Home > Uncategorized > „Martwię się przez Ciebie…”

„Martwię się przez Ciebie…”

Tytuł tego postu to cytat – właśnie w taki sposób mawia matka do dorosłej córki – jednej z moich znajomych. Są też inne powszechnie używane zwroty, np. „Mam przez Ciebie tyle zmartwień”, “przez Ciebie nie sypiam po nocach, bo się martwię”…

Ja zauważam dwa dość powszechnie występujące stany (sytuacje):

  1. My się martwimy (i zamartwiamy) z jakiegoś powodu,
  2. Inni martwią się o nas (lub co gorsza – przez nas, z naszego powodu).

Martwienie się jest u nas dość często spotykane. Wydaje mi się, że martwienie się to bardzo wygodna postawa wobec życia. Wygodna. :-) Tak, tak. To sposób na życie dający konkretne „korzyści”.

Co dokładnie mam na myśli?

Otóż martwienie się  jest biernym zastępnikiem działania, jest usprawiedliwieniem „nicnierobienia”.  Jest  zwolnieniem się z odpowiedzialności za własne życie. Ucieczką od tej odpowiedzialności i przerzuceniem jej na innych lub na tzw. okoliczności zewnętrzne. Wygodnie. Niesłusznie niekiedy wiąże się je z miłością, odpowiedzialnością, troską, pomocą. Martwienie się nie pomaga! To nie ma nic wspólnego z empatią!

Martwienie się dodatkowo pozwala na manipulowanie otoczeniem poprzez wywoływanie w innych poczucia winy – jak w tytułowym zwrocie – „Martwię się przez Ciebie”. To nic innego jak powiedzenie drugiej osobie: Jesteś odpowiedzialna(y) za to, że jest mi źle, za to, że nie odczuwam radości, etc …

Większość rzeczy, o które się martwimy nigdy nie następuje lub następuje w mniejszym nasileniu, niż w naszych “zamartwionych” wyobrażeniach. Martwienie się jest w takich przypadkach osłabianiem siebie, wydawaniem własnej energii na próżno. Ale jak się martwisz to masz pozory działania.

Jak często się martwisz? O co się martwisz?

  • Martwisz się o zdrowie? Nie martw się tylko zacznij o nie dbać. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, ze stracisz pracę? Nie martw się, tylko np.  podnoś swoje kwalifikacje, zabezpiecz sobie „wyjście awaryjne”,  rozmawiaj z przełożonym o Twoim rozwoju, poproś o ocenę Twojej pracy i sugestie, co powinieneś poprawić, żeby ta ocena była lepsza… Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, ze nie dostaniesz pracy? Zamiast się martwić wykonaj pracę – np. sprawdź, jakie kompetencje są wymagane, określ, czego się powinieneś nauczyć, żeby podnieść swoją atrakcyjność na rynku pracy, etc. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się o kogoś? Sprawdź, czy możesz pomóc lub czy ktoś może pomóc. I zrób to. Nie martw się, tylko podejmij działanie!
  • Martwisz się, bo brakuje Ci pieniędzy? A czy z martwienia się będziesz ich mieć więcej? Właśnie… Więc zastanów, jak możesz je zarobić, gdzie. Nie martw się, tylko podejmij działanie!

Z faktu martwienia się nie przybywa ani pieniędzy, ani energii do działania, ani zdrowia, ani przyjaciół…  Martwienie się dodatkowo osłabia poczucie własnej wartości. Martwienie się odbiera energię. Martwienie się łatwo może stać się przyzwyczajeniem, sposobem reagowania na trudności. Przestań się zatem martwić, a zacznij zadawać sobie pytanie: “Co mogę zrobić, żeby zmienić daną sytuację”. Stwórz plan i działaj. Szukaj rozwiązań. Rozmawiaj na ten temat. Szukaj sposobów na działanie rzeczywiste, na konstruktywne rozwiązania, a nie na działanie pozorne. Bierność i usprawiedliwienia – to właśnie niesie ze sobą martwienie się. Problemami zajmuj się wtedy, kiedy one już będą rzeczywiste. Nie zajmuj się nimi, gdy są tylko w Twojej głowie, w Twoich wyobrażeniach.

Jeśli natomiast ktoś mówi Ci, że martwi się przez Ciebie, to uciekaj daleko (!), a przynajmniej bardzo uważaj. To oznacza, że ten ktoś próbuje Tobą manipulować, przerzucać na Ciebie odpowiedzialność za swoje samopoczucie, wbijać Cię w poczucie winy i samemu ustawiać się jako skrzywdzony przez Ciebie.  To manipulacyjne i toksyczne.

