Archiwum

Posty oznaczone ‘wolność’

Siła marzenia

Styczeń 22nd, 2012

„Dobrze, że ten rejs nie skończył się inaczej, bo i marzenia by się skończyły” – to komentarz dziennikarki  (usłyszany przed chwilą w TVP Info) odnośnie do informacji, że kilkunastoletnia żeglarka spełniła swoje marzenie opłynięcia świata. Wcześniej uzyskała ona w wyniku apelacji sądową zgodę na rejs, co potwierdza jej wielką determinację w dążeniu do realizacji tego marzenia. Młoda Holenderka (miała 14 lat w momencie startu) ponad 500 dni samotnie żeglowała  podejmując ryzyko i spełniając swoje wielkie młodzieńcze marzenie. Przeżyła sztormy, poznała co to znaczy bezsenność, strach, ból, ale i spełnienie, radość, niezwykłe sytuacje, widziała piękne miejsca, i obrazy, poznawała siebie w ekstremalnych sytuacjach. Młoda żeglarka  dzieli się swoją radością i szczęściem ze spełnionego marzenia, wielu ludzi jej gratuluje, inni podziwiają. Prowadząca program polska dziennikarka  robi coś zupełnie innego…

Co znaczy komentarz: „Dobrze, że ten rejs nie skończył się inaczej, bo i marzenia by się skończyły”? Że gdyby zginęła albo została kaleką, to nie mogłaby spełniać żadnych innych marzeń? He, ale zginęłaby spełniając marzenie! A kalectwo? Ono nie zabrania dalej marzyć i spełniać marzenia.  A czym jest marzenie bez choćby prób jego realizacji?

Jedno jest pewne – taki komentarz dla wielu jest jak ostrzeżenie: nie sięgaj po marzenia, bo możesz marzyć ostatni raz. Uważaj, bo Twoje śmiałe marzenia mogą skończyć się tragicznie. Czyż nie taki jest wydźwięk i znaczenie takiego komentarza?

Zamiast gratulacji, entuzjazmu, pozytywnego myślenia i zarażania ludzi wiarą, że warto się wysilić i ryzykować, by spełniać marzenia. Nawet te odległe i wymagające poświęcenia. Tak chyba może powiedzieć tylko człowiek, który sam nie ma odwagi do realizacji marzeń lub – co gorsza – nie ma marzeń….

To pokazuje, jak bardzo wiele w ludziach  ograniczeń, skostnienia,  wewnętrznie stetryczenia, jak mało pasji i zrozumienia dla pasji.

A jaki Wy dalibyście komentarz do takiej informacji o młodej Holenderce? Jak sami odbieracie jej wyczyn? Jaka jest Wasza determinacja do realizacji marzeń? Jak duży wysiłek jesteście w stanie zrobić i co zaryzykować, by spełnić marzenia?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , , , ,

Puste nakrycie na wigilijnym stole

Grudzień 23rd, 2010

Puste nakrycie na wigilijnym stole ma w polskiej tradycji podwójną symbolikę:

1.       Wyraz pamięci o zmarłych (nowsze – jako wyraz pamięci o żyjących ale w tym dniu z nami nieobecnych),

2.       Wyraz gotowości przyjęcia wędrowców, niespodziewanych gości i zaproszenia ich do wspólnej wieczerzy wigilijnej.

W wielu domach to nakrycie jest ustawiane na stole i mam przekonanie, ze ustawiane ze świadomością tej podwójnej symboliki. Ja nie ustawiam tego pustego nakrycia. Dlaczego? Nie chcę pustej symboliki. Ani przy wigilijnym stole, ani w żadnym innym momencie życia. Zważam na tradycje, ale nie hołduję jej bezrefleksyjnie.

O zmarłych pamiętam, choć szczęśliwie ważni dla mnie ludzie żyją. Nie zawsze mogą lub nie zawsze chcą być obecni w tym dniu ciałem ze mną przy jednym stole (mają np. inne własne plany), ale mam ich w sercu, myślach, pamięci i wyrażam to poprzez kontakt choćby telefoniczny, codzienną dbałość o relacje i o ich potrzeby – rzecz jasna – na miarę moich możliwości. Jestem w tym prawdziwa, nie na pokaz. Nie mam zatem potrzeby wystawiania pustego nakrycia w tym kontekście i nie robię tego dla samego utrzymania tradycji. Nie czuję potrzeby manifestowania tej pamięci w taki sposób.

