Archiwum

Posty oznaczone ‘wartości’

O wartości życia i wartościach w życiu

Listopad 29th, 2011

Pozwólcie, że dziś włączę się nie wprost do dyskusji o przywróceniu kary śmierci w naszym kraju. Pomijam, czy jest to prawnie możliwe, czy nie. Chcę się skupić nad czymś w moim przekonaniu ważniejszym – na wierności wyznawanym wartościom i na tym, ile one są warte.

Mamy głośnie hasła dotyczące ochrony życia od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci i równolegle głosy (z tych samych źródeł) za wprowadzeniem kary śmierci.  Hierarchowie kościelni nie wypowiadają się jednoznacznie. Politycy inicjujący to przywrócenie kary śmierci podpierają się nawet autorytetem papieży. Jednak głos papieski wyraźnie mówi, że tak.  I dookreśla – tak,  ale tylko w tych szczególnych przypadkach, gdy nie ma innej możliwości ochrony społeczeństwa. A przecież jest inna możliwość – wystarczy orzekać kary dożywocia bez możliwości wcześniejszego zwolnienia i bez możliwości opuszczania zakładu karnego na tzw. przepustki. Demagogiczny polityk jednak mówi, ze nie można społeczeństwa obarczać utrzymywaniem przy życiu zbrodniarza, którego nie można nazwać już człowiekiem.

Pominę znowu milczeniem kwestię uprawnienia do decydowania, kto człowiekiem jest, a kto nie i kiedy przestaje się być człowiekiem… Pominę też sprawę że kara śmierci jest nieodwracalna, odmawia prawa do zmiany.

Chcę skupić się na tym:

Skoro argumentem za przywróceniem kary śmierci jest koszt utrzymania więźnia, co  opłacane jest z naszych podatków, to oznacza, że kara śmierci ma być elementem programu oszczędnościowego. Przyjmując stawkę 25 zł dziennie x 365 dni x 30 lat = 273 750 zł.

Tyle mniej więcej warte jest poszanowanie prawa pojedynczego człowieka do życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci w rozumieniu tych polityków, którzy optują za wprowadzeniem kary śmierci a nie biorących pod uwagę stosowania dożywocia bez prawa do przedterminowego zwolnienia, które stanowi pełną i wystarczającą ochronę społeczeństwa.

A może ta propozycja to tylko pretekst medialny do tego, by było głośno, by zainteresować sobą i podnieść swoją pozycje w rankingach? Jeśli tak, to życie ludzkie  ma wartość tego pozycjonowania w rankingach i kampanii PR. Albo – jak w przypadku hierarchów – wartość potencjalnych korzyści wynikających z przychylności jednej partii politycznej. Jak to się ma do tego, ile kosztuje podatnika utrzymanie takich polityków – to już też na osobny post.

Pewnie wielu z Was reaguje emocjonalnie na takie demagogiczne wypowiedzi polityków, na takie uzasadnienia, na przeciwstawianie wartości życia człowieka korzyściom dla budżetu.  To proponuję autorefleksję nad tym:
Ile warte są nasze wartości, które deklarujemy, głosimy, jak choćby przyjaźń, uczciwość, sprawiedliwość, wierność, trzeźwość, punktualność, słowność,  godność  (każdy może wpisać swoje)…  Czy ich nie sprzedajemy? Za ile? Za co? W imię czego?
Czy ich nie zdradzamy w imię interesów nazywanych dla „wybielenia” sukcesami?
Warto się sobie przyjrzeć. Warto zmienić, jeśli jest coś do zmiany.  Póki jeszcze to możemy zauważyć.

Jakie wartości są dla nas naprawdę ważne? Czy im się nie sprzeniewierzamy? Co możemy zrobić, by w imię tzw. sukcesu ich nie oddać, zgubić, porzucić, zdradzić?

Pozdrawiam, Ewa

PS.

Dawno nie pisałam, zauważyliście. Dziękuję za maile z pytaniami, kiedy kolejny post, za życzliwość i zainteresowanie. To dla mnie czas, gdy trudno oddawać się pisaniu. Mam nadzieję, że tym postem wrócę do regularnego pisania. Pozdrawiam Was. I do kolejnego „przeczytania” niebawem.

Uncategorized , , , , ,

Dzień Wdzięczności

Sierpień 31st, 2011

Zadzwoniła do mnie dziś Przyjaciółka i powiedziała, że chciałaby, aby 31 sierpnia – Rocznica Solidarności był Dniem Wdzięczności. Że fajnie by było, gdyby w kontekście takiego dnia ludzie robili listy osób, którym mogą wysłać wyrazy wdzięczności, tak jak kartki z życzeniami świątecznymi, żeby wysyłali do siebie takie kartki, smsy, maile. Taki dzień, kiedy “zbieramy” otrzymane dobro, skupiamy w myślach ludzi, którym możemy być wdzięczni, także tych, którym być może nie okazaliśmy tej wdzięczności.

I zaczęłam się zastanawiać, czy noszę w sobie i czy pielęgnuję wdzięczność. Wdzięczność z głębi wnętrza, która nie jest niczym wymuszona, nie jest „narzędziem”. Pomyślałam, że czasem zbyt łatwo  „kolekcjonuję” przykre sytuacje, pamiętam  trudne doznania, a za mało przestrzeni zostawiam na co dzień właśnie na wdzięczność. Wdzięczność życiu, światu, losowi, wdzięczność ludziom. Konkretnym ludziom. Żeby postawa wdzięczności stała się jak codzienna kromka chleba – prosta, niemal oczywista, naturalna, a jednocześnie niezbędna dla zdrowego i harmonijnego życia.

Co ciekawe, gdy zaczynam myśleć o tym, komu i za co jestem wdzięczna, to ta lista rośnie, nawet drobiazgi nabierają nowej wartości. Wydobywam z pamięci dobre sytuacje, pozytywne zdarzenia, pozytywnych ludzi i świat pięknieje, a przy tym ja. Wdzięczność dodaje mi pozytywnej energii, pobudza, wzmacnia.

