W pułapce sukcesów i porażek
Twoje życie to sukcesy czy porażki? Czego jest więcej – sukcesów czy porażek? Zadajecie sobie czasem takie pytania? A czy odpowiedzi, które uzyskujecie są dla Was wzmocnieniem, czy pogrążacie się w poczuciu, że nie jest dobrze?
Podzielę się z Wami moimi refleksjami na ten temat. Odpowiedzi na powyższe pytanie jest kilka (chodzi o możliwe kombinacje, formę, a nie treść, ilość czy przykłady). A mianowicie:
- mam sukcesy, nie mam porażek,
- mam sukcesy i mam porażki,
- mam porażki i nie mam sukcesów,
- nie mam sukcesów i nie mam porażek.
Jeśli człowiek powie, że ma sukcesy, a nie ma porażek – szybko zakwalifikujemy go jako eksperta, szczęściarza lub… kłamcę
Dostanie “metkę”.
Jeśli powie, że ma same porażki – dostanie etykietę niedojdy, nieudacznika, niekompetentnego, słabego.
Jeśli twierdzi, że ma na swoim koncie sukcesy i porażki – no cóż, powiecie pewnie, że jest taki jak wszyscy….
A co z tym, który nie ma ani sukcesów, ani porażek? Jakiś szary i nijaki człowiek, pospolity, bez wyrazu, o nic się nie stara, nie ryzykuje, nie walczy…? A może on tylko tego nie widzi lub inaczej wartościuje?
W każdym z powyższych przypadków możemy mieć tak naprawdę do czynienia z identycznym działaniem, z identycznymi kompetencjami i z identycznymi efektami tych działań. Każde to stwierdzenie może tak samo odnosić się do Ciebie, do mnie, do niego…
Wszystko zależy od tego, jak nazwiemy to, co nas spotyka lub to, co tworzymy. Jak to zakwalifikujemy. Jakie kwantyfikatory zastosujemy. Określenia “sukces” i “porażka” nie są obiektywne. Są bardzo subiektywnie. Wszystko zależy od naszego sposobu postrzegania siebie i świata. Od wzorców, w jakich byliśmy wychowywani, od naszego poczucia własnej wartości … I wszystko to można zmieniać wykonując kawałek pracy nad sobą.
Brak sukcesu nie jest porażką! Brak porażki nie jest sukcesem. Pomiędzy tymi dwoma biegunami jest przestrzeń na codzienne starania, pracę, działanie, uczenie się etc. Brak sukcesu jest tylko brakiem sukcesu. Pokazuje drogę, działanie, staranie.
Sukces – stan normalny – porażka.
Radość – stan zwykły (bez szczególnych emocji) – smutek.
Zimno – normalnie (dobrze) – gorąco.
Jak widać, pomiędzy skrajnościami jest przestrzeń na tzw. codzienność, normalność, spokój, dobro etc. Jeśli tak patrzę – nie odbijam się od porażki do sukcesu i nie spadam od sukcesu do porażki. Łatwiej mi o płynność w działaniu, spójność, stabilność, wewnętrzny spokój.
Gdyby każda z moich podejmowanych prób zrobienia czegoś była udana, to znaczyłoby tylko, że za każdym razem byłaby wyłącznie jedna próba! Udana albo nie. Tylko jedna. Zakończona sukcesem lub porażką. A przecież tak nie jest.
Jakże często próbujemy raz, a gdy nie wychodzi, mówimy, że ponieśliśmy porażkę. A gdy wychodzi – skaczemy z radości i rozpiera nas duma, że odnieśliśmy sukces… Wpadamy w pułapkę naszych emocji nazywając efekt sukcesem albo porażką. “Nakręcamy się” i gonimy za kolejnym “sukcesem”, aż tchu nam brakuje, albo popadamy w zniechęcenie, rezygnację z powodu “porażki”. Żyjemy na huśtawce emocjonalnej pomiędzy jednym a drugim: góra – dół, góra – dół….
Ile prób musi podjąć badacz, żeby uzyskać spodziewany efekt?
Ile razy upadłeś ucząc się jeździć na nartach?
Ile litrów wody wypiłeś w basenie zanim nauczyłeś się pływać?