Jeśli chodzi o drugi punkt – już dawno uświadomiłam sobie, że wystawianie pustego nakrycia jako symbolu takiej mojej gotowości byłoby z gruntu fałszywe. Bo o ile przyjęłabym do stołu znajomych i przyjaciół niespodziewanie stających w drzwiach mojego domu (choć nie lubię takich niespodzianek), o tyle jestem też przekonana, że nie przyjęłabym obcych, nieznajomych, zabłąkanych wędrowców, nie przyjęłabym bezdomnego, etc. Nie wartościuję, czy to dobrze czy źle, bo nie o to teraz chodzi. Nie chcę też zagłębiać sie w uzasadnianie tego.

Znałam (teraz nie mam kontaktu, zatem nie wiem jaki jest stan aktualny) tylko jednego człowieka, który – gdy przychodził do niego żebrak, bezdomny – zapraszał go do domu, umożliwiał wykapanie się, prał jego odzież, dawał czysty ręcznik, przybory toaletowe, wyjmował swoje ubranie i dawał czyste, zapraszał do stołu. Zatem to możliwe. Dla mnie jednak nie – z różnych względów nie do zrobienia.  Nie chcę zatem stwarzać za pomocą symbolu nieprawdziwego obrazu, nie chcę  deklaracji bez pokrycia. Jestem oczywiście gotowa podać jedzenie, nawet wystawić nakryty stolik na klatkę schodową, podzielić się każdym jedzeniem, oddać ubrania (jednak nie każde i nie wszystkie), ale nie zaproszę zaniedbanego, nieznajomego bezdomnego  do wspólnego stołu. Ta symbolika pustego nakrycia byłaby zatem w moim przypadku deklaracją bez pokrycia – fałszem. To jak zobowiązanie, o którym wiem już na starcie, że go nie dopełnię. Po co zatem się obligować? Dla podtrzymania tradycji? Nie.

Jestem zwolenniczką hołdowania  tradycji, ale w sposób pogłębiony własną refleksją, z zachowaniem spójności pomiędzy znakiem (widoczna oznaką – jak ten pusty talerz), a tym, co ów znak, oznaka symbolizuje (tu – owa gotowość ) tak naprawdę w moim życiu. Lub takiej, która nie jest obligacją do określonego działania.

Według mnie symbole, których używamy powinny być spójne z naszym życiem -  z naszą postawą, działaniem. To dotyczy nie tylko aktualnych świąt, a wielu innych symboli. Może warto przy okazji świąt zastanowić się nad różnymi symbolami w naszym życiu. Nad ich znaczeniem dla nas, ich rolą w naszym życiu, wagą dla nas i dla innych z naszego otoczenia, a także odpowiedzialnością  z tytułu używania symboliki – nic nie wart jest symbol czy znak, za którym stoi… pustka lub fałsz.

Odróżniam symbole od dekoracji. :-) Dla mnie symbol to określona deklaracji lub oznaka określonego stanu. To szczególny język, komunikat, jaki przekazuję otoczeniu. I chcąc być wiarygodną i spójną – powinnam być gotowa tę deklarację wypełnić, jeśli zajdzie potrzeba.  Jeśli nie jestem – nie manifestuję tego zewnętrznymi oznakami, żeby nie być jak wydmuszka. By być w prawdzie – przed sobą i innymi, by po prostu nie kłamać.  A przynajmniej bardzo się staram, żeby tak było. :-)

A jak jest z Waszymi deklaracjami-symbolami?

Pozdrawiam,

Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Ograniczające myśli i przekonania

Sierpień 14th, 2010

W czerwcu dostałam informację o tegorocznych warsztatach z Victorią Schnabel. Warsztaty pod tytułem „Kompost i róże”. Z uwagą przeczytałam ich opis. W mailu było m.in. poniżej cytowane  zdanie (przetłumaczone przez organizatora na język polski):

Odrzucając myślowe ograniczenia odkrywamy, kim jeszcze możemy być, nie zamykając jednocześnie drzwi przed tym, kim do tej pory byliśmy. (Victoria Schnabel).

Ten cytowany fragment skłonił mnie do szeregu przemyśleń, którymi chcę się podzielić (zaznaczam, że są to wyłącznie moje własne przemyślenia, a nie autorki cytowanego tekstu; nie próbuję nawet zgadywać, jak Victoria rozwijałaby ten wątek).

W moim odczuciu ograniczenia myślowe to często przekonania, jakie nosimy w sobie, powtarzamy bezrefleksyjnie, a które wpływają na nasze decyzje, wybory, sposób życia. Wiele z nich “dostajemy w pakiecie” w toku wychowania od najbliższych nam osób. One też często “dziedziczą je” po swoich bliskich. Nie jesteśmy jednak na nie skazani. Gdy już zdajemy sobie z nich sprawę, gdy potrafimy nazwać, wówczas możemy na poziomie świadomym przyjąć je ponownie lub odrzucić.
W sobie w ciągu lat odkryłam wiele takich ograniczających mnie przekonań i co jakiś czas trafiam na nowe. Zauważałam je od pewnego czasu i nadal zauważam także u innych.