Jestem zatem za  – niech będzie taki Dzień Wdzięczności. 31 sierpnia, a może dla każdego w innym ważnym dniu. Żeby przypominał o Dobru. Żeby przypominał o okazywaniu wdzięczności i o jej magicznej sile. Nasz czas skupienia się na tym co otrzymaliśmy i otrzymujemy od życia, na tym, co pozytywne i wartościowe, na Tych, którzy to dobro wnosili i wnoszą w nasze życie. I jednocześnie żeby był to czas refleksji na tym, co dajemy, co wnosimy w życie ludzi – bliskich i mniej bliskich, nawet nieznanych. Zachęcam do refleksji, do wzbudzania i przeżywania wdzięczności. Ten sam świat staje się piękniejszy, a i my przy tym także piękniejemy i nabieramy energii.

W myślach zrobiłam swoją listę wdzięczności i poczułam, że jestem bogatsza. Zachęcam Was do tego.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , ,

Kilka refleksji o pracy

Lipiec 26th, 2011

Jakiś czas temu w magazynie Press ukazał się tekst o „antyrzecznikach” i ranking rzeczników prasowych. Nieco później przeczytałam informację w PRoto o pewnej pani rzecznik (!), która zamiast dostarczyć informację potrzebną dziennikarzowi, odpowiedziała mu, że „nie może rozmawiać, bo jest w pracy”. :-) :-) :-)

Hmmm…  Rzecznik prasowy to funkcja, której istotą jest komunikowanie się, w tym komunikowanie z mediami, wypowiadanie się w imieniu organizacji czy firmy, którą dany rzecznik reprezentuje i  reprezentowanie tej firmy w zakresie przypisanym do danego stanowiska. Tymczasem owa pani rzecznik nie mogła rozmawiać, bo była w pracy. Rozumiem – nie mogła rozmawiać z koleżanką czy kolegą o wczorajszej imprezie, o zakupie nowych mebli do domu, ale… Co zatem jest według niej istotą jej pracy na tym stanowisku?

Pomyślałam o czasem nieżyczliwych rejestratorkach w przychodniach, o niektórych urzędnikach, co zapominają, ze są w „służbie” – zdrowia, publicznej etc. Pomyślałam o nauczycielach, lekarzach, prawnikach….

Często i łatwo wyłapać tu niedociągnięcia innych. Jednak co z nami?

1.Co jest istotą Twojej pracy? To niekoniecznie jest tożsame z pytaniem „jakie masz obowiązki” i „za co odpowiadasz”.

2. Co dla Ciebie jest najistotniejsze w pracy?

3. Co stanowi dla Ciebie wartość w Twojej pracy?

4. Czy Ty stanowisz wartość dla swojego pracodawcy czy tylko siłę roboczą?

Warto czasem” sprawdzić”, jak jedna odpowiedź ma się do drugiej i jak odpowiedzi na te pytania mają się do realiów – do oczekiwań stawianych Tobie i do sposobu w jaki pracujesz, i do proporcji pomiędzy wykonywanymi czynnościami i zadaniami, do poziomu Twojej satysfakcji, energii, zaangażowania etc

Istotą pracy szefa działu jest w moim odczuciu wskazywanie kierunku, inspirowanie, motywowanie, skłanianie do podejmowania odpowiedzialności, wspieranie w rozwoju, współpraca z zespołem w celu znajdywania najbardziej efektywnych rozwiązań, a  wtórnie (jako efekt) – osiąganie wyznaczonych przez zarząd celów, np. celów finansowych.   Istota pracy szefa nie są analizy, tabelki, umowy. To dodatek, narzędzia, etc. Trzeba zrobić budżet (tabelki),  ale realne osiągniecie celów nie stanie się dzięki tabelkom, a dzięki zaangażowaniu ludzi, ich konkretnym działaniom,  pasji,  ich odpowiedzialności, , dobrej współpracy, proaktwności…  Są i tacy, dla których istotą pracy w charakterze szefa jest władza, kontrola – zatem to będą realizować w swoich działaniach, mając przecież taką samą odpowiedzialność i zakres obowiązków jak ten, co wspiera, motywuje…

Czy pracując np. w biurze informacji przeszkadza nam klient, który przychodzi po informację i dopytuje, i “męczy”, i nie rozumie…, a może sprawia nam przyjemność, że  informacją możemy go wspierać, pomagać mu w lepszym zrozumieniu? Przy takiej postawie własnej dążymy do tego, by być w tym coraz bardziej kompetentnymi zarówno pod względem wiedzy, umiejętności,  jak i sposobu komunikacji.

Istotą pracy telesprzedawcy jest komunikowanie się z ludźmi przez telefon.  Sprzedaż i wyrabianie norm jest wtórne (co nie znaczy, ze nie jest ważne z uwagi na cel). O czym myślisz podnosząc słuchawkę? Że chcesz sprzdać, czy chcesz się porozumieć, dobrze komunikować? Wyklepujesz zapisaną na kartce regułkę czy rozmawiasz? Słuchanie (nie tylko słyszenie słów) jest tu często ważniejsze niż mówienie.

A gdy ktoś jest sprzedawcą w osiedlowym  sklepie? To jest po to, by służyć ludziom. A poprzez to realizować wyniki sprzedaży. :-) Można też inaczej:  sprzedawca jest po to, żeby osiągać wyniki sprzedaży, rozliczać kasę, pilnować, by klienci nie kradli i robić utarg. Jego postawa służby jest  „płytsza” – jest ona tylko narzędziem, uśmiech też jest narzędziem, życzliwość też jest narzędziem, czysty fartuch i fryzura są narzędziem, jak krajalnica do mięsa, która na życzenie klienta kroi cienkie plasterki  – czyli sam sprzedawca sprowadza się (własna decyzją,  postawą i motywacją) do roli narzędzia. Ja wolę swoje „odwrócone” podejście. :-) Ono mnie nie odczłowiecza.

Wszędzie tam, gdzie pracuje się wykonując działania na rzecz ludzi (a jak się zastanowić – zawsze tak jest bardziej pośrednio lub bezpośrednio), to wszędzie niezwykle ważny jest szacunek dla ludzi i dobrze pojęta pokora. A za tym dopiero cała reszta.