Właśnie.
Mam takie poczucie, że za często kwalifikujemy w swoim życiu rożne zdarzenia jako porażki i jako sukcesy. Jeśli każde nałykanie się wody traktowałbyś jako porażkę, to nigdy byś się nie nauczył pływać, bo Twoja psychika by tego prawdopodobnie nie wytrzymała. Zrezygnowałbyś w poczuciu przegranej już po kilku pierwszych łykach chlorowanej wody! Warto o tym pamiętać, podejmując rożne działania zawodowe i nie tylko. Nieudana próba to tylko nieudana próba. To jednocześnie ważna lekcja. Za drugim razem zrobisz to inaczej, coś poprawisz i będziesz bliżej celu. W końcu nie będziesz pił tej wody i utrzymasz się na powierzchni, a może nawet przepłyniesz pół basenu. Za kolejnym – będziesz jeszcze bliżej celu. Nieudana próba to tylko i aż informacja, że trzeba coś zmienić, poprawić i spróbować ponownie. Udana próba to tylko i aż udana próba, dowód, że być może znalazłeś właściwy sposób, recepturę.… Być może, bo jest jeszcze miejsce na przypadek. Potrzebne jest wielokrotne powtórzenie udanej próby, żeby uznać efekt za będący wynikiem celowych i świadomych działań. Jeden człowiek nazwie to wtedy sukcesem, a inny tylko wykonaniem zadania, planu,szeregu udanych prób, osiągnięciem celu. Będzie to wykonywał zgodnie z określoną procedurą i podejmował kolejne próby w innej lub podobnej dziedzinie, rozwijając się systematycznie i bez niepotrzebnej huśtawki emocji.
Jeśli dziecko uczy się wiązać sznurowadła, to nie pokazujesz mu, że odnosi porażkę, gdy but spada z nogi, a sznurówki się plączą. Namawiasz do kolejnej próby i wspierasz je w tym działaniu. Nagradzasz udaną próbę. Aż dziecko nabiera sprawności i pewności, że podejmowanie wielu prób skutkuje osiągnięciem pożądanego celu. A ile razy my o tym zapominamy i po pierwszej nieudanej próbie mówimy sobie, że to porażka, osłabiamy się, zniechęcamy, odbieramy energię…
Bywa też niekiedy, że rodzic działa inaczej - złości się, gdy dziecku nie wychodzi, gdy but się “sam rozwiązuje” i lekceważy, i zbywa milczeniem moment, gdy dziecko poprawnie sznuruje but. Łatwo domyślić się, jaką lekcję w tym przypadku dziecko otrzymuje. Potem właśnie tak postępujemy sami ze sobą.
W taki sposób nas uczono, w taki sposób my uczymy innych. Robimy to samo w stosunku do dzieci, pracowników, w stosunku do siebie samych. Czego się uczymy? Patrzeć i oceniać własne działania w kategoriach sukces-porażka i nic między tym. Albo uczymy podejmowania wielu kolejnych prób, jako naturalnego sposobu osiągania zamierzonego celu. Dodajemy sobie energii, albo się osłabiamy. Nasz wybór. Albo się czujemy lepiej, albo gorzej. To od nas zależy. Mamy wybór.
Kiedyś bardzo przeżywałam wszystko – emocjonowałam się, bo widziałam swoje działania wyłącznie dwubiegunowo: jeśli nie było spektakularnego sukcesu i oklasków, i nagród, i uznania – to oznaczało porażkę. I przeżywałam tę porażkę, odbierając sobie na jakiś czas silę do dalszego działania. i wycofywałam się, żeby nie narażać się na ewentualną kolejną “porażkę”. Albo – osłabiona – z trudem ruszałam dalej, niosąc sobie bardzo obciążającą obawę, że znowu mogę odnieść porażkę…. To nie pomagało mi w rozwoju. To było szkodliwe. podobnie szkodliwe jest porównywanie się do innych i wyolbrzymianie ich “sukcesów” i swoich “porażek”.
