, jak i swoimi przemyśleniami. Moją uwagę zwróciła jego niezwykła, jak na młody wiek, dojrzałość.

Zapisywałam urywki wypowiedzi Lang Langa (podaję je tutaj kursywą).

Lang Lang zwraca uwagę, że młodzi ludzie, obserwując sukcesy innych, decydują o tym, kim chcą być. “Chcę być pianistą jak…” “Chcę być lekarzem, jak …”. Chcą być tacy sami.  “Chcę być taki sławny jak on”, “Chcę robić to, co on”, “Chce żyć tak jak on” etc. Nie zastanawiają się, kim oni sami są, co decyduje o ich wyjątkowości, jaki maja talent. Wyciągają prosty wniosek: skoro on odniósł sukces robiąc to i to, skoro ma pieniądze, jest szczęśliwy i spełniony, to ja też będę to robił i też będę szczęśliwy, bogaty i spełniony. To poważny błąd.  Nie szukają własnej drogi (i nie dotyczy to tylko drogi zawodowej, choć Lang Lang odnosił się do kariery artystycznej).

Lang Lang proponuje:

  1. Najpierw odpowiedz sobie, co kochasz.
  2. Potem – czy kochasz to co robisz.
  3. Dopiero na końcu- kim chcesz być.

To TY jesteś KLUCZEM do swojej kariery. Tylko Ty! Czuj się częścią tego, co robisz.

A zatem czas na własne przemyślenia. Mnie pomogły postawione sobie następujące pytania:

1. Co kochasz, co lubisz robić, co sprawia Ci niekłamaną przyjemność, co jest Twoją pasją?

2. Czy to co teraz robisz (zawodowo ale i nie tylko) jest tym, co kochasz. Czy kochasz to, co teraz robisz?

3. Jeśli nie – pomyśl, jak możesz to zmienić. Zacznij od myślenia takiego, jakby wszystko było możliwe. Nie ograniczaj się. Tak łatwiej znajdziesz rozwiązanie.

4. Kim chcesz być? Dokąd chcesz dojść? (jako wynik/meta robienia tego, co kochasz)

Co sądzicie o takim podejściu? Jak to jest w Waszym życiu i w odniesieniu do Waszych planów?

Każdy wiek jest właściwy na dobrą zmianę i na rozwój. :-)

Zwróciłam też uwagę na następującą historię opowiedziana przez Lang Lang: Na pianinie artysty przez lata stała maskotka – żółty piesek, nagroda pocieszenia, którą dostał za zajęcie II miejsca w konkursie pianistycznym. Miał wtedy 7 lat. Jak sam opowiadał – przez długi czas ten piesek był jego wrogiem. Nie lubił go, on przypominał o przegranej. Lang Lang obwiniał maskotkę o swoją porażkę, rzucał nim, gniótł, kopał, poniewierał… Aż zrozumiał, że piesek nie jest winien temu, że on – młodziutki pianista – nie wygrał. Piesek został na pianinie. Zmieniła się jednak jego rola: przypominał mu przez kolejne lata, że on sam musi ponieść odpowiedzialność.

Pomyślałam, że wielu ludzi (ja czasami także) obwinia otoczenie, okoliczności, siły zewnętrzne o swoje niepowodzenia (lub o brak powodzenia). Ja już wiem, że takie przerzucanie odpowiedzialności poza siebie nie rozwija mnie, a jedynie bywa źródłem złego nastroju. Brzmi mi w uszach wypowiedziane przez artystę “ponieś odpowiedzialność”. :-) Osobista ciekawość i odwaga, a nie środowisko decyduje o karierze.To zdanie też ma dla mnie dużą wartość.

A jak to jest u Was?

Pozdrawiam, Ewa

ps.

Jeszcze dwie myśli Lang Langa, które zdążyłam wynotować:

  • Z każdym koncertem muszę być coraz lepszy.
  • Nigdy nie odzyskam czasu, który utraciłem.

Uncategorized , , , , , , , , ,

Życie bez „papierka”…

Styczeń 26th, 2010

Żyjemy w  kraju, w którym praktycznie każdy ma dziś “papierek” [„papierek” w znaczeniu dyplom potwierdzający ukończenie studiów]. To cytat z wypowiedzi jednego  Czytelników Blogu Alexa.

Temat wydał mi się na tyle ważny i poważny, by nie zamykać go krótkim komentarzem. Warto przyjrzeć się, czy tak jest naprawdę i odnieść się do podobnych przekonań i stereotypów. Podkreślę tutaj, że posiadanie dyplomu nie jest jednoznaczne z posiadaniem wykształcenia. Można mieć wspaniałe wykształcenie i nie mieć “papierka”, można mieć “papierek” i .. nie mieć przyzwoitego nawet wykształcenia. Wykształcenie, umiejętności i wiedza są ważne. Można je zdobywać w toku nieformalnej edukacji.