Przykłady? Proszę:
-  człowiek musi / powinien pokonywać własne słabości;
-  aby podróżować w ciekawe miejsca trzeba mieć dużo pieniędzy;
-  jeśli do określonego wieku (każdy może tu wpisać odpowiedni wiek) nie ma się szczególnych osiągnięć, to znaczy, że już i tak nic się nie osiągnie i trzeba się pogodzić z tym, że życie już takie po prostu jest;
- po czymś dobrym musi nastąpić coś złego;
- studia formalne są konieczne do osiągnięcia życiowego sukcesu (o tym pisałam w jednym z pierwszych postów);
- praca na etacie to bezpieczeństwo finansowe;
- pieniądze są podstawą dobrego życia.

Pewnie możecie  tę listę długo rozwijać, u każdego będzie nieco inna, choć – jak przypuszczam – znajdą się i wspólne ograniczające przekonania wynikające z kultury danego kraju czy religii. Ja też mogłabym stworzyć księgę, ale nie jest moim celem tworzenie leksykonu. Warto przyjrzeć się temu, jakie przekonania o życiu i o sobie nosimy – my sami a nie inni – i co w ślad za tym się dzieje lub nie dzieje w naszym życiu.

Są też  bardziej “osobiste” ograniczenia myślowe, które sami sobie tworzymy, niejako godząc się z sytuacją czy stanem, w jakim jesteśmy (byliśmy). Powszechnym ograniczeniem myślowym jest to wyrażające się w słowach “Nie nadaję się do tego”, “Nie dam sobie rady”, “Nie mogę”… Szczególnie bez podejmowania prób takiego działania.  To jak “Nie lubię zupy szczawiowej” na podstawie wyglądu tej zupy, a bez skosztowania.

Taka zgoda wewnętrzna na ograniczające myśli  uniemożliwia czy bardzo ogranicza nasze faktyczne możliwości rozwoju i sami skazujemy się na “tkwienie w bezruchu”, a nawet na regres. Budujemy je (te ograniczenia) m.in. w oparciu o własne doświadczenia i doświadczenia znajomych nam osób, i niesłusznie przydajemy im zbyt dużą moc, często przy tym dokonując uogólnień (np. “nie umiem występować publicznie” czy “jestem złym kochankiem”) w oparciu o jedno negatywne doświadczenie (odpowiednio: w trakcie jednej z prezentacji nie umiałeś odpowiedzieć na pytanie z sali / w relacji intymnej zdarzyło ci się nie być w dobrej kondycji) . Takim uogólnianiem sami sobie odbieramy siłę i ograniczamy się. To rodzaj czapki, która spada na oczy i nie pozwala zobaczyć więcej, niż to, co mamy pod nogami, przy samych stopach. próbował ktoś kiedyś zobaczyć niebo mając czapkę zsuniętą na oczy?  :-) To nas hamuje przed podejmowaniem kolejnych prób, ogranicza odwagę myślenia i działania, a tym samym odbiera wiele pozytywnych doświadczeń.

Jeśli określone przekonania determinowały nas w jakimkolwiek obszarze, to stwierdzamy ten fakt i … mamy po prostu więcej wiedzy na swój temat i prawdziwszy, bardziej obiektywny czy szerszy obraz siebie i świata. Możemy zostać tylko przy tym odkryciu, a możemy pójść za ta zmiana traktując ją jako ciekawy i wyzwalający początek wielkiej przygody.

Jeśli odkryjemy, jakimi przekonaniami jesteśmy nasiąknięci, możemy stopniowo i łagodnie sprawdzać je, poszukiwać siebie na nowo, zadawać pytania, budować inne przekonania, zmieniać się, odrzucać to, co do tej pory było niejako częścią nas. Zmieniając się jednocześnie i otwierając przed sobą nowe możliwości. Jeśli odrzucamy dotychczasowe przekonania i ograniczenia myślowe, to nie znaczy, że wszystko do tego momentu było w naszym życiu złe i niepotrzebne. Z łagodnością dla siebie i swoich dotychczasowych wyborów i decyzji, możemy zmieniać siebie i rozwijać się w zupełnie nowych obszarach i z nieznaną dotychczas dynamiką.

Warto przeznaczyć czas i usiąść sam na sam ze sobą i zapisać przekonania, w które wyposażono nas w toku wychowania, które sami sobie narzuciliśmy, przyjrzeć się, czy one miały wpływ na nasze dotychczasowe decyzje i wybory (które miały, które największy wpływ). Ważne według mnie jest to, by robić to bez równoczesnego oceniania siebie.