Co jest istotą Twojej pracy? Co stanowi dla Ciebie wartość w aktualnej pracy? Co Cię cieszy i motywuje wewnętrznie? Jesteś w swojej pracy człowiekiem czy narzędziem? Co by się musiało zdarzyć, zmienić (np. w Tobie, w Twojej postawie), abyś nie był / nie czuł się narzędziem (sprawnym lub zawodnym)?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , ,

Ludzie czy liczby?

Maj 8th, 2011

Długi czas minął od opublikowania ostatniego postu, jako że jestem mocno zaangażowana w poważną transformację w swoim życiu i oddaję temu zadaniu zarówno wolny po pracy czas, jak i większość swoich myśli. Tak więc dziś krótko. :-)

Kiedy w Google wpiszemy hasło „firma to przede wszystkim ludzie”, wyszukiwarka wyrzuca sporo wyników. Wiele firm, zarówno wielkich jak i kilkuosobowych podziela pogląd, że firma to przede wszystkim ludzie, że o wartości firmy stanowią zatrudnieni w nich ludzie, że ludzie zaangażowani i kompetentni stanowią wartość, majątek firmy, etc. Często czytam zdanie “największą wartością naszej firmy są ludzie”. Nawet program „Rozwój kapitału ludzkiego” i liczne realizowane projekty wskazują na wartość inwestowania w ludzi, na wartość ludzi dla rozwoju firm.

Mimo to, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, ostatnio z ust kogoś z poziomu zarządu jednej z dużych firm usłyszałam, że firma to przede wszystkim liczby. Osłupiałam, po czym – gdy już mogłam złapać oddech – powiedziałam, że ja reprezentuję “szkołę” zupełnie odmienną, mianowicie tę, według której firma to przed wszystkim ludzie, a liczby są wtórne, jako efekt pracy ludzi.

Nie jest dla mnie niczym obcym i dziwnym, że wyniki finansowe są niezwykle istotne, ich nieustanne podnoszenia a choćby i utrzymanie na stabilnym poziomie umożliwia firmom dalsze działanie i bycie na rynku, rozwój etc. Nie jest też dla mnie tajemnicą, ze zarządy firm są rozliczne ze swojej pracy na podstawie wyników finansowych. Niemniej „liczby” czyli wyniki finansowe są efektem działania ludzi, a nie odwrotnie. Im lepsi ludzie, bardziej zmotywowani, szanowani, pobudzani, uznawani, kompetentni  etc, tym lepsze wyniki (przynajmniej w znanych mi przypadkach). Bez ludzi cyfry / liczby są jedynie w kalkulatorze, a w firmie trudno o wyniki bez ludzi.

Konsekwencje takiego „liczbowego” podejścia wydają mi się „opłakane” w długoterminowym podejściu. Oznaczać to bowiem może niewypowiedziany wprost ale przejawiający się w decyzjach i działaniach  brak szacunku dla ludzi jako kluczowego „elementu” firmy, co może się przekładać na brak troski o ich rozwój, brak działań motywujących, nieumiejętność wykorzystywania kompetencji ludzi, brak pobudzania w ludziach pasji etc. W efekcie można się spodziewać stopniowego odpływu wartościowej kadry, zespół “wyrobników” jako efekt takiego podejścia, stłumienie zaangażowania ludzi itd. W efekcie – gorsze wyniki, gorsza reputacja, trudniejsze zarządzanie. To oczywiście mój pogląd.

Ciekawa jestem Waszych refleksji, opinii i doświadczeń wokół tych dwóch odmiennych postaw zarządczych (tak chyba to mogę określić, bo za poglądami idą zwykle określone działania lub ich zaniechanie).

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Niesmaczne Czekoladowe Życie

Marzec 13th, 2011

Co jakiś czas, zwykle w soboty, u mnie na osiedlu pewna kobieta zbiera jedzenie, bo sama nie jest w tej chwili w stanie utrzymać swoich dorastających córek. Bardzo skromna, pokorna, kontaktowa, życzliwie nastawiona do ludzi. Widać też, że bardzo zmęczona, a z rozmowy wiem, jak i dlaczego jest jej tak trudno. Mniejsza o szczegóły. Jakiś człowiek, jakaś konkretna rodzina potrzebuje pomocy – jedzenia.

Dziś (także w sobotę) usłyszałam o tzw. festiwalu związanym z kawą, czekoladą etc. – Telewizyjny Kurier Warszawski 12 marca 2011 – o festiwalu „Czekoladowe Życie” (ostatnia wiadomość w programie)  TUTAJ [Uwaga: teraz link działa już mam nadzieję poprawnie, poprzedni błędny był wynikiem skorzystania z opcji "prześlij link znajomym", a system przesyłał błędny link].

Co ma jedno do drugiego? To za chwilę.

Na stronie internetowej tego festiwalu jest informacja, że u 3,5-metrowe Czekoladowe Drzewo od pewnej firmy zostanie zlicytowane na szczytny cel (tego nie ma w telewizji) – to dobre działanie. Tylko jak ono  ma się do specyficznego pożegnania zimy w czasie tego samego wydarzenia? O czym konkretnie mówię? Otóż do kamery pewna zadbana i zadowolona młoda kobieta (związana z organizacją wydarzenia jak sądzę) powiedziała o tzw. czekoladowym pożegnaniu zimy: „Zamiast Marzannę topić, chcemy obrzucić  ją pysznymi kremowymi tortami”. Zatkało mnie.  Natychmiast sobie to ładne “okrągłe” zdanie przełożyłam na konkret: pełnowartościowe, pyszne jedzenie zostanie wyrzucone dla zabawy i w związku z zabawą. Będzie lądowało na kukle i spadało na podłogę a potem trafi na śmietnik. Co to za wydarzenie, co to za pomysł, co to za promocja, co to za pseudo PR?!