Czy naprawdę żyjemy w kraju, w którym każdy ma ”papierek” lub każdy studiuje? Poszukałam „na szybko” informacji dotyczących tematu (w niektórych przypadkach udało mi się dotrzeć do najświeższych danych) :

Według danych za 2006 rok, wyższe wykształcenie potwierdzone dyplomem, bez względu na jakość wyższej uczelni i poziom kształcenia, miało 5,5 mln Polaków, co stanowiło 16,5% społeczeństwa powyżej 13 roku życia. Dane te uwzględniają wykształcenie wyższe uzyskane  także przed 80 rokiem, zgodne z ówczesnymi programami kształcenia, jak i uzyskiwane obecnie. Dotyczą dyplomów państwowych i prywatnych uczelni, filii uczelni, seminariów duchownych, wyższych uczelni wojskowych, policyjnych, dyplomów uzyskiwanych w trybie zaocznym, wieczorowym, jak i dziennym. Uwzględniają też np. studia ukończone w Moskwie w latach 60 tych czy 70 tych na kierunkach politycznych czy związanych z wojskowością. To tak dla pełniejszego obrazu. Uwzględniają w tym osoby aktywne zawodowo, bezrobotnych z dyplomem, jak też np. emerytów posiadających dyplom. Po prostu wszystkich „z papierkiem”. Z kolei badania CBOS za 2009 rok wskazują, że 16 % wszystkich badanych uważa, że wyższe wykształcenie oznacza większy szacunek i uznanie wśród innych, co potwierdza z kolei jedynie 21% respondentów z wyższym wykształceniem. Warto mieć tę świadomość i weryfikować swoje wyobrażenia, żeby nie powielać informacji o tym, że “większość” osób w kraju studiuje i “większość” ma jakiś dyplom i że dyplom oznacza uznanie, a brak dyplomu oznacza, że się jest „nikim” i że się „nie ma szans”. Jeśli do tego co napisałam dodać fakt, że w 2009 roku odnotowano rosnący wskaźnik bezrobocia wśród absolwentów uczelni wyższych, to wątpliwym jest dla mnie przyjmowanie posiadania dyplomu jako kryterium sukcesu czy uznania oraz możliwości rozwoju. Pozostaje sobie zadać pytanie, co w takim razie o tych ostatnich decyduje, co ma na to wpływ, ale to temat na zupełnie inny post.

Środowisko, w którym ja się obracam utwierdza mnie w przekonaniu, że wielu ludzi nie posiadając dyplomu odnosi sukcesy, cieszy się szacunkiem, staje się doradcami czy nawet ekspertami w różnych dziedzinach, a dla rozsądnych pracodawców (to rosnąca liczba!) ważne jest, co umiesz, jakie masz doświadczenie, a nie to, czy legitymujesz się takim a nie innym “papierkiem”. Trzeba jednak minimum odwagi, żeby przeciwstawić się „zasysającemu” otoczeniu, które zatruwa nas wyssanymi z palca opiniami. Trzeba mieć minimum determinacji, żeby to otoczenie zamienić na inne.

Kolejne stwierdzenie to: W oczach niektórych ludzi, ukończenie studiów decyduje o tym, czy ktoś jest “kimś” .  Całe szczęście, że tylko w niektórych oczach, niektórych ludzi (co potwierdzają dane). To oznacza, że jest jeszcze bardzo duża liczba osób, dla których takie stwierdzenie wydaje się niemal „z kosmosu” lub bardziej – z minionej epoki.

Oczywiście są firmy, w których podstawowym kryterium doboru kandydatów do pracy wciąż jest “papier”, ale tak samo są firmy, w których podstawowym kryterium awansu są znajomości i układy, albo i takie, w których niepisanym kryterium zatrudnienia jest orientacja polityczna i poparcie polityczne. Na szczęście taki standard nie obowiązuje wszędzie. A to z kolei oznacza, że jeśli nawet nie masz “papierka”, to nie jesteś wykluczony i możesz znaleźć swoją własną drogę, bardzo ciekawą, niekiedy znacznie ciekawszą od tej znanej i przetartej przez tzw. większość.

Polska to kraj, w którym […]nie pójście na studia to wielki “obciach” przez znajomymi, rodziną, pracodawcą… oraz że w naszym społeczeństwie dominuje pogląd, że osoba bez ukończonych studiów jest automatycznie na przegranej pozycji, tak towarzyskiej (“ludzie Cię nie będą szanować”), jak na polu zawodowym (“kto zatrudni osobę bez studiów?”). Na takie stwierdzenia pozostaje mi tylko powiedzieć:  sugeruję szybką zamianę środowiska na mniej szkodliwe. Nieprawdziwość takich opinii jest dla mnie oczywista, co pokażą przytoczone dalej historie kilku osób.