Życzę, żebyście nie mieli zmartwień, tylko sprawy do załatwienia i nowe pomysły na rozwiązanie różnych spraw i nawet problemów.

To Twoja decyzja, czy będziesz się martwić, czy działać. Tylko Twoja!

Pozdrawiam, Ewa

Ewa Wytrążek Uncategorized , , , , , ,

  1. Antek
    Maj 26th, 2010 at 07:57 | #1

    Rozumiem ze ten post jest zacheta do dzialania, rozwiazywania problemow a nie uciekania przed nimi.
    Fajnie. Tylko choc to trudne to jednak trzeba przyznac ze nie wszystko da sie uporzadkowac i nie wszedzie mozno usunac przyczyne martwienia sie. Zdrowie moze sie pogorszyc nawet jak bedziemy o niego dbac. A rodzice o swe dzieci martwia sie gdy te ida na jakies wieczorne spotkania z kolegami poniewaz nawet przy dobrym wychowaniu i “dobrych” kolegach i tak duzo nieprzyjemnych rzeczy moze sie zdazyc. My mozemy swoim dzialaniem zmniejszych tylko prawdopodobienstwo tego. I chyba to raczej nie jest dobra rada dla dzieci aby uciekaly przed swoimi rodzicami. Oczywiscie mozno mowic o tym ze lepiej sie nie martwic tym czego nie potrafisz zmienic, ale to tylko tak brzmi w teorii. W praktyce rodzice i tak beda sie martwic.
    Rowniez podjecie dzialania moze usunac przyczyne martwienia sie (np musze czegos nauczyc sie aby byc pewnym ze zawsze znajde prace,ten proces moze trwac i kilkanascie lat..) , na to moze byc potrzebny czas.
    Martwic sie jednak bedziemy, chyba mozemy wplynac wylacznie na sile i czestotliwosc tego uczucia.

    Pozdrawiam,
    Antek

  2. Rafal
    Maj 26th, 2010 at 12:06 | #2

    Switne napisane! Dokladnie tak jest: “Martwienie sie” to manipulacja, czasem taka manipulacja moze nie byc w pelni swiadoma.

    W przypadku relacji rodzice-dzieci jest to niesamowicie krzywdzace dla dzieci. Rodzice “martwiac sie” nie zdaja sobie sprawy jaka szkode wyrzadzaja. Dziecko moze sprobowac zmienic sie – co powoduje przyjmowanie wyidealizowanych wzorow i w zwiazku z tym niska samoocene oraz mnostwo frustracji, albo moze buntowac sie – co z kolei powoduje poczucie winy – ja jestem zly/zla bo rodzice sie martwia o mnie. Dodatkowo takie dzieci dostaja z wyprawka w dorosle zycie poradnik pt.: “Zamarwianie sie dla zoltodziobow”.

  3. Maj 26th, 2010 at 12:31 | #3

    Antku, piszesz:

    “Rozumiem ze ten post jest zacheta do dzialania, rozwiazywania problemow a nie uciekania przed nimi.”.

    Ten post jest o zachęcie do działania zamiast martwienia się. Jest zachętą do tego, żeby nie uciekać przed odpowiedzialnością za własne życie i przed działaniem w martwienie się. Jest zachętą do takiej pracy nad sobą, żeby nie martwić się lub – martwic się jak najrzadziej.

    Każde negatywne zdarzenie mozemy przyjąć w różny sposób. Mozemy się martwić, możemy działać, może nam sie zrobic smutno, etc.

    Są ludzie, którzy martwią się nawet jak usłyszą pozytywną wiadomość (!) i martwią się, gdy nic się szczegolnego nie dzieje, bo czekają, ze zaraz się stanie coś zlego. Przyklad: “Mamo, kupiłam mieszkanie, teraz je wykończę, kupię meble i się przeprowadze.” A mama na to: “Oj, swietnie.” A następnego dnia: “Wiesz, nie spalam dziś calą noc, tak się martwię, jak Ty ten kredyt spłacisz i czy Ty dobrze zrobiłas… i czy to dobrze, zebys Ty tak sama mieszkała”

    Antek piszesz: “to jednak trzeba przyznac ze nie wszystko da sie uporzadkowac i nie wszedzie mozno usunac przyczyne martwienia sie.”.
    Takie podejście jest bardzo powszechne. Bo co tak naprawdę mówisz: zawsze będzie jakiś powód do martwienia się. A ja mówię, ze jest inaczej – że za swoje emocje i stan odpowiadasz sam. Że mozesz się nie martwić. Że martwienie się jest niekosntruktywne. Ze nie ma sensu. I od nas zależy, co wybieramy.