Wyrzucanie pełnowartościowego jedzenia czy rzucanie jedzeniem wydaje mi się niegodziwe, szczególnie w kontekście tego, co obserwuję wokół. Jak dla mnie – coś tu nie gra: z jednej strony licytacja drzewka na szczytny cel, a z drugiej – pożegnanie zimy sprowadzające się do wyrzucania jedzenia i robienia z tego widowiska.

Mamy w Polsce (w Warszawie także) niedożywione dzieci, niskie kwoty przeznaczane na posiłki dla ludzi z ośrodków opieki, szpitali, domów pomocy, domów dziecka, ośrodków dla bezdomnych, mamy emerytów żyjących na granicy ubóstwa. Mamy po drugiej stronie firmy, instytucje,organizacje wspierające ubogich, finansujące obiady dla dzieci, realizujące zbiórki żywności, mamy indywidualnych ludzi pomagających potrzebującym, czasem dzielących się po prostu tym, co mają w lodówce.

Zimę można było symbolicznie zakończyć inaczej – zaprosić dzieci, by może po raz pierwszy miały okazję skosztowania  pysznego kremowego tortu i poczuć się ważnymi, ugoszczonymi, a “Marzannę” potraktować jako wyłącznie dekorację? Albo zawieźć te torty do potrzebujących w jakimś ośrodku i dać je jako zapowiedź wiosny (nie mówcie tylko, że problemem jest tu podatek od darowizny) ? A może wystawić tę “Marzannę” i zaprosić ludzi “z ulicy” na „Marzannowe Delicje”?
Że to wszystko mniej medialne? Bzdura. Mniej widowiskowe, ale nie mniej medialne.

Mogę sobie nawet wyobrazić, ile przy tym rzucaniu tortami będzie śmiechu i zabawy. Ja jednak całkowicie pozbawiona jestem w takich sytuacjach poczucia humoru. Czy my żyjemy w kraju, w którym jedzenia wszyscy mają tyle, że możemy je wyrzucać robiąc przy tym imprezę i widowisko? Dla kogo? Po co? Żeby w kronice wydarzenia zamieścić „fantastyczne” zdjęcia obrzuconej tortami Marzanny? Żeby patron czy sponsor mógł się sfotografować jak rzuca tortem?

Niestosowne. Zgrzyta zwłaszcza, gdy się sprawdzi, kto jest organizatorem i co ma w statucie . Zgrzyta mi także, gdy wiem, kto temu patronuje (o tym, kto jest organizatorem, a kto patronem dowiedziałam się TUTAJ- na stronie Festiwalu tego nie znalazłam).

To oczywiście tylko moje zdanie, moja subiektywna opinia – każdy ma prawo mieć własny pogląd na ten temat. Ja nie mogłam tego przemilczeć. Może ktoś z ludzi organizujących różne special events przeczyta i uchroni się (i nas) przed podobnymi nie do końca przemyślanymi pomysłami i realizacjami w przyszłości…

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Co nas uskrzydla i dodaje sił?

Marzec 1st, 2011

Po dość długiej przerwie, którą pewnie większość z Czytelników tego bloga zauważyła, wracam do pisania. Tematów uzbierało się w mojej głowie sporo, czas nie pozwalał na realizację. Tak bywa. :-) W tzw. “międzyczasie” minął rok od opublikowania pierwszego postu. W ciągu tego czasu uzbierało się tutaj 48 postów i 521 komentarzy. Tyle podsumowań. Dziękuję Wam za dzielenie się swoimi uwagami, za obecność w tym dla mnie ważnym miejscu.

Jeszcze w kwietniu ubiegłego roku zapisałam w notesie poniższy cytat:
“Stanowisko nigdy nie daje ci prawa do rozkazywania. Tylko zobowiązuje cię do takiego życia, by inni ludzie mogli przyjmować twoje rozkazy, nie doznając upokorzenia.” (Dag Hammarskjold).

I zrobiona przy tym przeze mnie notatka: Nie doznawać upokorzenia to za mało! Ludzie w zespole powinni czuć swoją siłę, wartość i moc dzięki temu jak się z nimi komunikujesz, jak się do nich zwracasz, jak się o nich troszczysz. powinni wiedzieć, że jesteś razem z nimi a nie obok nich. Autorytetu nie zdobywa się siłą, nie zdobywa się poprzez okazywanie władzy, a poprzez własne kompetentne działania, dobry przykład, zaufanie i szacunek dla ludzi oraz dla ich pracy.

W ciągu wielu lat pracy zawodowej doświadczałam i tych pozytywnych, i tych negatywnych przykładów jeśli chodzi o budowanie autorytetu i – nazwijmy to – “realizację władzy” w relacji zwierzchnik-podwładny. Bo czy tak naprawdę pracodawca, zwierzchnik może mieć nade mną władzę? Tak. Ale tylko wtedy, gdy ja mu na to pozwolę. :-) To bardzo ważne dla mnie odkrycie sprzed kilku lat co jakiś czas sobie przypominam (co znaczy też, że co jakiś czas niestety o tym zapominam – chyba wywieszę sobie to na ścianie), by ustawić różne rzeczy we właściwej kolejności i porządku – zarówno wobec siebie jako zwierzchnika, jak i podwładnego.

Zapamiętuję z reguły te dobre i staram się szybko zapominać o tych złych wzorcach i doświadczeniach, żeby przypadkiem się „nie zarazić”.  Żebym mogła w stosunku do swojego zespołu pozostawać zarówno zwierzchnikiem (w rozumieniu lidera, doradcy, wsparcia), jak i przyjaciela. Wyważenie pomiędzy koniecznością wskazania błędu, udzielenia „reprymendy” a wskazania drogi bywa niełatwe. Czasem trzeba chwile „zmarnować” na czcze gadanie i żart, żeby z większą intensywnością wrócić do właściwego zadania.