A potem zobaczyć, czy one są naprawdę dalej dla nas aktualne, czy nadal są „nasze”. Wykreślić te, które nie są aktualne i zastąpić je albo aktualnymi, albo … niczym – przestrzeń do wypełnienia może kiedyś w życiu, a może nie. Jo to dla mnie oznacza? Czy tak jest naprawdę? Czy tak właśnie myślę?

Posłużę się pierwszym wyżej przytoczonym przykładem:

„Człowiek musi / powinien pokonywać własne słabości” => To mnie oznacza, że muszę / musisz (!) lub przynajmniej powinnam/ powinieneś pracować nad wszystkimi swoimi słabościami, żeby je wyeliminować. => Energia, myślenie, skupienie uwagi i działanie są skoncentrowane zatem wokół słabości :-(  => Pozostaje w związku z tym mało czasu, energii i zapału do rozwijania innych obszarów, które stanowią mocną stronę.

Teraz pytam: Po co mam pokonywać wszystkie słabości (tu warto je nazwać konkretnie, żeby myśleć o konkretach a nie o ogólnikach)? Czy z tymi konkretnymi (nazwane) słabościami  mogę żyć szczęśliwie i realizować siebie w różnych obszarach (nazwać je też warto)? Może warto czasem zgodzić się na niektóre słabości i przyjąć, że tak czy inaczej nie będziemy doskonali, bo to nie tylko nierealne, ale i niepotrzebne.

Zatem mogę teraz powiedzieć: „Nieprawdziwe jest przekonanie, że człowiek musi/ powinien pokonywać własne słabości i ja to przekonanie odrzucam”. Co to dla mnie oznacza? Że mogę przestać się zajmować swoimi słabościami, przynajmniej niektórymi spośród nazwanych. Jaka ulga! Tak, tak, mogę przestać się na nich koncentrować. :-) To pozwala uwolnić energię i zasoby, jakie nosimy w sobie. To oznacza, że możesz (tak samo Ty jak i ja)  np. zacząć szukać swoich mocnych stron i na ich rozwoju budować swoje dalsze „ja”. Ile pomysłów przychodzi do głowy, na temat tego, co mogę robić, jak się rozwijać, jak doładowywać baterie, etc. W efekcie słabości, które były na pierwszym planie schodzą na dalszy plan, bo swoje silne strony nie tylko zauważasz, ale i rozwijasz. I – co może wydać się dziwne – w trakcie pracy nad umacnianiem mocnych stron i w toku takiego rozwoju nie wiedząc kiedy pokonujemy niektóre z tych słabości. :-)

Zmiana przekonań jest czymś do czego mamy prawo, jest czymś naturalnym. Tutaj piszę o ograniczających przekonaniach. Nie wszystkie przekonania są takimi ograniczającymi nas. Odrzucenie ograniczających nas przekonań pozwala nam rozwijać się w kierunkach, które sami przed sobą zamknęliśmy. A to, co do momentu zmiany przeżyliśmy może stać się źródłem jeszcze większej siły. :-)

Życzę przyjemnej pracy przy odkrywaniu i odrzucaniu ograniczających Was przekonań i poszukiwaniu siebie – niezależnie od wieku, stanu i pozycji zawodowej.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , ,

W zgodzie ze sobą

Kwiecień 16th, 2010

Czas poświąteczny okazał się dla mnie bardzo aktywny, wymagający, pełen różnych emocji,  także tych związanych z tragiczną katastrofą samolotu z 96 osobami na pokładzie, w tym Prezydentem RP i Jego Małżonką. Był to także czas wytężonej pracy, refleksji, wartościowych spotkań i  rozmów, a i różnych lektur, kilku “odkryć”. ;-)

Znalazłam m.in. wywiad z Marią Kaczyńską, którego fragment zdecydowałam dziś zamieścić w poście – bez zbytniego “przegadywania”. Pomyślałam, że to dobry tekst,  niezależnie od czasu, poglądów politycznych, wyznania, stanu cywilnego, wieku – aktualny, inspirujący, skłaniający do refleksji i pozytywnych zmian. Chociaż tekst odnosi się do kobiet, śmiało można go odnieść do każdego człowieka – niezależnie od płci:

[…] Daleka jestem od wygłaszania stwierdzeń: współczesna kobieta powinna być taka i taka. Nie, niech każda robi tak, jak czuje, że dla niej najlepiej. Niech się spełnia. Niech dopasowuje życie do siebie, a nie do trendów.[…]
(Maria Kaczyńska – fragment wywiadu z 29.02.2008 13:04/Cooltura, Sylwia Chudak, przytoczony za Onet.pl)

Dla mnie te powyżej zacytowane zdania p. Kaczyńskiej mają wielką siłę i wartość. Czytam je po raz kolejny i za każdym razem skłaniają mnie do nowych przemyśleń. Stosownie do dnia, do okoliczności, do działań, jakie podejmuję.
Dopowiem od siebie: Ważne, by przy tym nie krzywdzić innych, nie ograniczać innym ich prawa do rozwoju i spełnienia.
Moje życie jest moim życiem. Twoje życie jest Twoje. Mamy prawo przeżywać je tak, jak uważamy, że będzie najlepiej. Nawet gdyby inni uważali inaczej. Także my, a nie inni, jesteśmy za nie odpowiedzialni. To wymaga odwagi. Jestem przekonana, że warto ją w sobie odnajdywać każdego dnia. :-) .