    Jeśli możesz zmianić coś i działać – nie martw się tylko działaj. Jeśli nie mozesz zmienić – zaakceptuj i nie martw się, a działaj w innych obszarach.

    Ten post dotyczy ludzi dorosłych. Na dzieciach się nie znam. To nie jest post o radach dla dzieci.

    Ale jeśli dorosłemu czlowiekowi rodzic mówi, że jak ten idzie na imprezę ito rodzic sie martwi i nie śpi calą noc, i rodzic naciska, zeby dorosłe jego dziecko nie szło nigdzie, to należy się usamodzielnić. Czasem pomocna jest “ucieczka” czyli wyprowadzenie z domu.

    Martwienie się to coś, co robimy sobie sami – obnizamy sobie poziom samopoczucia, a to nie zmienia rzeczywistości.
    Namawiam, by się nie martwić, bo to niczego nie zmienia in plus, a tylko in minus.

    Rafał,
    witaj na blogu.

    Ewa

  4. Maj 26th, 2010 at 20:00 | #4

    Rafał,
    napisałeś: “W przypadku relacji rodzice-dzieci jest to niesamowicie krzywdzace dla dzieci”
    Tak jest. Co więcej – dzieci takie w dorosłym życiu nie tylko maja “manual” jak się martwic, ale na dodatek w wielu przypadkach nawet jako dorośli, mający własne rodziny ludzie, dalej zachowują się według wyniesionego z dzieciństwa schematu i albo skupiają się na “pocieszaniu”rodziców, udowadnianiu im, że nie są źli, na realizowaniu scenariusza życia wymyślonego przez rodziców, albo nieustannie w poczuciu winy ‘wyrywają” kawałki życia dla siebie. I żadna ze stron tego chorego układu nie jest zadowolona, a obie są od siebie uzależnione emocjonalnie.

    Pozdrawiam,
    Ewa

  5. Grzegorz Bednarczyk
    Maj 26th, 2010 at 20:09 | #5

    Ewo, bardzo dobry post. Zgadzam się z nim w 100%.

    Mam takie wątpliwości, jak się zachować gdy mamy styczność z takimi osobami, które starają się wywrzeć na nas poczucie winy, a styczności tej z różnych względów nie możemy ograniczyć lub wyeliminować z naszego życia.

    Czy unikać takich kontaktów do granic możliwości, a może znieczulić się całkowicie na takie próby manipulacji?

  6. Maj 26th, 2010 at 20:39 | #6

    Grzegorz Bednarczyk,
    witaj na blogu :-)

    Pytanie ważne. Zalecam ograniczanie takich kontaktów, żeby sobie nie stwarzać wielu okazji do tego, by ktoś nami manipulował. Chyba ze ograniczenie kontaktów będzie powodowało w Tobie poczucie winy. Wtedy – kawał pracy nad sobą przed Tobą :-)

    To jednak tylko część naszego “zadania”.

    Jeśli tak się dzieje, że po spotkaniu / kontakcie (niezależnie od jego formy) mamy poczucie winy, to jest to obszar do pracy z samym sobą.
    Nie jestem psychologiem, tym bardziej terapeutą, wiec to, co mogę, to podzielić się własnym doświadczeniem.
    A mianowicie:

    1. Uświadomiłam sobie, ze poczucie winy to jest cos, co biorę lub nie. Jeśli mam poczucie winy, to zgodziłam się na to, by je mieć. Nikt nie jest w stanie zepsuć mi nastroju lub wbić mnie w poczucie winy bez mojej zgody. Ważne, żeby mieć tego świadomość i obserwować, jak my temu ulegamy i wyłapywać to. Wtedy łatwiej się przed tym wewnętrznie bronić, choćby w dialogu ze sobą.

    2. Sytuacje w relacji z konkretną osobą zwykle mają podobny schemat. Jeśli wyłapiesz ten schemat, to zamiast ulegać narzucanym w wyniku manipulacji emocjom, po prostu oglądasz jak film w kinie.
    Co dokładnie mam na myśli w punkcie 2? Otóż znając schemat myślę sobie: no tak, ciekawe czy tym razem też powie to i to. Sprawdzam. Tak powiedział. Super, cieszę się, ze przewidziałam. I dalej myślę: teraz powinien zrobić to i to albo powie to i to. O, dziś tego nie zrobił, Hmm.. ciekawe jak rozegra to tym razem…

    W ten sposób w trakcie spotkania czy rozmowy nie „wkręcam się” w emocje narzucane i nie ulegam mechanizmowi manipulacji, a zachowuję dystans i on pozwala mi na końcu np. stwierdzić: No tak, teraz powinnam się czuć winna, Ale się nie czuję. Wygrałam tym razem.

    Nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, ze często w takich relacjach kiedy Ty wychodzisz z poczuciem winy – druga strona jest zadowolona. Osiągnęła to co chciała – a przynajmniej w sferze przewagi emocjonalnej. To jest sposób na podświadome kontrolowanie Twoich emocji i zachowań. Ja się przed tym chronię poprzez przypominanie sobie, jak to działa, przypominanie, ze to ode mnie zależy, jak się będę czuła i poprzez „sztuczkę” pozwalającą się zdystansować.

    Może inni czytelnicy mają swoje doświadczenia w tej kwestii i zechcą się też nimi podzielić?

    Ewa

    ps. dopisane po chwili:
    Jeśli w takiej relacji nie “łykasz” poczucia winy, a tylko zauważasz, ze ktoś tak działa – warto zapytać:
    “Czy mówiąc tak a tak / robiąc tak a tak chcesz mnie wbić w poczucie winy?”
    lub:
    “czy dobrze rozumiem, ze chcesz żebym czul się winny? czemu to ma służyć?”

    W ten sposób “demaskujesz” manipulację.
    Warto spróbować.

  7. Grzegorz Bednarczyk
    Maj 27th, 2010 at 09:07 | #7

    Dziękuje Ewo za odpowiedź. To,że część osób po wzbudzeniu w nas poczucia winy jest zadowolona zaobserwowałem dawno temu. ;] Sam intensywnie pracuje nad tym, aby nikt bez mojej zgody nie mógł spowodować, że poczuje się gorzej i powiem, że trening czyni mistrza.

    Pozwól Ewo, że zapytam, czy miałaś doświadczenia (lub ktoś z czytelników) z wywieraniem poczucia winy w środowisku pracy? Jeżeli tak, to jak sobie z tym radziłaś?

  8. Maj 27th, 2010 at 10:48 | #8

    Grzegorzu,

    W ogóle o manipulacji w miejscu pracy (w tym o działaniach mających na celu wbijanie w poczucie winy) można by pewnie dużo napisać.

    Ptrasz: “czy miałaś doświadczenia (lub ktoś z czytelników) z wywieraniem poczucia winy w środowisku pracy?”

    Ja staram się unikać manipulacji i wywolywania poczucia winy.
    Czy mam tego typu doswiadczenia w zakresie bycia tą, która ma sie czuc winna? Pozwól, że nad tym spokojnie się zastanowię – żeby nie wrzucić do jednego worka manipulacji i przemocy (niekoniecznie fizycznej).

    Gdybyś podał przyklad, wtedy moglibyśmy tu wspólnie sie zastanowic nad taktyką postępowania:) inaczej Ty szukasz podpowiedzi w doświadczeniach innych zamiast odniesć się do wlasnych. Czy mozesz taki przykład podać, czy z różnych względów jest to niemożliwe?

    Pozdrawiam, Ewa

  9. Rafal
    Maj 27th, 2010 at 11:48 | #9

    @Ewa Wytrążek
    A witam Ewo,

    Pracy nad sobą nigdy dosyć, szczególnie w relacjach z osobami nam bliskimi. W punkcie 2 napisałaś ważną rzecz, a mianowicie że trzeba zachować dystans. Myślę że wyrobienie w sobie nawyku zachowywania dystansu w stosunku do tego co słyszymy i widzimy może w sporym stopniu nam pomóc w wielu sytuacjach życiowych. Często niestety działamy emocjonalnie i przez pryzmat emocji i obaw oceniamy sytuację co może prowadzić do nieporozumień no i oczywiście czyni z nas łatwą ofiarę manipulacji.

    Pozdrawiam,
    Rafał

  10. Grzegorz Bednarczyk
    Maj 27th, 2010 at 12:53 | #10

    Rzeczywiście, może lepiej powinienem sprecyzować o co mi chodzi.

    Ewa says:
    “inaczej Ty szukasz podpowiedzi w doświadczeniach innych zamiast odniesć się do wlasnych”

    Ewo cała dotychczasowa moja działalność zawodowa opiera się na pracy jako freelancer i nie mam zbyt dużo takich osobistych doświadczeń, żeby nie powiedzieć wcale. Jest to jednak temat, który pojawia się w wielu rozmowach z moimi bliższymi lub dalszymi znajomymi, którzy pracują w wielu różnych sektorach.