Staram się pamiętać, że na głębokim poziomie (poza powierzchownością) jesteśmy tacy sami. Dokładnie tacy sami (tak moi szefowie jak i moi podwładni) – mamy swoje lepsze i gorsze dni, swoje słabości i siły, swoje ambicje, swoje marzenia, swoje troski i smutki, swoje radości i tęsknoty, swoje umiejętności i braki, a przede wszystkim – nie jesteśmy w pracy za karę ani nie jesteśmy na nią skazani. I wobec tego lepiej pracujemy w atmosferze wzajemnego szacunku, zaufania, radości, docenienia, zauważenia. Ja reaguję pozytywnie na prośbę i rozmowę, a nie na rozkaz. Wiem, za co jestem odpowiedzialna i żadne narzucone ramy czasowe tego nie zmieniają – nie pracuje od-do, ale nad projektem, zadaniem. Wieczne kontrolowanie daje mi informacje, że przełożony nie ma do mnie zaufania (co nie zawsze jest prawdą, ale dla mnie to taki sygnał) itd. Lubię, gdy szef dziękuje mi za coś, co zostało przeze mnie dobrze wykonane, choć jest to moim obowiązkiem. Nie lubię dostawać sprzecznych poleceń. Staram się te swoje „lubienia i potrzeby” realizować w odniesieniu do mojego zespołu.  I nie zawsze mi wychodzi, nie jestem aniołem, też miewam gorsze dni. Pewnie. Pracuję tak, jakby to był mój biznes, a nie praca „u kogoś” czy „na kogoś”.  Czy to dobrze – nie wiem. Czy źle? Tego też nie wiem. Czasem jest z tym mniej wygodnie. :-)

Oprócz tego, że praca to miejsce, gdzie zarabiamy pieniądze wykonując określone zadania – to także miejsce, gdzie przebywamy sporą część świadomego życia i możemy to życie w pracy przeżywać jako pasmo pozytywnych doświadczeń, rozwijających, sprzyjających nam, a możemy po prostu tylko przetrwać. Dla mnie “przetrwać” to za mało w odniesieniu do czegoś, co zabiera mi spory kawałek życia, energii, czasu, zasobów.

A co dla Was jest ważne w relacjach między przełożonym a podwładnym? Co sprawia, że przychodzicie do pracy z radością i z pasją, a nie jak „na skazanie”? Co Was uskrzydla? A co byście chcieli, jeśli nie wszystko jest dobre i właściwe?

Podzielcie się tym – możemy się od siebie wiele dowiedzieć i nauczyć. Proponuje, by nie skupiać się na negatywach i narzekaniu, bo tego mamy aż nadto wokół. Napiszcie o pozytywach, oczekiwaniach, o tym, co Was uskrzydla, o dobrych doświadczeniach.

Pozdrawiam po długiej przerwie, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , , , , , , , ,

Igrzyska, igrzyska…

Grudzień 20th, 2010

Dziś, spokojnie mieszając w garnku z kapustą, oglądałam “Wiadomości” w telewizorze :-)   Usłyszałam dwie następujące informacje – jedna po drugiej w kolejności, w jakiej przytaczam:

1.       Dziecko ciężko poparzone leży we wrocławskim szpitalu, matka nie odwiedza, ograniczone prawa rodzicielskie etc. Rany oparzeniowe dziecka szybciej i lepiej by się goiły, gdyby dziecko mogło mieć specjalne „ubranko” uciskowe. Niestety – jak informuje na antenie  lekarz prowadzący – NFZ nie refunduje takich „ubranek”, szpital też nie kupuje. zwykle kupują je rodzice. jak się łatwo domyślić – ten ostatni przypadek tutaj nie zaistnieje. Matka nie kupi. Efekt – dziecko będzie dłużej chore, co nas będzie więcej kosztowało i efekt takiego leczenia będzie gorszy etc, etc.

2.       Widowisko otwarcia Stadionu Narodowego w Warszawie będzie kosztowało10 mln zł . Trwać będzie ok. 2 godzin.

Co łączy te dwa zdarzenia? Pieniądze i słowo “odpowiedzialność”

Ile ubranek uciskowych można zamówić za 10 mln. ? Ilu chorym na np. mukowiscydozę i inne kosztowne a rzadkie choroby można pomóc?  Miesiąc leczenia chorego na mukowiscydozę to 4 tys zł. Ile badań przesiewowych można zrobić? Nie zaspokoimy tym wszystkich potrzeb, ale… Ważne, jakie są priorytety.

W poznańskim szpitalu skończyły się pieniądze na unikalny i ważny program badawczy, w efekcie którego chorzy na nowotwór skóry – czerniaka złośliwego mają przedłużone życie o wiele lat. Zaniechanie szczepienia spowoduje u nich prawdopodobnie silny atak choroby i śmierć. Ludzie są przerażeni, ale pieniądze się skończyły. Nie ma!  NFZ nie może pokrywać kosztów niezarejestrowanego leku. Heh, tak się zaprzepaszcza nie tylko pracę wielu ludzi, dotychczas wydane środki idą w błoto, a badacze – jeśli ważne jest dla nich doprowadzenie badań do końca – wyjadą z kraju. My będziemy potem płakać, ze Polski nie stać na zakup takiego leku i leczenie naszych chorych. Chorzy będą leżeć w szpitalach i będą “uzasadnionym kosztem” … Aż do śmierci.

Wiem, wiem, to inne budżety, inne regiony kraju, inne resorty, urzędy, inni ludzie, inne zakresy kompetencji etc, etc. Czy to wystarczające uzasadnienie czy usprawiedliwienie?

Tam, gdzie wydaje się pieniądze tzw. “państwowe” nie można zapominać, że to pieniądze Twoje, moje – z naszych kieszeni, przez nas wypracowane, bo z naszych podatków. Być może widowisko otwarcia będzie sfinansowane z innych środków, jednak trudno mi wewnętrznie zgodzić się z takim ich wydawaniem. Co do pieniędzy z budżetu państwa – nikt nigdy nie próbował się przed nami rozliczyć, wykazać, że dobrze gospodaruje powierzanym majątkiem i pieniędzmi – odpowiedzialnie i mądrze, czy głupio, bezrefleksyjnie, bez odpowiedzialności i niestety bez konsekwencji.