Dziś wiem i akceptuję fakt, że jedne rzeczy robię wyjątkowo dobrze, inne czasami robię rewelacyjnie, a czasami tak sobie. Akceptuję to, że popełniam błędy. I uczę się na tych błędach. To moi “nauczyciele”. Akceptuję to. Przynajmniej w większości sytuacji (nie jestem doskonała)
Dziś brak sukcesu nie jest dla mnie porażką. Nie czuję się przegrana, gdy po skończonej prezentacji nie słyszę: “To była wyjątkowa prezentacja, dawno takiej nie widzieliśmy”. Nie potrzebuje tego. Dziś wiem: coś było wyjątkowo dobre, unikalne, a coś po prostu dobre albo poprawne. A czasem było złe i trzeba wyciągnąć wnioski, coś poprawić, wykorzystać to jako lekcję. Dziś (na ogół) zaczynając zadanie nie spinam się cała pod wpływem własnej presji, że musi być wzorcowo, najlepiej. To nie znaczy, że zgadzam się na “bylejakość” jako standard, ale daję sobie prawo do rożnych poziomów efektów. Nie oceniam siebie, tylko efekty swojego działania.
Sportowcy rzadko bija rekordy świata. Sportowcy rzadko biją ustanowione przez siebie rekordy. Czy to znaczy, że odnoszą porażki? Jedna z ważniejszych rzeczy, których się nauczyłam w ostatnich latach, to nienazywanie braku sukcesu porażką. Kolejną rzeczą: że nie zawsze musi być sukces, że może wystarczy czasem poprawność. A czasem wystarczy po prostu dobiec do mety.
Wbrew pozorom takie zdystansowanie się do dwubiegunowego modelu “sukces – porażka”, bardzo pomaga w osiąganiu celów, a czasem nawet…. sukcesów.
Co o tym myślicie? Jak jest to u Was?
Pozdrawiam, Ewa

“Sukces to droga, którą sobie obrałeś i kroki, które wykonujesz każdego dnia.”
Nigdy nie wiem, gdzie się zamyka cudzysłów – przed czy po kropce? Ewo, może Ty wiesz? Niech mnie ktoś wreszcie oświeci.
Dla mnie cel jest ważny jako wyznaczenie kierunku działania. Mogę ten cel osiągnąć różnymi sposobami, ale wszystko, co trzeba, to o nim pamiętać. Po drodze mogą się zdarzyć różne rzeczy, także porażki, z czego trzeba wysnuć wnioski. Jeśli znajduję mimo wszystko siłę, by dalej iść (a miejscami nawet biec!)to i tak jestem wygrana.
Tak że nie ma co się przejmować porażkami – to tylko odkrycie, że to coś nie działa.
Anno,
Ja zwracam uwagę na to, że niepotrzebnie w odniesieniu do różnych osiąganych efektów stosujemy osąd w kategoriach: porażka lub sukces.
Tematem wiodącym postu nie jest wyznaczanie i realizowanie celów.
Nie chodzi o to, czy należy się przejmować porażkami czy nie. Chodzi o to, czy to, czego doświadczamy jest naprawdę porażką. A moze tylko nieudaną próbą…
Większość tzw. porażek to nie porażki. Niepotrzebnie nadajemy im taką wagę. A to najczęsciej nie działa na nas pozytywnie i wzmacniająco.
Co do Twojego tekstu “Sukces to droga, którą sobie obrałeś i kroki, które wykonujesz każdego dnia.” – moje rozumiene sukcesu jest zupełnie inne. Kroki, które podejmuję i droga służą do osiągania celów. Osiągnięcie celu może (ale nie musi) być sukcesem – nie zawsze ptzypisuję mu aż taką wagę. Nie wszystkie efekty klasyfikuję jako sukcesy lub jako porazki. Jest jeszcze wiele możliwości pomiędzy tymi skrajnościami.
Pozdrawiam, Ewa
ps.
Co do kropki… kropka jest przed zamykającym cudzysłowem, jeśli należy do cytowanej wypowiedzi. Jeśli do niej nie należy – jest poza.
W cudzysłów ujmujemy ten fragment, który cytujemy. Cały – a więc ze znakami interpunkcyjnymi włącznie.