Kolejna kwestia: Z jakimi innymi wyzwaniami, niż ludzie po studiach muszą się borykać ci bez ukończonych studiów formalnych? Tego nie wiem. Pewnie każdy ma inne wyzwania, według mnie nie zależy to od posiadania dyplomu. Zwracam jednak tu uwagę na użycie słowa „borykać”. Sugeruje ono, że osoby bez dyplomu stale napotykają – w odróżnieniu od tych z dyplomami – na jakieś mega trudności do ciągłego pokonywania. Na temat używania języka polskiego przygotowuję odrębny post, bo język to narzędzie, którym możemy sobie zarówno pomagać, jak i bardzo szkodzić.

Czytelnik Blogu Alexa przytacza też konkrety przykład rozmowy i odnosi się do niej.
Przykładowa rozmowa:
Osoba A: Na jakie studia idziesz/Jakie studia ukończyłeś?
Osoba B: Nie idę na żadne studia/Nie ukończyłem żadnych studiów.
W głowie osoby A w tym momencie często powstaje obraz osoby B, która jawi się jej jako ktoś gorszy, lub w lepszym przypadku osoba A stara się na siłę przekonać osobę B, że studia to w dzisiejszych czasach podstawa i bez ich ukończenia niewiele w życiu osiągnie.

Skąd wiedza, co się dzieje w głowie osoby A? Przecież to jedynie wyobrażenie o tym, co może pomyśleć osoba A. Takie wyobrażenia budujemy na podstawie naszego obrazu świata (naszego, a nie osoby pytającej!), obrazu, w którym człowiek bez studiów jest mniej wartościowy, ma gorsze szanse, jest na przegranej pozycji towarzyskiej. Jedna możliwość – tak myśli osoba A, a druga możliwość – tak odbiera to osoba B, choć osoba A w ogóle tak nie myśli.  Warto samemu sobie zadać kilka pytań: Co ja myślę o ludziach, którzy nie skończyli studiów? Czy ich szanuję? Czy sam przypadkiem nie myślę, że są „nikim”? Czy ja uważam, że „papierek” ustawia mnie / ustawiłby mnie w innej, lepszej lidze? Skąd u mnie takie przekonania? Czy są moje, czy zaszczepione? Jaki jest mój “obraz świata”? W środowisku, w którym ja się obracam takie pytania nie mają miejsca. Bywają pytania „co robisz, czym się zajmujesz”, ale one nie mają nic wspólnego z pytaniem o wykształcenie, a tym bardziej o dyplom. Czasem w przypadkowych rozmowach okazuje się, że ktoś nie ukończył studiów formalnych i nie ma papierka. Szanuję wiedzę, mądrość, osiągnięcia tych ludzi, a nie “papier”!

Pojawiły się też ważne pytania o:

- szanse osoby bez dyplomu na ciekawe, wartościowe kontakty towarzyskie,
- szanse na satysfakcjonującą, ciekawą pracę i realizację zawodowych marzeń
- czy ludzie bez dyplomu są szanowani (cenieni) poza pracą przez społeczeństwo,
- jak te osoby wytrzymują konkurencję z osobami mającymi ukończone studia?
- branże w jakich  pracują te osoby i o konkretne zawody, jakie mogą w dzisiejszych czasach wykonywać ludzie bez dyplomu ukończenia studiów.

Czytelnik przywołuje też obecne w jego środowisku przekonanie, że pracodawca, mając do wyboru osobę, która ukończyła studia chętniej wybierze osobę z ukończonymi studiami, co według mojej wiedzy i obserwacji w wielu przypadkach jest całkowitą nieprawdą.

Zamiast przekonywać i przeciwstawiać jednym poglądom inne - przytoczę kilka historii. One pokazują, że papier nie jest warunkiem koniecznym ani uznania, ani spełnienia zawodowego, ani szacunku, ani dostępu do ciekawych ludzi. Wnioski zostawiam Czytelnikom.

Historia 1.:

Szukałam grafika do zrobienia projektów pewnej kampanii. Co zrobiłam? Wypuściłam informację, że szukam kogoś, kto zrobi mi dobre projekty. Zgłosiły się małe i duże agencje reklamowe, a także indywidualni ludzie. Jak według Was dokonywałam wyboru? Otóż poprosiłam o zrealizowane projekty, żebym mogła je obejrzeć. Wyselekcjonowałam według tego kilku potencjalnych wykonawców (były to indywidualne osoby i agencje). Rozmawiałam o terminach realizacji i o kosztach. Poprosiłam o referencje od klientów. W ogóle nie padło pytanie o studia, bo mnie to nie interesowało. To człowiek a nie jego papierek będzie dla mnie pracował.