Igrzyska, igrzyska, widowiska…

Na co dzień o tym nie myślę, nie chcę, nie mam czasu – różnie. Gdy jednak słyszę takie dwie informacje w ciągu dwóch minut, to mnie to bulwersuje, gorszy, zniesmacza. I wtedy zastanawiam się, jakie jest prawdopodobieństwo, że dożyję czasów, gdy życie i zdrowie człowieka będzie ważniejsze od igrzysk i fajerwerków…. Co mogę zrobić? Nie wiem.

Ktoś powie, że wielkie otwarcie stadionu jest ważne. Ok. Czemu zatem nie może to być mega koncert charytatywny na rzecz np. zebrania środków na badania szczepionki na raka skóry (zysk z biletów), a pieniądze – te 10 mln. zamiast do agencji na zrobienie imprezy mogą trafić na leczenie chorych, doposażenie szpitala, etc.  To byłby fajerwerk, ale innej klasy…

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Grudniowo…

Grudzień 17th, 2010

Wszystkim Czytelnikom  życzę dobrego czasu na co dzień. Spokoju i Pokoju każdego dnia. Radości prawdziwej nie tylko od święta.

Życzę Wam Wszystkim, niezależnie od daty w kalendarzu, dobrego i spełnionego życia w każdej jego sferze. Także wtedy, gdy ucichną kolędy i dzwony, gdy zgasną kolorowe światła choinki i zajdą gwiazdy betlejemskie.

Życzę, byście nosili  światło w sobie – w każdym dniu roku i wiele, wiele lat. Żebyście mieli poczucie Pełni Życia i Dobra.

Grudniowe refleksje:

Każdego roku obserwuję ludzi ulegających agresywnemu marketingowi świątecznemu. Mega sprzątanie, mycie okien nawet w mróz, trzepanie dywanów, torby pełne zakupów jakby przez cały rok się nie jadło, tylko w święta i trzeba było zjeść na zapas. Prezenty nawet gdy na ten cel „trzeba” wziąć kredyt. Życzenia „spokoju i radości w te świąteczne dni”… Nawet w firmach są wigilijne spotkania, kiedy na co dzień obcy lub prawie obcy ludzie udają niezwykłą więź i życzliwość.  Ja swojemu zespołowi, rodzinie, bliskim, przyjaciołom stale życzę wszystkiego co najlepsze. I to życzenie noszę w sobie dla nich. I przekazuję, kiedy jest okoliczność, moment, czas – niezależnie od tego, czy mamy 24 grudnia czy 31 stycznia, 9 kwietnia, 7 września i każdy inny dzień. Każdy dzień jest dobry na to, by być ze sobą dobrze, by mówić sobie dobre rzeczy, by się wspierać, okazywać życzliwość.

Rozumiem tradycje, rozumiem wagę świąt dla osób wierzących. Niemniej tradycja ma swoje granice, a przeżywanie świąt to przede wszystkim wymiar duchowy. Szaleństwo świąt? Zapytaj siebie, czy tego naprawdę chcesz, co Ci to daje, co zmienia w Twoim życiu na plus. I przeżywaj każdy czas jako święto. Nie “zabiegaj się”, nie umorduj, żeby potem w zmęczeniu tylko czekać na ciszę po wyjściu gości i przez kilka miesięcy spłacać raty za prezenty.

„Nikt nie może być sam w tym wyjątkowym świątecznym dniu”. A przecież tak naprawdę po prostu źle jest, gdy ktoś czuje się samotny, doświadcza samotności w jakimkolwiek dniu, jeśli jest to dla niego powodem cierpienia, leku, obaw.  Niezależnie od czasu, kalendarza, daty.  Gdy tymczasem komunikuję, że lubię samotna wigilię, to wielu patrzy na mnie niemal  ze  łzami w oczach, jak na biedaczka, którego nie ma kto przygarnąć do świątecznego stołu. A ja tak lubię ciszę, spokój, zatrzymanie się, towarzystwo jeśli juz to niezwykle kameralne, jedzenie jakie ja sama lubię, rytm dnia mój a nie innych. Lubię też zapach igliwia, zapach świec. I kluski z makiem. Samotne czy kameralne  święta to mój wybór a nie skazanie, to dla mnie rodzaj prezentu. I cieszę się, jeśli mogę sobie je sprawić. Kluski robię zatem także poza dniami „wyznaczonymi tradycją” i palę świece, gdy chcę mieć taki wyjątkowy nastrój i lepię uszka do barszczu gdy mam na nie smak – niezależnie od daty w kalendarzu. Sprzątam na co dzień i czasem robię tzw. gruntowne sprzątanie – bo lubię mieć czysto, pachnąco, ładnie. Nie na święta, a na życie – na co dzień. Lubię czasem uroczystą kolację czy zastawiony stół – dlaczego właśnie w ten dzień a nie każdy inny?

Czym te dni różnią od innych kilkuset dni w roku? Jak to jest – wielu ludzi jest samych (samotnych) kiedy potrzebują bliskości , gdy cierpią, potrzebują pomocy, gdy są głodni i wtedy nikt się nie rozczula nad nimi tylko biegnie swoją drogą, a w tym akurat dniu grudniowym – czy tego potrzebują czy nie, czy chcą czy nie – nie mogą być sami?

A może ten dzień ma być „plastrem” zalepiającym poczucie winy, że zaniedbujemy bliskich w inne dni? Obowiązkiem, który jak się spełni, to można się rozgrzeszać z przyszłych i przeszłych zaniedbań?

Przeżywajmy każdy czas, jakby był dla nas świętem. Nawet jeśli stół nie jest zastawiony, nie grają wzruszających melodii, nie chodzą przebierańcy-kolędnicy, gdy nie ma opłatka i lampionów na drzewku. Niech nasze życie całe będzie świętem, będzie takim Betlejem, w którym jest Nowe Dobre Życie.

Spotykajmy się, cieszmy się sobą, ale nie na siłę, nie na pokaz, nie dla tradycji, a dla siebie! Szaleństwo przedświątecznych przygotowań zamieńmy na zatrzymanie się na sobie, na bliskich – żeby mieć czas na refleksję, na spotkanie takie prawdziwe i kontynuowane w każdym innym czasie. A jeśli trzeba – zamknijmy się w domu choćby po to, żeby się wreszcie wyspać.  Po prostu żyjmy ładnie, dobrze i w zgodzie ze sobą.