“…nienazywanie braku sukcesu porażką. Kolejną rzeczą: że nie zawsze musi być sukces, że może wystarczy czasem poprawność. A czasem wystarczy po prostu dobiec do mety.
”
“Nieudana próba to tylko i aż informacja, że trzeba coś zmienić, poprawić i spróbować ponownie. Udana próba to tylko i aż udana próba, dowód, że być może znalazłeś właściwy sposób, recepturę…”
Dzięki Ewo za tego posta.
Te 2 powyższe cytaty, to chyba muszę sobie wykuć na pamięć:)
Olga
Każdy odniesiony sukces czy sukcesik jest dla mnie przyjemny, choć przeważnie na chwilę. Zdecydowanie wolę odnotowywać progres, widzieć, że z miesiąca na miesiąc jestem lepszy w tym co robię. I wcale nie muszę mieć tego zapisanego – wystarczy mi jego świadomość, by czuć się dobrze
A czy w swoich życiach mamy więcej sukcesów czy porażek? Myślę, że łatwiej i mocniej zapamiętujemy swoje porażki niż sukcesy. Czasem mam okazję obserwować osoby, które mają na koncie więcej udanych działań, lecz najbardziej pamiętają i rozpamiętują te nieudane. Dlatego często zalecam spojrzeć obiektywniej na taki bilans, aby mieć poczucie zdrowych proporcji.
Uśmiechy!
Orest
Olgo,
cieszę się, że mój post inspiruje Cie do refleksji i pozytywnych zmian – tak właśnie odczytałam Twój komentarz.
Orest,
Napisałeś: „Myślę, że łatwiej i mocniej zapamiętujemy swoje porażki niż sukcesy.” Pewnie są tacy ludzie, którzy bardziej zwracają uwagę na swoje tzw. porażki i to właśnie jest ta pułapka. O tym m.in. jest mój post.
Problem widzę w tym, wiele niepowodzeń niesłusznie ludzie klasyfikują jako porażki i to odbiera im poczucie siły. Nieudane działania to nie porażki. To po prostu nieudane działania i lekcje, że następnym razem warto zrobić inaczej.
Piszesz: ”zalecam spojrzeć obiektywniej na taki bilans”. Ja inaczej – zalecam zastanowienie się, czy naprawdę słusznie klasyfikujemy te sytuacje jako porażki.
Pozdrawiam, Ewa
Ewo, dzięki za pomoc z cudzysłowem.
Rzeczywiście masz rację z tym pamiętaniem o swoich porażkach, bo one po prostu są drogowskazami. Nie warto oceniać się ze względu na ich ilość (a Edison i jego nieudane próby z wynalezieniem żarówki?)
Właśnie przeglądam mój blog i okazało się, że też pisałam na ten temat: http://annasawczuk.wordpress.com/2009/12/13/czy-porazka-przynosi-wieksza-korzysc-niz-sukces/
Witajcie,
po komentarzach widzę, że jedną rzecz wyjaśniłam w poście chyba mało precyzyjnie. Zatem teraz uzupełniam:
Postuluję, żeby przestać używać słowa “porażka”.
To słowo ma wiele negatywnych konotacji. Jest “obciążone”, ono nas osłabia.
Zamiast pytać siebie o sukcesy i porażki proponuje pytać siebie o osiągnięcia i nieudane próby lub – jeszcze lepiej – o “lekcje” jakie odebraliśmy.
Proponuję całkowite wyeliminowanie tego złego słowa z naszego słownictwa.
To powinno bardzo dobrze wpływać na nasze samopoczucie, poczucie własnej wartości i na jakość życia. Wykreślić z własnego słownika słowo “porażka”. Choćby na jakiś czas. Żeby poczuć różnicę.
Co Wy na to?
Witaj Ewo,
Czytam Twojego bloga już od dłuższego czasu.
I znów mi się podoba Twój wpis
Ostatnio pojawiło się w formularzu rekrutacyjnym pytanie o sukcesy. Przyznam się, że musiałem się zastanowić nad nimi.
Nie postrzegam swojego życia przez pryzmat: sukces albo porażka.