Historia 2.:

Młodego dwudziestoparoletniego człowieka, który „robił” szkolę policealną o “żadnej” renomie, zaprosiłam do Warszawy. Miał możliwość odbycia praktyki w bardzo dobrej agencji PR (to go interesowało). Ów młody człowiek po kilku tygodniach płatnej (!) praktyki dostał propozycję pracy na etacie w tej firmie – jednej z najlepszych w swojej branży. Dostał ciekawe stanowisko, dobre jak na pierwszą pracę wynagrodzenie. Uczył się od najlepszych. Odpuścił sobie w związku z tym szkoły i w pełni zaangażował sie w pracę, bo sprawiało mu to przyjemność. Niespełna pół roku później awansował. Dwa lata później zaczął realizować zlecenia już na własny rachunek. Sama zlecałam mu prace, kiedy nie miałam czasu sama się zająć realizacją projektu. Wiedziałam, że będzie to dobrze zrobione. Teraz ów młody człowiek szykuje się na wyjazd z kraju, bo znalazł ciekawe możliwości dalszego rozwoju.

Historia 3.:

Tym razem z pokolenia obecnych czterdziestolatków plus, historia sprzed kilkunastu lat. Młoda dziewczyna w niezbyt wielkim mieście po ukończeniu szkoły plastycznej nie poszła na studia, a zdecydowała realizować swoje marzenia i zajęła się… projektowaniem odzieży i jej produkcją. Jej pracownia w krótkim czasie rozrosła się do kilkunastu szwaczek. Jej sukienki lądowały w najlepszych butikach w owym mieście, a potem trafiły do innych miast. To u niej w pracowni przy kawie spotykało się najciekawszych ludzi. To nie była zwyczajna pracownia krawiecka, To było studio mody. Chodziło się do Małgosi, a nie do krawcowej. Była blisko środowiska artystycznego i blisko środowiska biznesowego. To o niej pisywały gazety, to ona była szanowana i ceniona jako projektantka i kobieta sukcesu. Do dziś jej dom bywa pełen nietuzinkowych ludzi. Nikt nawet nie zastanawiał się nad tym, jakie ona może mieć wykształcenie.

Historia 4.:

Miałam znajomego (kontakt się urwał), który nie ukończył studiów, miał niecałe 19 lat, gdy od pewnego już czasu pracował dla firmy, w której ja też byłam zatrudniona. Przychodził i prowadził szkolenia dotyczące komputerów (mniejsza o zakres). Klienci uwielbiali z nim zajęcia. Prowadził je z pasją, dobrą energią, a udział w jego zajęciach przekładał się na konkretne korzyści klientów. Jak trafił do tej firmy? Ów młody pasjonat, z długimi do pasa włosami, w spodniach bojówkach i zwykłej koszulce bawełnianej, przyszedł do firmy i powiedział, że to i to jest jego pasją, że chce robić to i to, i ma taki pomysł, żeby to robić z tą firmą. Poprosił, żeby ta firma dała mu szansę pokazania swoich umiejętności. Pokazał, został. Był bardzo ceniony, co przekładało się także na jego zarobki. Z czasem podkupiła go inna firma. Nikt nie pytał nawet, czy ma maturę.

Jeśli chcesz żyć jak większość, to droga jest taka jak większości. Ale czy naprawdę ta większość żyje w sposób, który Ci odpowiada? A jeśli nie, to dlaczego usilnie się do nich porównywać, starać się o ich uznanie jak o kromkę chleba?

Poniżej dla dopełnienia mojej wypowiedzi zamieszczam fragment styczniowego ogłoszenia o pracę (2010 rok), jakie przypadkiem znalazłam w Internecie.:

„Serwis internetowy adresowany do mężczyzn poszukuje zaangażowanego i dyspozycyjnego Redaktora.
Mile widziane osoby z Krakowa

Redaktor serwisu dla mężczyzn

[…]
Doświadczenie i wykształcenie to sprawy drugorzędne. Przede wszystkim szukamy kogoś z pasją i motywacją. Jeśli uważasz, że potrafisz pisać i jesteś w stanie zainteresować czytelników – prześlij do nas swoją aplikację wraz z kilkoma tekstami. Liczymy na konkretne odpowiedzi od kandydatów, którzy są gotowi podjąć z nami współpracę od zaraz.”

Jeśli znacie podobne historie – proszę dopiszcie. To może być bardzo inspirujące i przydatne dla wielu osób.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,