Tego Wam raz jeszcze życzę – Nieście światło w sobie.

Ewa

Uncategorized , , , , , ,

Ograniczające myśli i przekonania

Sierpień 14th, 2010

W czerwcu dostałam informację o tegorocznych warsztatach z Victorią Schnabel. Warsztaty pod tytułem „Kompost i róże”. Z uwagą przeczytałam ich opis. W mailu było m.in. poniżej cytowane  zdanie (przetłumaczone przez organizatora na język polski):

Odrzucając myślowe ograniczenia odkrywamy, kim jeszcze możemy być, nie zamykając jednocześnie drzwi przed tym, kim do tej pory byliśmy. (Victoria Schnabel).

Ten cytowany fragment skłonił mnie do szeregu przemyśleń, którymi chcę się podzielić (zaznaczam, że są to wyłącznie moje własne przemyślenia, a nie autorki cytowanego tekstu; nie próbuję nawet zgadywać, jak Victoria rozwijałaby ten wątek).

W moim odczuciu ograniczenia myślowe to często przekonania, jakie nosimy w sobie, powtarzamy bezrefleksyjnie, a które wpływają na nasze decyzje, wybory, sposób życia. Wiele z nich “dostajemy w pakiecie” w toku wychowania od najbliższych nam osób. One też często “dziedziczą je” po swoich bliskich. Nie jesteśmy jednak na nie skazani. Gdy już zdajemy sobie z nich sprawę, gdy potrafimy nazwać, wówczas możemy na poziomie świadomym przyjąć je ponownie lub odrzucić.
W sobie w ciągu lat odkryłam wiele takich ograniczających mnie przekonań i co jakiś czas trafiam na nowe. Zauważałam je od pewnego czasu i nadal zauważam także u innych.

Przykłady? Proszę:
-  człowiek musi / powinien pokonywać własne słabości;
-  aby podróżować w ciekawe miejsca trzeba mieć dużo pieniędzy;
-  jeśli do określonego wieku (każdy może tu wpisać odpowiedni wiek) nie ma się szczególnych osiągnięć, to znaczy, że już i tak nic się nie osiągnie i trzeba się pogodzić z tym, że życie już takie po prostu jest;
- po czymś dobrym musi nastąpić coś złego;
- studia formalne są konieczne do osiągnięcia życiowego sukcesu (o tym pisałam w jednym z pierwszych postów);
- praca na etacie to bezpieczeństwo finansowe;
- pieniądze są podstawą dobrego życia.

Pewnie możecie  tę listę długo rozwijać, u każdego będzie nieco inna, choć – jak przypuszczam – znajdą się i wspólne ograniczające przekonania wynikające z kultury danego kraju czy religii. Ja też mogłabym stworzyć księgę, ale nie jest moim celem tworzenie leksykonu. Warto przyjrzeć się temu, jakie przekonania o życiu i o sobie nosimy – my sami a nie inni – i co w ślad za tym się dzieje lub nie dzieje w naszym życiu.

Są też  bardziej “osobiste” ograniczenia myślowe, które sami sobie tworzymy, niejako godząc się z sytuacją czy stanem, w jakim jesteśmy (byliśmy). Powszechnym ograniczeniem myślowym jest to wyrażające się w słowach “Nie nadaję się do tego”, “Nie dam sobie rady”, “Nie mogę”… Szczególnie bez podejmowania prób takiego działania.  To jak “Nie lubię zupy szczawiowej” na podstawie wyglądu tej zupy, a bez skosztowania.

Taka zgoda wewnętrzna na ograniczające myśli  uniemożliwia czy bardzo ogranicza nasze faktyczne możliwości rozwoju i sami skazujemy się na “tkwienie w bezruchu”, a nawet na regres. Budujemy je (te ograniczenia) m.in. w oparciu o własne doświadczenia i doświadczenia znajomych nam osób, i niesłusznie przydajemy im zbyt dużą moc, często przy tym dokonując uogólnień (np. “nie umiem występować publicznie” czy “jestem złym kochankiem”) w oparciu o jedno negatywne doświadczenie (odpowiednio: w trakcie jednej z prezentacji nie umiałeś odpowiedzieć na pytanie z sali / w relacji intymnej zdarzyło ci się nie być w dobrej kondycji) . Takim uogólnianiem sami sobie odbieramy siłę i ograniczamy się. To rodzaj czapki, która spada na oczy i nie pozwala zobaczyć więcej, niż to, co mamy pod nogami, przy samych stopach. próbował ktoś kiedyś zobaczyć niebo mając czapkę zsuniętą na oczy?  :-) To nas hamuje przed podejmowaniem kolejnych prób, ogranicza odwagę myślenia i działania, a tym samym odbiera wiele pozytywnych doświadczeń.

Jeśli określone przekonania determinowały nas w jakimkolwiek obszarze, to stwierdzamy ten fakt i … mamy po prostu więcej wiedzy na swój temat i prawdziwszy, bardziej obiektywny czy szerszy obraz siebie i świata. Możemy zostać tylko przy tym odkryciu, a możemy pójść za ta zmiana traktując ją jako ciekawy i wyzwalający początek wielkiej przygody.

Jeśli odkryjemy, jakimi przekonaniami jesteśmy nasiąknięci, możemy stopniowo i łagodnie sprawdzać je, poszukiwać siebie na nowo, zadawać pytania, budować inne przekonania, zmieniać się, odrzucać to, co do tej pory było niejako częścią nas. Zmieniając się jednocześnie i otwierając przed sobą nowe możliwości. Jeśli odrzucamy dotychczasowe przekonania i ograniczenia myślowe, to nie znaczy, że wszystko do tego momentu było w naszym życiu złe i niepotrzebne. Z łagodnością dla siebie i swoich dotychczasowych wyborów i decyzji, możemy zmieniać siebie i rozwijać się w zupełnie nowych obszarach i z nieznaną dotychczas dynamiką.