Zresztą, to jakiś czas temu nie było mi obce – porażki, dzięki jednak pewnym osobom, blogom, swojemu przekonaniu odebrałem to jako nauczki i feedbacki. I zmieniłem w swoim mózgu słowo “porażka” na słowo “wyzwania”.
I zgadzam się całkowicie, że nieudana próba tylko przybliży nas do osiągnięcia celu,ponieważ mówi nam,że coś nie tak i trzeba zmienić działanie.
Stosuję taką technikę, w ważnych kwestiach, pytając się pewnych osób o opinię, proszę by powiedzieli co im się nie podoba w danej sprawie. Zboczyłem z tematu
pozdrawiam serdecznie
Piotr
Ewa:
Dopiero w Twoim komentarzu do mnie odczytałem to co napisałaś przed chwilą w uzupełnieniu. Również jestem za tym, aby tak kategorycznie nie nazywać nieudanych działań porażkami. Natomiast zostawiłbym to słowo, bo dla mnie ma jakąś magiczną moc – dosadne określenie sytuacji, w której “dałem ciała” dodaje mi czasem kopa, aby się poprawić.
A co powiesz na to, aby nie nadużywać żadnych z tych słów? Wszak od osiągania sukcesów łatwiej spocząć na laurach
Uśmiechy!
Orest
Orest,
napisałam dokładnie tak: “Zamiast pytać siebie o sukcesy i porażki proponuje pytać siebie o osiągnięcia i nieudane próby lub – jeszcze lepiej – o “lekcje” jakie odebraliśmy.”
Jeśli przeczytasz uważnie, to zauważysz, ze słowo sukces zastąpiłam słowem osiągnięcia, a słowo porażka – nieudana próbą czy lekcją.
To moja odpowiedź na Twoja sugestie o nienadużywaniu słowa sukces.
Przyczyna jest jednak inna niż ta, na która Ty wskazujesz. Mnie chodzi o to – co wyraźnie napisałam w poście – by nie huśtać się pomiędzy skrajnymi emocjami sukcesu i porażki.
Co do osiadania na laurach z powodu sukcesów – nie mam takich obserwacji.
Piotr Stanek,
ciekawe przemodelowanie znaczenia słowa
Pozdrawiam
Ewo, czytam Twoje posty od momentu urodzin Inspiratorium i jestem pod wielkim wrazeniem. Poruszasz ciekawe tematy, zadajesz wiele celnych i intrygujacych pytan. Do tego precyzja jezyka, klarownosc przekazu sa jak powiew swiezego powietrza.
Podoba mi sie Twoja sugestia bysmy sprobowali spojrzec na sukces i porazke (jakkolwiek bysmy definiowali te pojecia) jako na dwa bieguny pomiedzy ktorymi powinno znalezc sie miejsce na zwykla codziennosc, bez sukcesow i bez porazek. Ja mysle, ze to “miejsce” musimy stworzyc sobie sami, wlasnie poprzez probe bardziej zrownowazonego podejscia emocjonalnego do tego co sukcesem, tudziez porazka nazywamy. Czesto bowiem nasz stosunek emocjonalny do tego co uwazamy za sukces, a co za porazke jest najwieksza przeszkoda stojaca pomiedzy nami a …no wlasnie, chcialoby sie powiedziec a sukcesem…ja powiedzialbym tutaj, a spelnieniem…Pozdrowienia zza oceanu.
Andrzeju, witaj na blogu.
Twój komentarz czekał w moderacji (jako pierwszy, który wysłałeś). Kolejne będą zamieszczane automatycznie.
Dziękuję, że dzielisz się z nami swoimi przemyśleniami. I dziękuję za wyrazy uznania.
Zwracam uwagę Wszystkich na następujące zdanie Andrzeja:
“(…) nasz stosunek emocjonalny do tego co uwazamy za sukces, a co za porazke jest najwieksza przeszkoda stojaca pomiedzy nami a …no wlasnie, chcialoby sie powiedziec a sukcesem……”.
Pozdrawiam z centrum Polski
Ewa
Ewo:
W ostatnich dniach odświeżam sobie treść książki “Sztuka możliwości” Benjamina Zandery. Trafiłem na, moim zdaniem, wartościowy fragment, który wzbogaci nieco tę dyskusję. Pozwól, że przytoczę:
“(…) Zobaczyłem, że wszystko było wymyślone i że gra w sukces była tym właśnie – grą. Zdałem sobie sprawę, że mógłbym wymyślić inną grę.