Jeśli zechcecie – podzielcie się swoimi przemyśleniami i refleksjami.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , ,

Muszę, chcę, wybieram… Słowa mogą wiele

Marzec 1st, 2010

Jakiś czas temu zauważyłam, że niektórzy ludzie, zwłaszcza Ci pełni dobrej energii, intensywnie ale i efektywnie działający w swoim życiu, rzadko kiedy czują się zmęczeni. Podobnie stosunkowo rzadko miewają złe nastroje. Zaczęłam słuchać, jak i co mówią. Jakich słów używają.  Zwróciłam też uwagę na to, że modyfikacja sposobu komunikowania się ze sobą i z otoczeniem pozwala na zmianę postawy, samopoczucia, a tym samym niemal automatycznie wpływa to na  zwiększenie świadomości i komfortu tego życia. Najprościej według mnie tych zmian dokonać na poziomie słownictwa. Nie znaczy to oczywiście, że zmiany powinny dokonywać się wyłącznie w tej sferze, ale od czegoś trzeba zacząć. :-)

Zaczęłam zatem „przyglądać się” słowom.  Testy robiłam na sobie. :-) Przestałam prawie w ogóle używać słowa „porażka”. Pisałam już o tym. Rzadko używam słowa “przegrana”. Przyszła kolej na inne słowa. Uważnie słuchałam, co sama do siebie mówię, jakich słów używam. Potem ćwiczyłam nowy sposób wyrażania się. Czasem było tak (sprawdźcie, czy też tak czasem sobie mówicie):

TEKST A  Muszę jutro wstać dużo wcześniej, bo muszę umyć głowę, muszę wyprasować bluzkę (dziś nie mam już siły). Muszę zdążyć na ten pociąg o siódmej, ale wcześniej muszę zdążyć na pocztę.  Jak ja to poskładam. Nic to, jakoś dam radę, muszę dać radę. W pracy muszę przygotować dokumenty dla biura XX, dla dyrektora YY i muszę zdążyć spotkać się z moim zespołem ZZ, bo trzeba przygotować się do spotkania XY. Oj, muszę zaraz po pracy zdążyć do fryzjera, bo przecież nie mogę z taką głową iść wieczorem na kolację z YZ. Czyli muszę dziś iść wcześniej spać, bo inaczej tego nie ogarnę…. Boże, jaka jestem zmęczona tym wszystkim.

Wcale się nie dziwię temu zmęczeniu. Dziś z samego pisania i czytania takiego tekstu czuję się zmęczona i przytłoczona. :-)

Zaczęłam słuchać, czy inni ludzie też tak stale “muszą” wszystko. Wiecie co zauważyłam? Niektórzy nawet „muszą iść siku”. Pomyślałam, że nie jest ze mną tak źle, bo to akurat robię bez żadnego przymusu, a jedynie z potrzeby. To już coś, jestem o krok dalej.

Jak wyeliminować ilość rzeczy, które musimy danego dnia zrobić? Macie pomysły? Przekładanie części zadań na kolejny dzień nie jest rozwiązaniem. Delegowanie obowiązków też nie załatwia sprawy do końca. Ja znalazłam jeden bardzo skuteczny sposób:
Zamieniłam słowo “muszę”, na słowa „chcę” i „wybieram” oraz „decyduję”. W efekcie częściej niż kiedyś robię to, co chcę, co wybieram, co jest moją decyzją, co wynika z mojego planu. I wykonując te same czynności co poprzednio, czuję mniejsze zmęczenie i nie żyję z poczuciem, że tak strasznie dużo rzeczy “muszę” i nie mam siły na robienie tego, co chcę… Dokonałam zmiany na poziomie języka, a efekt przeniósł się na poziom emocji i na samopoczucie. W efekcie dodał mi energii. Wdrażanie tego programu powoli zmienia jakość mojego życia. Przy okazji częściej niż kiedyś poważnie zastanawiam się nad tym, czego naprawdę chcę – w krótkiej i długiej perspektywie czasowej.