Warto przeznaczyć czas i usiąść sam na sam ze sobą i zapisać przekonania, w które wyposażono nas w toku wychowania, które sami sobie narzuciliśmy, przyjrzeć się, czy one miały wpływ na nasze dotychczasowe decyzje i wybory (które miały, które największy wpływ). Ważne według mnie jest to, by robić to bez równoczesnego oceniania siebie.

A potem zobaczyć, czy one są naprawdę dalej dla nas aktualne, czy nadal są „nasze”. Wykreślić te, które nie są aktualne i zastąpić je albo aktualnymi, albo … niczym – przestrzeń do wypełnienia może kiedyś w życiu, a może nie. Jo to dla mnie oznacza? Czy tak jest naprawdę? Czy tak właśnie myślę?

Posłużę się pierwszym wyżej przytoczonym przykładem:

„Człowiek musi / powinien pokonywać własne słabości” => To mnie oznacza, że muszę / musisz (!) lub przynajmniej powinnam/ powinieneś pracować nad wszystkimi swoimi słabościami, żeby je wyeliminować. => Energia, myślenie, skupienie uwagi i działanie są skoncentrowane zatem wokół słabości :-(  => Pozostaje w związku z tym mało czasu, energii i zapału do rozwijania innych obszarów, które stanowią mocną stronę.

Teraz pytam: Po co mam pokonywać wszystkie słabości (tu warto je nazwać konkretnie, żeby myśleć o konkretach a nie o ogólnikach)? Czy z tymi konkretnymi (nazwane) słabościami  mogę żyć szczęśliwie i realizować siebie w różnych obszarach (nazwać je też warto)? Może warto czasem zgodzić się na niektóre słabości i przyjąć, że tak czy inaczej nie będziemy doskonali, bo to nie tylko nierealne, ale i niepotrzebne.

Zatem mogę teraz powiedzieć: „Nieprawdziwe jest przekonanie, że człowiek musi/ powinien pokonywać własne słabości i ja to przekonanie odrzucam”. Co to dla mnie oznacza? Że mogę przestać się zajmować swoimi słabościami, przynajmniej niektórymi spośród nazwanych. Jaka ulga! Tak, tak, mogę przestać się na nich koncentrować. :-) To pozwala uwolnić energię i zasoby, jakie nosimy w sobie. To oznacza, że możesz (tak samo Ty jak i ja)  np. zacząć szukać swoich mocnych stron i na ich rozwoju budować swoje dalsze „ja”. Ile pomysłów przychodzi do głowy, na temat tego, co mogę robić, jak się rozwijać, jak doładowywać baterie, etc. W efekcie słabości, które były na pierwszym planie schodzą na dalszy plan, bo swoje silne strony nie tylko zauważasz, ale i rozwijasz. I – co może wydać się dziwne – w trakcie pracy nad umacnianiem mocnych stron i w toku takiego rozwoju nie wiedząc kiedy pokonujemy niektóre z tych słabości. :-)

Zmiana przekonań jest czymś do czego mamy prawo, jest czymś naturalnym. Tutaj piszę o ograniczających przekonaniach. Nie wszystkie przekonania są takimi ograniczającymi nas. Odrzucenie ograniczających nas przekonań pozwala nam rozwijać się w kierunkach, które sami przed sobą zamknęliśmy. A to, co do momentu zmiany przeżyliśmy może stać się źródłem jeszcze większej siły. :-)

Życzę przyjemnej pracy przy odkrywaniu i odrzucaniu ograniczających Was przekonań i poszukiwaniu siebie – niezależnie od wieku, stanu i pozycji zawodowej.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

Podziękowanie „przywraca do życia” dobre rzeczy

Kwiecień 21st, 2010

Pół godziny temu skończyłam rozmowę telefoniczną z osobą, z którą nie miałam kontaktu przez wiele miesięcy. To była bardzo dobra, życzliwa, ciepła rozmowa o wielu różnych aspektach życia, o tym, co w naszych planach, przemyśleniach, marzeniach, etc.

Kiedy rozmowa zbliżała się ku końcowi, zatrzymałam moją rozmówczynię jeszcze na chwilę, by przypomnieć jej w skrócie odległe dość zdarzenia i powiedziałam, jak bardzo i prawdziwie jej dziękuję za tamten czas, za jej odwagę, życzliwe wsparcie, dobro itd. Powiedziałam szczerze, że nie pamiętam, czy miałam okazję wcześniej podziękować , że mam wrażenie, iż odkładałam to na czas osobistego spotkania, jednak to zbyt długo czeka i mam poczucie, że teraz czas to powiedzieć, nawet przez telefon – byle nie odkładać na później.

Moja rozmówczyni  nie ukrywała wzruszenia i radości z tego, co usłyszała, choć – jak powiedziała – czuła to i wiedziała, ale wielką wartość ma dla niej to, że to powiedziałam, że podziękowałam. Że wartość ma to, w jaki sposób to powiedziałam / co powiedziałam, że mogła to usłyszeć.

Podziękowanie (wdzięczność) ma wielką wartość i nie przedawnia się.
Dobro też się nie dezaktualizuje.
To wspaniałe uczucie dla mnie móc dziękować , bo podziękowanie wiąże się z doświadczanym dobrem.
Podziękowanie „dodaje skrzydeł” obu stronom.
Każda okazja jest dobra, by podziękować – nie warto czekać na te szczególne.

Dlaczego o tym piszę? Być może w Twoim otoczeniu dalszym lub bliższym jest ktoś, komu nie miałeś okazji  podziękować, nie pomyślałeś, żeby podziękować, nie umiałeś kiedyś podziękować etc – warto to zrobić teraz. Warto to zrobić w każdym momencie – nawet odległym od zdarzenia.  To  “przywraca do życia” dobre rzeczy, nadaje im nową dodatkową wartość,  buduje głębszą jakość relacji. Coś się dopełnia.

Może to brzmi nieco magicznie, ale cóż, niech tak brzmi….

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,