    Dokładniej chodzi mi tutaj o wywieraniu presji czy też winy przez współpracowników lub co gorsza przełożonego, przykładowo po niezbyt udanych negocjacjach lub transakcji. Inaczej mówiąc przerzucanie winy na innych lub uzyskiwanie pretekstu na przerzucenie dodatkowej ilości pracy na pracownika. Widzę także jak niektóre osoby gryzą się z tym i nie potrafią się w wielu sytuacjach obronić.

    Oczywiście zdaję sobie sprawę, że kwestia poruszana przeze mnie odbiega niego od głównej idei przedstawionej poście i jest bardzo obszerna, dlatego też może uda mi się Ciebie zachęcić do napisania na temat takiej manipulacji w miejscu pracy w niedalekiej przyszłości. ;D

  11. Rafał
    Maj 27th, 2010 at 14:51 | #11

    Grzegorzu,

    Mam troche doswiadczen w tego typu sytuacjach. Generalnie mozna problem rozwiazac na dwa sposoby:

    1. Zmienic prace na taka gdzie pracuja normalni ludzie, i szukac, szukac do skutku.

    2. Mozna tez z tym walczyc, ale to wymaga sporo sily psychicznej i
    wytrwalosci – czesto takie osoby funkcjonuja w ukladach, maja “znajomosci” ktore torpeduja wszelkie proby obrony.

    Probowalem obu podejsc, zaczalem od pkt 2 i w koncu sie poddalem poszedlem w kierunku pkt 1, zmienilem prace na troche gorzej platna (wcale nie gorsza ) i jedyne czego zaluje, to ze nie zmienilem pracy wczesniej.

  12. katwer
    Maj 29th, 2010 at 22:09 | #12

    Witajcie :)

    Trochę ostatnie posty odbiegły od tematu martwienia się, ja jednak wrócę do niego.

    “Stety” w martwieniu się nie mam doświadczenia właściwie żadnego. Mój umysł nie znosi martwienia się, bo się w nim okropnie nudzi – to do niczego nie prowadzi, w czasie martwienia nic się nie dzieje! Jedyne, czym mógłby się zająć, to wymyślaniem czym dokładnie możnaby się martwić i jakie jeszcze nieszczęścia mogą się zdarzyć, ale to mi nie wychodzi, bo wolę wymyślać rzeczy bardziej prawdopodobne i możliwe do realizacji.
    Nigdy sytuacja nie jest tak zła, żeby trzeba było usiąść i zamartwiać się nią. Nieraz nic nie da się zrobić w jakiejś sprawie, np. jak ktoś jest chory. Trzeba dać mu opiekę, jeśli to jest w naszej gestii, zapewnić godziwe warunki, poświęcić czas, serdeczność, ale – na Boga – bez martwienia się! Jak ktoś będzie przy mnie siedział, gdy będę chorować i umierać, i martwił się, to resztą sił go wyrzucę z pokoju! Śmierć to też część życia i trzeba to przyjąć z godnością. Z bólem, bo to boli, ale z podniesioną głową. Martwienie się zamyka nas w sobie i koncentruje na sobie. Jest EGOISTYCZNE.

    “Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią,
    Mężom przystało w milczeniu się zbroić…”

    Bardzo lubię od czasu do czasu “spionizować się” słuchając tego utworu Asnyka w wykonaniu p. Kalinowskiej: http://www.youtube.com/watch?v=8MyVTsKMBWk

  13. Maj 30th, 2010 at 09:13 | #13

    “Martwienie się jest biernym zastępnikiem działania, jest usprawiedliwieniem „nicnierobienia””
    Nic dodac, nic ująć.
    A jednak wiele osób całe życie z pełnym poświęceniem gra w martwienie się.
    Tymczasem etymologia pokazuje, że “martwienie się” musi mieć coś wspólnego z “byciem martwym”. Za życia? Bo kto nie działa, ten nie żyje?
    W każdym razie dla organizmu może być to emocjonalny stan ostrzegawczy :-)

  14. Maj 30th, 2010 at 09:39 | #14

    katwer,

    słuchałam z wielką przyjemnością. :-)

    Anna Sawczuk,

    Warte przemyślenia: ““martwienie się” musi mieć coś wspólnego z “byciem martwym”. Za życia?”… Nic dodać, nic ująć.

    Pozdrawiam, Ewa

  15. katwer
    Maj 30th, 2010 at 18:34 | #15

    Cieszę się, Ewo :)

  1. Brak jeszcze trackbacków