Ilość rzeczy koniecznych i ilość rzeczy pilnych, ilość “muszę” potrafi przytłoczyć nawet silnego mężczyznę, a co tu mówić o drobnej kobiecie. Jak dobrze sobie uświadomić, że jedyne, co musimy tak naprawdę, to umrzeć. Niektórzy dodają do tego płacenie podatków. :-) Reszta to coś, co wybieramy, chcemy, o czym sami decydujemy. Nawet z tym “muszę iść siku” jest tak, ze to wybieramy, bo przecież możemy nie iść i poddać się potrzebie fizjologicznej, tylko będziemy potrzebowali zmienić ubranie na suche. :-)

Oczywiście jestem człowiekiem, który dopiero zmienia złe nawyki na dobre, a ta zmiana to proces, więc wpadam jeszcze w pułapki „muszenia”, niemniej pracuję nad tym.  W moim przypadku „muszę” najwierniej przylgnęło do wszelkich określeń dotyczących porannego wstawania, ale i nad tym popracuję. Wszak nie muszę rano wstawać. Naprawdę. Ty też nie musisz rano wstawać. I w nocy do dziecka też nie musisz wstawać. Tylko nasz wybór implikuje określone konsekwencje i jako odpowiedzialni ludzie wraz z wyborem działania wybieramy jego konsekwencje. A to też wybór, a nie „muszenie”. Wybieram to, bo to służy mnie samej lub służy innym (moja korzyść ), a ja tego chcę. Ale jeśli podejmę taką decyzję, to mogę nie wstawać.  I nie przychodzić na czas do pracy. I mogę do niej w ogóle nie chodzić, tylko to będzie miało wiadome rezultaty. Jeśli zgadzam się na takie rezultaty (a mogę się zgodzić – mój wybór) – to wybieram niewstawanie. Ewentualne konsekwencje mojego wyboru, że wstanę są zgodne z moimi planami, które chcę realizować. Zatem wybieram wstawanie. Wybieram, bo mam z tego korzyść.

Teraz zobaczcie jak monolog wewnętrzny oznaczony jako TEKST A zmienia się, w zależności od doboru czasowników i wskazania korzyści :

TEKST B  Jutro chcę wstać dużo wcześniej, żeby umyć głowę, bo lubię mieć świeże włosy i czuję się z tym dobrze. Chcę też wyprasować bluzkę, żeby ładnie wyglądać . Tak to sobie zorganizuję, żeby pojechać tym pociągiem o siódmej, wtedy będę miała więcej niż zwykle czasu i będę mogła napić się spokojnie kawy zanim podejmę ważne działania. Więc skoro chcę jeszcze przed tym pójść na pocztę, to nastawię budzik na godzinę piątą. Tak, dobrze to sobie zaplanowałam.  W pracy po tej kawie chcę zacząć od przygotowania dokumentów dla biura XX, dla dyrektora YY, wtedy będę miała załatwione najważniejsze sprawy. Potem chcę się spotkać się z moim zespołem ZZ, żebyśmy się dobrze przygotowali do spotkania XY. Zwiększymy prawdopodobieństwo dobrych i skutecznych negocjacji i będzie to fajne spotkanie. Po pracy wskoczę do mojej fryzjerki obciąć włosy, dzięki czemu będę miała z nimi mniej pracy, a do tego będę świeżo i atrakcyjnie wyglądać na wieczornej kolacji z YZ. Lubię takie wieczorne spotkania, sprawiają mi wiele radości. No dobrze, to już sobie wszystko zaplanowałam, więc wcześniej pójdę dziś spać, żeby zrealizować ten plan. To będzie dobry dzień.

Zobaczcie, nie zmienia się ilość czynności. Zmienia się ich waga. Są lżejsze i nie przytłaczają. Wszystkie czynności zaplanowane do wykonania zostały w tych samych miejscach tak w przypadku A, jak i B  i w tym samym czasie. Moje zasoby się nie zmieniły – poza zmianą wewnętrznych zasobów energetycznych. Przy takim planowaniu i mówieniu o podejmowanych czy planowanych działaniach, nie czuję zmęczenia na samą myśl o swoich planach. Widzę też potencjalne korzyści i to mi sprzyja. Czuję przypływ energii.

Przeczytajcie tekst A i tekst B jeden po drugim, najlepiej głośno, zobaczcie, jak się z tym czujecie. Widzicie różnicę? Jak Wam się to podoba? Przyda się?

Może zechcecie poćwiczyć w podobny sposób w odniesieniu do Waszych aktywności? Co o tym sądzicie?