Przystąpiłem do gry zwanej wnieść wkład. W odróżnieniu od sukcesu i porażki wkład nie ma odwrotnej strony. Nie jest to coś, co osiąga się tylko w sensie porównawczym. (…) mogą (pytania) jednocześnie być zastopiąne jednym radosnym: «Jaki wniosę dziś wkład?».”
Przemawia do mnie ta zamiana “sukcesów i porażek” na “wnoszenie wkładu”
Co o takim podejściu sądzisz?
Uśmiechy!
Orest
Witaj Orest,
. Ważne jest, co do Ciebie przemawia i co Tobie pozwala się rozwijać, żyć w poczuciu harmonii.
Dziękuję za Twój komentarz.
Wydaje mi się, że tak naprawdę mało istotne jest to, co ja o tym sądzę
Czyż nie o to właśnie chodzi?
Ja zwróciłam uwagę na zdanie: “W odróżnieniu od sukcesu i porażki wkład nie ma odwrotnej strony.” To bliskie jest temu, co napisałam od odchodzeniu od dwubiegunowego modelu “sukces – porażka”. Ja nie jestem przekonana co do samego określenia “wkład”
Pozdrawiam serdecznie, Ewa
A jednak chciałem wiedzieć co o tym sądzisz
Co do zwrotu “wnosić wkład” może to wynikać z tłumaczenia. W oryginale jest “Being a Contribution”.
Uśmiechy!
Orest
Orest,
”
Napisałam: “Ja zwróciłam uwagę na zdanie: “W odróżnieniu od sukcesu i porażki wkład nie ma odwrotnej strony.” To bliskie jest temu, co napisałam od odchodzeniu od dwubiegunowego modelu “sukces – porażka”. Ja nie jestem przekonana co do samego określenia “wkład”
Tyle mogę powiedzieć na ten temat, bo opieram się w tej chwili tylko i wyłącznie na zacytowanym, wybranym fragmencie i do tego w tłumaczeniu. Zgodzisz się ze mną, że to za mało, by odnieść się i wypowiadać na temat koncepcji i toku myślenia autora, a tym bardziej do wypowiadania sądów?
Pozdrawiam, Ewa
Ani przez chwilę nie pomyślałem o tym, aby prosić Cię o wypowiadanie sądów
Ot zwykła młodzieńcza ciekawość jak widzisz zmianę podejścia z “sukces – porażka” na “wnoszenie wkładu” czy (to moja interpretacja) “robienia tego co do nas należy i dostarczania wartości innym ludziom/światu”.
Do mnie to przemawia i wylądowało na liście rzeczy, na które zwracać szczególną uwagę w 2010
Uśmiechy!
Orest
Witaj Ewo, Post mi sie poczatkowo podobal, ale kiedy zaczelam czytac komentarze, doszlam do wniosku, ze przekazujesz swoje mysli w sposob malo klarowny, jedno mowisz, a oczekujesz, ze czytelnicy zrozumieja tez cos innego, wyglada na to, ze chcesz, zeby Ci czytali w myslach. Osoby napisaly Ci w postach swoje opinie na temat Twojego tekstu, natomiast Ty w odpowiedziach piszesz mniej wiecej w tym tonie: zle mnie zrozumiales, nie to nie tak, zacytuje jeszcze raz swoj tekst, nie o to chodzilo. Mysle, ze po pierwsze dostalas fajne tworcze komentarze, nad ktorymi powinnas sie troche zastanowic, a po drugie popracuj nad sposobem formulowania mysli.
Witaj Olu na blogu.
Tak to już jest, że jednym się podoba (co widać także w komentarzach), innym nie. Ciekawa jestem, na podstawie czego doszłaś do wniosku, że oczekuję, by Czytelniczy czytali mi w myślach (jako dość racjonalna osoba nie oczekuję rzeczy niemożliwych – tym większa moja ciekawość).
Pozdrawiam, Ewa