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , ,

Zanim powiesz “tak” – nie tylko dla kobiet

Styczeń 30th, 2010

Z małżeństwem prawie jak z biznesem…:) Nie zawsze wychodzi, wymaga zaangażowania, przygotowania, mądrości, wielu by chciało, wielu próbuje, niektórzy się boją a inni pragną, udaje się niektórym… Mamy w odniesieniu do obu określone oczekiwania, plany, motywacje, cele do zrealizowania, korzyści, ale i straty (koszty, w tym koszty utraconych możliwości). Oba wymagają określonych inwestycji (niekoniecznie finansowych). Jedno i drugie nie wyklucza miłości:) Jedno i drugie lubi zaangażowanie, czas, skupia uwagę. Rzadko kiedy się udają z samego faktu, że chcemy. Nie każdy się do tego nadaje, nie każdy tego chce, nie każdy musi… Bez tego też można dobrze żyć i być szczęśliwym, spełnionym człowiekiem.

Często zauroczone, nawet zakochane, kobiety decydują się na związek małżeński, nie zastanawiając się i nie dochodząc do tego, dlaczego, po co, jak… (nie dotyczy to tylko kobiet, jednak jako kobieta wolę w tym momencie mówić o kobietach:)

Słyszysz, że ważne, że on kocha, ważne, że ty kochasz. I taki przystojny, i na stanowisku, widać, że zaradny i że lubi dzieci, że nie pije, nie bije, szanuje ludzi, kocha zwierzęta, jest czysty, ma mieszkanie i samochód, wykształcony, ma dobrą pracę… Wszystkie ciotki, koleżanki i mama są zachwycone… Nawet jeśli miewasz wątpliwości, to słyszysz, że ideałów nie ma, że “jakoś” się ułoży, ważne, że jest miłość, że wszystkie kobiety miewają wątpliwości i obawy, to takie naturalne. Z czasem więc nabierasz przekonania, że jesteś na jedynej słusznej i najlepszej drodze do wyjątkowego i szczęśliwego życia.

Powiedzieli Ci już, że kobieta nie powinna być sama, że nie jest dobrze iść przez życie bez mężczyzny u boku, że nie ma co dłużej czekać, bo szanse maleją, że wszystkie koleżanki z twojej klasy już założyły rodziny, że Anka ma już trójkę dzieci, że Baśka popatrz jaka szczęśliwa, że Tomek, na którego nie zwracałaś uwagi, a który starał się o Twoje względy już się ożenił i “poszło ci koło nosa”, że Marysia z mężem założyli własny biznes i świetnie się im powodzi, a Ty nadal nie wiadomo czemu czekasz i wybrzydzasz, a rodzice chcieliby doczekać wnuków, że zegar biologiczny, że “na kocią łapę” to grzech, to niemoralne, że…. Za każdym razem, kiedy spotykasz się ze znajomymi, pierwszym pytaniem jest, czy wyszłaś za mąż, a Ty, nie wiedzieć dlaczego, czujesz się gorsza odpowiadając ”jeszcze nie” … Staje się niemal oczywiste, że powinnaś realizować następujący schemat: skończyć studia, wyjść za mąż, kupić mieszkanie, mieć dzieci, dopracować do emerytury (najlepiej w jednej firmie) i “godnie się zestarzeć” u boku jednego mężczyzny. Nawet reklamy bazują na tym schemacie i niektóre kampanie wyborcze utwierdzają w takim przekonaniu, nie mówiąc o serialach…

Zastanawiałaś się, czy można inaczej? Co dla Ciebie oznacza to “inaczej”? Zanim  podejmiesz decyzję – zatrzymaj się i przemyśl to tak, jakbyś właśnie miała zainwestować wszystkie swoje oszczędności, środki materialne, cały swój potencjał, czas i zaangażowanie w rozruszanie własnego biznesu – “biznesu życia”. Przede wszystkim analiza strat i zysków, świadomość szans i utraconych możliwości. SWOT:). Przecież Twoje życie jest szczególnie ważne dla Ciebie, prawda?

Przyszło mi do głowy, by stworzyć listę pytań, na które warto sobie odpowiedzieć zanim stworzy się fakty w postaci małżeństwa, dzieci, wspólnego gospodarstwa domowego i wspólnoty życia “dopóki Was śmierć nie rozłączy”. Oto „zestaw startowy”:

- Czego oczekujesz od mężczyzny? Jakie są Twoje potrzeby, które ten mężczyzna ma zaspokoić? Kim on ma być w Twoim życiu (rozumiem, że mężem, ale co dla Ciebie kryje się pod tym słowem)?  Czy te potrzeby rzeczywiście masz możliwość zaspokoić wyłącznie przez małżeństwo? Dlaczego? Czy znasz inne możliwości ciekawego, dobrego, godnego, szczęśliwego życia?
- Czy Twój potencjalny mąż ma świadomość Twoich potrzeb i oczekiwań? Czy on widzi to tak samo?
- Jakie jego cechy, przymioty, przekonania decydują o tym, że będzie on według Ciebie w stanie zaspokoić Twoje potrzeby? Skąd przekonanie, że będzie chciał?
- Czy akceptujesz partnera “w całości”, czy też jest coś, czego w nim nie znosisz, nie lubisz? Czy masz potrzebę zmieniania go? Dlaczego on miałby się poddać procesowi zmieniania?
- Co zrobisz, jeśli Twoje potrzeby się zmienią (wszak to naturalne jeśli się rozwijasz, dojrzewasz, zmieniasz) i on ich już nie będzie zaspokajał, małżeństwo nie będzie ich zaspokajało?
- Czy bierzesz pod uwagę rozwód? W jakiej sytuacji? Czy też decydujesz, że za wszelką cenę “utrzymasz związek”? Ile wyrzeczeń i kompromisów (jakich) jesteś w stanie wpakować do worka z napisem “za wszelką cenę”?
- Kto wybiera Twojego małżonka? Ty samodzielnie, czy ktoś z Twojego otoczenia (rodzice, rodzeństwo, koleżanki)? Innymi słowy, czy to jest jedynie Twój niezależny wybór?
- Czy wiesz od swojego potencjalnego męża (a nie tylko domyślasz się lub wydaje Ci się), jakie są jego potrzeby, które Ty masz zaspokoić? Bo o tym, że on ma swoje własne potrzeby mam nadzieję już wiesz:). Jak on sobie wyobraża Wasze wspólne życie za 5 lat, za 10 lat? Czy Twoje wyobrażenie jest podobne?
- Czy chcesz i uważasz, że będziesz potrafiła bez cierpienia, wyrzeczeń spełniać potrzeby partnera i będziesz z tego czerpać przyjemność, zadowolenie, dobrą energię?
- Czy naprawdę chcesz wziąć ślub? Dlaczego? Jakie są Twoje motywacje? Dla sukienki? Dla uroczystości? Dla mamy? Dla sąsiadów i koleżanek? Bo tak wypada? Bo jesteście ze sobą już jakiś czas, jest wam dobrze, mieszkacie razem? A jeśli nie jest tak dobrze, to czy formalizowanie tego jest dobrym rozwiązaniem? Czy ślub coś zmienia, a jeśli, to co ?
- Czy masz pomysł na szczęśliwe życie, jeśli przyjąć, że nigdy, nigdy, nigdy nie wyjdziesz za mąż? Jaki? Czy masz pomysł na szczęśliwe życie, jeśli przyjąć, że nigdy nie wyjdziesz za mąż i nigdy nie będziesz miała własnych dzieci?  Jaki?
- Czy możesz przynajmniej część z tych pomysłów realizować będąc mężatką?
- Których pomysłów nie zrealizujesz, jeśli będziesz w małżeństwie? Czy to Ci pasuje?

Mam takie przekonanie, że absolutnym fundamentem jest szczere, samodzielne (!) i uczciwe określenie swoich prawdziwych potrzeb i oczekiwań oraz otwarta rozmowa z potencjalnym mężem o Jego potrzebach i oczekiwaniach oraz motywacjach.

Dla jasności: nie mam nic przeciwko dzieciom, ślubom, małżeństwom, wspólnemu życiu bez ślubu, wspólnemu życiu ze ślubem, wielodzietności i bezdzietności. Każdy ma prawo żyć tak, jak chce (z zastrzeżeniem, że nie krzywdzi innych).

Jeszcze taka refleksja: Może partner nie musi wcale spełniać wszystkich twoich potrzeb i oczekiwań, a jedynie niektóre? Może wystarczy, że Ty będziesz spełniała tylko niektóre jego potrzeby i oczekiwania? Tylko jakie to są te “niektóre” – kluczowe? Może wtedy lepiej, żeby to nie było małżeństwo w sensie formalnym? Może nawet nie musicie razem mieszkać? Bądź naprawdę wolna w swoich wyborach i decyzjach. Nie twórz nieodwracalnych faktów, szczególnie gdy masz jakiekolwiek wątpliwości.

W biznesie musisz wiedzieć, czego oczekujesz, mieć wizję, strategię działania, wiedzieć na co się zgadzasz i jaką cenę jesteś w stanie zapłacić. Też warto mieć wariant B.:) Zanim zarejestrujesz firmę, wynajmiesz lokal, kupisz sprzęt i  zaciągniesz kredyt, powinnaś (powinieneś) dokładnie przemyśleć, jak to ma działać. Czy Twoje życie nie jest ważniejsze od Twojej firmy?

Ciekawa jestem Waszego zdania.

Pozdrawiam, Ewa

Uncategorized , , , , , , , , ,